6 listopada 2013

Mad about Bridget (Helen Fielding, "Bridget Jones: Mad About The Boy")

Mad about Bridget
Stron: 390. Dni spędzonych na czytaniu: 2. Zużytych chusteczek: 1. Zjedzonych batoników: 2 (niedobrze!).  Ziewnięć: 0 (dobrze!).

Och, ta Bridget! Roztrzepana, niepoprawna, wciąż w tarapatach. Mam do niej sentyment, choć zdaję sobie sprawę, że powieści Helen Fielding to nie jest literatura przez szczególnie duże „L”.

Wiadomość o tym, że po czternastu latach autorka postanowiła uraczyć nas kontynuacją losów bohaterki, bardzo mnie ucieszyła. Przez dwa pierwsze dni listopada z doskoku czytałam „Mad About the Boy”. Przełamując smutny nastrój tych dni, przyjemnie było na chwilę zanurkować w świecie zwariowanej, nieprzewidywalnej Bridget, która idąc na randkę, myli błyszczyk z tuszem do rzęs. Uprzedzam jednak, że we właśnie wydanej części trzeciej oprócz typowych błazenad pojawiają się zupełnie nieśmieszne refleksje. O rodzicielstwie, przemijaniu, bezlitosnym czasie, śmierci i dochodzeniu do siebie po stracie bliskiej osoby. 

W „Mad About the Boy” akcja toczy się bardzo współcześnie. Zapiski obejmują rok 2012 i 2013. Rozpoczynając lekturę dziennika, urozmaiconego mailami, SMS-ami i wiadomościami z Twittera, musimy przyzwyczaić się do szokujących zmian w życiu bohaterki: Bridget ma pięćdziesiąt jeden lat oraz dwójkę dzieci: siedmioletniego Billy’ego i pięcioletnią Mabel. Nie ma natomiast męża. Wyobrażam sobie ponury jęk pań, które oczami wyobraźni widziały już Colina Firtha w filmowej adaptacji kolejnego tomu. Nic z tego! Przed pięcioma laty Mark Darcy w dramatycznych okolicznościach zginął w Sudanie. 
[Źródło]
Bridget, dla której śmierć męża była traumą, nagle postanawia ułożyć sobie na nowo życie erotyczne, do czego namawiają ją usilnie przyjaciele. Oczywiście bierze się do tego bardzo metodycznie. Na przykład gromadzi obszerny zestaw poradników na temat randek. Do tradycyjnych perypetii miłosnych dochodzą jeszcze zawodowe: wprawdzie nasza bohaterka nie pracuje, ale pisze scenariusze. Jej unowocześnioną adaptacją „Heddy Gabler” Ibsena zainteresowała się wytwórnia filmowa, która żąda zmiany tła wydarzeń  na Hawaje lub Sztokholm.

Obowiązki scenarzystki ciężko połączyć z życiem rodzinnym. Osobę, której kiedyś nikt o zdrowych zmysłach nie powierzyłby na pięć minut chomika, trudno sobie wyobrazić w charakterze odpowiedzialnej opiekunki potomstwa, ale wcale nie jest najgorzej. Macierzyństwo à la Bridget zostało zobrazowane bardzo realistycznie. Przykładowo pani Darcy musi panować nad sytuacją w czasie zbiorowej biegunki progenitury, z godnością dać odpór wszawicy i zachować twarz, kiedy Mabel upewnia się, czy mama urodziła się w czasach wiktoriańskich, czy też może w dobie renesansu. A tak przy okazji: urocza sepleniąca córeczka Bridget to jeden z najmocniejszych punktów tej powieści. Na przykład bardzo podobała mi się scena z sową.

Przed lekturą „Mad about The Boy” trochę obawiałam się połączenia wątków tragicznych z komizmem, bo różnie z tym bywa. Trzeba dużo taktu i zręczności, żeby scalić odległe nastrojowo brzegi tak, by czytelnik nie miał wrażenia, że spaceruje na linie rozpiętej nad przepaścią. Fielding udało się to, ale nie do końca. Sceny wzruszające ocierają się o kicz, a dowcip autorki niekiedy bywa ciężkawy.

Czasem poczucie humoru Fielding niebezpiecznie zbliża się do granicy dobrego smaku. Według mnie została przekroczona przynajmniej dwa razy (wzmianka o Józefie i Maryi oraz o afrykańskich kobietach). Powieść przypadnie do gustu miłośnikom gagów i burleski. Poza tym spora część żartów dotyczy wymiotów, puszczania bąków i wszy, a w dodatku są uporczywie powtarzane. Na szczęście zdarzają się też fragmenty bardziej udane. Świetny jest na przykład opis początków kariery Bridget na Twitterze.  

Można dyskutować o wątłych walorach powieści Helen Fielding i o tanich chwytach literackich, ale socjologiczne obserwacje autorki zasługują na uwagę. Szczególnie ciekawe były dla mnie obrazki z londyńskiej szkoły: relacje dzieci i rodziców z nauczycielami, ich wzajemne komunikowanie się i inne drobiazgi.

Autorka porusza też problem wirtualnej rzeczywistości, która coraz bardziej zastępuje nam tę prawdziwą. Mówi również o amerykanizacji kultury i języka, o naszym uzależnieniu od nowoczesnej technologii – siedmioletni Billy wymienia ją jako piąty żywioł. Natomiast Bridget jest z nią na bakier: myli iPada z iPodem, a piloty do telewizora budzą w niej nabożny lęk. Jednak pomimo początkowych oporów staje się entuzjastyczną użytkowniczką Twittera oraz serwisów randkowych.
[Źródło]
I jeszcze świetne, trochę zgryźliwe obrazki ze współczesnej Wielkiej Brytanii. W klasie Billy'ego nie ma chyba ani jednej osoby o typowo angielskim imieniu i nazwisku - Londyn zalała fala imigrantów. Sądziłam, że sprzątaczka Grazina to akcent polski, ale chyba inspirowana jest prawdziwą postacią o tym imieniu, którą autorka wymienia w podziękowaniach z nazwiskiem świadczącym o innej narodowości.

Jak „Mad About the Boy” wypada na tle poprzednich książek o Bridget? Przede wszystkim w tomie trzecim jest zdecydowanie więcej seksu. Pojawiają się nawet humorystyczne nawiązania do „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Polski tłumacz będzie musiał się nieźle napocić, żeby nie było wulgarnie albo pseudonaukowo. Szczerze mówiąc wolałam Bridget zakompleksioną niż obsesyjnie rozerotyzowaną.

Poza tym znalazłam sporo powtórek z wcześniejszych tomów, jak na przykład wzmianka o zjedzeniu przez owczarki alzackie i niektóre schematy fabularne. Spotykamy prawie wszystkich bohaterów z poprzednich tomów. Zdumiało mnie to, że niesforny seksoholik, Daniel (w filmie Hugh Grant) jest ojcem chrzestnym Mabel i Billy'ego. Jak bumerang wracają również słynne majtki Bridget. Tym razem są to stringi, którymi nieświadomie epatuje pana Wallakera, wspinając się na drzewo.

Trudno wyczuć, czy te powtórki to zabieg celowy - oko puszczone do wiernych czytelników, czy może raczej odcinanie kuponów od popularności dwóch pierwszych części cyklu. Zupełne nowości to uzależnienie Bridget od Twittera, jej romans z młodszym o dwadzieścia lat Roxsterem McDuffem, botoks, tudzież wiele innych przygód.

Po skutecznej diecie monitorowanej przez klinikę leczenia otyłości, Bridget osiągnęla wymarzoną wagę i nosi rozmiar 10. Uważam, że kuracja odchudzająca przydałaby się również książce. Ideałem byłoby kilkadziesiąt stron mniej. Zauważyłam też, że w powieści pojawia się wiele nazw firmowych i przypuszczam, że to raczej nie przypadek.

Czytając „Mad about The Boy” często zastanawiałam się, nad fenomenem książek Fielding. Roztargniona Bridget, która strzela gafę za gafą i czasem zachowuje się okropnie, sprawia, że czujemy się od niej lepsi, mądrzejsi, bardziej rozsądni. Poza tym mimo irytujących wad jest w niej coś ujmującego. Przede wszystkim szczerość i infantylizm, który po prostu rozbraja.  

Z artykułów w prasie brytyjskiej wynika, że na temat ewentualnej adaptacji filmowej krążą dwie wykluczające się teorie. Jedni twierdzą, że to całkiem prawdopodobne i robią przegląd aktorów, którzy pasują do roli Roxstera, podczas gdy inni wątpią w powodzenie tego projektu, choć pisarka podobno jest nastawiona entuzjastycznie. Zdruzgotane fanki Colina Firtha pocieszę przypuszczeniem, że na pewno nie obejdzie się bez romantycznych retrospekcji.

__________________
Helen Fielding, Bridget Jones: Mad About The Boy, Alfred A. Knopf, 2013.

Moja ocena: 4-
Helen Fielding. [Źródło]

109 komentarzy:

  1. "Dziennik Bridget Jones" jest dla mnie jedynym (dotąd) przykładem sytuacji, gdy film jest lepszy od książki na podstawie, której powstał.

    Nie jestem w stanie wyobrazić sobie Bridget po pięćdziesiątce, więc pójdę na łatwiznę i poczekam aż ktoś to przeniesie na ekran.
    I będzie to jedyny (dotąd) przypadek, że nie będę się takiego podejścia wstydzić;)
    To właściwie będzie jedyny przypadek, gdy takie podejście będę prezentowała;)
    Jeśli ekranizacja nie powstanie, umrę w nieświadomości.

    A tak poważnie, to ta książkowa Bridget nigdy nie była mi bliska, to chyba po prostu nie była książka dla mnie. Ale rozumiem, że innym może się podobać, ma swój urok!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poszalałam z przecinkami tam wyżej, tragedia;)

      Usuń
    2. Miły zbieg okoliczności, bo ja też uważam adaptację filmową za lepszą, a to naprawdę rzadki wyjątek. :) Ale tylko w przypadku drugiego tomu. W pierwszej części (wersji filmowej) nie cierpię sceny bójki Marka i Daniela, to przerysowany do granic możliwości absurd.
      Co do adaptacji filmowej to jak wspominałam, na dwoje babka wróżyła, ale sądzę, że wizja pokaźnych sumek może na potencjalnych producentów podziałać bardzo motywująco. :) Podobno jeszcze przed premierą "Mad About the Boy" rozważano nakręcenie filmu według scenariusza Fielding "Bridget Jones and Baby", czy coś w tym rodzaju, ale prawdopodobnie spełzło na niczym.
      Wiem, że mnóstwo osób wręcz nie cierpi Bridget, więc brak entuzjazmu mnie nie dziwi. :)

      Usuń
  2. Widzę że nie wytrzymałaś do naszej premiery. Ja trzymam się ostatkiem sił. Jakkolwiek niskich lotów jest to literatura, to i tak leci mi ślinka. Toż to "współczesny klasyk" hihi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kategorii literatury lekkiej, "wypoczynkowej", np. do pociągu, to rzeczywiście klasyk gatunku. :)
      Nie wytrzymałam nawet do wydania w miękkich okładkach, o czekaniu na polską edycję nie było mowy. :)

      Usuń
  3. Z jednej strony, fajnie że jest kolejna część Bridget, ale brak Marka Darcy'ego jest straszny;) Ale i tak przeczytam, bo to jedna z wielu moich ulubionych bohaterek:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie brak Marka to był szok. :( Wprawdzie jest obecny duchem, bo Bridget często go wspomina, dzieci zresztą też, ale to już nie to samo.
      Lotność umysłu Bridget pozostawia sporo do życzenia, również w tym tomie, ale i tak uśmiecham się na myśl o niej. :)

      Usuń
  4. Trzecia część Bridget Jones była dla mnie prawie takim samym zaskoczeniem jak nowy Sapkowski :) Nie spodziewałam się, że Fielding zdecyduje się uśmiercić Darcy'ego, ale wydaje się to dość ciekawym zabiegiem. Ciekawe czy jakieś polskie wydawnictwo kupiło prawa do wydania, a jeśli tak to kiedy możemy się spodziewać książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraź sobie, że ja o tym nowym Sapkowskim dowiedziałam się dopiero kilka dni temu. nie mam pojęcia, jak to się stało, bo jestem wielką miłośniczką sagi o Wiedźminie. Na szczęście już nadrobiłam braki i książka już kupiona. :)
      O ile dobrze pamiętam, poprzednie części Bridget wydawał Rebis, więc może w tym przypadku będzie tak samo.

      Usuń
    2. Info o "Wiedźminie" poszło jakieś 2 tygodnie temu, więc dużego opóźnienia nie miałaś :) Ja też już kupiłam i aż się boję zajrzeć :)

      Usuń
    3. Aż dziw, że nie rozgłaszano tego z dużym wyprzedzeniem. Przemknęłam tylko wzrokiem przez jedną recenzję, żeby się nie sugerować i wszystko wskazuje na to, że chyba jest nieźle. :) Trzymam kciuki, żebyśmy się nie rozczarowały. :)

      Usuń
  5. Przeczytałam pierwszą Bridget po obejrzeniu filmu i prawdę mówiąc wynudziłam się bardzo mocno. W pewnym momencie zaczęłam czytać "po łebkach", żeby już wreszcie dobrnąć do końca i mieć z głowy. Pewnie jestem z jakiejś innej bajki, ale wcale mnie nie bawiło to co miało bawić, ani nie śmieszyło to co podobno było śmieszne.
    Nie moje klimaty, nawet rozrywkowe.
    Na tym się zakończyła moja znajomość z bohaterką.
    Zresztą film obejrzałam tylko raz i przy kolejnych telewizyjnych powtórkach wcale mnie nie ciągnęło do oglądania. Jeśli więc powstanie nowy i jeśli kiedyś pokażą go w tv to być może obejrzę, ale kupować bilet i iść specjalnie do kina - raczej nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat w przypadku pierwszej części wydaje mi się, że lepszą kolejnością byłaby najpierw książka, potem film, ale skoro bohaterka nie przypadła Ci do gustu, raczej nie ma sensu do niej wracać.
      Książkowy tom pierwszy wydaje mi się najlepszą częścią cyklu, więc skoro Cię nie zachwycił, nie sądzę, żeby trzecia część całkowicie zmieniła Twoje podejście, bo niektóre dowcipy zupełnie słusznie mogłabyś uznać za lekko toporne.
      Mnie filmy i książki o Bridget śmieszą, ale to nie są paroksyzmy chichotów tylko raczej lekkie rozbawienie. :)

      Usuń
    2. Ja już kilkakrotnie przekonałam się, że nigdy nic nie jest śmieszne tak samo dla wszystkich. I to nawet w najbliższym gronie, gdzie wydawałoby się, że nadajemy na tych samych falach. Czasami oglądamy wspólnie film i widać, jak różnie odbieramy żart, sytuację, czy nawet komizm całego filmu. A na brak poczucia humoru raczej nie narzekamy :)

      Usuń
    3. Masz rację, to jest rzecz bardzo indywidualna. Chyba jeszcze trudniej tu trafić w czyjś gust niż w przypadku treści wzruszających, które mają wywołać smutek i zadumę.
      U nas w rodzinie też można prowadzić ciekawe obserwacje na ten temat, też są różnice. Ale na szczęście poczucie humoru męża i moje są dość kompatybilne. :)

      Usuń
    4. U nas też :)
      Co więcej - nie wyobrażam sobie życia z facetem, który nie ma właściwego poczucia humoru.

      Usuń
    5. To tak jak ja. :) A - o dziwo - poczucie humoru dość rzadko pojawia się na "liście oczekiwań", co widzę na przykład rozmawiając z uczniami na te tematy. Być może uważane jest za zbyt mało poważne, a przecież jak soczewka skupia w sobie wiele innych cech.

      Usuń
  6. Ja lubię i czekam na polskie wydanie.

    pisanyinaczej.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że oczekiwanie nie potrwa zbyt długo,choć przed tłumaczem niełatwe zadanie.

      Usuń
  7. Mam ochotę na książkę o Bridget Jones, jeszcze żadnej nie czytałam, Filmu też nie oglądałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To proponuję porządek chronologiczny i koniecznie najpierw książka, a dopiero potem film.

      Usuń
  8. No cóż, na mnie książka - I część nie zrobiła najlepszego wrażenia, bardziej podobały mi się ekranizacje. Może obejrzę kolejną, jeśli powstanie. Natomiast mam zdecydowanie coś wspólnego z Bridget - ostatnio zaczynam się bać telefonu komórkowego, każdy kolejny powoduje, że używam coraz mniej funkcji, w ostatnim to nawet nie potrafiłam odebrać telefonu. A iPad i iPod to coś innego? No i te ciągłe diety :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ja Cię dobrze rozumiem - mój ostatni telefon jest totalną porażką, też nad nim nie panuję, ciągle robi mi różne psoty, a niestety podpisałam cyrograf aż na 3 lata. :( Tak więc trwa wielkie odliczanie.
      Do Bridget mam dystans, ale i dużo sympatii. To karykatura różnych kobiecych cech, smuteczków i neuroz. Chyba między innymi dlatego działa nam na nerwy.
      Dzięki gimnazjalistom w temacie technologicznych nowinek jestem raczej na bieżąco. :) Tempo zmian rzeczywiście niesamowite.

      Usuń
    2. No to witaj w klubie odliczających, także jestem związana cyrografem z firmą telekomunikacyjną. Jeśli na Bridget spojrzeć jako na karykaturę to przyjmuję. Obawiałam się, że Bridget jest jak najbardziej serio. Tak zresztą odbierały ją moje koleżanki.

      Usuń
    3. To możemy założyć grupę telefonicznego wsparcia. :) Nie traktowałabym Bridget na serio, autorka ma moim zdaniem silne zapędy satyryczne.

      Usuń
  9. Ja też mylę iPada z iPodem, a pani Fielding zawdzięczam jedno: sięgnięcie po książki Szwai i Sowy. Sama Brydżet irytowała mnie w stopniu niewyobrażalnym:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomylenie iPada z iPodem to jeszcze nic, zastąpienie błyszczyka czarnym tuszem miało zdecydowanie bardziej spektakularne skutki. :)
      Książki Fielding wywołały u nas szał, odbył się chyba nawet jakiś konkurs na polską Bridget.

      Usuń
    2. W życiu nie zdarzyło mi się pomylić błyszczyka z tuszem :D
      A konkursów była cała masa, zresztą właśnie Szwaja i Sowa wypłynęły w jednym z nich. Polskich podróbek samej Brydżet też parę sztuk widziałem.

      Usuń
    3. Mnie w sumie też nie, choć zapewne czarne usta wywołałyby sporą sensację w pracy. :)
      Z takich widowiskowych pomyłek: umyłam kiedyś włosy w odżywce, której sobie nie żałowałam, i potem byłam zdziwiona, że mam takie dziwne tłuste strąki. :) Nie muszę chyba dodawać, że bardzo się wtedy spieszyłam i nie miałam czasu na powtórkę.
      Przypuszczam, że ta bridgetomania dotknęła nie tylko Polskę, na pewno w innych krajach też była inwazja klonów.

      Usuń
    4. Wydaje mi się, że czarne usta są już jak najbardziej dopuszczalne :)
      Inwazja była wszędzie, szkoda tylko, że te klony masowo przekładano na polski.

      Usuń
    5. Tak, wspaniale wpisują się w konwencję emo. Chyba powinnam pójść właśnie w tym kierunku. :) Do tego koniecznie czarne rajstopy z malowniczo rozrzuconymi dziurami, co przy domowej zwierzynie będzie łatwo osiągalnym efektem. :)

      Usuń
    6. A jakie wrażenie w pracy! Tylko czy emo nie jest już trochę passe?

      Usuń
    7. Masz rację, już w ubiegłym roku było widać na korytarzach tylko blade echa, a teraz to już całkiem w odwrocie.

      Usuń
    8. Czyli wkrótce wybuchnie nowy styl, z przytupem :) Ciekawe, co to będzie.

      Usuń
    9. Chwilowo żadnych wstrząsających nowości, ale będę uważnie obserwować. :)

      Usuń
    10. I prowadź dokumentację fotograficzną :)

      Usuń
    11. Oczywiście. Doniosę, jak tylko wyczuję jakieś nowe fermenty. :)

      Usuń
    12. Porządny ferment będzie wyczuwalny z kilometra :D

      Usuń
    13. :D Miałam na myśli fermenty stylistyczno-szafiarskie, innych wolałabym na szkolnych korytarzach nie wyczuwać. :)

      Usuń
    14. Może w parze z fermentem stylistycznym iść będzie moda zapachowa. Na czosnek na przykład:P

      Usuń
    15. Przestań straszyć, wtedy trzeba będzie masowo palić kadzidełka, a mam przeczucie, że nie wszyscy będą z tego zadowoleni. :)

      Usuń
    16. Ja nie straszę, ja uprzedzam :P

      Usuń
    17. Wczoraj profilaktycznie kupiłam perfumy, żeby odgrodzić się od woni fermentów. :)

      Usuń
    18. To dopiero może być piorunujące połączenie :P

      Usuń
    19. Niewątpliwie. :P Spisałam składniki zapachu moich perfum:
      nuta głowy: liść czarnej porzeczki
      nuta serca: frezja, róża majowa
      nuta bazy: wanilia, paczula, ambroksan, nuty drzewne
      Bez względu na to, co to jest ambroksan, wzmiankowana przez Ciebie woń czosnku faktycznie mogłaby nadać temu wszystkiemu niespotykanej głębi, efekt będzie wstrząsający! :D

      Usuń
    20. Ambroksan: syntetyczna substancja imitująca część widma aromatu ambry: [3aR-(3aα,5aβ,9aα,9bβ]-Dodecahydro-3a,6,6,9a-tetramethyl naphto[2,1-b]furan
      Myślę, że czemuś takiemu żaden czosnek nie straszny :P

      Usuń
    21. Matko, nie wiedziałam, że to nie zapach tylko widmo aromatu, w dodatku jakieś udawane. :D Czosnek ponoć działa na wampiry, ciekawe czy na widma też. :P

      Usuń
    22. Na widma to chyba woda święcona?

      Usuń
    23. Z definicji ambroksanu wynika, że to nie jest prawdziwe widmo tylko jakaś podróba, więc na pewno zniknie samo z siebie. :)

      Usuń
    24. :D Sądząc po kolorze zawartości buteleczki to raczej nie złoty, a jaśniutkomorelowy. :P

      Usuń
    25. Jeśli się pojawi, wypytam o ewentualne preferencje kolorystyczne. :)

      Usuń
    26. Byle nie było jak u Słowackiego: "Duchowi memu dała w pysk i poszła" :P

      Usuń
    27. Rękoczyny z widmem mogłyby się źle skończyć, nie przewiduję. :)

      Usuń
    28. Eee, co najwyżej by Ci ręka przeszła na wylot.

      Usuń
    29. Natychmiast przestań, od razu przypomina mi się film "Duch", który definitywnie zakończył moją przygodę z horrorami. :( Bałam się okropnie.

      Usuń
    30. No skoro bałaś się na Duchu, to już nic więcej nie napiszę :P

      Usuń
    31. Domyślam się, że w kategorii horrorów to jest jakiś żenujący lajt, ale bałam się okropnie i unikam takich filmów jak ognia. :) Książek zresztą też.

      Usuń
    32. Delikatnie mówiąc, w życiu bym tego nie nazwał horrorem. No ale wrażliwość to kwestia indywidualna. Szkoda tylko, że kilka świetnych książek Kinga będzie Ci niedostępnych z tego powodu.

      Usuń
    33. Zgadza się, jedyna książka Kinga, jaką przeczytałam to "Jak pisać: Pamiętnik rzemieślnika". :)

      Usuń
    34. Tego to ja bym się bał czytać:P

      Usuń
    35. :D A to jest całkiem fajne, takie praktyczne porady dla przyszłych powieściopisarzy, poparte przykładami. Zaznaczam, że nie czytałam w celach instruktażowych tylko dla przyjemności.

      Usuń
    36. Przypomniała mi się fejsbukowa jatka u polskich "pisarzy" wokół tej książki i innych poradników pisania. Chyba żaden horror Kinga nie wzbudziłby takich emocji :)

      Usuń
    37. Jatki nie widziałam, ale specjalnie nie żałuje. :) Akurat King jako autor takiego poradnika szczególnie mnie nie dziwi, natomiast zawsze ze zdumieniem patrzę na podręczniki o tym, jak napisać bestseller autorstwa ludzi, którzy znając cenne tajemnice nigdy ich sami nie wykorzystali, tylko altruistycznie udostępniają innym. :P Mam chyba ze 2 takie książki.

      Usuń
    38. No jak to nie wykorzystali? Napisali bestsellerowe poradniki i zgarniają kasę.

      Usuń
    39. Nie zauważyłam, żeby te poradniki brylowały na listach bestsellerów, więc chyba nie tyle chodzi o kasę, co o sławę eksperta-praktyka.

      Usuń
    40. Spokojnie zapewniają autorom chleb z masełkiem. Pytać raczej należy, czy czytelnicy tych dzieł brylują potem na listach bestsellerów.

      Usuń
    41. Nie pamiętam, żeby któryś laureat literackiego Nobla w mowie dziękczynnej wymieniał nazwiska autorów takich poradników. :)

      Usuń
    42. To oczywiste, że żaden noblista się nie przyzna, bo musiałby się nagrodą podzielić :P

      Usuń
    43. W memuarach i korespondencji noblistów też raczej brak wzmianek o współautorach sukcesu. :)

      Usuń
  10. Nie będę się wypowiadał bo jestem świeżo po lekturze Iwasiów, która potraktowała Fielding lekkim kuksańcem więc gdybym przyznał, że dobrze się bawiłem i przy książkach i na filmie to jeszcze zostałbym męskim szowinistą :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, wcale nie dziwi mnie ten kuksaniec! :) Czytając "Mad About the Boy" zastanawiałam się nad feminizmem Bridget i sytuacja jest dość paradoksalna: z jednej strony bohaterka jest kobietą wyzwoloną, wciąż uprawia nieskrępowany seks, ma w nosie normy, realizuje siebie we wszystkich dziedzinach życia, ale jak to wszystko pogodzić z rozpaczliwym poszukiwaniem życiowego partnera, co czyni główną treścią swojego życia, tudzież z poddawaniem się bolesnym zabiegom upiększającym (np. botoks)? Mam wrażenie, że na trzeci tom spadnie jeszcze więcej kuksańców niż na poprzednie, więc rzeczywiście z sympatią do Bridget lepiej zejść do podziemia. :)

      Usuń
    2. W "Potędze sławy" jest mniej więcej to samo, tzn. jeśli chodzi o życiową postawę bohaterki, tyle, że doprawione krytyką celebryckiej dobroczynności na pokaz. W każdym razie rozrywkowa książka, z mającymi złapać za serce epizodami.

      Usuń
    3. Pierwsza część cyklu o Bridget też jest właśnie taka. Myślę, że autorka wypracowała dobrze sprawdzający się model i podaje go tylko lekkim modyfikacjom ku uciesze czytelników. W dodatku jest to całkiem zręcznie napisane, a bohaterka ze wszystkimi doprowadzającymi do pasji wadami jest znacznie bardziej przekonująca niż postacie z innych "lajtowych" powieści.

      Usuń
    4. Oryginały zawsze są lepsze od kopii - miałem wrażenie, że książki Grocholi są wzorowane właśnie na Fielding.

      Usuń
    5. Właśnie. Nie czytałam nic Grocholi, oglądałam tylko dwie adaptacje filmowe, zresztą bez entuzjazmu, ale chyba rzeczywiście coś jest na rzeczy, choć realia zupełnie inne -

      Usuń
    6. Na tym przecież polega ich atrakcyjność, że są przykrojone do naszych realiów. Tytułu już nie pamiętam ale w którymś filmie uderzyło mnie to, że główna bohaterka też pracowała w redakcji, tyle że gazety a nie wydawnictwa.

      Usuń
    7. To chyba właśnie w adaptacji filmowej książki Grocholi tak było, pani bodajże odpowiadała na listy czytelników, udzielając im cennych życiowych porad. :)

      Usuń
  11. Kocham filmy, są genialne. Książki mniej - przeczytałam, ale bez fajerwerków. Przeczytam trzecią część również, wiadomo ;). I czekam na ekranizację. Chociaż łezka w oku kręci się za Markiem Darcy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak wspominałam, liczę na wspomnieniowe przebitki w trzecim filmie, więc Mark na pewno w jakiejś postaci zaistnieje. :) Ale rzeczywiście nadawał tej opowieści uroku, którego teraz zabrakło.

      Usuń
  12. Trochę się boję czytać trzeciej części, trudno jest mi wyobrazić sobie Bridget w takich okolicznościach (no i bez Marka Darcy!!!)
    Poprzednie książki z serii darzę dużą sympatią (zwłaszcza pierwszą), ekranizacje również (zwłaszcza pierwszą) i wcale się tego nie wstydzę, choć, podobnie jak Ty, jestem w pełni świadoma ich wartości obiektywnej :-)
    Coś czuję, że trzeci tom znajdzie miejsce wśród moich lektur na święta :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tragiczne doznania nadały Bridget trochę głębi i szlachetności, choć wiem, że trudno w to uwierzyć, znając jej szałaputowaty charakter. :)
      "Mad About the Boy" świetnie się sprawdzi jako lektura świąteczna, tym bardziej, że Boże Narodzenie występuje w końcówce i jak zwykle u Fielding jest malownicze. Nawet bez Darcy'ego w niezapomnianym sweterku. :)

      Usuń
  13. Nie wiem, czy przeczytam ten tom, ale dziękuję za naświetlenie zawartości.;)
    Wydaje mi się, że urok BJ polega na jej zwyczajności oraz cechach, które wymieniłaś. Trudno przy niej nabawiać się kompleksów, a na pewno jest sympatyczna, więc ponowne spotkanie wydaje się przyjemnością - jak z dobrą znajomą. Mnie w niej ujmowała energia - Bridget mogła popełnić największą gafę, ale robiła dobrą minę do złej gry, otrzepywała spódnicę i szła do przodu.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kompleksach rzeczywiście zupełnie nie ma mowy, chyba prawie każdy czytelnik będzie patrzył na jej wybryki z pobłażliwą wyższością. :)
      Masz rację, że ta umiejętność parcia do przodu nawet po najbardziej widowiskowych wpadkach, jest u Bridget bardzo wyraźna i szczerze mówiąc, trochę jej tego talentu i tupetu zazdroszczę. :) Energia faktycznie niespożyta, teraz przydaje się jej przy opiece nad dziećmi, które też bynajmniej nie przypominają potulnych aniołków. :)

      Usuń
    2. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby powstała część o Bridget-babci.;)
      Swoją drogą to cenne, że Fielding nie poszła za ciosem (oraz przykładem innych pisarzy) i nie wyprodukowała więcej książek z serii BJ - potencjał w końcu był.

      Usuń
    3. Ja też, ale jest mały problem: aktualny wygląd Renée Zellweger kategorycznie wyklucza rolę jakiejkolwiek babci! :) Za parę lat może zagrać Mabel, córkę Bridget. :)
      Masz rację, podoba mi się również to, że między drugim a trzecim tomem była kilkunastoletnia przerwa.

      Usuń
    4. O tym samym tj. obsadzeniu Zellweger w kolejnych adaptacjach później pomyślałam!:) Własną córkę na pewno będzie mogła zagrać.;) Może i na ew. wnuczkę się załapie.;)

      Usuń
    5. Obsadzenie Renée Zellweger w roli córki wiązałoby się z uśmierceniem Bridget, a tego to już czytelnicy nie wybaczyliby Fielding. :) Nawiasem mówiąc pięcioletnia Mabel jest tak urocza, że z przyjemnością przeczytałabym książkę z nią w roli głównej. :)

      Usuń
    6. Ależ skądże znowu, córkę można wysłać np. na stypendium zagraniczne i jej matka będzie wtedy miała okrojoną rolę, albo będzie tylko słyszalna.;)

      Usuń
    7. Niby tak, ale znając ekspansywną osobowość Bridget, takie okrojenie roli i wyłącznie słyszalność raczej nie wchodzą w rachubę. :)

      Usuń
  14. Pierwsze dwa tomy były urocze, w takim stopniu w jakim może być urocze dziecko utaplane w błocie, o ile to nie jest własne dziecko ;) W każdym razie historyjka o Brigdet i jej perypetiach była dla mnie zabawna i nawet teraz jak mam gorszy dzień zdarza mi się sięgnąć po te książki, ot tak dla relaksu. Ale czy sięgnę po trzecią.. Oj, nie wiem! To, że Brigdet to dość irytująca postać w ogóle nie ulegało wątpliwości, ale do dziś jak maluję rzęsy to przypomina mi się scena z książki, w której Brigdet rozważała, patrząc na malującą się przed wywiadem matkę, czy to powszechne zjawisko, że kobiety malując rzęsy otwierają jednocześnie usta. I cóż, malując rzęsy ust nie otwieram, tylko się uśmiecham na to wspomnienie :) A filmy kojarzę, ale chyba nie widziałam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skojarzenie z utaplanym dzieckiem bardzo trafne, Bridget ciągle pakuje się w rozmaite kłopoty, a tym razem między innymi została wyciapana czekoladą. :)
      Niejednokrotnie przekonałam się o tym, że Bridget jako lekarstwo na chandrę spisuje się naprawdę nieźle.
      Fragmentu o rzęsach nie pamiętałam, ale mam wiele takich scenek, do których lubię wracać. Z tomu trzeciego jedną z nich będzie na pewno skok Roxstera do basenu, żeby uratować tonącą suczkę rasy Chihuahua. :)

      Usuń
  15. Sięgnę z sentymentu :) Ale jak pomylić błyszczyk z tuszem do rzęs to doprawdy nie mam pojęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale rozumiem ten sentyment. :)
      Bridget trochę usprawiedliwia to, że była bardzo zdenerwowana przed pierwszą randką z nowym przyjacielem i stąd szokująca pomyłka. :)

      Usuń
    2. No rozumiem, rozumiem. Nie zdziwiłyby mnie za bardzo dwa różne buty, albo tylko jedna ogolona noga, albo spalenie włosów prostownicą ;)

      Usuń
    3. Wymienione przez Ciebie przykłady jak najbardziej wpisują się w portret psychologiczny Bridget. :) A problem związany z włosami przewija się wielokrotnie w powieści, ale dotyczy rozpaczliwej walki z wszami przyniesionymi przez dzieci ze szkoły.

      Usuń
  16. ciężko mi po tej recenzji, sama nie wiem czy chcę sięgnąć po książkę czy nie, pamiętam Bridget i Darcy'ego z poprzednich części i nie wiem, czy chcę burzyć ten obraz, czas pokaże :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Bridget aż tak głębokie zmiany nie nastąpiły, nadal ma absurdalne pomysły, nieprawdopodobny tupet, poczucie humoru i pecha w rozmaitych okolicznościach, ale brak Marka rzeczywiście jest odczuwalny dość boleśnie.

      Usuń
  17. Przeczytałam dwa pierwsze tomy i gdybym mogła, powycinałabym to i owo, zwłaszcza nieskończone wyliczanki ile wypaliła, ile deko przytyła. To mnie wkurzało. W filmie tego na szczęście oszczędzono, więc zapewne zakończę na filmie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomysł na cięcia bardzo dobry. Z części drugiej zdecydowanie wyrzuciłabym egzotyczną podróż zakończoną więzieniem. Domyślam się, że miała być atrakcyjnym akcentem na tle londyńskiej szarości, ale poziom absurdu nawet jak na mnie stanowczo zbyt wysoki. :)

      Usuń
    2. Niby, że nikt nie czyta, a proszę - uderzyć w stół - okazuje się, że czytali wszyscy;)

      Usuń
    3. :D Bridget to klasyczny przykład gatunku, a do tego bardzo ciekawe zjawisko socjologiczne.

      Usuń
  18. O, prosze, teraz wpuscilo mnie bez problemu, nic sie nie blokuje.

    Ja Bridget darze nieustajaca sympatia, pamietam, jak wylam ze smiechu, czytajac pierwsza czesc :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, bo bałam się, że to jakieś moje niedopatrzenie.
      Ja chyba też najbardziej wyłam przy pierwszym tomie, choć tak naprawdę to było głównie wycie w myślach, bo czytałam w pociągu. :)

      Usuń
  19. Właśnie sobie kupiłam na kindla i ciesze się, że jej tak całkiem nie zjechałaś. Mam do niej sentyment, a z tym bywa różnie, czasem jest tak, ze sentyment przesłania fakt, że książka jest do niczego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również mam do niej sentyment, co wyznaję na samym początku. Zresztą nie trzeba wielkich słów, mówią o tym czyny. :) Nie czekałam jak pan Bóg przykazał na paperbacka, tylko w amoku zaopatrzyłam się w jedynie dostępną wersję ekskluzywną - to niezbity dowód, jak wielki to sentyment w moim przypadku. :)
      Bardzo jestem ciekawa, jak odbierzesz Bridget w nowym wcieleniu. I czy polubisz Mabel - moim zdaniem jest cudna. Nie miałam pojęcia, że Fielding tak świetnie wychodzą portrety literackie dzieci. Billy też jest bardzo sympatyczny.

      Usuń
  20. jeśli ktoś wpadnie na datę premiery polskiej wersji językowej to proszę o kontakt, bo jestem w desperacji.
    Siostra dostała by jako prezent pod choinkę, ale czy zdążą z polską wersją do świąt? ;dd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tej pory nie widziałam żadnych konkretnych dat, nie wiem też, które wydawnictwo wyrazi zainteresowanie tą powieścią. Niestety, Święta wydają mi się mało realistyczne, stawiałbym raczej na przyszły rok. Jeśli nie choinka, to urodziny albo imieniny. :).

      Usuń