Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3+. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3+. Pokaż wszystkie posty

28 września 2013

Lecz koniec żałosny (Barbara Kosmowska, "Ukrainka")

Lecz koniec żałosny
Kilka lat temu widziałam pomysłową książeczkę dla dzieci. Niestety, nie zapamiętałam tytułu i autora. To były przecięte na trzy części obrazki przedstawiające zwierzęta, osadzone na kołonotatnikowym grzbieciku. Mały czytelnik mógł samodzielnie tworzyć zaskakujące stwory, mieszając głowy, tułowie i ogonki. Wczoraj na stronie wydawnictwa Dwie Siostry przeczytałam, że nowa książka Aleksandry i Daniela Mizielińskich będzie oparta na bardzo podobnym pomyśle.

Dlaczego opowiadam o układance, skoro ma być mowa o „Ukraince”? Książka Barbary Kosmowskiej kojarzy mi się z taką właśnie obrazkową wariacją: wyobraźcie sobie potoczystą powieść obyczajową, do której znienacka doklejono zakończenie à la skandynawski kryminał. To był zgrzyt, który mnie po prostu ogłuszył, a zaznaczam, że lubię fabularne niespodzianki. Cenię też dobre kryminały. Wyznam szczerze, że byłam na autorkę wściekła. Moim zdaniem nic tego finału nie uzasadnia. Jest jak przeszczep. Jak ogon norweskiego łososia doczepiony do wiewiórki.

Zrobiło mi się przykro, bo pisarka zdobyła mój szacunek za to, że nie boi się tematów wstydliwie pomijanych. Jej książka to między innymi próba odpowiedzi na pytanie, jak wygląda życie Ukraińców w Polsce. Nie jest łatwo: Ta ich Polska - Iwanka ogarnia spojrzeniem umęczonych podróżników - to tylko wielki wspólny grobowiec. Leżą w nim od dawna, wyzuci z godności i zdrowych paznokci. Przekonani, że wciąż żyją, od lat nerwowo śnią o celniku. Budzą się, strachem podszyci. I dalej śnią.”[1] Czytelnikom, którzy nie ufają beletrystyce, polecam ten artykuł. Też mógłby posłużyć jako kanwa powieści.

W opowiedzianej przez Barbarę Kosmowską historii Iwanki Matwijenko, wiolonczelistki ze Lwowa, która przyjeżdża do Warszawy, dominują bardzo ciemne kolory. Autorka nie owija w bawełnę: my, Polacy, mamy poważne problemy z ksenofobią. Jesteśmy agresywni wobec obcych. Z niejasnych powodów uważamy się za o niebo lepszych, o czym świadczy chociażby sławna wymiana zdań na radiowej antenie, która wywołała burzę. Oczywiście ta rozmowa nie została przywołana w książce, ale trudno o niej zapomnieć. 

Kolejny problem, z którym Kosmowska zmierzyła się w „Ukraince”, to awans społeczny niektórych ludzi pochodzących ze wsi, który tak naprawdę jest moralną degradacją. Owszem, zrobili karierę, mieszkają w stolicy i opływają w luksusy - stać ich nawet na służące, ale do swoich rodzinnych korzeni odnoszą się z lekceważeniem i pogardą, a ich system wartości jest mocno rozklekotany. Przykładem jest zblazowany Bruno, który kiedyś był Bronisławem.

Wprawdzie głębia psychologiczna głównych postaci pozostawia sporo do życzenia, a wrażenie, że wszystkie polskie rodziny są dysfunkcyjne, po pewnym czasie drażni, ale książka Kosmowskiej jest ciekawa pod względem językowym – w wypowiedziach bohaterów z Ukrainy pisarka umiejętnie podkreśla, również pisownią, urokliwy zaśpiew: - Już i granica - szept handlarki przechodzi w lament. - Bagaż panienki żaden, to może te moją torbę kraciastą na chwilę? Jedną sekundę potrzymać przy sobie, póki nie pójdą... Nużda ciężka z bachorami, na utrzymaniu ich mam, po córce łajdaczce, co poszła z chałupy gdzieniewiadomododziś, bajstruki zostawiła... I męża mam, mójbożechorego, choreńkiego... A żyć jakoś musowo... Choć odechciało się, ale co robić, pańska wola, nasza dola, raz matka rodziła, raz umierać mamy... ”[2] 

Opowieść o Iwance czasem brzmi jak ballada, a wrażenie lekkiego odrealnienia potęgują opisy snów i bajeczna dobroć młodziutkiej Ukrainki. Szkoda, że to taka pesymistyczna, przytłaczająco ponura historia bez najmniejszego cienia uśmiechu, co było dla mnie szokiem po „Bubie”! Na ile zdążyłam poznać literackie predyspozycje Barbary Kosmowskiej, mroczny melodramat nie był trafnym wyborem, podobnie jak patetyczne zdjęcie na okładce książki. Te same uczucia można było wyrazić w bardziej naturalny sposób. A o zakończeniu to w ogóle mówić hadko...
 
________
[1] Barbara Kosmowska, Ukrainka, WAB, 2013, s.13.
[2] Tamże, s. 12.

Moja ocena: 3

Barbara Kosmowska.

19 sierpnia 2013

Sweterek lekko rozpruty (Mary Wesley, "Rozsądne życie")

Sweterek lekko rozpruty
Podręcznik hodowcy gołębi i drobiu egzotycznego? Vademecum ornitologa? A może antyporadnik typograficzny? Bynajmniej! Rozsądne życie to falująca erotyzmem powieść psychologiczno-obyczajowa.

Czasem mam wrażenie, że wydawcy zapraszają nas do zabawy: na okładce umieszczają losowo wybraną fotografię, a czytelnik robi dobrą minę do złej gry, bo głupio mu się przyznać, że nie widzi związku między grafiką a treścią książki. Co za oszczędność czasu i pieniędzy, no i wartość dodana w postaci nimbu tajemniczości. Ja bezwstydnie oświadczam, że mimo usilnych prób nie zdołałam rozwikłać Tajemnicy Maszerującego Gołębia. Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś wyłuszczył mi symboliczne znaczenie tej odstręczającej, rozmytoburej okładki.

Mimo rozpaczliwych starań wydawnictwa Prószyński i S-ka, by stłumić w zarodku ewentualne zainteresowanie książką Wesley, z entuzjazmem zasiadłam do czytania. Spodziewałam się porządnie napisanej, tradycyjnej angielskiej powieści retro. O, święta naiwności! Nazwa serii, w której wydano powieść Wesley, Biblioteczka Konesera, teraz nabiera dla mnie perwersyjnie ironicznego posmaku. 

Początek jest obiecujący. Mój humor stopniowo kwaśniał w miarę pojawiania się kolejnych niezwykłych zbiegów okoliczności. Prym wiodą przypadkowe spotkania. Poza tym książkę, która nie wymaga od czytelnika właściwie nic oprócz posłusznego przeżucia 447 stron, czytałam z trudem i mozołem. Tak już ze mną jest - najpierw żuję, a potem żałuję. Przede wszystkim straconego czasu, bo świat stworzony przez Mary Wesley wydał mi się płaski jak stolnica, a bohaterowie przypominali wycięte kilkoma foremkami niestrawne ciasteczka. Choć akcja powieści obejmuje czterdzieści lat, nie zdołałam wykrzesać z siebie ani odrobiny sympatii dla Flory, Cosmy, Huberta, Feliksa oraz ich najbliższych.

Oto cierpki morał opowieści Mary Wesley: lepiej nie zakochiwać się w trzech osobach jednocześnie.  Tę sentencję proponuję potraktować jak papierek lakmusowy: książkę polecam tylko osobom, które właśnie zamarły, porażone odkrywczością tego stwierdzenia. W Rozsądnym życiu znajdziemy też kilka pomniejszych „życiowych mądrości”, na przykład: „Nie ma lepszej metody na utracenie dobrej przyjaciółki jak się z nią ożenić”[1], które polecam Waszej uwadze.

Wbrew nobliwemu tytułowi atmosfera powieści jest tak rozerotyzowana, że chwilami ociera się o groteskę. Prawdziwe kuriozum to rodzice Flory, uzależnieni od siebie seksoholicy, którzy przez kilkadziesiąt lat nienawidzą córki za to, że przeszkadza im w amorach. Nawet dziesięcioletnia dziewczynka wywołuje miłosne apetyty. W książce dotkliwie zabrakło mi lekkości, finezji, dystansu, poczucia humoru. Cóż, wygląda na to, że Rozsądne życie powinna była napisać Colette.

Pikanterii temu wszystkiemu dodaje fakt, że Mary Wesley opublikowała Rozsądne życie w wieku 78 lat. Tak, tak, to nie pomyłka. W roli powieściopisarki debiutowała jako siedemdziesięciolatka, co jest krzepiącym dowodem na to, że nigdy nie jest za późno, żeby realizować swoje pasje.

Niestety, wiedza historyczna autorki zrobiła na mnie wrażenie raczej powierzchownej, zwłaszcza fragmenty o madame Tarasowej i rewolucji w Rosji. Natomiast przyjemnie czytało się opisy surowych bretońskich krajobrazów i plaż. Podobały mi się też fragmenty przepojone gorzką tęsknotą za tym, co przeminęło. Niestety, na tym koniec.

Flora Trevelyan, główna bohaterka Rozsądnego życia, w pewnym momencie poczuła się tak, „jakby wydziergała na drutach gigantyczny sweter, który pruje się teraz na jej oczach”[2]. Obawiam się, że podobne wrażenie miała Mary Wesley po napisaniu ostatniego zdania swojej powieści.

______________
[1] Mary Wesley, Rozsądne życie, tłum. Małgorzata Wyrzykowska, Prószyński i S-ka, 1996, s. 436.
[2] Tamże, s. 378.
Moja ocena: 3

Mary Wesley.

9 października 2012

Socrealizm dla pań (Hanna Muszyńska-Hoffmannowa, "Czupiradełko")


Socrealizm dla pań
Przestroga, że z życzeniami trzeba ostrożnie, bo mogą się spełnić w najmniej spodziewanym momencie, odnosi się również do literatury. Kilka lat temu czytając „Książki najgorsze i parę innych ekscesów krytyczno-literackich” Stanisława Barańczaka wśród licznych rechotów pomyślałam sobie, że kiedyś chętnie zajrzałabym do autentycznego socrealistycznego produkcyjniaka, spodziewając się natężenia absurdu zbliżonego do omawianych potworków. Moje życzenie niedawno spełniło się.

Kilka miesięcy temu przeczytałam urokliwą i sprawnie napisaną książkę „Róże dla pensjonarki” Hanny Muszyńskiej-Hoffmannowej. Spodobała mi się tak bardzo, że postanowiłam nie rozstawać się z autorką. Dla odmiany zaopatrzyłam się w jej powieść współczesną o bezpretensjonalnym tytule „Czupiradełko”. W przeciwieństwie do innych dzieł tej pisarki, dostępnych w ilościach hurtowych za grosze,  to okazało się trudne do upolowania. Spodziewałam się książki lekkiej i przyjemnej, idealnej na wakacyjne upały. Zostałam uraczona państwowotwórczą grafomanią w wersji dla pań.

Wydana w 1962 roku książka opowiada o losach grupy nastolatek, które rozpoczynają pracę w kombinacie włókienniczym w Zambrowie. Główna bohaterka, Anastazja, wyznaje: „moje własne życie, jak sięgnę tylko pamięcią wstecz, jest i było ciągle przeraźliwie zbiorowe”[1]. Nastka kojarzyła mi się z Anią Shirley: również sierota o płomiennorudej czuprynie i silnej, niepokornej osobowości. Po piętnastu latach w sierocińcu o nazwie „Zakład pod Opatrznością”, prowadzonym przez nieczułe siostry zakonne o skłonnościach sadystycznych, Nastka wyrusza do Bielawy Dolnośląskiej na szkolenie, a potem trafia do pracy w Zambrowie, w Zakładach Przemysłu Bawełnianego. Jej życie splata się z losami kilku koleżanek, z którymi pracuje i mieszka w hotelu Młodej Robotnicy. Przez osiem lat towarzyszymy Nastce w karierze zawodowej i politycznej, obserwując jak z burżuazyjnego Kopciuszka przeobraża się w partyjną królewnę.

Tradycyjnie byłam wyczulona na tematy książkowe. W czasie wolnym dziewczyny zaczytują się powieściami Kraszewskiego. Zapadła mi też w pamięć opowieść panny Eli o „Sadze rodu Forsyte’ów”: razem z matką w czasie okupacji, właśnie tą lekturą oszukiwały głód za sprawą licznych opisów kulinarnych. Natomiast Nastka jako dorosła osoba, piastująca godność radnej Miejskiej Rady Narodowej, nadrabia braki lekturowe za sprawą „Ani z Zielonego Wzgórza” i „Kubusia Puchatka”.

Gdyby nie buńczuczny urok głównej bohaterki i pojawiające się od czasu do czasu akcenty komiczne, powieść byłaby trudna do zniesienia. Ideologiczne wtręty są nachalne. Odnosiłam wrażenie, że pisarka miała wywieszoną nad biurkiem karteczkę, przypominającą o konieczności poruszania tematów partyjnych i nieustannie na nią zerkała kątem oka. Niestety, zabrakło już czasu na głębszą charakterystyką postaci i dopracowanie książki pod względem językowym. 

Szkoda, że pisarka nie poświęciła więcej uwagi Kasi, Cecylii, Dorocie, Ance i Joance. Szkoda, że skupiła się na ich postawie ideologicznej, a nie doświadczeniach wykorzenionych młodych kobiet z rozmaitych środowisk, które musiały sobie radzić w nowej rzeczywistości. To był ciekawy temat-samograj i żałuję, że Muszyńska-Hoffmannowa nie wycisnęła go jak cytrynę. 
Model kobiecości lansowany w „Czupiradełku” jest szorstki niczym spierzchnięte dłonie robotnicy kombinatu w Zambrowie. Nastka apeluje:
—  Już   nie   róbcie   z   nas — powiadam — królewien angielskich ani abisyńskich. My wszystkie ze wsi. Silne i   zdrowe.   Rączek   na   krzyż   nigdy   nie   zakładałyśmy, A kiedy się nasze dziewczęta „obabią" — to co? — Może mężowie ich sprzątają mieszkania? [2]
Natomiast wspomniana już panna Ela propaguje wśród dziewcząt następujący świetlany wzorzec:
Weźmy Nadieżdę Krupską, towarzyszkę życia Lenina. Rewolucjonistka, a jednocześnie czuła żona. Jaki wzru­szający był ich wzajemny stosunek. Ona czytała mu ulu­bione książki Londona, on troszczył się o jej sweter, kalosze, przynosił bukieciki kwiatów. Stanowczo muszę ci wypożyczyć z naszej biblioteki zakładowej wspomnie­nia Krupskiej o Leninie. [3]
Prawdziwy talent literacki Hanny Muszyńskiej-Hoffmannowej zdradza nostalgiczna opowieść z przeszłości o życiu pani Zuzanny, „eks-błękitnej panienki”. Autorka przemawia zupełnie innym głosem, co wyczuwalne jest nawet w stylu: opowieść płynie wartko i gładko. Natychmiast widać, że Muszyńska-Hoffmannowa była urodzoną pisarką historyczną, a „Czupiradełko” to warsztatowy wypadek przy pracy, choć w zambrowskim kombinacie zapewne pieczołowicie przestrzegano zasad BHP.
_____
[1] Hanna Muszyńska-Hoffmannowa, Czupiradełko, Wydawnictwo Lubelskie, 1962, s. 5.
[2] Tamże, s. 106.
[3] Tamże, s. 29.

Moja ocena: 3

Hanna Muszyńska-Hoffmannowa

21 sierpnia 2012

Ostatni motyl na kwiatku lawendy (Bodil Malmsten, „Ostatnia książka z Finistère”)


Ostatni motyl na kwiatku lawendy
W Finistère jestem nikim,
zupełnie jak motyl na kwiatku lawendy,
 anonimowa,  nieważka i bezimienna.[1]

Książki Bodil Malmsten kojarzą mi się z wakacjami. Przed dwoma laty w czasie wyjazdu na Roztocze przeczytałam Cenę wody w Finistère i Moje pierwsze życie. Wspominam je ciepło, dlatego z radością sięgnęłam po niedawno wydany trzeci tom cyklu, „Ostatnią książkę z Finistère”. Beztrosko zignorowałam sygnały ostrzegawcze, które wysyłała do mnie lekko psychodeliczna kolorystyka okładki i zasiadłam do lektury. Tym razem autobiograficzna opowieść zaczyna się od ważnej decyzji. Po siedmiu latach Bodil postanawia wyprowadzić się z uroczego Finistère. Opowiada o przyczynach tego wyboru i uczuciach, które w niej wywołuje. Potem kupuje mieszkanie w okolicach Nantes i zaczyna nowe życie. 

W miarę lektury moja entuzjastyczna mina rzedła. Akcja w pigułce wygląda tak: autorka pracuje w ogródku, rozmyśla, pisze książkę „Seks i inne katastrofy w departamencie F.”, rozmyśla, siedzi w pralni, rozmyśla, obserwuje rośliny, rozmyśla, rozmawia z madame C., rozmyśla i tak dalej. Prawda jest brutalna: trzeba być autorem „Poszukiwania straconego czasu” albo pisarzem zbliżonego formatu, żeby coś takiego było w ogóle strawne dla czytelnika. Nawiasem mówiąc magdalenki pojawiają się na chwilę w kontekście muzyki, która u Malmsten wywołuje podobny efekt jak słynne ciasteczka Prousta. 

Gdyby liczne rozważania zawarte w „Ostatniej książce z Finistère” były ciekawe, nie miałabym nic przeciwko tak statycznej opowieści. Niestety, często nie są. Owszem, zdarzają się rodzynki -  interesujące fragmenty dotyczą  na przykład miłości Bodil do książek, jej poglądów na temat powieści Lowry’ego i Nabokova (nie znosi ich), Thomasa Bernharda (jej ulubiony pisarz), ale jest ich niestety niewiele. Obawiam się, że wielu czytelnikom zabraknie siły i ochoty, żeby te nieliczne diamenciki wydłubywać mozolnie z gąszczu niespójnego tekstu.

Być może pisarka sądziła, że sukces poprzednich dwóch tomów automatycznie gwarantuje kolejne triumfy? Niestety, tak nie jest. Czytelniczy apetyt rośnie w miarę jedzenia i nie da się go zaspokoić mętnymi popłuczynami. Nawet moja najulubieńsza lawenda, która pojawiła się w książce kilkakrotnie, najczęściej w towarzystwie motyli, nie wynagrodziła mi gorzkiego rozczarowania. Naprawdę trudno uwierzyć w zapewnienia polskiego wydawcy na okładce, że „Ostatnia książka z Finistère” cieszy się równie dużym powodzeniem jak część pierwsza”. 

W poprzednich tomach cyklu też były liczne dygresje, jednak obserwacje autorki na temat Francji i wspomnienia ze Szwecji, okraszone błyskotliwymi, często lekko kąśliwymi, a niekiedy poetyckimi komentarzami, wynagradzały chwilowe zwolnienie tempa opowieści. Czytałam kilka negatywnych opinii o Cenie wody w Finistère i Moim pierwszym życiu. Autorce zarzucano, że książki są mdłe, nudne i chaotyczne. Czytelnicy, którzy tak właśnie uważają, powinni omijać szerokim łukiem „Ostatnią książkę z Finistère”, bo wzmiankowane cechy występują w niej w sporym natężeniu. 

Tym razem nie zachwycił mnie styl Malmsten. Język powieści wydał mi się tak ubogi, że zapewne absolwenci kursu szwedzkiego dla początkujących nie mieliby kłopotów z przeczytaniem tej książki w oryginale. Schody zaczęłyby się wówczas, gdyby spróbowali połączyć zdania w logiczną całość. Oto próbka stylu, w jakim napisana jest cała „Ostatnia książka z Finistère”:
Byłam kimś, kto znalazł swoje Finistère, a teraz je straciłam. 
Ludzie, którzy postrzegają siebie jako ofiary, nie ma nic gorszego, nienawidzę ich. Nie siebie samej — mnie nie ma. 
Kto chce mojego dobra, nie stawia pytań, kto chce mojego dobra, nie żąda odpowiedzi.
Atlantyk oddycha — przypływ, odpływ.
[2]
W moim przypadku zdecydowanie odpływ: 204 strony takich dywagacji wprowadziły mnie w stan sennego odrętwienia. 

Zanim zaczęłam czytać trzeci tom cyklu Bodil Malmsten, martwiło mnie  słowo „ostatnia” w tytule. Teraz wywołuje westchnienie ulgi.
_____________________
[1] Bodil Malmsten, „Ostatnia książka z Finistère”, tłum. Jan Rost, Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 14.
[2] Tamże, s. 7.

Moja ocena: 3
Bodil Malmsten

[Źródło zdjęcia]

21 grudnia 2010

Sjón, "Skugga Baldur. Opowieść islandzka"

 

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tej książce, sądziłam, że chodzi o stary skandynawski epos, pochodzący z czasów, gdy imiona i nazwiska twórców literatury składały się z jednego wyrazu. Otóż byłam w błędzie. Sjón nie jest islandzkim odpowiednikiem Homera. To postać jak najbardziej współczesna. Tak brzmi pseudonim literacki  pisarza i autora tekstów do piosenek Björk.

Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, ale doskonała recenzja Mandżurii  ochłodziła moje zapały. "Skugga Baldur" miał trafić na dalekie miejsce w poczekalni, ale fakt, że ostatnio dwukrotnie natknęłam się na niego w bibliotece, odebrałam jako sygnał, że chyba warto spróbować. Ta opowieść najwyraźniej wybrała mnie.

Po lekturze w pełnej rozciągłości zgadzam się z zastrzeżeniami Mandżurii. Przekład tego utworu jest kuriozalny. Najgorzej wspominam część pierwszą, potem tłumacz nieco nabrał wiatru w żagle. Pod względem językowym „Skugga Baldur” to w wielu fragmentach niezborny potok słów: "wstrząs wczasieciążowy"[1]; „Zdawało się, że zupełnie nie wietrzyć zagrożenia. Jej zachowanie zaświadczało, iż czymś zaspokaja swój głód. Zachowywała się zatem spokojnie, nie kierując uwagi na inne cele.”[2]; „Była poleceniem nakazującym mu wykonanie zadania w rzeczywistym świecie.” [3]

„Skugga Baldur” to opowieść utkana z prozy poetyckiej, rozbita na drobniejsze części. W sytuacji, gdy brzmiące kiepsko frazy ukryte są w zwartym, dłuższym tekście, niczym mniej zdolni śpiewacy w chórze,  nie rażą tak bardzo. Gdy natomiast na całej stronie znajduje się jedno zdanie i brzmi ono tak: „Noc nastała zimna i z rodzaju dłuższych.”[4], ręce opadają. To jest zdecydowanie przekład „z rodzaju gorszych”.

Opisywana historia wyraźnie datowana jest przez autora na rok 1883, tymczasem język tej opowieści to mieszanina biblijno-staropolska z czasów gdy mówiono Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj. Oto przykłady: „Cóż tam zamigotało? Byłżeby to kamień jakowyś?”[5]; „Aliści zawżdy odchowywały się gdzieś podobne nieudaczne pomioty.”[6] Wystarczy sięgnąć po dowolną książkę, którą napisano pod koniec  XIX wieku, by przekonać się, że ludzie porozumiewali się wówczas zrozumiałą mową, a nie patetycznym stylem. 

Cały czas nęka mnie wątpliwość, czy za tym językowym nieporozumieniem stoi tłumacz, czy to sprawka autora. Zdecydowanie pierwszy wariant wydaje mi się bardziej prawdopodobny. Skoro książka jest popularna w wielu krajach, to niemożliwe, by przymknięto oko na językowe łamańce. Anna, autorka bloga Przeczytałam książkę, w swojej recenzji wersji niemieckiej nie zgłasza stylistycznych zastrzeżeń.

Sama opowieść  zaintrygowała mnie, przede wszystkim ze względu na niesamowity nastrój.  Islandia jest dla mnie miejscem niezwykle tajemniczym, i taka też jest  atmosfera tej książki. Opowieść o obsesyjnej pogoni za lisem skojarzyla mi się z "Moby Dickiem" Melville'a. A zmieniając temat na bardziej przyziemny: tym razem książkę polecam osobom na diecie. Kuchnia islandzka nie wywołuje bowiem pożądliwych myśli: „Na dłoń grube plastry baraniego mięsiwa, naleśniki z glazurowanym smalcem owczym, a na dodatek pierś maskonura, suszony łeb dorsza, kwaszona kaszanka, suszona ryba, twaróg mieszany i kostka trzcinowego cukru.”[7].
 _________________
[1] Sjón, "Skugga Baldur. Opowieść islandzka",  tłum. J. Godek, wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2009, s. 67.
[2] Tamże, s. 11.
[3] Tamże, s. 32.
[4] Tamże, s. 20.
[5] Tamże, s. 25.
[6] Tamże, s. 68.
[7] Tamże, s. 23.


Moja ocena: 3


Sjón

9 maja 2010

Roopa Farooki, "Bitter Sweets"

W atłasowej sieci

Gorycz i słodycz rymują się nie tylko w języku polskim. Po angielsku również brzmią jak echo: bitterness i sweetness. W życiu bohaterów powieści Roopy Farooki, brytyjskiej powieściopisarki pochodzącej z Pakistanu, radosne chwile też rytmicznie przeplatają się ze smutkiem. Czasami to, co pozornie miłe, niesie ze sobą przykre konsekwencje i odwrotnie: niekiedy troski owocują uśmiechem. Tytułowy oksymoron odgrywa w tej opowieści duże znaczenie.

"Bitter Sweets" to saga rodzinna obejmująca trzy pokolenia rodu Karim. Z Azji przenosimy się do Londynu, ponadto wędrujemy też w czasie i poznajemy różne środowiska (na przykład studenci Oxfordu, młodzi muzycy, grono pedagogiczne szkoły średniej). Niewiele wiem o Bangladeszu i Pakistanie, miałam więc nadzieję, że ta powieść poszerzy moją skąpą znajomość tematu. Nie stało się tak jednak, gdyż koloryt lokalny w książce Farooki jest bledziutki. Powieść raczej rozczaruje czytelników pasjonujących się kulturą egzotycznych państw. Wśród bohaterów dominują bowiem Azjaci zapatrzeni na klęczkach w kulturę anglosaską (najdobitniejszym przykładem jest sentymentalny snob Ricky-Rashid), co autorka dokumentuje z ironią.

Farooki skupia się na kwestiach etycznych i psychologii postaci. Książka dobitnie obrazuje, do czego prowadzi oszustwo i manipulacja w międzyludzkich relacjach. Bohaterowie pracowicie przędą "atłasowe sieci"[1] kłamstw, po czym sami się w nie zaplątują, co wywołuje smutne konsekwencje. Krzywdzą najbliższych, ale także samych siebie. Chociażby całkiem przeciętny leniwy podlotek o imieniu Henna w celu realizacji planów matrymonialnych inspirowanych przez przebiegłego ojca zataja swój prawdziwy wiek i udaje wyrafinowaną intelektualistkę, koneserkę poezji, podczas gdy jest nieletnią analfabetką. Takich zafałszowań w historii rodziny pojawia się wiele. Córka Henny, Shona, postanawia przerwać zmowę milczenia. Rodzinne sekrety zostają ujawnione, co wywołuje burzę emocji, ale jednocześnie oczyszcza atmosferę. Roopa Farooki wyznaje, że jej ojciec miał skłonność do konfabulacji, co mogło ją uwrażliwić na problem uczciwości wobec tych, których kochamy.

Portrety psychologiczne w "Bitter Sweets" wydały mi się ciekawe, zwłaszcza role męskie zostały obsadzone z dużym wyczuciem. Najbardziej zapadł mi w pamięć wzmiankowany Ricky-Rashid. U kobiet zaskoczyła mnie pewność siebie, śmiała walka o swoje szczęście, dążenie do celu po emocjonalnych trupach. To nie są zaszczute istoty gorszej kategorii, jakie znamy z książek i filmów o Indiach. Dotyczy to nie tylko pokolenia emigrantek, ale w ten wzór wpisuje się także mieszkająca w Bangladeszu Henna, którą poznajemy w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku - romansuje z własnym szwagrem, jest samodzielną kobietą, prowadzi działalność artystyczną. Z kolei Shona ucieka z kraju z Pakistańczykiem, którego nie akceptowali rodzice, bierze z nim potajemny ślub, zamieszkują w Londynie. Po pewnym czasie zostaje to jej wybaczone. Zupełnie inny obraz Azjatki funkcjonuje w naszej świadomości.

Pomimo cukierkowej okładki i sympatycznych opinii o powieści, które zostały na niej umieszczone przez wydawcę, lektura "Bitter Sweets" zmęczyła mnie setnie. Począwszy od spraw technicznych (mała czcionka, niewielkie odstępy między linijkami), a skończywszy na fakcie, że pisarka pełnymi garściami czerpie ze schematów fabularnych królujących w telenowelach: niewierny mąż i jego podwójne życie, ukochana okazuje się blisko spokrewniona ze swym wybrankiem, postać negatywna podlega cudownej zmianie na ostatnich stronach, "zaskakujące" spotkania i zbiegi okoliczności, które czytelnik przewiduje na długo zanim się wydarzą. Pomimo nawiązań do klasyki literackiej (m. in. Racine, Wolter, "Iliada"), które miały zapewne powieść uwznioślić, dominują nastroje wodewilowe. Często nie jest ani słodko, ani gorzko, tylko mdło. Plusem jest poczucie humoru autorki (chociażby świetna scena nocy poślubnej Henny i Rashida). Szkoda, że dochodzi do głosu niezbyt często. Dużym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że powieść otrzymała nominację do nagrody "Orange Award for New Writers 2007" i znalazła się na liście trzech ostatecznych finalistów. Moim zdaniem było to wyróżnienie na wyrost.

Po kilkudniowej konsumpcji orientalnych gorzkich słodyczy nie pozostaje mi nic innego jak przejść na dietę.

_______________
[1] Roopa Farooki, "Bitter Sweets", Pan Books, 2007, s. 354.

Moja ocena: 3

Oficjalna strona internetowa pisarki.
Wywiad z Roopą Farooki.
Artykuł o brytyjskich pisarkach pochodzenia azjatyckiego.

Roopa Farooki