Socrealizm
dla pań
Przestroga, że z życzeniami
trzeba ostrożnie, bo mogą się spełnić w najmniej spodziewanym momencie, odnosi
się również do literatury. Kilka lat temu czytając „Książki najgorsze i parę
innych ekscesów krytyczno-literackich” Stanisława Barańczaka wśród licznych rechotów pomyślałam sobie,
że kiedyś chętnie zajrzałabym do autentycznego socrealistycznego produkcyjniaka,
spodziewając się natężenia absurdu zbliżonego do omawianych potworków. Moje życzenie
niedawno spełniło się.
Kilka miesięcy temu
przeczytałam urokliwą i sprawnie napisaną książkę „Róże dla pensjonarki” Hanny
Muszyńskiej-Hoffmannowej. Spodobała mi się tak bardzo, że postanowiłam nie
rozstawać się z autorką. Dla odmiany zaopatrzyłam się w jej powieść współczesną
o bezpretensjonalnym tytule „Czupiradełko”. W przeciwieństwie do innych dzieł tej
pisarki, dostępnych w ilościach hurtowych za grosze, to okazało się trudne do upolowania.
Spodziewałam się książki lekkiej i przyjemnej, idealnej na wakacyjne upały. Zostałam
uraczona państwowotwórczą grafomanią w
wersji dla pań.
Wydana w 1962 roku książka
opowiada o losach grupy nastolatek, które rozpoczynają pracę w kombinacie
włókienniczym w Zambrowie. Główna bohaterka, Anastazja, wyznaje: „moje własne
życie, jak sięgnę tylko pamięcią wstecz, jest i było ciągle przeraźliwie
zbiorowe”[1]. Nastka kojarzyła mi się z Anią Shirley: również sierota o
płomiennorudej czuprynie i silnej, niepokornej osobowości. Po piętnastu latach
w sierocińcu o nazwie „Zakład pod Opatrznością”, prowadzonym przez nieczułe siostry
zakonne o skłonnościach sadystycznych, Nastka wyrusza do Bielawy Dolnośląskiej
na szkolenie, a potem trafia do pracy w Zambrowie, w Zakładach Przemysłu
Bawełnianego. Jej życie splata się z losami kilku koleżanek, z którymi pracuje
i mieszka w hotelu Młodej Robotnicy. Przez osiem lat towarzyszymy Nastce w
karierze zawodowej i politycznej, obserwując jak z burżuazyjnego Kopciuszka
przeobraża się w partyjną królewnę.
Tradycyjnie byłam wyczulona
na tematy książkowe. W czasie wolnym dziewczyny zaczytują się powieściami Kraszewskiego. Zapadła mi też w pamięć opowieść panny Eli o „Sadze
rodu Forsyte’ów”: razem z matką w czasie okupacji,
właśnie tą lekturą oszukiwały głód za sprawą licznych opisów kulinarnych. Natomiast
Nastka jako dorosła osoba, piastująca godność radnej Miejskiej Rady Narodowej, nadrabia
braki lekturowe za sprawą „Ani z Zielonego Wzgórza” i „Kubusia Puchatka”.
Gdyby nie buńczuczny urok
głównej bohaterki i pojawiające się od czasu do czasu akcenty komiczne, powieść
byłaby trudna do zniesienia. Ideologiczne wtręty są nachalne. Odnosiłam
wrażenie, że pisarka miała wywieszoną nad biurkiem karteczkę, przypominającą o
konieczności poruszania tematów partyjnych i nieustannie na nią zerkała kątem
oka. Niestety, zabrakło już czasu na głębszą charakterystyką postaci i
dopracowanie książki pod względem językowym.
Szkoda, że pisarka nie
poświęciła więcej uwagi Kasi, Cecylii, Dorocie, Ance i Joance. Szkoda, że skupiła
się na ich postawie ideologicznej, a nie doświadczeniach wykorzenionych młodych
kobiet z rozmaitych środowisk, które musiały sobie radzić w nowej
rzeczywistości. To był ciekawy temat-samograj i żałuję, że Muszyńska-Hoffmannowa
nie wycisnęła go jak cytrynę.
Model kobiecości lansowany
w „Czupiradełku” jest szorstki niczym spierzchnięte dłonie robotnicy kombinatu
w Zambrowie. Nastka apeluje:
Natomiast wspomniana już panna Ela propaguje wśród dziewcząt następujący świetlany wzorzec:— Już nie róbcie z nas — powiadam — królewien angielskich ani abisyńskich. My wszystkie ze wsi. Silne i zdrowe. Rączek na krzyż nigdy nie zakładałyśmy, A kiedy się nasze dziewczęta „obabią" — to co? — Może mężowie ich sprzątają mieszkania? [2]
Weźmy Nadieżdę Krupską, towarzyszkę życia Lenina. Rewolucjonistka, a jednocześnie czuła żona. Jaki wzruszający był ich wzajemny stosunek. Ona czytała mu ulubione książki Londona, on troszczył się o jej sweter, kalosze, przynosił bukieciki kwiatów. Stanowczo muszę ci wypożyczyć z naszej biblioteki zakładowej wspomnienia Krupskiej o Leninie. [3]
Prawdziwy talent literacki
Hanny Muszyńskiej-Hoffmannowej zdradza nostalgiczna opowieść z przeszłości o życiu
pani Zuzanny, „eks-błękitnej panienki”. Autorka przemawia zupełnie innym głosem,
co wyczuwalne jest nawet w stylu: opowieść płynie wartko i gładko. Natychmiast
widać, że Muszyńska-Hoffmannowa była urodzoną pisarką historyczną, a „Czupiradełko”
to warsztatowy wypadek przy pracy, choć w zambrowskim kombinacie zapewne pieczołowicie
przestrzegano zasad BHP.
_____
[1] Hanna Muszyńska-Hoffmannowa, Czupiradełko, Wydawnictwo Lubelskie, 1962, s. 5.
[2] Tamże, s. 106.
[3] Tamże, s. 29.
Moja ocena: 3
[2] Tamże, s. 106.
[3] Tamże, s. 29.
Moja ocena: 3
![]() |
Hanna
Muszyńska-Hoffmannowa
|
"Czupiradełka" nie znam, ale czytałam "Córki" to taka jakby kontynuacja tej książki - opowiada o kolejnym pokoleniu zambrowianek.
OdpowiedzUsuńMuszyńską wolę w tych historycznych klimatach a jeśli chodzi o takie współczesne opowieści to "Dziewczyny z Krynoliny" są dosyć sympatyczne:)
Na "Dziewczyny z Krynoliny" bezowocnie poluję od dłuższego czasu. "Córki" też przeczytam na pewno, już zdobyłam. Właśnie tak się domyślałam, że to kontynuacja. Mam nadzieję, że tym razem mniej ideologii. Ciekawe, czy żółw Perykles przeżył historyczne zawirowania. :)
UsuńJa też niedawno kupiłam sobie te "Córki". Trochę mi żal, że "Czupiradełka" nie przeczytam, skoro "Córki" są jego kontynuacją...
UsuńJeśli nie odstrasza Cię podarta obwoluta i pobiblioteczne pieczątki (Szkoła Podstawowa w Wiżajnach) - niestety w takiej formie książkę otrzymałam - bardzo chętnie Ci sprezentuję "Czupiradełko". :)
UsuńPoproszę tylko o maila z adresem, na który wysłać książkę: lirael@pro.wp.pl
Już piszę :)
UsuńSuper! :)
UsuńSłużbowym przypadkiem czytałem niegdyś monografię zakładów bawełnianych w Zambrowie i kołacze mi się po głowie, że zwożono tam wycieczki literatów, by nawdychali się atmosfery wytężonej pracy i wydali w zamian odpowiednio zaangażowane płody. Czyżby to był jeden z nich? Nie mam pod ręką książki, ale sprawdzę wkrótce stosowne passusy:))
OdpowiedzUsuńA to rzeczywiście dość niesamowity zbieg okoliczności! W ogóle zastanawiam się, jak potoczyły się losy kombinatu. Obawiam się, że w fabrycznych halach hula wiatr.
UsuńTo niesamowite, że istniał taki rezerwat dla literatów, który miał ich inspirować. Z powieści wynika, że fabryka działała wręcz wzorcowo, no i tkanka ideologiczna była prężna. :)
Sprawdź koniecznie! Bardzo możliwe, że "Czupiradełko" to owoc takiej właśnie poglądowej wycieczki. Z informacji na skrzydełku wynika, że autorka pracowała wtedy w Białymstoku.
Takie wycieczki na pewno urządzano w latach 50. Jak na klasyczny produkcyjniak, to początek lat 60. to nieco późno, chyba że to kolejne wydanie? Zakłady bawełniane ostatecznie zamknięto w zeszłym roku: http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,37227,9853686,Zamtex_do_likwidacji__Ostatni_zaklad_bawelniany_w.html
UsuńFaktycznie, 42 miliony złotych długu to niebagatelna suma. Ale i tak jestem zdziwiona, że kombinat istniał tak długo.
UsuńTo wydanie pierwsze "Czupiradełka", oddano do składania 7 II 1962. Stuprocentowo klasyczny produkcyjniak to nie jest, raczej lajtowa wersja dla pań. :)
No i co ja mam napisać, że nie znam i nie czytałam? Tzn. nazwisko obiło mi się gdzieś o uszy, ale to wszystko. Natomiast opisywana przez Ciebie książka niekoniecznie leży w sferze moich czytelniczych planów. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńRaczej nie ma sensu tych planów zmieniać, bo "Czupiradełko" na to nie zasługuje. :) Wartości literackie bardzo wątłe. Natomiast książki historyczne Muszyńskiej-Hoffmannowej bardzo polecam w ramach niezobowiązującego relaksu.
UsuńTytuł wpisu zaintrygował mnie bardzo i już miałam sobie zapisać książkę, aby przy jakiejś okazji po nią sięgnąć, no ale daruje sobie ;-) gdybyś natomiast natknęła się na książkę, która spełniałaby oczekiwania jakie miałaś wobec tej lektury, wciągającego i zabawnego z dzisiejszego punktu widzenia produkcyjniaka, to będę wdzięczna za polecenie, bo też z wielką chęcią bym po coś takiego sięgnęła.
OdpowiedzUsuńDobrze, będę polować na przaśnego produkcyjniaka i jak coś ciekawego się trafi, będę alarmować. :)
UsuńA "Czupiradełko" bez większego żalu można sobie odpuścić.
No właśnie - lektury młodych robotnic. Aż dziwne, że czytały tak wyszukaną literaturę.;) "Jak hartowała się stal" może byłaby bardziej wskazana.;)
OdpowiedzUsuńTo chyba czytały wcześniej jako lekturę szkolną:))
UsuńSugerujesz, że miały Ostrowskiego opanowanego i mogły zająć się czymś mniej zobowiązującym?;)
UsuńAha:) Pewnie i Trędowatą podczytywały:P
Usuń"Trędowata" była wroga ideologicznie, jeśli podczytywały, to w tajemnicy. :) Pojawiała się natomiast wzmianka o "Nocach i dniach".
UsuńO "Jak hartowała się stal" nie padło ani słowo, może dziewczyny miały Ostrowskiego we krwi i wcale czytać nie musiały. :)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńGłód był na pewno, dziewczyny nieustannie prosiły wyedukowaną pannę Elę, żeby im opowiadała przeczytane książki, a szczególnie właśnie romanse.
UsuńNiestety, nie wiem, czy Muszyńska-Hoffmannowa jest spokrewniona z panią Klementyną. W ogóle ciężko cokolwiek na jej temat znaleźć poza krótkimi notami.
Od biedy mogły czytać jeszcze "Ziemię obiecaną" pod kątem wyzysku robotników w przemyśle włókienniczym.;)
Usuń...i przeplatać lekturę "Chłopami" dla podkreślenia sojuszu robotniczo-chłopskiego. :)
UsuńPodczytuję sobie właśnei "Obławę" siedleckiej i jest tam rozdzialik o literaturze dziecięcej w czasach stalinowskich, min. lista książek które kierowano na przemiał (W tym Anię z Zielonego Wzgórza), tudzież o przedwojennych autorkach próbujacych przerobić swoje stare "antysowieckie" książki na krzepiące lektury o młodych, czerwonych Chińczykach.
OdpowiedzUsuńChociaż ta Muszyńska niby póxneijsza- może musiała wyrobić normę, żeby otrzyac np. dodatek mieszkaniowy?
Zastrzeliłaś mnie "Anią...", byłam pewna, że nigdy nie wzbudzała niechęci. Z "Czupiradełka" wynika, że powieść Montgomery cieszyła się wręcz uznaniem. Wspominana już panna Ela, która była dla dziewczyn literackim guru, poleca Nastce tę lekturę. To był rok 62, więc do książek dla dzieci podchodzono chyba trochę bardziej liberalnie.
UsuńNa skrzydełku jest informacja, że autorka wtedy pracowała w regionalnej rozgłośni w Białymstoku, więc powodziło jej się chyba całkiem nieźle.
Mowa o latach 50-tych, wtedy na indeksie było niemal wszystko.
UsuńZ literatury dla chłopców np. Winnetou.
Postaram się wrzucić tę listę na bloga.
Winnetou?! Nawet czerwonoskórzy byli na indeksie? Z dużym zainteresowaniem przeczytam tę listę.
UsuńMoże dlatego, że (podobnie jak kowboje) byli nieskolektywizowani?
UsuńKowboje byli raczej samotnymi jeźdźcami, ale w indiańskich plemionach jakieś elementy kolektywizmu były na pewno. Może chodziło o to, że Indianie kojarzyli się z Ameryką i już przez to mieli wielkiego minusa?
UsuńSocrealizmu nie trzeba było szukac aż tak daleko - w wersji dla dziewcząt jest we "Wczorajszej młodości" E. Jackiewiczowej a w wersji dla chłopców w "Księdze urwisów" E. Niziurskiego tylko kto by się tym przejmował czytając te książki jako dziecko :-)
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz, jak bardzo Ci jestem wdzięczna za przypomnienie Jackiewiczowej! Zupełnie o niej zapomniałam. Nie wiedziałam, że napisała dziełko socrealistyczne. "Wczorajszej młodości" nie znam, muszę koniecznie przeczytać. Tym bardziej, że miejsce akcji to lubelska prowincja. :)
UsuńTo może być bardzo ciekawy wariant, bo ona nieźle pisała. Pamiętam, że "Pokolenie Teresy" zrobiło na mnie duże wrażenie. To chyba jedna z lepszych książek o wojnie dla młodzieży, jakie czytałam.
@Marlow Dokładnie, kto by się przejmował :) Aż mi się chyba odechciało powtórnej lektury "Księgi ...". Iii tam, i tak się pewnie złamię :)
UsuńI tam, jedno zebranie w sprawie spółdzielni, bumelanci i sabotażysta w kopalni:P
UsuńTwoja pamięć mnie zadziwia. Ja z "Księgi ..." uratowałem jeno wrażenie, że się dobrze przy niej bawiłem :)
UsuńJa też Bazyl, ja też i marzyłem o takiej piłce jaką dostał Gola od ciotki :-)
UsuńPS.
Sabotażyści a raczej chyba szpiedzy :-) byli też w "Awanturze w Niekłaju"!
Szpiedzy przemysłowi pełną gębą, ale Awantura to już nie to, co Księga:)
UsuńBazyl: bo ja Księgę czytałem milion razy, w całości i na wyrywki:)
UsuńJa też zupełnie nie zwróciłam uwagi na te wątki w "Księdze urwisów". :)
UsuńJa tej autorki nie znam, ale chętnie sięgnę. Lubię czasem przeczytać "dzieła" PRL-u, choć do tej pory gustowałam raczej w kryminałach. Są kopalnią wiedzy o tamtych czasach. Wspomnę przy okazji, że nawet wielcy czasem pisali zgodnie z obowiązującym nurtem. Przywołam chociażby Wisławę Szymborską i jej wiersz "Ten dzień" opublikowany po śmierci Stalina:)
OdpowiedzUsuńTak zwane milycyjniaki jeszcze przede mną, już sobie zgromadziłam niezły zapasik. :) Je również wykpił Barańczak w swojej książce, chyba jeszcze zabawniej niż produkcyjniaki.
UsuńJeśli kiedyś będziesz miała ochotę na spotkanie z twórczością Muszyńskiej-Hoffmannowej, to bardziej polecam powieści historyczne.
Powieści historyczne lubię i chętnie skorzystam z Twojej propozycji. A i do Barańczaka chętnie sięgnę:)
Usuń"Róże dla pensjonarki" są bardzo sympatyczne. Książkę Barańczaka bardzo polecam, dowcip i błyskotliwość autora nie przestają mnie zadziwiać. A jednocześnie mnóstwo mądrych spostrzeżeń. Tutaj krótka, ale bardzo trafna recenzja.
UsuńZakładom bawełnianym w Zambrowie poświęcona jest znakomita monografia Andrzeja Zawistowskiego "Kombinat. Dzieje Zambrowskich Zakładów Przemysłu Bawełnianego - wielkiej inwestycji planu sześcioletniego" (Warszawa-Białystok 2009). Na s. 17 Autor wspomina o obu powieściach HMH (fragmenty obu znalazły się zresztą w aneksie:)) W przyp. 24 czytamy: "W książkach tych można rozpoznać nawet osoby zatrudnione tam naprawdę - dyrektor kombinatu bawełnianego w Córkach nazywa się Adam Zenonczyk (w rzeczywistości dyrektorem ZZPB w latach siedemdziesiątych był Zenon Adamczyk)".
OdpowiedzUsuńA teraz o tym, skąd zainteresowanie HMH Zambrowem:
"Oprócz wspomnianych książek młodzieżowych HMH jest także autorką nigdy nieopublikowanej pracy "XX lat ZZPB". Jest to próba charakterystyki ZZPB pokazana za pomocą opisu losów pracowników kombinatu. Ciekawe relacje zebrane przez autorkę są niestety bardzo zniekształcone przez wyraźnie propagandowy cel. jaki przyświecał powstaniu opracowania". I do tego przypis 26: "Autorka brała udział w akcji "Sojusz świata pracy z kulturą i sztuką" organizowane w latach siedemdziesiątych. W jej ramach ZZPB ufundowało Muszyńskiej stypendium, ta zaś odwdzięczyła się powieścią Córki oraz tekstem "XX lat ZZPB"".
Przede wszystkim ogromne dzięki za sprawdzenie i bardzo ciekawą relację! Chociaż wysoko oceniasz monografię, raczej wątpię, czy kiedykolwiek trafi w moje ręce.
UsuńNie miałam pojęcia, że powieść jest aż do tego stopnia realistyczna.
"XX lat ZZPB" to musi być jakiś totalny koszmarek. :( A "zniekształcone przez wyraźnie propagandowy cel" jest również "Czupiradełko".
Czyli te dziełka były rewanżem za stypendium. Co ciekawe, już potem HMH chyba zupełnie nie wracała do upolitycznionych motywów, a zajęła się powieściami historycznymi. Nakłady jej książek musiały być ogromne, skoro teraz są ich tony na Allegro prawie za darmo.
Być może stypendium i pisanie monografii zakładów bawełnianych pozwoliło jej przeżyć jakieś chude lata, albo i w spokoju zająć się pisaniem powieści historycznych. Autor monografii korzysta z XX lat, tam są relacje pracowników, więc z tym koszmarkiem totalnym to może przesada, chociaż dobry historyk będzie się umiał posłużyć każdym źródłem:) A monografią służę, gdybyś się chciała dokształcić w dziejach produkcji drelichu w Polsce:D
UsuńDzięki, jeśli kiedyś poczuję potrzebę wzbogacenia wiedzy w dziedzinie historii przemysłu bawełnianego w Polsce, na pewno się zgłoszę z prośbą o pożyczkę. :)
UsuńChętnie bym sobie poczytała o HMH i jej życiu, ale jak wspominałam, są tylko strzępy informacji.
W każdym razie "Róże dla pensjonarki" świadczą o tym, że potem bez problemu potrafiła wyzbyć się socrealistycznej maniery. I zdecydowanie nie indoktrynuje.
No i dobrze, bo mam w kolejce dwie jej książki:)
UsuńJa podekscytowana wdzięcznymi "Różami dla pensjonarki" nabyłam chyba z pięć. :)
UsuńChyba spłaciwszy haracz HMH wybierała bohaterów i tematy bez podtekstu "tak hartowała się stal", tylko takie, które autentycznie ją interesowały.
I słusznie uczyniła, przynajmniej uszczęśliwiła pokolenia czytelniczek, czego Czupiradełkiem pewnie by nie osiągnęła:)
UsuńMoże ktoś jej dyskretnie zasugerował, że nie tędy droga. :)
UsuńNatomiast już w 1955 roku HMH interesowała się jako dziennikarka budową kombinatu i przypuszczalnie bywała w Zambrowie, napisała artykuł o nieprawidłowościach podczas inwestycji (s. 205).
OdpowiedzUsuńZapewne wtedy powstał pomysł napisania produkcyjniaka, bo wtedy socrealizm kwitł na potęgę. Jak na powieść, której koncepcja dojrzewała przez 7 lat, "Czupiradełko" jest zaskakująco mało udane.
UsuńJeszcze raz wielkie podziękowania za tyle ciekawych faktów!
Być może to niezdecydowanie fabularne książki wynika z tego, że autorka usiłowała jakoś poprawić czy zmodernizować jakiś stary szkic czy maszynopis z lat 50.?
UsuńA to bardzo prawdopodobne! Może próbowała złagodzić typowo socrealistyczne rysy tego szkicu z 1955 r. takimi różnymi dzierlatkowymi akcentami. :)
UsuńLirael, czytając Twój opis przypomniało mi się jak parę lat temu obejrzałam "Moskwa nie wierzy łzom" :))) Nie mogłam uwierzyć, ze można było stworzyć taką opowieść, a jednocześnie nie mogłam przestać oglądać :)) To jest całkiem niezły film (na filmweb też ma świetną ocenę), ale to co tam się obserwuje, to jest dopiero nachalność :)) Oglądałaś ?
OdpowiedzUsuńChyba oglądałam, ale bardzo dawno temu i zupełnie nie pamiętam. :(
UsuńPrzeczytałam streszczenie i rzeczywiście podobieństwo jest uderzające. Dobrze, że w filmie skoncentrowano się na 3 dziewczynach, bo Muszyńska-Hoffmannowa niestety nie ogarnęła literacko tłumu bohaterek w "Czupiradełku".
Dzięki, muszę koniecznie obejrzeć "Moskwa nie wierzy łzom". Oscar dla filmu nieanglojęzycznego plus 6 nominacji!
@"Model kobiecości lansowany w „Czupiradełku” jest szorstki niczym spierzchnięte dłonie robotnicy kombinatu w Zambrowie" - zakochałam się w tym zdaniu :)
OdpowiedzUsuńLirael, bardzo Ci dziękuję za świetną recenzję, takim wypadkom przy pracy należy się wzmianka, nawet jeśli literacko niewiele wnoszą. Nie uważasz swoją drogą, że współczesnym odpowiednikiem socrealistycznych produktów powieściopodobnych są pisane dziś masowo "powieści dla kobiet"?
Dzięki. W życiu bohaterek "Czupiradełka" nie było miejsca na fatałaszki, delikatność i chwile zwątpienia. :)
UsuńMasz rację, tzw. "powieści dla kobiet" są rzeczywiście w większości bardzo schematyczne. Ostatnio w wersji polskiej bohaterka zwykle rozpoczyna nowe życie na prowincji na fali różnych "Rozlewisk". Natychmiast rozwiązuje swoje problemy egzystencjalne, emocjonalne i finansowe, no i rzecz jasna w trybie natychmiastowym poznaje mężczyznę swojego życia.
Różnica jest taka, że socrealistyczne potworki wsączały potajemnie ideologię, a te książki dla pań raczej nie mają aż takich ambicji.
Dla mnie szokiem jest to, że powieści będące ewidentnym naśladownictwem nie tylko są publikowane, ale cieszą się wzięciem. Wczoraj pobuszowałam sobie po nowościach wydawniczych i ze zdumieniem natknęłam się na kilka epigońskich kopii "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Niektóre mają wręcz liczebniki w tytule, żeby potencjalny czytelnik nie miał już absolutnie żadnych wątpliwości, że chodzi o podróbkę ulubionej książki, np. "Osiemdziesiąt dni żółtych". Zastanawiam się, jaki sens ma czytanie czegoś, co jest wyraźnym naśladownictwem.
Nie czytałam "Pięćdziesięciu twarzy Greya", ale chyba już oryginał nie jest arcydziełem, więc boję się myśleć o jakości plagiatów.
Lirael, feministki na pewno nie zgodziłyby się ze stwierdzeniem, że literatura kobieca nie przemyca żadnej ideologii :)
OdpowiedzUsuńKopiowanie czyjejś powieści zaskakuje mnie przede wszystkim dlatego, że nawet najmniej ambitny autor powinien przecież starać się stworzyć coś nowego. Jeśli potrafi li i jedynie powielać cudze pomysły... cóż, powinien może zastanowić się nad zmianą zawodu? ;)
Może bardziej przemyca wzorce osobowe niż ideologię, ale rzeczywiście, dla socjologa czy tzw. genderowca powieści dla pań stanowią cenne źródło. :)
UsuńZgadzam się z Tobą. W przypadku fali książek toskańskich czy skandynawskich kryminałów nie było aż tak jawnego kopiowania pomysłów jak tutaj.
Ciekawe, czy autorka i wydawnictwo wiedzą o podróbkach z liczebnikami w tytułach. W sumie chyba mogą być przeszczęśliwi, bo to dodaje sławy powieści-matce, co łączy się z wzrostem zysków. :)
Polecam film dokumentalny "Zambrów". Może to nie jest ekranizacja "Czupiradełka" ale wiele mówi o poruszonych w nich tematach.
OdpowiedzUsuńhttp://www.youtube.com/watch?v=_4JCJPEiacE
Obejrzałam film z dużym zainteresowaniem, bardzo Ci dziękuję. Niesamowite wrażenie: tak jakbym miała okazję zobaczyć bohaterki "Czupiradełka" na żywo.
Usuń