Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psy. Pokaż wszystkie posty

17 sierpnia 2013

Pszczółka i spółka (Ewa Złotowska, "Największe miłości świata")

Bardzo Was przepraszam za kilkutygodniowe zniknięcie. Niestety nie potrafię pisać, kiedy w świecie pozablogowym dzieje się nie najlepiej. Potem oczywiście była tradycyjna wyprawa na Roztocze. Aż dwa tygodnie słodkiego leniuchowania i wspaniała czytelnicza rozpusta. W sierpniu zapowiadał się jeszcze jeden wyjazd, tym razem do Włoch, ale skończyło się na planach. Trudno, może w przyszłym roku...
Po raz kolejny z całego serca dziękuję Wam za cierpliwość, pamięć, ciepłą życzliwość i zaglądanie do Lektur Lirael, choć od dawna nie pojawiło się tu nic nowego. 
Liczba przeczytanych przeze mnie książek, wytrwale czekających na wzmiankę na blogu, to w tej chwili mistyczne 44, tak więc natychmiast zaczynam nadrabiać zaległości. :)

Pszczółka i spółka
O książce Ewy Złotowskiej dowiedziałam się dzięki Paren, która nie tylko mi ją poleciła, ale również pożyczyła, za co serdecznie dziękuję. Dotąd autorkę kojarzyłam przede wszystkim z głosikiem rezolutnej Pszczółki Mai i niezapomnianą Pippi Langstrumpf. Nigdy wcześniej nie słyszałam o Największych miłościach świata, a okazało się, że przeczytany przeze mnie egzemplarz to już drugie wydanie.

Dedykacja właściwie streszcza całość: „Książeczkę tę poświęcam pamięci wszystkich braci mniejszych, którzy nie zawsze potrafią mówić, ale zawsze potrafią kochać”[1]. Największe miłości świata to pisane sercem wspomnienia autorki. Najważniejszą rolę odgrywają w nich portrety zwierząt. Feluś, Pompon, Sara, Jagusia, Wasyl, Gracja, Klara i inni zostali opisani z tkliwością, bardzo emocjonalnie, ale jednocześnie bez słodkiego ciumkania, typowego dla rozmów o pupilach. W każdym razie ja chyba czasem ciumkam.

Autorka jest osobą dowcipną i uczuciową, co zdecydowanie wyszło książce na dobre. Bohaterowie opowieści to nie tylko jej koty i psy. Piękna jest na przykład historia papużki Balbinki, która umarła z miłości. Ciekawym pomysłem okazały się dialogi ze zwierzętami, trochę w duchu Colette. Książka robi wrażenie bardzo szczerej. Złotowska bez minoderii wspomina o najważniejszych wydarzeniach w swoim życiu, nie unikając trudnych tematów.

W braciach mniejszych autorka ceni przede wszystkim życiową mądrość, prostolinijność i szczerość. Duże wrażenie zrobiły na mnie fragmenty poświęcone bezmyślnemu okrucieństwu ludzi wobec zwierząt. Przyznam, że po prostu rozpłakałam się czytając o tym, jak sąsiedzi zmasakrowali kota pani Ewy. 

Wątpię, czy psychopatyczni sadyści sięgają po takie ciepłe książki jak wspomnienia Złotowskiej, a szkoda, bo walory wychowawcze Największych miłości świata dają się zauważyć natychmiast. Warto wspomnieć, że autorka nie tylko pisze o zwierzętach, również pomaga czworonogom w potrzebie. 

Sympatycznym dodatkiem do ładnie wydanej książki są zdjęcia z domowego archiwum, które pozwalają poznać pupilków aktorki niemal osobiście. Natomiast niemiło wspominam literówki. Nie podobała mi się też dygresja na temat wychowania dzieci z pochwałą  klapsów: 
„A może dobrze jest czasem po prostu spuścić lanie?!!!” [2]
„To wprost niesamowite jak taka przeprana pupa ustawia rozumek na miejsce.” [3]
Nie wątpię, że intencje były dobre, że autorka tylko zżyma się na tak zwane bezstresowe wychowanie w wersji karykaturalnej, ale po raz kolejny wyrażę wątpliwość, czy w kraju, w którym pobite dzieci to stały wątek dzienników telewizyjnych, publiczne głoszenie takich teorii przez znaną i lubianą osobę jest dobrym pomysłem.

P.S.
Na muzycznym blogu Paren znajdziecie fragment książki Ewy Złotowskiej. A tutaj wywiad z autorką, o kotach i nie tylko.
___________________
[1] Ewa Złotowska, Największe miłości świata, Vizja Press&IT, 2010, s. 188.
[2] Tamże, s. 86. 
[3] Tamże, s. 87. 

Moja ocena: 4,5
Ewa Złotowska.

22 lutego 2013

„Nie zawsze z psami schodzi się na psy” (Katarzyna Nowicka, "Pyskiem do kamery")

„Nie zawsze z psami schodzi się na psy”
Dotychczas myślałam, że okładka przede wszystkim ma informować o tym, jak brzmi tytuł książki i kto ją napisał. Wydawnictwo Bellona w brawurowym stylu zburzyło moje przekonanie, przewidywalne, ciepłe i bezpieczne niczym norka hobbita. 

Wbrew temu, co widzicie na powyższym zdjęciu, prawdziwy autor „Pyskiem do kamery” został wymieniony małymi literkami jako „współtwórca” w nocie z tyłu, na ostatniej stronie okładki. Na osłodę dorzucono jeszcze portrecik. Wprawdzie już kiedyś czytałam książkę, w której beztrosko pominięto tłumacza, ale z taką nonszalancją wobec twórcy spotykam się po raz pierwszy. 

Nie wiem, jaki był wkład Katarzyny Nowickiej w powstanie dziełka. Jako redaktor figuruje inna osoba. Bardzo możliwe, że bez pani Nowickiej w ogóle nie byłoby tej publikacji, ale warto byłoby coś na ten temat napisać. Zapewne „Zamiast wstępu” i zakończenie („Proste zasady zdobycia psiego przywiązania”) są jej autorstwa, choć akurat ich nie podpisała swoim nazwiskiem. Może to ona spisywała wspomnienia Franciszka Szydełki, który udzielił jej wywiadu-rzeki? Mimo wszystko doprawdy wypadało wkomponować jego nazwisko w projekt pierwszej strony okładki.

Franciszek Szydełko? Jeśli macie zwyczaj wychodzić z kina lub wyłączać telewizor, kiedy tylko pojawiają się napisy końcowe, to nazwisko raczej nic Wam nie powie. Ci, którzy interesują się składem ekip filmowych, bezbłędnie skojarzą go z tresurą zwierząt dla potrzeb filmu Zagadką pozostaje dla mnie pytanie, dlaczego Bellona nie wykorzystała popularności pana Szydełki w roli marketingowego atutu. 

Przyjemność płynąca z lektury „Pyskiem do kamery” to między innymi zasługa talentu gawędziarskiego autora. Pan Szydełko odbył mnóstwo spotkań z widzami i to się czuje przy czytaniu. Jego słowa przypominają kamyczki, które z biegiem czasu stały się okrągłe i gładkie. Żałuję, że jeśli kiedyś zawitał w Lublinie, a to bardzo prawdopodobne, przegapiłam to. Poczucie humoru i elokwencja autora jednoznacznie zapowiadają spore atrakcje na żywo.
Franciszek Szydełko i Trymer.
[Źródło]
Okraszone licznymi ciekawostkami opowieści polecam nie tylko miłośnikom psów i innej zwierzyny. Autor poświęca sporo uwagi filmom, przy których współpracował. Liczba tytułów robi wrażenie (148), choć oczywiście przywołane zostały tylko niektóre, i największe hity (Czterej pancerni i pies, Cywil, Szaleństwa panny Ewy, Dom), i te zupełnie zapomniane. Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego w telewizji do bólu eksploatowane są ciągle te same produkcje, a przecież tyle mniej znanych zasługuje na odkurzenie. Parę tytułów sobie wynotowałam do obejrzenia koniecznie, na przykład Romantycznych, Prognozę pogody, Sam na sam. Tylko uprzedzam, że autor dość intensywnie zagłębia się w meandry fabuły, więc jeśli ktoś podobnie jak ja nie cierpi spoilerów, proponuję wrócić do tych fragmentów już po obejrzeniu filmu, który Was zaciekawi.

Kiedy czytałam Pyskiem do kamery, uderzyły mnie przede wszystkim dwie rzeczy. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, w jak wielu polskich filmach występują zwierzęta, choć stali czytelnicy bloga wiedzą, że jestem na tym punkcie wyczulona. Czworonogi pojawiają się czasem tylko na kilka sekund, a praca nad sceną trwa godzinami i bywa prawdziwym wyzwaniem dla osób, które ją przygotowują. Czy pamiętacie gęsi, kozy i kury w ekranizacji „Ferdydurke”? Bo ja nie, a wystąpił tam szwadron zwierzęcych aktorów. Tak Szydełko wspomina emocjonującą pracę przy tej produkcji: 
Pięć osób pomagało mi utrzymać to wszystko w jakich takich rygorach. Poprzydzielałem zadania według zwierzęcych asortymentów i koordyno­wałem:
- Prosiaki na plan! Gęsi z lewej strony! Kaczki trochę z tyłu! Uwaga! Krowy nie mogą zasłaniać baranów... - i tak bez końca. Gdy schodziłem potem z planu, nie słyszałem, co się do mnie mówi, taki tam podczas zdjęć był rwetes i urwanie głowy.[1]
Kolejna niespodzianka to metody pracy ze zwierzętami, które pan Szydełko opisał bardzo drobiazgowo. Na fali amerykańskich i angielskich zaklinaczy koni, psów, kotów i świnek morskich jego podejście wydaje mi się bardzo nowatorskie i dziwię się, że wśród zachwytów nad zagranicznymi behawiorystami nie pamiętamy o naszym rodzimym talencie, który w praktyce stosował szkolenie pozytywne kilkadziesiąt lat zanim w ogóle padła ta nazwa. Autor podkreśla, że nie uciekał się do przemocy, a jego recepta na sukces to przyjazny kontakt ze zwierzęciem, wspomagany przysmakami plus spryt i intuicja. I świadomość, że „człowiek, który cząstkę swego serca przekaże psu, otrzyma w zamian od niego cały bezmiar miłości i wierności”[2]. 

Ubodło mnie natomiast to, że psy, które trafiały na plan filmowy ze schronisk, po zakończeniu zdjęć często tam wracały. Po kilku tygodniach troskliwej opieki i bliskiego kontaktu z człowiekiem to musiał być dla nich szok, choć autor podkreśla, że interesowano się ich dalszym losem, a niektóre znajdowały nowy dom wśród członków ekipy.

W Pyskiem do kamery Franciszek Szydełko opowiada o początkach swojej przygody z kinematografią, a kolejne rozdziały poświęcone są poszczególnym filmom. Autor dokładnie opisuje poszczególne etapy swojej pracy, począwszy od poszukiwania idealnego odtwórcy roli, a skończywszy na spotkaniach z widzami po premierze, często w towarzystwie psich celebrytów. Szydełko wspomina na przykład wyprawę samolotem do Pragi. Kategorycznie odmówiono wstępu na pokład owczarkowi niemieckiemu Trymerowi, odtwórcy roli Szarika. Kiedy załoga dowiedziała się, kim jest niechętnie widziany pasażer-futrzak, problem zniknął natychmiast, a pies podróżował jako VIP. Jak widać „Nie zawsze z psami schodzi się na psy”[3]. 
Na planie Czterech pancernych i psa.
[Zdjęcie z książki.]
W „Pyskiem do kamery” anegdot jest sporo. Oprócz zabawnych, na przykład o scenie polowania z „Misia”, o słonicy Tarze z „W pustyni i w puszczy”, która była melancholijną miłośniczką rumu, o słynnym pastowanym dziku z „Nie ma mocnych”, czy o problemach z egipską policją, która uznała dogi niemieckie za młode lwy. Okazuje się, że czasem śmieszne sceny, które weszły do panteonu najzabawniejszych fragmentów polskich fimów powstawały w nieco dramatycznych okolicznościach. W czasie kręcenia komedii „Galimatias, czyli kogel-mogel II” jeden z adoratorów niezapomnianej Pusi zaatakował Małgorzatę Lorentowicz, która grała babcię.

Wśród mniej lub bardziej zabawnych opowieści zdarzają się też i takie, które prowokują do refleksji. Choćby historia związana z „Ulicą Graniczną” z 1949 roku. Scenariusz przewidywał następującą scenę: hitlerowiec szczuje psa na żydowską dziewczynkę. Czarny owczarek niemiecki Wicher został solidnie przygotowany do swojej roli, ale w kulminacyjnym momencie rzucił się na odtwórcę roli prześladowcy dziecka. 

Cierpliwość i spokojna determinacja pana Szydełki nieraz wprawiały mnie w podziw. Pracował nie tylko ze zwierzętami. Często więcej wysiłku wymagało przełamanie oporów ludzi. Miłośnikiem czworonogów nie był na przykład Roman Wilhelmi, który się ich bał. A o tym, jak ważne są pozytywne fluidy w aktorskim tandemie człowiek - pies na planie filmowym, niedawno boleśnie przekonali się twórcy serialu Komisarz Alex.

Najczęściej autor pracował z psami, ale wśród jego podopiecznych zdarzały się też koty, węże, kaczki, gęsi, kury, kozy, żurawie, szczury, świnie, zaskroniec, gawrony, muchy i dżdżownice. Imponujący zestaw. Mąż, którego w trakcie lektury nieustannie bombardowałam dykteryjkami z planu filmowego, zapytał, czy pan Szydełko trenował również mrówki, które wystąpiły w „Panu Tadeuszu”, ale akurat na ten temat nie ma ani słowa.
_____________
[1] Katarzyna Nowicka, Pyskiem do kamery: Szarik, Cywil i inni, Wydawnictwo Bellona, 1997, s. 185.
[2] Tamże, s. 8.
[3] Tamże, s. 9.

Moja ocena: 4 
Franciszek Szydełko.
[Źródło]

11 grudnia 2012

Okiem jamnika (Magdalena Samozwaniec, "Angielska choroba")


Okiem jamnika
Po lekturze „Córki Kossaka” i pod wpływem Waszych komentarzy poczułam palącą potrzebę przeczytania beletrystycznej książki Magdaleny Samozwaniec. Los mi sprzyjał. Wkrótce natknęłam się na wydaną w 1983 roku „Angielską chorobę”. Sympatyczny jamnik na okładce po prostu nie pozostawił mi wyboru.

Zgodnie z przewidywaniami piesek w turkusowej obróżce nie odgrywa w powieści roli epizodycznej. Jest nie tylko głównym bohaterem, ale i narratorem. Uważnym, bystrym, a czasem - jak na przedstawiciela tej rasy przystało - kąśliwym. To typowy jamnik - ma bardzo wysokie mniemanie o sobie i bogatą osobowość. Nie ma natomiast rodowodu, ale kto by się przejmował takim drobiazgiem: „Z przodu jestem na pewno rasowym jamnikiem, a z tyłu można mnie nie oglądać…”[1] Książka opowiada o podróży do Londynu, którą odbył (nielegalnie!) ze swoją panią, dwudziestoletnią dziennikarką Różą z oczami jak czekoladki, włosami jak złocisty makaron i paluszkami jak różowe serdelki.
Ilustracja Zygmunta Zaradkiewicza.
Razem z Florkiem (vel Florkiem-Lejzorkiem, Florkiem-Knorkiem, Florkiem-Potworkiem, Jamniczkiem-Karliczkiem, Pieskim-Niebieskim, wszystko w zależności od nastroju pańci) i jego właścicielką poznajemy dość ciekawe postacie, głównie polskich emigrantów. Samozwaniec sportretowała ich nie ze szczyptą ironii, ale z całą garścią. To nadęci materialiści, zgorzkniali i sfrustrowani malkontenci. „Dla nich życie stanęło jesienią roku trzydziestego dziewiątego”[2]. Nieufnie przyjmują wiadomości o tym, co dzieje się w ojczyźnie, którą uważają za kraj prymitywny do tego stopnia, że wiadomość o łazience w kawalerce Róży wywołuje niemałą sensację. Przypuszczam, że taki właśnie obraz intensywnie lansowała ówczesna propaganda i to mój entuzjazm wobec książki nieco studzi. Nie wierzę, że wszyscy byli tacy jak pretensjonalna ministrowa Puc Gordziałkowska.

Obraz Anglii jest dość typowy. Charakterystyczne widoczki, nie najlepsza pogoda, ekscentryczni Brytyjczycy. Moją szczególną sympatię wzbudziła miła staruszka, pani Patrycja, która postanowiła kupić samochód dla swojego pupilka, jeża o imieniu Hobby. Co ciekawe, to podobno postać autentyczna. Madzia była w Anglii jako stypendystka Ministerstwa Kultury i Sztuki w 1963 roku, więc na pewno sporo obserwacji pochodzi z tego wyjazdu. Notabene jedną z ważniejszych rzeczy, jakie pisarka przywiozła zza żelaznej kurtyny był papier toaletowy.
Ilustracja Zygmunta Zaradkiewicza.
Książka jest zabawna, choć poziom żartów bywa… różny. Smutnym detalem, który dostrzegą tylko osoby znające biografię Madzi, jest fakt, że Róża widzi się z matką po 15 latach – jako mała dziewczynka została oddana na wychowanie do ciotki. Przypuszczam, że to bolesne echa losów córki autorki, Teresy.

„Angielska choroba” zamierzona jest jako dziełko humorystyczne i lekkie, ale ma też wymiar dydaktyczny: uczy odpowiedzialności za zwierzę. Kilka osób instruuje Różę, że w obliczu wyjazdowych planów powinna pozbyć się psa o urodzie - delikatnie mówiąc - wątpliwej, ale ona konsekwentnie odmawia. Odpowiedzialność za to, co oswoiła, jest ważniejsza niż beztroskie podróże. Florek został sportretowany nie tylko jako uroczy łobuziak, ale również jako istota głęboko czująca i zdolna do empatii, co zresztą odzwierciedla poglądy autorki, wielkiej miłośniczki czworonogów. Zdaniem Magdaleny Samozwaniec „błędem, który wciąż powtarzamy, jest spodziewanie się od ludzi wierności uczuć – przecież od tego Bóg dał ludziom psa”[3]. Wystarczy uważnie przyjrzeć się słynnemu portretowi córek Wojciecha Kossaka, żeby zrozumieć, że była to sympatia wieloletnia i ważna:
Wojciech Kossak, Portret córek artysty,
Marii i Magdaleny  (detal), 1911 r.
Pierwowzorem jamniczka panny Róży z „Angielskiej chorobybył Kruczek, którego autorka przygarnęła. Tak wspomina go Edward Świtaj:
Z czasów Karolkowej na uwagę zasługuje Kruczek - „wielorasowy jamnik. Nim trafił pod opiekę Magdaleny, mieszkał na śmietniku. Wszyscy mieszkańcy przynosili mu jedzenie, a jak było zimno, to przychodził spać do Magdaleny na wycieraczkę. Kiedyś przepłoszył złodziei, którzy chcieli okraść mieszkanie. Narobił takiego rabanu, że obudził cały blok. Złodzieje uciekli, a Kruczek za to, że ocalił mieszkanie przed rabunkiem, dostał dożywotni wikt i opierunek. Zamieszkał z Magdaleną i Zygmuntem i wszędzie z nimi jeździł, nawet na wieczory autorskie. Nie był dużym psem, nikt nie wiedział, ile ma lat, a z czasem tak się spasł, że ledwo chodził. Potem był Kuba - też przybłęda... Później trzeci pies - też Kuba i też... przybłęda.[4] 

Magdalena Samozwaniec z Kruczkiem.[5]
Dużo uroku dodają powieści liczne smaczki obyczajowe oraz ilustracje Zygmunta Zaradkiewicza, które czytelników jamnikolubnych niechybnie wprowadzą w stan rozanielenia. Niestety, zgoła inne nastroje wywołają literówki, głównie w słowach angielskich (na przykład kilkakrotnie powtarzane sousage). Jest jednak poważniejszy problem: książka sprawia wrażenie niedokończonej. Opowieść o londyńskiej eskapadzie nagle urywa się, mimo kilku ciekawie kiełkujących wątków, a ostatnie strony sprawiają wrażenie napisanych na chybcika. Nie wiem, co skłoniło autorkę do takiego raptownego porzucenia historii, która zapowiadała się całkiem nieźle. „Angielską chorobę” drukowano w odcinkach w Przekroju w 1964 roku. Może z jakiegoś powodu redakcja zaniechała współpracy? Nie udało mi się dotrzeć do żadnego wyjaśnienia.
_____________
[1] Magdalena Samozwaniec, Angielska choroba, Iskry, 1983, s. 37.
[2] Tamże, s. 76. 
[3] Tamże, s. 93.
[4] Cyt. za: Córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec, zebrał i opracował Rafał Podraza, Instytut Wydawniczy Latarnik, 2012, s. 65.
[5]  Źródło zdjęć: Córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec, ed. cit., s. 65 i 104.

Moja ocena:  3,5

22 października 2012

Czworonożne wyrzuty sumienia (Włodzimierz A. Gibasiewicz, "Psy znanych i lubianych")



 Czworonożne wyrzuty sumienia
Praca nad książką  Włodzimierza A. Gibasiewicza „Psy znanych i lubianych” zapewne przebiegała w następujących etapach:
Faza 1: ułożenie zestawu nieskomplikowanych pytań, które zostaną zadane sławnym właścicielom psów.
Faza 2: wykorzystanie znajomego celebryty, żeby dotrzeć do innych popularnych osób.
Faza 3: przeprowadzenie wywiadów. Niekiedy z wykorzystaniem żon/mężów VIPów.
Faza 4: napisanie i opublikowanie książki.

Recepta wydaje się zaskakująco prosta. Najsłabszym ogniwem okazał się numer jeden. Wszystkim interlokutorom autor zadaje prawie identyczne pytania, co sprawia, że lektura bywa nużąca. Tym bardziej, że w kwestii takiej, jak na przykład sprzątanie psich kupek i obcinanie ogonów czy kopiowanie uszu, rozmówcy byli zwykle zgodni. 

Koncept Gibasiewicza nie grzeszy oryginalnością. Na przykład kilka lat temu czytałam bliźniaczo podobną książkę, „O psach, kotach i aniołach” Jana Strzałki. Mimo to „Psy znanych i lubianych” pochłonęłam  z przyjemnością i jestem przekonana, że gdyby ktoś przeprowadził wywiady o czworonogach ze współczesnymi celebrytami, również odniósłby sukces wydawniczy.

„Psy znanych i lubianych” to dziewiętnaście wywiadów, które łączy wspólny temat: czworonożni ulubieńcy. Gibasiewicz dotarł między innymi do Jerzego Dudy-Gracza, Leonarda Pietraszaka, Krystyny Sienkiewicz, Andrzeja Szczypiorskiego, Eryka Lipińskiego, Marii Czubaszek, Szymona Kobylińskiego, Andrzeja Drawicza i innych znanych osób. Każdą rozmowę poprzedza biogram napisany ciepło i ze swadą, oraz zdjęcie bohatera, oczywiście najczęściej w psim towarzystwie. Fotografie są malutkie i niezbyt dobrej jakości.

Rozmówcy autora, notabene lekarza weterynarii, szczodrze dzielą się z nim blaskami i nędzami codziennego życia z psami. Wśród barwnie opisywanych  czworonogów wyróżniają się niezależne i pewne siebie jamniki: oprócz pupilków rozmówców w wywiadach przewijają się: Dupek Melchiora Wańkowicza, Puzon Jerzego Waldorffa, Baltazar królowej Danii Małgorzaty II, suczka Danuty Rinn. Tytuł rozmowy z Krystyną Szostek-Radkową: „To nie pies, to jamnik” wyjaśnia wiele. Trzynaście lat z naszą Misią uwrażliwiło mnie na tajniki jamniczej duszy, więc przewagę przedstawicieli tej rasy oraz liczne ekstrawaganckie zachowania przyjmowałam z olimpijskim spokojem.

W wywiadach dominują anegdoty i zabawne historie, ale przeplatają się z nimi dramatyczne wspomnienia z czasów wojny. Na przykład As Janusza Krasińskiego podzielił losy tysięcy polskich psów:
As przetrwał z nami pierwsze lata woj­ny. Podczas bombardowania Warszawy chował się z nami w schronach, zawsze przy nodze, nawet gdy palił się nad nami dom, wytrwał przerażony nie mniej niż ja. Sąsiedzi dziwili się, jak to jest możliwe, że udało mu się przeżyć ten najgorszy okres wojny. [1]
Stanisław Głąbiński wspomina kundelka Mikę, którego żołnierze rosyjscy zatłukli kolbami karabinów i swoją pracę w hundkomandzie w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen, natomiast ujadanie i skomlenie psów uratowało Stanisława Szwarc-Bronikowskiego przed oddziałem SS.

Oprócz dykteryjek zdarzają się w książce głębsze refleksje na temat czworonogów i roli, jaką odgrywają w naszym życiu. Leonard Pietraszak opisuje kynologicznych maniaków jako rodzaj nieszkodliwej sekty:
psiarze, ci prawdziwi psiarze, są trochę innymi ludźmi, zdrowszymi duchowo, potrafiącymi peł­niej żyć, łatwiej nawiązać kontakt z innym czło­wiekiem, innym zwierzęciem, łatwiej im mówić o swoich uczuciach, znają smak i uczciwe pra­wa przyjaźni.[2]
Przejmujące są fragmenty o śmierci ulubieńców. Trawestując wiersz Szymborskiej chciałoby się powiedzieć: „Tego nie robi się człowiekowi”.  Wzruszyło mnie to, jak śmierć psa przeżywał Leonard Buczkowski:
kiedy kręcił w 1966 roku film „Marysia i Napoleon”, nikt nie miał serca, by mu powiedzieć, że jego pies wyskoczył z domu i zginął pod kołami samochodu. Wreszcie kogoś wysłano. Cała ekipa patrzyła na niego – Buczkowski powiedział: „no, to kręcimy dalej”. Kręcono właśnie scenę balu, raptem aktorzy przestali grać, patrzą, a on siedzi pod kamerą, nie patrzy, co się wokół dzieje i płacze…[3]
Pod koniec marca rozstaliśmy się na zawsze z naszą jamniczką, więc wyjątkowo dobrze rozumiałam Romana Kłosowskiego, który na scenie zapomniał słów monologu po otrzymaniu wiadomości o śmierci swojego ukochanego boksera, i Konrada Swinarskiego, który zrezygnował z intratnego kontraktu zagranicznego powodu depresji po stracie psa.

Jak zwykle bywa w przypadku takich zbiorów wywiadów, poziom poszczególnych tekstów jest urozmaicony. Płytka do bólu wydała mi się rozmowa z Bogumiłą Wander. Najbardziej podobał mi się wywiad z Jerzym Dudą-Graczem. Oprócz zwierzeń o pupilce-jamniczce pokusił się o ogólniejsze, niestety dość gorzkie, refleksje o naszym stosunku do zwierząt. Twierdzi wręcz, że „psy to chodzące, czworonożne wyrzuty naszego sumienia, wspaniałego, polskiego sumienia…”[4]
_______
[1] Włodzimierz A. Gibasiewicz, Psy znanych i lubianych, Kantor Wydawniczy SAWW, 1992, s. 20.
[2] Tamże, s. 171.
[3] Tamże, s. 180-181.
[4] Tamże, s. 202.

Moja ocena: 4-

23 lutego 2011

Virginia Woolf, "Flush: Biografia"

 Za nic 
Jeśli musisz mnie kochać, niech to będzie za nic,
Jedynie dla miłości.
 Elizabeth Barrett Browning

Kim była Elizabeth Barrett Browning? Dla nas postacią encyklopedyczną, dziewiętnastowieczną angielską poetką, autorką jednego z najpopularniejszych wierszy miłosnych wszech czasów, "How Do I Love Thee?".  Dla swojego spaniela o imieniu Flush była wszystkim. Tak napisała pod jego portretem: "byłby moją znakomitą podobizną, gdyby nie to, że wart jest więcej ode mnie".[1] Dzięki powieści Virginii Woolf mamy okazję przekonać się, że był on psem zaiste wyjątkowym.

Autorka "Własnego pokoju" lubiła  czytać w ogrodzie. Często sięgała po listy miłosne Elizabeth i Roberta Browningów. Jej uwagę przykuł ich pies i postanowiła tchnąć w niego życie za sprawą książki. Prototypem Flusha był też spaniel Pinker, którego pisarka otrzymała od Vity Sackville-West.  

Dziewiętnastowieczna Anglia plus poezja Browning plus tematyka kynologiczna plus pióro Virginii Woolf... W moim przypadku ten zestaw nastrajał bardziej niż entuzjastycznie! Wielkie nadzieje nie zostały zawiedzione. Powieść jest urocza i dowcipna, a chwilami głęboko wzrusza.

Powieściowy portret Flusha to jeden z najbardziej udanych psich wizerunków w literaturze. Spaniel Elizabeth ma liczne zalety. Jego uczuciowość, wierność, zdolność do empatii w połączeniu z łobuzerskim urokiem nie mają sobie równych. Jego uczucie do Elizabeth pełne jest wyrzeczeń, co widać szczególnie dobitnie, gdy z własnej woli towarzyszy chorej pani zamiast harcować na dworze. Jeszcze większym dowodem bezgranicznego przywiązania jest historia jego burzliwej znajomości z Browningiem. Jedyną wadą Flusha jest to, że nie potrafi mówić. Ale czy tak naprawdę to jest wada? "Czy słowa mówią wszystko? Czy słowa mogą cokolwiek powiedzieć? Czyż słowa nie niszczą symboli, które leżą poza ich zasięgiem?" [2]

Forma "Flusha" żartobliwie nawiązuje do dzieła naukowego. Na początku znajdziemy rozważania o genezie słowa "spaniel", natomiast na końcu zamieszczono odautorskie przypisy. Narrator podkreśla, że to nie jest czcza beletrystyka: "Tu zatem biograf musi z konieczności zamilknąć."[3]

W centrum zainteresowania znajduje się rezolutny psiak, ale dzięki niemu towarzyszymy też losom właścicielki. Były niezwykle romantyczne, jak na epokę przystało. Początkowo poznajemy chorą, bezsilną Elizabeth, zdominowaną przez ojca i liczne rodzeństwo. Wszystko zmienia się w chwili, gdy nasza melancholijna trzydziestodziewięcioletnia dama poznaje Roberta Browninga - zupełnie obcego człowieka, który zachwycił się tomikiem jej wierszy i postanowił za wszelką cenę poznać ją osobiście. Najpierw wymieniają listy, później spotykają się. Dalsze wydarzenia mogłyby posłużyć jako kanwa dramatycznego filmu (ucieczka z domu, potajemny ślub, podróż do Włoch). Wraz z Flushem obserwujemy przemianę anemicznego  bluszczu w świadomą swojej kobiecości, dojrzałą osobę.

Książka Virginii Woolf na pewno ucieszy miłośników jej niepowtarzalnego stylu. Miłym odkryciem była dla mnie wyraźna sympatia autorki do psów i jej wiedza na temat upodobań, sposobu postrzegania świata, charakterystycznych zachowań czworonogów: "Flush żył przede wszystkim w świecie zapachu. Miłość była głównie zapachem; kształt i barwa były zapachem; muzyka i architektura, prawo, polityka i nauka."[4].

Podobał mi się dość wszechstronny obraz dziewiętnastowiecznego Londynu, oglądanego z psiej perspektywy. Odniosłam wrażenie, że przepisy były dość liberalne. Elizabeth zabiera swojego pupila wszędzie - do parku, na zakupy, a nawet podróżuje z nim pociągiem.

Nie wiem, jak potoczyły się losy Wydawnictwa Alkazar, które opublikowało przeczytany przeze mnie egzemplarz, ale mam złe przeczucia. Wypożyczona przeze mnie książka roiła się od literówek.
_____________
[1] Virginia Woolf, "Flush: Biografia", tłum. Maria Ryć, Wydawnictwo Alkazar, 1994, s. 36.
[2] Tamże, s. 36.
[3] Tamże, s. 117.
[4] Tamże, s. 117.

Moja ocena: 4+
Rysunek z roku 1843 przedstawiający Elizabeth z Flushem, wykonany przez brata poetki, Alfreda Barreta.

3 lutego 2011

Jon Katz, "A Dog Year" ("Psi rok")



 Dla swego psa każdy jest Napoleonem. 
To powód nieustającej popularności psów. 
Aldous Huxley

W języku polskim przymiotnik "psi" nie wywołuje szczególnie miłych skojarzeń. Psi los, psi obowiązek, psie pieniądze... Czy można spodziewać się czegoś dobrego po "Psim roku"?

Do przeczytania "A Dog Year" skłoniła mnie niezawodna Sygryda swoją wzmianką o adaptacji filmowej. Byłoby świetnie, gdyby każdy, kto rozważa powiększenie swojej rodziny o czworonoga, zapoznał się z tą pozycją. Uważam, że hodowcy psów rasy border collie powinni zalecać lekturę książki Katza potencjalnym nabywcom szczeniaczków, a następnie ich z niej przeegzaminować.

Zacznijmy od początku. Jon Katz, pisarz i dziennikarz, prowadzi życie sielankowe. Mieszka w malowniczej okolicy Nowego Jorku wraz z żoną, Paulą, i dwoma zdyscyplinowanymi labradorami, Juliusem i Stanleyem, które wywołują ogólną sensację swoim przemiłym charakterem, łagodnością i posłuszeństwem. Życie płynie leniwie i rozkosznie według ustalonych reguł.

Idealną harmonię zakłóca tornado o imieniu Devon. Jest dwuletnim psem rasy border collie, najbardziej neurotycznym psem, z jakim prawdopodobnie mieliście kiedykolwiek do czynienia. Już spektakularna gonitwa na lotnisku w czasie pierwszego spotkania z nowym właścicielem stanowiła zapowiedź tarapatów.

Jon postanowił adoptować Devona, o którym dowiedział się od hodowczyni. Ma do czynienia z psem po przejściach, najprawdopodobniej ofiarą przemocy fizycznej ze strony poprzedniego właściciela. Po latach uporządkowanej idylli w domu Jona następuje era chaosu, bo okiełznanie żywiołowego temperamentu bordera to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, jeśli to jest border z zaawansowanym ADHD i inteligencją z piekła rodem. Książka poświęcona jest perypetiom autora, który za wszelką cenę usiłuje ucywilizować hiperaktywnego neurotyka na czterech łapach. Po pewnym czasie do stadka dołączy pewien wyjątkowy szczeniaczek o imieniu Homer. Oczywiście też border collie.

Jestem pod wrażeniem dobroci, jaką autor okazał Devonowi, zdecydowanie nie podoba mi się natomiast droga, jaką czasami wybierał , by okiełznać temperament  swojego bordera. Są to metody oparte na teorii dominacji Johna Fishera, który nawiasem mówiąc pod koniec życia sam uznał ją za błędną. Zżymałam się w momentach, gdy Katz wrzeszczał na psa, dawał mu klapsy, rzucał w niego łańcuszkami. Na szczęście pod koniec książki w charakterze ciekawej nowości pojawiła się informacja o szkoleniu pozytywnym, tak więc mam nadzieję, że autor teraz wybiera bardziej pracochłonną, ale przynoszącą znacznie lepsze rezultaty metodę.

Historia cywilizowania Devona dowodzi, że cierpliwość, konsekwencja, a przede wszystkim serce potrafią zamienić histeryczny kłębek nerwów w niezawodnego przyjaciela na śmierć i życie. Jon Katz zdecydowanie zalicza się do tych, którzy biorą pełną odpowiedzialność za to, co oswoili. "Psi rok" porusza też bolesny temat ostatecznego rozstania z naszymi czworonożnymi przyjaciółmi. Być może pamiętacie, że dla nas od maja to problematyka bardzo aktualna. 

Na okładce "Psiego roku" znajduje się informacja, że Katz zainspirował powstanie książki "Marley i ja". Johna Grogana. Obydwie pozycje weszły do żelaznego kanonu kynologicznych lektur. Silnie działają na emocje czytelnika, prowokując i do głośnego śmiechu, i do rzęsistych łez. Pod względem literackim książka Katza wydała mi się trochę mniej udana, aczkolwiek ton jego opowieści jest bardziej szczery i naturalny.

"A Dog's Year" nie dotyka tylko sfery uczuć. Prowokuje też do poszukiwania odpowiedzi na kilka pytań. Czy mamy prawo narzucać swoją pasję bliskiej osobie? Żona Katza niejednokrotnie daje do zrozumienia, że kynologia nie stanowi treści jej życia. Uratowanie psa po traumie jest wspaniałym gestem. Co ze zwierzętami, które są już naszymi domownikami? Odnosiłam wrażenie, że to, co zdarzyło się z Juliusem i Stanleyem, mogło mieć związek ze zmianami wywołanymi wytargnięciem w ich życie Devona. Kiedy nadchodzi właściwy moment, by podjąć decyzję o uśpieniu psa? Co jest wtedy ważniejsze, nasze emocje czy dobro i godność czworonożnego przyjaciela?

Jeśli kochacie psy, ta ciepła i wzruszająca historia umocni was w tym uczuciu. Jeśli ich nie znosicie, może kilka godzin w towarzystwie szalonego Devona, Homera, Stanleya, Juliusa i ich przyjaciół sprawi, że spojrzycie na nie łaskawszym okiem. Mam nadzieję, że Wasz psi rok będzie trwał znacznie dłużej niż dwanaście miesięcy.

P.S.
Książkę przeczytałam w oryginalnej wersji językowej.

Moja ocena: 4
 
 
Okładka polskiego wydania

Jon Katz i jego Bedlam Farm

23 lutego 2010

Ludwik Aśkenazy, "Psie życie"


Zawiniły jamniki...

Kucyk. Koń. Owczarek niemiecki. Jamniczka. Kurczątko. Wbrew pozorom rzecz będzie nie o muzykantach z Bremy, lecz o bohaterach opowiadań czeskiego pisarza, Ludwika Aśkenazego, ze zbioru „Psie życie”. Aczkolwiek skoczna muzyka odgrywa nader istotną rolę w opowiadaniu "Niezguła".

Myśląc o wojnie rozpatrujemy ją zwykle w kategoriach hekatomby, która dotknęła tysiące ludzi. A co ze zwierzętami? Nie tylko gospodarskimi, przyzwyczajonymi do trudnych warunków i braku sentymentów. Czasami spoglądam na naszą jamniczkę, w niedbałej pozie zwiniętą w kłębek na kanapie, i zastanawiam się nad domowymi ulubieńcami, wychuchanymi pupilkami, które w tamtych czasach musiały odnaleźć się w nowej, strasznej rzeczywistości. W opowiadaniach Aśkenazego znalazłam między innymi odpowiedź na moje pytanie. Nie ukrywam, moje łzy lały się gęsto, choć raczej nie zaliczam się do książkowych płaczek.

Pisarz opowiada o zderzeniu świata ludzi i świata zwierząt w obliczu wojny. Zwierzęta, zdaniem autora, kierują się sercem, są prostolinijne, wierne, pozbawione fałszu i obłudy. Człowiek w opowiadaniach Aśkenazego jawi się natomiast jako istota samolubna i niezdolna do głębszych uczuć. Dziwnie w tym kontekście brzmi stwierdzenie, że ktoś kogoś potraktował nieludzko. Każde opowiadanie z tego tomu mówi o spotkaniu człowieka i zwierzęcia i o tym, co z tego spotkania wynikło. Dla zwierząt nie wynikło nic dobrego. Największe wrażenie zrobił na mnie "Brutus" - historia owczarka, który na naszych oczach z przytulanki zmienia się w psa pracującego w obozie koncentracyjnym.

Z reguły unikam książek mówiących o złym losie zwierząt, bo kiepsko znoszę emocje, które wywołują. Zwiodły mnie pulchne jamniki na okładce, które zapowiadały zgoła inne nastroje. Nie ukrywam, spodziewałam się zabawnych dykteryjek, w czym utwierdziła mnie adnotacja na obwolucie, informująca o tym, że autor pisze "z właściwym mu wdziękiem i humorem"(Państwowe Wydawnictwo "Iskry", 1962). Zgadzam się, jest wdzięk, jest humor, ale są też tragiczne wydarzenia, śmierć, bolesny smutek i zaduma. Autor mówi o tym w ciepły, przesycony poezją i delikatnością sposób. Bardzo oszczędnie dozuje emocje. Spogląda na świat oczami dziecka lub zwierzęcia i ten optyczny filtr pozwala mu lepiej uporać się ze straszną rzeczywistością, w pewien sposób ją oswoić. Opowiadanie "Kurczątko", w którym patrzymy na świat oczami kilkuletniej Kasi, która cudem uniknęła egzekucji, przywodzi mi na myśl niezapomniany film Roberta Benigniego "Życie jest piękne" i powieść "Chłopiec w pasiastej piżamie" Johna Boyne.

Ku mojemu zdziwieniu katalogi kwalifikują książkę Aśkenazego jako pozycję dla dzieci i młodzieży. Jeśli ktoś posiada ten pożółkły tomik, na jego miejscu byłabym bardzo ostrożna w kwestii podsuwania go do lektury kilkuletnim osóbkom, szczególnie tym bardzo wrażliwym. Wydaje mi się, że na tego rodzaju emocje mogą jeszcze poczekać.

"Psie życie" to kolejny szeleszczący pożółkłymi kartkami klejnot, na który natknęłam się przez przypadek, kupiłam za cenę dwóch biletów MPK i nie oddam za żadne skarby.

Moja ocena: 5,5


P.S.

Tylko dla wytrwałych, którzy przeczytali recenzję do końca - nasza śpiąca jamniczka :)