Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania bradley, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania bradley, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

24 sierpnia 2010

Alan Bradley, "Badyl na katowski wór" (cykl "Flawia de Luce")


Triumfalny powrót Flawii de Luce
Pamiętam, że autorki kilku blogowych recenzji "Zatrutego ciasteczka", pierwszego tomu cyklu Alana Bradleya, wyraziły spontaniczną chęć adopcji niesfornej Flawii. Otóż pragnę dołączyć do tego zacnego grona, gdyż druga cześć przygód małego Sherlocka w spódnicy utwierdziła mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z jednostką wybitną.

Często się zdarza, że druga część serii nie dorównuje pierwszej, na co może wpływać presja rozentuzjazmowanych czytelników, czy konieczność pracy w ponaddźwiękowym tempie. Sukces "Zatrutego ciasteczka" też zobowiązywał. Czasem zastanawiam się, jak J. K. Rowling zniosła psychicznie lata pracy nad swoim powieściowym cyklem. Nie zazdroszczę, pomimo sowitej gratyfikacji finansowej. W moim odczuciu "Badyl na katowski wór" nie zawiódł. Wręcz przeciwnie.

Polski tłumacz na pewno stanął przed trudnym zadaniem - światowa premiera książki miała miejsce całkiem niedawno (marzec 2010) i przekład liczącej 363 strony powieści przypuszczalnie powstawał w dużym pośpiechu. Polska wersja opublikowana została już w czerwcu. Ponadto styl narratorki jest specyficzny, kwiecisty i naszpikowany archaizmami. Ogólnie rzecz biorąc nie mam zastrzeżeń, choć w kilku momentach dały się słyszeć stylistyczne zgrzyty (z brzmiącym chropawo tytułem włącznie). Niedopuszczalny wydaje mi się jednak błąd gramatyczny w cytacie z powieści na okładce ("z salonu wyniesiono polerowaną trumnę z różanego drzewa, zniesioną ją ostrożnie na podjazd"), na szczęście w tekście książki występuje wersja poprawna.

Podobnie jak w "Zatrutym ciasteczku" dominuje sardoniczne, niekiedy rubaszne poczucie humoru: "Paplała. Jeśli będę trzymać buzię na kłódkę, nie minie minuta, a poda mi rozmiar swoich reform'" [1]. Autor wyraźnie przepada za swoją małą bohaterką i portretuje ją kapitalnie. Podobnie jak niezapomnianą rodzinkę, znajomych i sąsiadów. W porównaniu z pierwszą częścią Flawia jest odrobinę doroślejsza, zaczyna się interesować relacjami między kobietą a mężczyzną. Zadaje kłopotliwe pytania (na przykład: co to znaczy oddać się komuś?), nadal wnikliwie obserwuje dorosłych.

"Badyl na katowski wór" to rzadki przypadek książki dla całej rodziny. Młodzi czytelnicy skupią się zapewne na warstwie sensacyjno-kryminalnej powieści. I tu litościwie spuśćmy zasłonę milczenia, a raczej kurtynę, biorąc pod uwagę, że ważną rolę odgrywa teatrzyk kukiełkowy - to nie jest najmocniejsza strona Bradleya. Kilka pomysłów wydało mi się całkowicie chybionych i nieprawdopodobnych. Nawiasem mówiąc jestem ogromnie ciekawa, jakie wrażenie książki o Flawii robią na jej rówieśnikach.

Starszych czytelników ucieszą liczne smakowite aluzje literackie i malarskie, a również bardzo ciekawy obraz Wielkiej Brytanii tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Bradley jest skrupulatnym i ironicznym kronikarzem angielskiej prowincji i jeśli ktoś lubi takie klimaty (ja uwielbiam!), to książka sprawi mu sporo radości. Dla każdego anglofila to lektura wręcz obowiązkowa. Wydaje mi się, że sam autor, z pochodzenia Kanadyjczyk, jest wielkim miłośnikiem Albionu i koneserem brytyjskiej kultury. Scenę, w której dwaj Niemcy, piloci Luftwaffe, zrzucają nad Haworth fioletową wstęgę w hołdzie siostrom Brontë, z napisem "Kocha Was cały świat! Odpoczywajcie w pokoju." [2], niniejszym dodaję do listy najulubieńszych! To wszystko autor dyskretnie i delikatnie okrasza sosem filozoficznym: "Jesteśmy marionetkami, my wszyscy, lalkami poruszanymi za sceną przez Boga lub Los, albo Chemię - co wolicie. Wkładają nas jak rękawiczki na dłonie i odgrywają za nas nasze życie..." [3].

Zastanawiam się, jak inni wielbiciele książek o Flawii odebrali "Badyl na katowski wór"? Światowa premiera części trzeciej przewidziana jest na luty 2011. Polski tytuł "Ucho od śledzia w śmietanie" :)

_____________
[1] Alan Bradley, "Badyl na katowski wór", tłum. Jędrzej Polak, Vesper, 2010, s. 27.
[2] Tamże, s. 217.
[3] Tamże, s. 354-355.

Moja ocena: 4+

5 marca 2011

Alan Bradley, "A Red Herring Without Mustard" ("Ucho od śledzia w śmietanie"), cykl "Flawia de Luce", tom trzeci


 Czerwony śledź w czerwonym pokoju

Pisanie o tej książce będzie jak stąpanie po kruchym lodzie. Zdaję sobie sprawę, że jeśli zdradzę zbyt wiele z fabuły powieści, fani cyklu Bradleya przypuszczalnie potraktują mnie zatrutymi ciasteczkami, czego chciałabym uniknąć. Obiecuję więc ostrożność w tej materii.

Książkę zakupiłam krótko po jej premierze, co dowodzi mojego irracjonalnego uzależnienia od literatury. Cena przypuszczalnie dwukrotnie przekracza koszt edycji polskiej, na którą jednak musiałabym czekać przynajmniej kilka miesięcy. Plusem jest natomiast bardzo porządne wydanie w twardej oprawie. Wersja paperback pojawi się zapewne wówczas, gdy zagorzali flawiomaniacy - vide niżej podpisana - nasycą swój apetyt, nabywając wariant droższy.

Zacznę od ogólnych wrażeń.  Atmosfera jest bardziej mroczna, ten tom cyklu nie kipi już sardonicznym humorem. Książka wydała mi się  poważniejsza w nastroju. Oczywiście zdarzają się humorystyczne fragmenty, ale nie ma ich aż tak wiele jak poprzednio. Akcent pada na życie wewnętrzne Flawii, którą odebrałam jako jeszcze bardziej samotną i wyobcowaną. Otacza ją wprawdzie rodzina, składająca się z ojca i dwu starszych sióstr, ale w domu wieje emocjonalnym chłodem. Słowo "super" uznawane jest zw Buckshaw za nieodpowiednie dla panienek. Pamiętajmy o tym, że rodzina de Luce to powściągliwi Brytyjczycy z krwi i kości. W dodatku z krwi błękitnej. "Manners and appearances and the stiff upper lip were all of them more important, even, than life itself".[1]

Pan de Luce nie może pogodzić się ze śmiercią żony, a jego depresję pogłębiają kłopoty finansowe. Nadal ucieka w bezpieczny świat znaczków pocztowych. Siostry są wciąż antypatyczne i prześladują Flawię z lodowatą perfidią i okrucieństwem. Ona oczywiście nie pozostaje im dłużna. Te psoty, a zwłaszcza podłe manipulacje emocjonalne Dafne i Ofelii, na mnie robiły ponure wrażenie i kojarzyły mi się z czerwonym pokojem w "Dziwnych losach Jane Eyre".

Chwaliłam tom poprzedni, pisząc, że jest to pozycja dla całej rodziny. Tym razem takiej jasności nie posiadam. Adresat tej powieści ma trochę zatarte kontury. Dla dzieci "A Red Herring Without Mustard" przypuszczalnie okaże się się lekturą nużącą. Dorosłym może przeszkadzać lekki infantylizm książki Bradleya, jego igranie z logiką i prawdopodobieństwem. Nawet jeśli założymy, że pisarz puszcza do nas oko i  że powieść należy odczytywać z leciutkim jego przymrużeniem.

Co wydaje mi się niezbyt realne? Chociażby indolencja policji, która znowu tylko biernie towarzyszy genialnej Flawii w rozwiązywaniu zagadki, uzupełniając luki. Inspektor Hewitt rewanżuje się... zapraszając dziewczynkę w imieniu żony na herbatkę. Wciąż zastanawia mnie też wiek panny de Luce. Przy całej sympatii dla jedenastolatek śmiem wątpić, czy sposób rozumowania, dość mroczna wiedza o ludzkiej naturze, odporność psychiczna godna patologa możliwe są u osoby tak młodej. Niezbyt prawdopodobne wydaje mi się również, że dzieci w zbliżonym do Flawii wieku noszą ze sobą na co dzień zapałki, a w powieści obserwacje takie czynimy dwukrotnie (Porcelain i Colin). 

Bardziej dociekliwych czytelników zaintryguje ponadto fakt, że w życiu niewielkiej społeczności, w sennej  angielskiej wiosce, miało miejsce tyle makabrycznych wydarzeń. Wątpliwości budzi też kilkudniowe ukrywanie się Porcelain w Buckshaw. To, że autystyczny pan de Luce nie zwrócił uwagi na jej obecność, wydaje się zrozumiałe, ale sądzę, że wścibskie siostry wytropiłyby ją na pewno. Zastanawiam się też nad tym, czy armia brytyjska faktycznie zatrudniała Cygankę, by za sprawą wróżb przewidywać kolejne posunięcia Hitlera?

Rozczarowało mnie zakończenie "A Red Herring Without Mustard". Znowu rozwiązaniem fabuły jest tani chwyt deus ex machina. Uważam to za pęknięcie w strukturze powieści. Tak rezolutna i samodzielna bohaterka moim zdaniem powinna była sama wyjść z opresji.

Czytelników, którzy zechcą poznać książkę w oryginale, uprzedzam, że wbrew pozorom pod względem językowym jest to trudna lektura. Bogactwo słownictwa i archaizmy wymagają ciągłej asysty dobrego słownika. To jeden z powodów, dla których bardzo podziwiam polskiego tłumacza poprzednich tomów. Flawia wprost uwielbia niedzisiejsze wyrazy. Zachwyca się na przykład słowem umbrage (obraza), zapamiętanym z lektury "Davida Copperfielda".[2]

Z góry uprzedzam, że planowany polski tytuł  "Ucho od śledzia w śmietanie" nie ma kompletnie związku z powieścią! Podobnie jak w przypadku poprzedniej części chwytliwe brzmienie zwyciężyło nad sensem. Czerwony śledź ma liczne konotacje, angielskie oraz polskie, których w naszej wersji językowej nie wykorzystano zupełnie. W oryginale tytuł związany jest z mottem, a odautorskie wyjaśnienia znajdziemy na stronach 163-164. Polski idiom "ucho od śledzia" oznacza kiepski rezultat wbrew oczekiwaniom, coś niepotrzebnego. Mam przeczucie, że naszego tłumacza poproszono o przekład tytułu, zanim miał okazję zapoznać się z treścią książki i efekt jest nieciekawy.

Odnoszę wrażenie, że autor tym tomem cyklu odcina kupony popularności, tak jakby wprawił w ruch machinę, która już napędza się sama, bez większego wysiłku. Obserwuję, że na blogach angielskojęzycznych "A Red Herring Without Mustard" oceniany jest raczej bezkrytycznie, więc cel poniekąd został osiągnięty.

Jak zwykle Flawia jest niesforna i urocza, ale to jednak trochę za mało. Intryga kryminalna mnie nie przekonuje, a w portretach bohaterów trudno dopatrzeć się nowych rysów. Złożyliśmy wizytę u starych, dobrych znajomych. Nasz pobyt przeciągnął się nieco - część "A Red Herring Without Mustard" sprawia wrażenie napisanej trochę na siłę, by zrealizować narzuconą liczbę stron.  

Wielki plus powieści to próba przełamywania narodowościowych stereotypów podjęta przez Alana Bradleya. Miłe były też odwołania do literatury angielskiej (Szekspir, Blake, Dickens) i powojennych brytyjskich realiów.

Na końcu książki znajdują się podziękowania autora, które liczą cztery strony z kawałkiem! Ostatnią osobą, której Bradley wyraża wdzięczność, jest jego żona, Shirley. Pisarz dziękuje jej między innymi za... usuwanie okruszków z klawiatury komputera. Cóż, taki  los partnerek życiowych wybitnych postaci...

Mimo mojego rozczarowania "A Red Herring Without Mustard" donoszę, że czwartą część cyklu (oczywiście mamy już tytuł polski, choć książka prawdopodobnie jeszcze nie istnieje), "I Am Half-Sick of Shadows", przeczytam na pewno. Planowana data premiery: 31 stycznia 2012.
______
[1] Alan Bradley, "A Red Herring Without Mustard", Delacorte Press, 2011, s. 149.
[2] Tamże,  s. 200.

Moja ocena: 3+

22 października 2011

Alan Bradley w Polsce. Miłośnicy Flawii de Luce, łączcie się! :)

Właśnie dowiedziałam się, że Alan Bradley przyjeżdża do Polski. Będą dwa spotkania, niestety wyłącznie w Krakowie. 
Szczegóły techniczne:
Flawia de Luce wyraźnie osłabia u mnie zdolność racjonalnego myślenia, vide nabycie trzeciego tomu w wersji angielskiej wkrótce po premierze, w cenie wskazującej na spory stopień uzależnienia. Nie wykluczam więc wyprawy na spotkanie autorskie. To tylko 270 kilometrów. ;)
Przy okazji okazało się, że źle wymawiam nazwisko de Luce, bo z włoska (luce to światło). Tymczasem na oficjalnej stronie cyklu są następujące wytyczne w kwestii wymowy: FLAY’-vee-ah duh-LOOSE. 
Nawiasem mówiąc zupełnie nie podoba mi się polska szata graficzna serii w stylu emo, z Flawią wyglądającą jak klon Christiny Ricci w "Rodzinie Addamsów". Obawiam się, że odstrasza od serii wielu dorosłych, którym mogłaby się podobać. Wydaje mi się, że o wiele lepsza jest wersja włoska. Też mroczna, ale o niebo bardziej zgodna z treścią i klimatem powieści Bradleya.
Miłośników detektywistycznych talentów Flawii ucieszy wiadomość, że prężnie działa jej fanklub, a w dyskusjach uczestniczy sam autor.
Ogromnie się cieszę, że przesunięto datę premiery czwartego tomu, “I Am Half-Sick of Shadows”, na 1 listopada tego roku. Moją odpowiedzią na pytanie, czy tym razem rozsądnie poczekam na polską premierę, będzie znaczące milczenie.
Wprawdzie polski przekład części trzeciej,  "Ucho od śledzia w śmietanie", nie figuruje jeszcze w wydawniczych zapowiedziach, ale gdzieś czytałam, że być może przed świętami pojawi się w księgarniach. Nie cierpię śledzi, ale akurat ucho w śmietanie będzie jak znalazł na wigilijny wieczór. :)

7 stycznia 2012

Biblioekshibicjonizm, czyli Flawia de Luce na stosie

Zapewniam Was, że nie planuję spopielić rezolutnej Flawii. Chcę tylko pochwalić się zawartością paczki, która niedawno dotarła, po prawie dwumiesięcznym oczekiwaniu. Już straciłam nadzieję, że te książki w ogóle zobaczę, ale los się do mnie uśmiechnął, a księgarnia internetowa w końcu stanęła na wysokości zadania.

Nowe nabytki:

Julia Strachey, Cheerful Weather for the Wedding
Recenzja przeczytana na blogu Stuck In A Book nie pozostawiła mi wyboru. Bardzo lubię takie kameralne opowieści, a dodatek sardonicznego humoru wróży jeszcze lepiej. Wczoraj przypadkiem dowiedziałam się, że właśnie powstaje adaptacja filmowa, która też nieźle się zapowiada. Mam nadzieję, że uda mi się ją obejrzeć.

Vere Hodgson, Few eggs and No Oranges
Książka polecona przez Bezszmer. Dziennik mieszkanki Londynu z czasów II wojny światowej. Dzieło opasłe, ale podobno świetnie się czyta. poza tym książka jednego z moich ulubionych wydawnictw, Persephone Books. Wizyta w ich firmowej księgarni na Lamb's Conduit Street w Londynie przypuszczalnie skończyłaby się kompletną ruiną finansową. :) Polecam Wam ciekawą relację Dabrai z wizyty w Persephone Books.

Alan Bradley, I Am Half Sick of Shadows
Tu komentarze są chyba zbyteczne. Nareszcie jest. Czwarty tom przygód Flawii de Luce z zaskakującą okładką. Od listopadowej premiery nie mogłam się doczekać. Ciekawe, czy moje fabularne przeczucia okażą się słuszne. 
Na angielskich blogach widziałam już kilka recenzji, ale z premedytacją nie czytałam, żeby się nie sugerować.



 
Linda Leaming, Married to Bhutan
To ponoć ciekawa i dowcipna relacja z podróży autorki po południowej Azji. Już dawno nie czytałam nic orientalnego, pora to zmienić. :)

Dorothy Whipple, Someone at a Distance 
Po przeczytaniu recenzji na blogu A Striped Armchair stwierdziłam, że raczej nie ma szans, żeby ta powieść mnie rozczarowała. :) O Dorothy Whipple docierają do mnie z różnych stron bardzo zachęcające opinie. J. B. Priestley nazwał ją "Jane Austen dwudziestego wieku". W moich oczach to dość istotny argument za.





Katie Ward, Girl Reading 
Tu nadzieje na zauroczenie powieścią są spore. Girl Reading to podobno wyśmienity debiut. Książka składa się z siedmiu rozdziałów, które subtelnie się ze sobą  łączą. Każdy z nich ma w tytule portret czytającej dziewczyny, obrazy pochodzą z różnych epok i odgrywają istotną rolę w fabule. Żałuję tylko, że nie ma reprodukcji. Mam bzika na punkcie obrazów z książkami i czytającymi osobami, więc przypuszczalnie Girl Reading będzie obfitować w dodatkowe atrakcje.

Termin przeczytania nowo przybyłych książek bliżej nieokreślony, ale mam nadzieję, że niezbyt odległy. :)

Na koniec mała niespodzianka, którą dzisiaj kupiliśmy. Przedstawiam wyrób wędliniarski zadający kłam narzekaniom, że Polacy nie interesują się literaturą: 

 Zastanawiam się, czy można kupić też Filomatki. :)

23 listopada 2013

Dla Ciebie

[Źródło]
Dla Ciebie
Jedna z moich bibliofilskich obsesji to dedykacje. Zawsze czytam je z dużym zainteresowaniem i lubię, kiedy zawierają coś więcej niż tylko imię szczęśliwca, któremu pisarz poświęcił swoją pracę. Choć pierwsze zdanie książki kusi i wabi, warto zatrzymać się na moment przy pamiątkowym wpisie. 

Kim są wybrańcy losu, upamiętnieni na zawsze w dedykacjach? Najczęściej to ukochana osoba, członkowie rodziny lub przyjaciele autora, którym dziękuje nie tylko za istnienie i uczucie, ale również za konkretne wskazówki. Z dedykacji dowiadujemy się na przykład, że gdyby nie Phyllis Eisenstein w Nawałnicy mieczy Martina prawdopodobnie nie pojawiłyby się smoki. 

W takich wpisach literaci czasem dziękują za pomoc i inspirację, oświadczając wręcz, że gdyby nie X, książka w ogóle by nie powstała. Tak właśnie rozpoczyna Tym razem serio Małgorzata Musierowicz. Muzą była Joanna Gromek-Illg.

Niektórzy autorzy wielokrotnie wymieniają tę samą osobę w różnych ksiązkach, jak na przykład Alan Bradley, który kolejne tomy przygód Flawii de Luce dedykuje żonie, Shirley, podobnie jak Francis Scott Fitzgerald dedykował swoje powieści Zeldzie.
Dedykacja w Wielkim Gatsbym F.S. Fitzgeralda.
Miły gest to zadedykowanie książki czytelnikowi. Zgrabnie i dowcipnie zrobił to chociażby Balzac w Fizjologii małżeństwa.
DEDYKACJA

Zwraca się twoją uwagę, czytelniku, na słowa (strona 52): „Człowiek o wyższym umyśle, dla którego książka ta jest przezna­czona...”.

Czyż to nie znaczy po prostu: „dla cie­bie”?

AUTOR[1]
Niekiedy autorem dedykacji jest bohater powieści. Przykład? Chociażby Przez ciebie, Drabie! Zofii Chądzyńskiej.
Czasem dedykacja jest nie tylko sympatycznym podziękowaniem, ale ma też tajną misję: zaintrygować czytelnika i sprawić, żeby lektura pochłonęła go tu i teraz. A robi się to na przykład tak jak Shirin Kader:
Temu, kto stał się częścią pewnej przepowiedni i każdym słowem tej książki.[2]
Czytając liczne dedykacje, zauważyłam, że często przewijają się w nich dwa motywy. Pierwszy to oczywiście miłość. 
Dla mojej żony, Laurie, która sprawia, je wszystko, co piszę, jest tak naprawdę o miłości, i dla moich córek, Zoey i Sabiny.[3]
Mojemu ojcu, który na początku, tyle lat temu, doradził mi, żebym zawsze pisał o miłości oraz Faizowi Ahmedowi Faizowi 1911—1984 i Abdurowi Rabmanowi Chunghtai1897—1975, mistrzom, którzy uczyli mnie, każdy na swój sposób, co jeszcze warto kochać.[4]
...a drugi motyw to światło. Natalia, która jest latarnią zaczarowanej dorożki, to jeden z wielu przykładów. Uderzyła mnie liczba dedykacji odwołujących się do blasku i gwiazd. Co ciekawe, pisarze pochodzą z rozmaitych zakątków świata:
Dla Stephanie – mojego słońca, księżyca, gwiazdy i satelity[5]
Dla Pop, która widzi gwiazdy, i Jude, która słyszy muzykę[6]
Mojej matce, która zapaliła świeczki w sercach nas wszystkich[7]
Książka jest dedykowana Harisowi i Farah, noor [światłu] moich oczu, i mojemu ojcu, który byłby dumny[8]
Dla Deirdre, błyszczącej gwiazdy[9]
Dla mojej matki ukrytej pośród gwiazd[10]
A czasem wręcz przeciwnie, najważniejszy jest cień...
Borysowi i wszystkim., którzy jak on przekroczyli we wczesnej młodości granicę cienia swej generacji — z miłością[11]
Odrębna i chyba jeszcze ciekawsza kategoria to dedykacje osobiste, pisane przez autorów ręcznie, z myślą o konkretnej osobie. Niektórzy literaci podchodzą do nich nonszalancko, jak na przykład Adam Mickiewicz, który zwykle ograniczał się do zdawkowego Na pamiątkę przyjaźni lub W dowód szacunku, podczas gdy inni pracowicie klecili wytworne rymowanki jak choćby Deotyma dla Wiktora Gomulickiego:
Bekwarkowi lutni złotej,
Co po wszystkich strunach duszy,
Od boleści do pustoty,
Od upojeń do katuszy,
Tak przesuwa biegłą rękę,
Że się sypią łzy i blaski,
Śpiewakowi z bożej łaski,
Na pamiątkę i podziękę
ofiaruje Deotyma.[12]
[Źródło]
Bez wątpienia zlotoustym autorem dedykacji był twórca powieści Na srebrnym globie, Jerzy Żuławski:
Wszechkunsztów i nauk mistrzowi, chemikowi zawołanemu, gieografowi i kartografowi, oświecicielowi Warszawy, skraplaczowi krakowskiego powietrza, wynalazcy rytownictwa na szkle, taternikowi dzielnemu, zającobójcy etc. etc. etc., wielce mnie miłemu TADEUSZOWI ESTREICHEROWI w gorącym afekcie tę księżycową bakalie ofiaruję. Jerzy Żuławski. Dan w Podechybiu d. 20 miesiąca marca 1903.[13]
Pamiątkowy wpis to świetna okazja, żeby błysnąć poczuciem humoru, nawet ekscentrycznym. Oddajmy głos Wincentemu Lutosławskiemu, autorowi książki Poprzednicy Platona, który takie dusery skierował do swojego przyjaciela:
Ukochanemu a najlepszemu z łajdaków, jego wierny choć przeciwległy przyjaciel. 16 IV 1902. Krzywoprzysiężco! Wiedz, co miłość znaczy, skoro kochance mojej... zostałem niewierny na pozór, by tobie przykrości nie sprawić. Wincenty [...] Do recenzji przeczytać minimalnie. Z Przedmowy str. VI-XL Spis rzeczy. Z tekstu str. 21-25, 34-39, 49-63, 243-245. Z Dodatku 15-17.[14]
Obdarowany był na pewno szczególnie zadowolony z praktycznych wskazówek, co polecam uwadze autorom wysyłającym swoje dzieła do recenzji. Jeszcze bardziej rubaszny żart ma na swoim koncie Juliusz Kaden-Bandrowski, który takim wpisem ozdobił  Czarne skrzydła:
Lechoń! Przeczytaj, kochany Chamie, świat nie tylko o dupie myśli.[15]
Czasem dedykacja ujawnia zaskakującą cechę charakteru literata. Szczerze mówiąc, nigdy nie spodziewałabym się takiego poczucia humoru po Stefanie Żeromskim:
Szanownym Państwu Mieczysławostwu Jakimowiczom na pamiątkę okresu pełnego wszelakich mąk, a wielkiego braku mąki - z życzeniem pomyślnego zakończenia tego braku (mąki!) i powrotu do normalnych kajzerek ofiaruje te chore ramotki przedwojenne szczery przyjaciel S. Żeromski. Zakopane, d. 24 XII 1916.[16]
Kolejna niespodzianka to cieplutka i rodzinna dedykacja w powieści To Stephena Kinga. Nie zaskoczył mnie natomiast wpis Leśmiana dla Lechonia:
na znak głębokiej wiary w Jego gęstwiące się nad otchłaniami słowa.[17]
[Źródło]
Oddzielny rozdział to cudowne, dowcipne wpisy Tuwima. Wyobrażam sobie radość tych, którzy dostąpili zaszczytu posiadania takiej dedykacji. W zbiorze korespondencji poety (Listy do przyjaciół pisarzy) jest trochę takich wpisów. Jeden z nich pojawił się w Płaszczu zabójcy. O dziwo, Tuwim utrzymywał, że pisać dedykacji wcale nie umie i jako jedyną udaną uznawał pamiątkowy wpis w Lutni Puszkina, którą ofiarował Lechoniowi: 
Polskiemu Puszkinowi żydowski Lechoń.[18]
Wyśmienite dedykacje pisywał też Antoni Słonimski. Tak wspomina swoje dokonania w tej dziedzinie:
Sztuka pisania dedykacji upada. Przeważnie wypisuje się parę banałów i zamaszysty autograf. W wyjątkowych wypadkach człowiek się trochę wysili. Ostatnio parę miałem  niezłych. France i Stefkowi Themersonom napisałem: „Te staroświeckie stanze przesyłam Stefkowi i France. Wiem, że wybaczą defekt, Franka i Stefek T." Krystynie Tarnowskiej wypisałem całe pół strony: „Krystynie   Tarnowskiej, tłumaczce I klasy w nagrodę za postępy w języku polskim i angielskim  —  Nauczyciel  polskiego:  Antoni Słonimski. Nauczyciel angielskiego: Anthony Slonimsky. Nauczyciel matematyki: Ajzyk Slonimskier. Nauczyciel astrofizyki: Anton Stanisławowicz Słanimskij, Nauczyciel   gimnastyki: Antoś Słoma." Irenie Szymańskiej wypisałem dwie dedykacje. Raz: „Aniołowi stróżowi polskiej  poezji. Bardziej  stróżowi  niż  aniołowi." I drugi raz po paru latach: „Aniołowi stróżowi polskiej  poezji.  Bardziej  aniołowi niż  stróżowi."[19]
Szkoda, że sztuka pisania dedykacji upada. Ale czy na pewno? Sama nie kolekcjonuję książek z autografami, jednak zawsze z przyjemnością oglądam wpisy autorów prezentowane na blogach. Jeden z największych zbiorów ma chyba Beata (Szczur w antykwariacie). 

Kolejny ciekawy temat to dedykacje, które znajdujemy w używanych książkach, kiedyś wręczonych jako prezent lub nagroda. O  tym już innym razem.

Tymczasem zachęcam Was do czytania dedykacji. Kiedyś służyły tylko jako grzecznościowe laurki dla mecenasów, a teraz ich rola jest znacznie ciekawsza. Autor tej listy twierdzi wręcz, że być może są ciekawsze niż same książki.
______________
[1]Honoriusz Balzac, Fizjologia małżeństwa, tłum. Tadeuisz Żeleński-Boy, Czytelnik, 1957, s. 11.
[2]Shirin Kader, Zaklinacz słów, Lambook, 2013, s. 7.
[3]Alexi Zentner, Dotyk, tłum. Karol Chojnowski, Wydawnictwo Wiatr od Morza, 2013, s. 5.
[4]Nadeem Aslam, Mapy dla zagubionych kochanków, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, 2006, tłum. Jacek Manicki, s. 5.
[5]Adam Johnson, Syn zarządcy sierocińca, Świat Książki, 2013, tłum. Grażyna Smosna, s. 5.
[6]Eleanor Catton, The Luminaries, Granta, 2013, tłum. własne.
[7]Alice Taylor, Gasząc kaganek, tłum. Jolanta Kozłowska, Instytut Wydawniczy PAX, 1997, s. 5.
[8]Khaled Hosseini, I góry odpowiedziały echem, tłum. Magdalena Słysz, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, 2013, s. 5.
[9]James Finney Boylan, Planety, tłum. Katarzyna Karłowska, Rebis, 1994, s. 5.
[10]Niall Williams, Dotknięci miłością, tłum. Małgorzata Grabowska, Świat Książki, s. 5. 
[11]Joseph Conrad, Smuga cienia, tłum. Jan Józef Szczepański, Książnica, 1989, s. 12.
[12] Juliusz Wiktor Gomulicki, Podróże po Szpargalii, Biblioteka Więzi, 2009, s. 276.
[13]Roman Kaleta, Sensacje z dawnych lat, Iskry, 2009, s. 283.
[14] Tamże,  s. 284.
[15] Tamże, s. 287.
[16] Tamże, s. 285.
[17] Tamże, s. 287.
[18] Tamże, s. 286.
[19] Antoni Słonimski, Załatwione odmownie, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1962, s. 100.

30 grudnia 2010

Rok 2010 w książkach, czyli moje subiektywne literackie Oscary - edycja druga

Zacznę od podsumowania. W tym roku przeczytałam 60 książek. Tu znajdziecie pełną listę z ocenami.

Obiektywnie rzecz biorąc, 60 nie jest liczbą  szczególnie imponującą w porównaniu z dokonaniami innych czytelników (jeśli jesteście odważni, zajrzyjcie na przykład do zestawienia S. Krishny za 2010 r.), ale  pod wieloma względami to nie był łatwy rok i jestem z wyniku zadowolona. Odkąd pamiętam, czytanie jest dla mnie ogromną przyjemnością i niech tak pozostanie. Mąż twierdzi, że i tak wyrabiam czytelniczą średnią statystyczną za całą rodzinę. :) Spośród 60 przeczytanych pozycji zrecenzowałam na blogu 43.

Dzięki książkom odbyłam niezapomniane podróże po licznych zakątkach świata. Jak Nils Holgersson ze stadem dzikich gęsi przefrunęłam nad wieloma państwami. To naprawdę była cudowna podróż. "Odwiedzone" przeze mnie kraje to Hiszpania, Włochy, Szwecja, USA, Wielka Brytania, Islandia, Iran, Irlandia, Indie, Czechy, Kanada, Japonia, Pakistan, Francja, Afganistan, Grecja, Korea, Kongo, Finlandia, Austria.

Zaskoczeniem był dla mnie fakt, że proporcje wyglądają następująco: w tym roku przeczytałam 5 książek autorów polskich, 55 autorów zagranicznych. Pierwsze zobowiązanie noworoczne: czytać więcej utworów pisarzy rodzimych.

32 pozycje napisały kobiety, 24 mężczyźni, 3 duety (dwa razy mieszane, jedna powieść wyszła spod pióra dwu pań), jedna  książka to zbiór wywiadów. Wszystko wskazuje na to, że jestem z Wenus. :)

W oryginalnej wersji językowej przeczytałam 7 książek. Drugie zobowiązanie noworoczne: czytać więcej po angielsku.

Na mojej liście zdecydowanie króluje beletrystyka. Trzecie zobowiązanie noworoczne: czytać więcej literatury faktu.

Przejdźmy do ceremonii. Wiem, że na Oscary jeszcze za wcześnie, ale przypominam, że moje są w stu procentach subiektywne. :)
 LITERACKIE OSCARY LIRAEL 2010
Najlepsza postać kobieca
Cesarzowa Elżbieta (Brigitte Hamann, "Cesarzowa Elżbieta"
Najlepsza postać męska
George (Christopher Isherwood, "Samotny mężczyzna")
Najlepszy duet
Alice i Mattia (Paolo Giordano, "Samotność liczb pierwszych")
Najlepsza postać dziecięca
Flawia de Luce - po raz drugi! (Alan Bradley, "Badyl na katowski wór")
Najlepsza postać... zwierzęca :)
Owczarek niemiecki Brutus (Ludwik Aśkenazy, "Psie życie")
Najlepsza scenografia: kolory, smaki i zapachy, czyli najbardziej sugestywny świat przedstawiony
Bodil Malmsten "Moje pierwsze życie" i "Cena wody w Finistere"
Niezwykły klimat i poetycki nastrój
Linda Olsson, "Niech wieje dobry wiatr"
Oscar za najlepszą książkę roku 2010
Paolo Giordano, "Samotność liczb pierwszych"

Oscar honorowy
"Książki i ludzie: rozmowy Barbary N. Łopieńskiej"

A teraz największe rozczarowania ubiegłego roku. Zapraszam na uroczystość wręczenia złotych malin.
Za przekład "Skuggi Baldura. Opowieści islandzkiej" Sjóna
Za tłumaczenie tytułów: "Dumny Bądźżeś" Ireny Douskovej i "Badyl na katowski wór" Alana Bradleya
Za nieumieszczenie przez wydawcę imienia i nazwiska tłumacza w "Pomarańczach w śniegu" Petera Kerra.

A teraz ekskluzywny bankiet. :) 

Jestem ogromnie ciekawa, jak Wy wspominacie kończący się rok?

Z całego serca dziękuję Wam za te dziesięć miesięcy (blog istnieje od lutego), 
za Waszą obecność, komentarze i nieustanne literackie inspiracje.

Życzę Wam cudownego Sylwestra i wspaniałego Nowego Roku! 
 

7 marca 2010

Moje subiektywne literackie Oscary :)


Tuż przed oficjalną galą w świecie filmowym serdecznie zapraszam na uroczystość wręczenia moich subiektywnych literackich Oscarów... oczywiście z przymrużeniem oka. Rozpatrywałam wyłącznie książki przeczytane przeze mnie od stycznia do grudnia 2009, bez względu na rok wydania.


A oto moi laureaci:
  • Oscar za najlepszą książkę zagraniczną
Pascal Mercier, "Nocny pociąg do Lizbony"
  • Oscar za najlepszą książkę polską
Jacek Dehnel, "Fotoplastikon"
  • Oscar za najlepszą postać kobiecą
Marianne Engel z powieści "Gargulec" Andrew Davidsona
  • Oscar za najlepszą postać męską
David Lurie z "Hańby" J.M. Coetzee
  • Oscar za najlepszy duet
Lisbeth Salander i Mikael Blomkvist z "Millenium" Stiega Larssona (dotychczas przeczytałam dwa tomy).
  • Oscar za najlepszą postać dziecięcą
Flavia de Luce z "Zatrutego ciasteczka" Alana Bradley'a
  • Oscar za najlepszą postać...zwierzęcą
Szczurek z powieści Sama Savage "Firmin"
  • Oscar za najlepszą drugoplanową postać kobiecą
Vida Winter z "Trzynastej opowieści" Diane Setterfield
  • Oscar za najlepszą drugoplanową postać męską
Pan Rosół z "Nowych przygód Mikołajka: Tomu 2" (René Goscinny, Jeaan Jacques Sempé)
  • Oscar za najlepszą scenografię i kostiumy, kolory, smaki i zapachy, czyli najbardziej sugestywny świat przedstawiony
Erika Warmbrunn, "Gdzie kończy się droga. Samotna wyprawa po bezdrożach Azji"
  • Oscar za najbardziej intrygujący tytuł
Marisha Pessl, "Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof"

[Przerwa na oklaski i krótkie wystąpienia laureatów.]

A na koniec bankiet, ale wcześniej niechlubne Złote Maliny dla książek, które nie tylko okazały się największym rozczarowaniem, ale w dodatku mnie zirytowały.
  • Jörg Bartel, "Dzieci, koty i kłopoty"
  • Anne Perry, "Świąteczna podróż"
  • Elizabeth Buchan, "Revenge of the Middle-Aged Woman"
  • James Runcie, "Kolor nieba"
Bardzo jestem ciekawa listy Waszych laureatów. Komu przyznalibyście wyróżnienia? W jakich kategoriach? Z góry dziękuję za odpowiedzi.

1 marca 2011

O moich gimnazjalistach słów kilka

Drogi Czytelniku, jeśli na dźwięk słowa "gimnazjalista" przed Twoimi oczami pojawia się obraz zblazowanego wyrostka w gustownym dresie, w wolnych chwilach wyrywającego torebki staruszkom, a słysząc wyraz "gimnazjalistka" wyobrażasz sobie galeriankę z tandetnym makijażem, która histerycznie piszczy na dźwięk słów "Justin Bieber" i czyta wyłącznie metki na ubraniach, lepiej będzie, jeśli w tym momencie zakończysz lekturę tego tekstu, albowiem może on nadwerężyć Twój światopogląd. Przecież stereotypy tak skutecznie oszczędzają nasz czas i energię...

Chcę opowiedzieć Wam o mojej klasie. O moich gimnazjalistach. Dziś mieliśmy godzinę wychowawczą W ubiegłym tygodniu przedyskutowaliśmy pesymistyczny raport Biblioteki Narodowej. Poprosiłam uczniów, żeby na dziś przynieśli przeczytaną ostatnio książkę, którą polecają lub uznają za stratę czasu. Taką, która wywołała w nich silne emocje. Każdy krótko ją prezentował, a przy okazji nawiązywała się dyskusja. Widać było wyraźnie, że są to pozycje autentycznie przeczytane. Oczywiście nie komentowałam jakości omawianych utworów, bo nie o to w tym wszystkim chodziło.

Moje pierwszaki, kalendarzowo lat czternaście, po raz kolejny mnie zachwyciły. Czytają dużo, niektórzy z zapałem potrafią opowiadać o literaturze, która ich poruszyła.

Oto książki, które zostały dziś przyniesione i zarekomendowane lub skrytykowane:
  • Andrzej Ziemiański, Achaja
  • Torsten Berndt, Klaus Eckert, 333 lokomotywy. Najsłynniejsze pojazdy szynowe
  • Karol May, Czarny mustang
  • Pierdomenico Baccalario, Serie: Century i Ulysses Moore
  • Stephanie Meyer, Zmierzch (3 osoby)
  • Stephen King, Mgła
  • Carlos Ruiz Zafón, Książę mgły
  • Rick Riordan, Percy Jackson i bogowie olimpijscy
  • Marcus Sedgwick, Królowa cieni
  • Andrzej Sapkowski, Cykl o wiedźminie (przeczytany przez prelegenta sześciokrotnie!)
  • Alan Bradley, Zatrute ciasteczko
  • Hanka Lemańska, Chichot losu
  • Sophia James, Upadły anioł
  • Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi 
Lektury:
  • Arthur Conan Doyle, Przygody Sherlocka Holmesa (2 osoby)
  • Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza

Kamień spadł mi z serca. Czytają. Cieszy mnie różnorodność lektur, natomiast zaskakuje brak powieści J. K. Rowling. Czyżby zmierzch popularności? ;)

W obliczu dzisiejszych odkryć razi mnie dość często spotykane sformułowanie, pojawiające się także na blogach: film na poziomie gimnazjalisty, książka dla dzieciarni z gimnazjum, etc. W domyśle: coś prymitywnego, banalnego, żenującego. Kiedy następnym razem ciśnie Wam się na usta ta metafora, uprzejmie proszę, przypomnijcie sobie moją kochaną I "C". :)