Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

19 listopada 2013

Śniadania nie będzie (Aleksandra Marinina,"Kolacja z zabójcą")

Śniadania nie będzie
Jeśli kiedykolwiek uczestniczyliście w imprezie, na której wszyscy z wyjątkiem Was świetnie się bawili, nie będę potrzebowała wielu słów, żeby opisać swoje wrażenia po przeczytaniu Kolacji z zabójcą. To była moja pierwsza Marinina. Marinina, po której tak wiele sobie obiecywałam. Marinina, która od dawna wędruje po książkowych blogach, zbierając pozytywne recenzje. Niestety, nie przyłączę się do grona entuzjastów, tylko uszczypliwie pomarudzę. Kwęknięcia będą właściwie trzy, ale za to przeciągłe i donośne.

Po pierwsze potwornie mnie ta powieść przygnębiła. Kolację z zabójcą można porównać do listopadowego poranka po źle przespanej nocy. Nieważne, że przeczytałam ją na początku lipca. Nad światem Marininy unosi się ponury nastrój beznadziei, choć rzecz jasna major Anastazja Kamieńska, analityczka z Moskiewskiego Urzędu Śledczego, wciąż błyska bystrością umysłu  i z zapałem pracoholiczki dokłada wszelkich starań, żeby rozwiązać zagadkę. Sprawa jest śliska, bo dotyczy wierchuszki MSW. 

Rosja Marininy w latach osiemdziesiątych to odpychający kraj biurokratów i karierowiczów. Dzięki „pięknej komsomolsko-partyjnej przeszłości”[1] można na przykład zostać zawodowym kierownikiem. Nie można natomiast spuścić z oka samochodu, bo rozbiorą go na części. Wiem, że w kryminale nie należy spodziewać się tęczowego świata w stylu My Little Pony, ale podmuch pesymizmu u Marininy mnie po prostu zmroził. Nie wiem o Rosji na tyle dużo, żeby autorytatywnie stwierdzić, że taki druzgocząco negatywny obraz jest znacznym uproszczeniem, ale mam takie podejrzenia.

Depresyjną atmosferę pogłębia to, że ofiara przestępstwa w Moskwie właściwie nie ma do kogo zwrócić się o pomoc. Wszędzie królują znajomości, układy, korupcja. Leonid Pietrowicz, ojczym Nastii, tak charakteryzuje rosyjskich stróży prawa:
Milicja to ciasny krąg. Nie wąski, ale właśnie ciasny, nie można zrobić kroku, żeby się nie natknąć na znajomego, krewnego znajomego, kolegę krewnego, byłego ucznia, sąsiada szefa i tak dalej. W tak ciasnym kręgu nie sposób nikogo o nic zapytać, już nie mówiąc o tym, żeby przesłuchać, no bo czy można poważnie rozmawiać ze swoimi? Rozmawiasz z człowiekiem, którego podejrzewasz o popełnienie przestępstwa, a on na wszystkie twoje argumenty odpowiada: coś ty, daj spokój, przecież się znamy, sam dobrze wiesz. I poklepuje cię po ramieniu. I proponuje kielicha..”[2]
Kolejny problem to sama Anastazja. Kiepsko mi się czyta kryminały, w których detektyw lub policjant nie budzi chociaż cienia sympatii. Nie polubiłam Kamieńskiej, chociaż naprawdę się starałam. Doceniam jej intelekt, umiejętności lingwistyczne, sumienność, talent aktorski, ale mimo to wydała mi się rybio chłodna. Wprawdzie autorka kokieteryjnie mówi też o wadach bohaterki, które oczywiście w efekcie okazują się zaletami. Rozumiem, że pozorna nijakość Nastii, to celowy zabieg Marininy, ale mimo wszystko ta letniość działała mi na nerwy. Nie tylko mnie: niedawno tajniki osobowości Kamieńskiej dogłębnie i efektownie przeanalizowała Królowa Matka.

Doskwierał mi też brak napięcia. Miałam kilkudniową przerwę w lekturze Kolacji z zabójcą. Przeżyłam ją podejrzanie bezboleśnie. Przyznajcie, że to dość dziwne w przypadku kryminału, który teoretycznie powinno się wprost pochłaniać, niecierpliwie dążąc do finału. Jedną z przyczyn rozlazłego tempa jest chyba wprowadzenie zbyt dużej liczby postaci drugoplanowych i pobocznych wątków w dość krótkiej książce. Wprawdzie autorka urozmaica powieść, czemu służą na przykład przebieranki Nastii, ale te atrakcje wydały mi się żenująco nieprawdopodobne.

Kolacja z zabójcą to pierwsza powieść cyklu o Kamieńskiej i być może popełniłam błąd właśnie od niej zaczynając swoją przygodę z twórczością Marininy. Bo teraz wszystko wskazuje na to, że będzie to przygoda bardzo krótka.
__________
[1] Aleksandra Marinina, Kolacja z zabójcą, tłum. Margarita Bartosik, Wydawnictwo WAB, 2007, s. 5.
[2] Tamże, s. 62.

Moja ocena: 3,5
Aleksandra Marinina. [Źródło]

22 września 2013

„I to, i tamto, i owo” (Mikołaj Gogol, „Ożenek”)

„I to, i tamto, i owo
Kiedy podczas premiery Ożenku w 1842 roku car Mikołaj I po kilku scenach ostentacyjnie wyszedł z teatru, a pozostali widzowie również demonstracyjnie dawali upust swojemu oburzeniu, chyba nikt nie miał pojęcia, że właśnie spostponowano jedną z najlepszych komedii w historii światowej literatury. Publiczność była zbulwersowana nie tylko jadowitą satyrą, ale również nietypową formą sztuki Gogola. Podobno inscenizacja i gra aktorów też pozostawiały sporo do życzenia.

Gdyby nie Marlow, ja też nie doceniłabym w pełni Ożenku. Bardzo dziękuję za skuteczną zachętę, popartą dobrym przykładem. A wszystko zaczęło się od naszej komentarzowej rozmowy na temat dramatów i tego, że ich recenzje tak rzadko pojawiają się na blogach książkowych. Chlubne wyjątki to na przykład interesujące uwagi Zacofanego w lekturze o nowym przekładzie Makbeta, pamiętny tekst Momarty oraz ożywiona klubowa dyskusja u Ani.

Być może w czytaniu utworów, które z definicji przeznaczone są na scenę, czai się coś sztucznego, ale według mnie warto je mieć na uwadze. Poza kilkoma dramatami omawianymi w szkole reszta zwykle leży odłogiem, a szkoda. Z różnych powodów wyprawa do dobrego teatru bywa w sferze trudnych do zrealizowania marzeń. Poza tym ostatnio wśród niektórych reżyserów i filmowców panuje przekonanie, że dramaty trzeba bezwzględnie uwspółcześniać i uatrakcyjniać, dostarczając publiczności estetycznych wstrząsów. Czasem dodatkowe atrakcje wprawiają w osłupienie i skutecznie odwracają uwagę od samego tekstu. Dorzućmy jeszcze do tego rozmaite efekty specjalne, które zapewniają specyficzni widzowie. Niedawno pisała o tym Kasia, a przykłady w jej notce i w komentarzach naprawdę robią wrażenie.

Ożenek, spektakl TeatruTelewizji, reż. Ewa Bonacka.
Jestem wdzięczna Marlowowi za inspirację, a również za jego bardzo ciekawą recenzję „Rewizora”, bo Ożenek okazał się wyśmienity! Na pewno duża w tym zasługa tłumacza, a był to sam Julian Tuwim. Dotychczas komedię Gogola znałam tylko ze słynnej adaptacji Teatru Telewizji w reżyserii Ewy Bonackiej. Ten spektakl oglądałam wielokrotnie, z niezmiennym zachwytem, zawsze parskając, chrumkając i  chichocząc. Przy całym szacunku dla uwielbianych przeze mnie wybitnych kreacji aktorskich w tej sztuce, a już zwłaszcza Anny Seniuk w roli Agafii, wydaje mi się, że reżyserka skupiła się na komicznych i prześmiewczych urokach sztuki Gogola, pomijając zaskakujące, melancholijne drugie dno. Zauważyłam je dopiero czytając tekst.

Pisząc o Rewizorze, Marlow podkreślał jego uniwersalność. Na temat Ożenku można powtórzyć jota w jotę to samo. Wprawdzie swatki to już zamierzchła przeszłość, ale ich funkcję prężnie pełnią portale randkowe i biura matrymonialne. Tak współcześnie brzmi propozycja Żewakina: „Może przysłać jakieś dokumenty? Maturę... kartę kwalifikacyjną. Może umiłowana będzie chciała przejrzeć! Zaraz polecę i przyniosę... ”[1]

Temat takiego małżeństwa, w którym o miłości czy przyjaźni w ogóle się nie mówi w przeciwieństwie do pieniędzy i stanowiska, również okazuje się nadspodziewanie aktualny. W Ożenku prawie wszystko zostaje sprowadzone do transakcji handlowej. Fiekła Iwanowna mówi: „Na to jest towar, żeby go oglądać”. Tak więc chociaż podtytuł komedii Gogola brzmi „Zdarzenie całkiem niewiarygodne”, wyczuwam w nim spory sarkazm. A zdarzenie jest całkiem wiarygodne, nawet po 171 latach.
Ożenek, mal. D. Dubinski, ilustracja z wydania
rosyjskiego z 1953 roku.
Prawie wszyscy bohaterowie komedii planują ślub. Motywacje i oczekiwania wobec poszukiwanych partnerów bywają różne, ale łączy je materializm, egoizm i powierzchowność. Oto mały przegląd wymagań.
Żewakin:
ma życzenie, aby panna swoje ciało na sobie miała, a chuderlawych zupełnie nie lubi”.
Iwan Pawłowicz Jajecznica:
Ty mi [...] głupstwami głowy nie zawracaj, że panna taka czy owaka. Ty mi od razu na stół całą prawdę: ile ruchomego majątku, ile nieruchomego?
Nikanor Iwanowicz Anuczkin:
Ja [...] wymagam, żeby panna przystojna była, wychowana i żeby po francusku mówić umiała.
Według Podkolesina małżeństwo to również lek na depresję:
w końcu rzeczywiście trzeba się ożenić. Bo i co? Dzień za dniem przechodzi, aż się wreszcie wszystko przykrzy, wstręt człowieka bierze.
Natomiast doświadczony w tej dziedzinie Koczkariew zwiastuje rewolucyjne zmiany, które obejmą też wyposażenie wnętrz:
Ale kiedy będziesz miał żonę, wszystko się zmieni! Zaraz się zjawi kanapa... piesek... jakiś czyżyk w klateczce, ręczna robótka...
Bez względu na gusta i guściki nie da się ukryć, że małżeństwo to prawdziwe wyzwanie: 
 Ciężka, psiakrew, sprawa — ożenek. I to, i tamto, i owo. Żeby i to było w porządku, i tamto... Nie takie to, u diabła, łatwe, jak powiadają.” 
Bez wątpienia Ożenek jest sztuką bardzo zabawną. Na pewno jest w tym spora zasługa tłumacza, a był to sam Julian Tuwim. Rubaszny humor iskrzy się od pierwszej sceny do samego końca. Bardzo rozśmieszyły mnie na przykład fragmenty o Sycylii. Gogol po raz kolejny błysnął talentem ironicznego karykaturzysty. Jest jednak maleńkie ale. Świetnie wychwycił je ilustrator książkowego wydania komedii, Georges Pogedaieff.
Ilustracja do Ożenku, rys. Georges Pogedaieff. [Źródło]
Bohaterowie Gogola to postacie śmieszne, groteskowe, ale też nieprzewidywalne i tak naprawdę trochę przerażające. Wystarczy posłuchać tego, co i jak mówią. W towarzystwie, na którym chcą wywrzeć dobre wrażenie absztyfikanci Agafii są uprzedzająco grzeczni, natomiast kiedy gra pozorów się kończy, potrafią sypać obelgami jak z rękawa. Ich adresatką jest najczęściej Fiekła Iwanowna. Sama oblubienica mimo początkowych oporów też w pewnym momencie zawoła: „Wont, durnie!”

Poza tym osaczony przez Koczkariewa i swatkę, a przede wszystkim przez społeczne normy i nakazy Podkolesin to postać do bólu komiczna i żałosna, ale w swoim irracjonalnym zagubieniu przypomina też trochę bohaterów Kafki i Gombrowicza. Wydaje mi się, że zaskakujący finał sztuki to nie tylko zabawna, trochę absurdalna niespodzianka - kaprys starego kawalera, ale też rozpaczliwa próba ucieczki. Zniknięcie Podkolesina jest wręcz surrealistyczne. Natychmiast skojarzyło mi się z tym obrazem Magritte'a:
Nabokov, znawca i miłośnik twórczości autora Ożenku, ostrzega, że w miarę jej poznawania „oczy czytelnika mogą zostać zgogolizowane i może zacząć dostrzegać drobiny jego świata w najbardziej nieoczekiwanych miejscach”. Nie chcę Was martwić, ale zaczynam u siebie dostrzegać pierwsze objawy gogolizacji. Uprzedzam, to jest zaraźliwe.
_____
[1] Mikołaj Gogol, Ożenek. Rewizor, tłum. Julian Tuwim, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2006. Wszystkie cytaty pochodzą z tego wydania.
 
Moja ocena: 5,5 

Mikołaj Gogol.

14 września 2013

Gruzja, miłość i archeologia (Leonid Leonow, "Mrs Eugenia Iwanowna")

Gruzja, miłość i archeologia
Ostatnio kilka razy złorzeczyłam na opracowanie graficzne książek. Dziś pora na powieść, której okładka spodobała mi się tak bardzo, że kupiłam ją w ciemno, nie wiedząc kompletnie nic ani o niej, ani o jej autorze. Wabikiem był również intrygujący tytuł. 

Okazało się, że los uśmiechnął się do mnie, a nawet błysnął złotym zębem. Książka z 1965 roku wygląda tak, jakby zdjęto ją właśnie z regału z nowościami i podano mi na aksamitnej poduszeczce. Kolejna miła niespodzianka: akcja „Mrs Eugenii Iwanowny” toczy się w Gruzji, a to kraj bliski mojemu sercu, choć do tej pory jest to związek na odległość. Wszystko zaczęło się od filmu Tengiza Abuładze „Pokuta”. Być może w zakamarkach podświadomości czai się też aksamitne spojrzenie Grigorija z „Czterech pancernych i psa”, który we wczesnym dzieciństwie był moim  serialowym idolem? A Gruzja w książce Leonowa jest naprawdę malownicza:
Zapadał wieczór... tym łatwiej można było teraz na pociemniałym błękicie rozróżnić oddzielne pasma górskie, odzia­ne w las, w zielony plusz alpejskich łąk, w różo­we obłoczki, w ziejącą pustkę. Wyobraźnia usta­wiała na nich kolejno mnichów, pasterzy, orły i aniołów... Wkrótce widok ten zapadł się z lewej strony za wzgórza, jakby obciągnięte wielbłądzią skórą. Rozmowa ucichła. Szybki wieczór biegł na spotkanie podróżnym, z obydwóch stron drogi zwi­sały podlane mgłą cyprysy.”[1]
Baśniowe skojarzenia wywołuje też gruziński targ:
Rymarze z Sygnachi, rozłożywszy się na trawie, dawali baczenie na swoje dumne arcydzieła: zgrabne siodła o wdzięcznie wygiętych łękach,  lezgińskie komplety uprzęży z emaliowanymi sprzączkami, kubaczyńskie uzdy i pasy w cyzelowanym oksydowanym   srebrze, które pochwaliłby sam Beka  Opizari,  i  najdroższe  z marzeń dżygita — pantofelki z  wytłaczanego szagrynu ze złotymi obcasikami, które aż się proszą na   nóżkę   ukochanej... Szarówka   podwajała   tajemny  urok  rozrzuconych   na   ziemi   skarbów.[2]
Opowieść zaczyna się kilka lat po rewolucji. Tytułowa Eugenia to Gruzinka, która wyszła za mąż za dystyngowanego pana Pickeringa, znanego angielskiego archeologa. Mieszkają w Wielkiej Brytanii. Genie bardzo tęskni za ojczyzną i stąd pomysł krótkiej podróży sentymentalnej do Związku Radzieckiego. Jak się domyślacie, zderzenie mentalności brytyjskiej z gruzińską duszą wykrzesze snopy iskier, a dodajmy do tego jeszcze niespodziewane spotkanie, które zamieni tę historię w poruszający dramat. Zakończenie jest jeszcze bardziej zaskakujące. 

Napięcie buzujące od pierwszych chwil między Eugenią, Pickeringiem a Stratonowem wywołuje silne emocje. Mnie udzieliło się natychmiast. Gdybym miała umieścić prozę Leonida Leonowa na literackiej mapie, usytuowałabym ją gdzieś pomiędzy powściągliwością podszytą żarem à la Sándor Márai a psychologiczną przenikliwością Jhumpy Lahiri. W Polsce wydano kilka powieści Leonowa, a dramat i opowiadanie opublikowano w antologiach. Okazuje się, że jego twórczość cenił między innymi Teodor Parnicki.

W czasach literackiego fast foodu, bezkrytycyzmu autorów i morderczego tempa, jakie narzucają sobie niektórzy literaci, wprost szokuje wyznanie autora Mrs Eugenii Iwanowny, że liczącą 109 stron powieść pisał, przerabiał i poprawiał przez dwadzieścia pięć lat (1938-1963). A ja wczoraj przeczytałam ze zdumieniem, że pewna polska pisarka planuje w przyszłym roku opublikować sześć książek!

Leonid Leonow mówiący z wahaniem o swojej powieści w nocie na skrzydełku obwoluty: „Dopiero teraz, jak mi się wydaje, nadszedł czas, by ją wydać”, budzi szacunek pokorą i skromnością. Dopracowana w najdrobniejszych szczegółach „Mrs Eugenia Iwanowa” pięknie odwdzięczyła się za poświęcony jej czas i cierpliwość. Jest wciąż świeża i wzruszająca. Jak ja lubię takie odkrycia w zakurzonych zakątkach wirtualnych antykwariatów!
________________
[1] Leonid Leonow, Mrs Eugenia Iwanowna, tłum.Jerzy Jędrzejewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1965, s. 70-71
[2] Tamże, s. 73.
 
Moja ocena: 5
Leonid Leonow.

27 sierpnia 2013

Miłość, zbrodnia i matrioszka (Antoni Czechow, "Dramat na polowaniu")


Miłość, zbrodnia i matrioszka
Czechow to jedno z odkryć, jakie zdarzyły mi się podczas poszukiwania tekstów do Płaszcza zabójcy. Od pierwszych chwil jego dwutomowe Listy po prostu mnie usidliły. Po tym, co wcześniej czytałam i widziałam na scenie, wyobrażałam go sobie jako chłodnego melancholika, tymczasem prywatnie okazał się osobą pełną uroku i obdarzoną wspaniałym poczuciem humoru. Na fali nowo narodzonej sympatii w ubiegłym roku przeczytałam „Mewę”, a teraz przyszła pora na „Dramat na polowaniu”, jedyną powieść Czechowa. Książkę, którą sam autor uważał za dzieło kompromitujące.

Powieść zaczyna się tak: pewnego kwietniowego dnia 1880 roku do narratora, który jest dziennikarzem, zgłasza się były sędzia śledczy, Iwan Pietrowicz Kamyszew. Wręcza mu rękopis napisanej przez siebie książki. To właśnie „Dramat na polowaniu”. Autor ma nadzieję, że jego dzieło zostanie wydrukowane w gazecie. Podkreśla, że był świadkiem, a nawet uczestnikiem opisanych w nim wydarzeń, a w powieści występuje pod zmienionym nazwiskiem. 

Sędzia nie owija w bawełnę: książkę pragnie opublikować nie dla sławy, tylko dla pieniędzy. Wyznanie budzi podejrzliwość redaktora, bo jego rozmówca połyskuje brelokami i pierścieniem na małym palcu. Mijają dwa miesiące. O powieści Kamyszewa dziennikarz przypomina sobie tuż przed wyjazdem na wakacje. Bez przekonania, niedbale zaczyna ją czytać od środka. Potem pochłania całość jeszcze raz od pierwszej strony. I potem znowu. Skąd takie dziwne zachowanie i nieprzespana noc?  Czytając „Dramat na polowaniu”, redaktor rozszyfrował straszną tajemnicę. A teraz pora na nas. My też możemy zmierzyć się z zagadką, bo kolejna część książki to właśnie powieść sędziego. Do przeczytania jej dziennikarz zachęca taką recenzją:
Opowieść ta nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wiele w niej dłużyzn, sporo chropowatości... Autor ma słabość do mocnych efek­tów i frapujących wyrażeń... Widać, że pisze pierwszy raz w życiu, ręką nienawykłą, niewyrobioną... A mimo to opowieść czyta się lek­ko. Posiada fabułę, myśl także i, co najważniejsze, jest oryginalna, nader charakterystyczna, jest tym, co się zwie sui generis. Odznacza się też pewnymi walorami literackimi. Warto ją przeczytać...”[1] 
Pałeczkę narratora przejmuje teraz Kamyszew, ukrywając się pod nazwiskiem Zinowiew. Jednak nie do końca rozstajemy się z redaktorem - opatrzył powieść przypisami, które dotyczą skreśleń i rysunków, a także zawierają wskazówki interpretacyjne na temat zachowania bohaterów. Dziennikarz podpisuje się inicjałami A. Cz., co dodaje historii autentyzmu. Zgodnie z zapowiedzią sędziego „Dramat na polowaniu” opowiada o miłości i morderstwie. Kilka ostatnich stron książki to wibrująca emocjami rozmowa Kamyszewa z redaktorem. W rolę narratora wciela się znowu dziennikarz.  
Scena z adaptacji filmowej Dramatu na polowaniu,
reż. Emil Loteanu, 1978 r. [Źródło]
W powieści Czechowa moją uwagę przyciągnęła przede wszystkim nowoczesna forma narracji. Owszem, konstrukcja szkatułkowa – w przypadku literatury rosyjskiej może lepiej pasowałoby określenie konstrukcja matrioszkowa – w roku 1884 nie była pomysłem wybitnie awangardowym, ale fragmenty autotematyczne, zamieszczenie w książce jej recenzji, fikcyjne przypisy, ironiczno-parodystyczne nawiązania do literatury kryminalnej, gra z konwencją, połączenie czarnego humoru z melancholijnym sarkazmem jak na tamte czasy wydają mi się dość odkrywcze. Zabawa z czytelnikiem i formą to nie wszystko. Pisarza interesują też mechanizmy zbrodni i im przygląda się ze szczególną uwagą.

Z posłowia tłumacza dowiedziałam się, że w pierwszym wydaniu polskim z 1927 roku (przekład Michała Puchalskiego) dokonano „niemiłosiernych amputacji”[2]  – ku mojemu zdumieniu okazało się, że wycięto między innymi opisy przyrody, a  w moim odczuciu absolutnie na to nie zasłużyły. Na przykład ten:
„Jezioro cicho spało. Nie powitało mnie ani jednym dźwiękiem, jedynie pisk młodej kurki wodnej naruszał grobowe milczenie znie­ruchomiałego olbrzyma. Słońce przeglądało się w nim jak w wielkim zwierciadle i oślepiającym światłem zalewało całą jego powierzchnię od drogi do dalekiego brzegu. Oślepionym oczom zdawało się, że cała przyroda czerpie swoje światło nie od słońca, lecz od jeziora. Od skwaru zamarło również bujne życie jeziora z jego zielonymi brzegami... Pochowało się ptactwo, nie pluskały się ryby, cicho cze­kały na ochłodę pasikoniki i świerszcze.[3]
Dziwi mnie również to, że pisarz czuł się nieswojo jako autor „Dramatu na polowaniu”. Nie jest to na pewno dzieło wybitne, chwilami nuży, ale zaskoczyło mnie to, że Czechow tak je wstydliwie skreślił. Rene Śliwowski pisze o tym, że próżno szukać jakiegokolwiek komentarza na temat tej książki w korespondencji czy innych pismach autora. Ba, Czechow utrzymywał nawet, że powieść to gatunek literacki, z którym nigdy nie miał nic do czynienia.

Główną przyczyną dąsów i pąsów było prawdopodobnie to, że choć „Dramat na polowaniu”  wyśmiewa konwencję powieści detektywistycznej, tak naprawdę też jest kryminałem, a ten gatunek literacki nie cieszył się wtedy estymą. Po raz pierwszy powieść Czechowa ukazała się w „Nowościach Dnia”, gazecie dla niewybrednych czytelników, która specjalizowała się w tematyce sensacyjnej. Najwyraźniej pisarz uważał, że książka ma nie tylko wartość eksperymentu literackiego, który spodoba się koneserom, ale również ucieszy amatorów kryminałów. Nie do końca się to udało. Niektórzy krytycy byli oburzeni tym, że „Dramat na polowaniu” urąga dobremu smakowi, natomiast miłośnicy taniej sensacji na pewno uznali powieść za stanowczo zbyt udziwnioną, a tempo akcji za irytująco ospałe.

Po latach los obszedł się z „Dramatem na polowaniu” dość łaskawie. Mimo mojego sentymentu do Kraszewskiego, z przykrością przyznaję, że w kategoriach takich jak lekkość pióra i formy, nastrojowość i psychologiczna finezja, z Czechowem JIK nie ma żadnych szans. Oprócz wymienionych wcześniej zalet narracji i języka grzechem byłoby nie wspomnieć o udanych, piekąco gorzkich portretach mieszkańców rosyjskiej prowincji. Panowie z wzrokiem lekko zmętniałym od trunków snują się smętnie. Panie, na pierwszy rzut oka wcielona skromność i opanowanie, kryją w sobie gejzery namiętności. Nawet szesnastoletnia córka leśniczego. To wszystko spowija leciutka mgła, a dusza czytelnika wciąż tylko popiskuje od egzystencjalnego podszczypywania. Jak to u Czechowa.

Zauważyłam, że autor „Wiśniowego sadu” wywołuje dość skrajne reakcje czytelników. Mnie oczarował od pierwszego przeczytania, ale uprzedzam, że jego charakterystyczny styl i opary marazmu, w którym pogrążeni są bohaterowie, mogą drażnić. Wśród sceptyków zdarzają się też tuzy literatury. Iwan Bunin przytacza relację Czechowa ze spotkania z Tołstojem:
— Wie pan, niedawno byłem u Tołstoja w Gasprze. Leżał w łóżku po chorobie, ale dużo mówił o wszystkim, a mówiąc nawiasem i o mnie także. Wreszcie wstaję i żegnam się. A on zatrzymuje moją rękę w swo­jej i mówi: „Niech mnie pan pocałuje”. I pocałowawszy się ze mną nagle szepce mi do ucha z takim energicznym, starczym pośpiechem: „A mimo wszystko sztuk pańskich nie znoszę! Szekspir źle pisał, a pan jeszcze gorzej”.[4]
___________
[1] Antoni Czechow, Dramat na polowaniu. Z notatek sędziego śledczego, tłum. Rene Śliwowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1985, s. 9.
[2] Tamże, s. 173.
[3] Tamże, s. 14.
[4] Iwan Bunin, Czechow, [w:] Czechow we wspomnieniach swoich współczesnych, tłum. Stefania Bądkowska, Stefania Podhorska-Okołów, Czytelnik, 1960, s. 443.
 
Moja ocena: 4,5
Antoni Czechow

8 marca 2013

Rodzinka szczęśliwa na swój sposób (Samuil Szatrow, „Coś niecoś o pewnej rodzince”)


Rodzinka szczęśliwa na swój sposób

Proszę państwa, oto Piotruś. Niestety, wcale nie jest grzeczny i nic państwu chętnie nie poda. Ewentualnie chusteczkę, jeśli jego przygody rozśmieszą Was do łez.

„Coś niecoś o pewnej rodzince” Samuila Szatrowa to zbiór błyskotliwych humoresek, które w krzywym zwierciadle przedstawiają niejakich Wasiukowowych z Moskwy. Oprócz wspomnianego Piotrusia, czarującego ośmioletniego urwisa, poznajemy rodziców i dwudziestoletnią siostrę, Lalkę. Każdy rozdział stanowi oddzielną opowieść o ich perypetiach, ale wszystkie historie łączą się w harmonijną całość, podobnie jak w książkach o Mikołajku.
Państwo Wasiukowowie, ilustracja z książki. Rys. Karol Ferster.
Przypuszczam, że tak jak ja polubicie Piotrusia od pierwszego wejrzenia. To pełen wdzięku, obrotny bystrzak, który wie o dorosłych znacznie więcej, niż przypuszczają. Tylko nie spodziewajcie się budyniu z soczkiem: „Chociaż młody Wasiukow ma mnóstwo wad (nie sposób zrobić zeń bohatera czytanki, dziecinnego kalendarza ani też nie byłby dobrym przykładem w niedzielnym słuchowisku radiowym), jest to mimo wszystko uroczy kawaler”[1].

Wystarczy tylko zerknąć na tytuły rozdziałów - na przykład „Dlaczego mama nie została Marsjanką”, „Nie masz kawalarza nad wujka Tiszę…” czy „Ach, ta cicha woda Ryżkin!” - i od razu wiadomo, że czeka nas zabawna lektura. I tak jest w istocie. Uśmiech budzą śmieszne sytuacje w domu i w szkole, a także to, że ośmiolatek często rozumie dosłownie używane przez dorosłych idiomy, co prowadzi do komicznych nieporozumień. Łobuzerskiego uroku dodają książce ilustracje Karola Ferstera, który świetnie wczuł się w klimat opowieści Szatrowa. 

Narratorem jest Piotruś, ale niech to przypadkiem nie uśpi Waszej czujności. Dziecko z lekkim zdziwieniem relacjonuje sytuacje, które tak naprawdę w pełni przemówią do bardziej dojrzałych czytelników. Chłopiec z rozbrajającą szczerością wyznaje: „Niczego nie zrozumiałem. Dorosłych nieraz trudno zrozumieć. Lepiej ich pytać jak najmniej.”[2] 

Mimo słodkawej okładki i wydawnictwa kojarzącego się z maluchami, nie nazwałabym „Coś niecoś o pewnej rodzince” książką dla dzieci. Próżno szukać u Szatrowa beztroskiej radości. Niby zabójczo śmieszne te opowiastki, a tak naprawdę pozostawiają gorzkawy osad. Chociaż jesteśmy świadomi, że autor przedstawia ironiczną karykaturę tamtych czasów, wielokrotnie puszczając do czytelnika oko, i tak Moskwa końca lat pięćdziesiątych wydaje się żałośnie smutna. 
Okładka wydania rosyjskiego z 1961 roku.
Książka Szatrowa obfituje w obyczajowe smaczki. Oj, nie żyło się wtedy łatwo, lekko i przyjemnie. Poznajemy na przykład od podszewki wątpliwe uroki mieszkania w komunałce. Wasiukowowie i tak są szczęściarzami - dzielą kuchnię i łazienkę tylko z jednym sąsiadem, wścibskim emerytem Biedrosowem. Kontakt z zachodnią kulturą okupiony jest wielkim wysiłkiem: mama Piotrusia stała tydzień w kolejce po bilety na wiedeński balet na lodzie. Jeszcze gorzej było przed koncertem Yvesa Montanda. Mieszkańcy Moskwy potajemnie handlują zagranicznymi ubraniami. Na komplet mebli trzeba się zapisać z dużym wyprzedzeniem. Studenci obowiązkowo uczestniczą w akcji żniwnej w sowchozie. W telewizji dominują programy o trzodzie chlewnej. Jednak najbardziej przygnębiają zmiany w ludzkiej mentalności. Bezinteresowna życzliwość to coś niepojętego, natychmiast wzbudza podejrzenia i staje się obiektem kpin.

Obraz ówczesnego świata okraszony jest ironicznym uśmiechem, ale robi zaskakująco ponure wrażenie, zważywszy na to, że książka powstała w czasach propagandy sukcesu. Niekiedy Szatrow trochę na siłę wplata politycznie poprawne wtręty: na przykład Wasiukow-senior zalicza „prywaciarzy” do tej samej kategorii co fałszerze pieniędzy i banda defraudantów. Deklaruje się jako „zabity ateista”[3], natomiast religijna gosposia zostaje uznana za „zacofaną staruchę”[4]. Jednak dominuje dyskretnie krytyczny ogląd komunistycznych realiów końca lat pięćdziesiatych.

W przeciwieństwie do rezolutnego Piotrusia jego rodzice nie budzą sympatii. Wprawdzie autor jawnie ich nie krytykuje, ale wyraźnie widać, że sympatyzuje z Lalką, która dostrzega ich wady. Państwo Wasiukowowie ciągle się awanturują –  w teatralnej szatni, w pociągu, w sklepie z zabawkami. Robią wrażenie gruboskórnych cwaniaków, którzy prą do celu po trupach. Motto życiowe taty brzmi „W życiu trzeba wszystko zdobywać przebojem”[5]. Poza tym kłamią, podlizują się, kombinują. A już zupełna niespodzianka to rozdział o tym, jak pani Wasiukowowa prawie zdradziła męża z wujkiem Tiszą, co potajemnie obserwował Piotruś, i jeszcze historia miłosnego trójkąta: ciocia Nastia, wujek Kostia i wujek Wołodia. Aż takiej obyczajowej drapieżności próżno szukać nawet we współczesnych nam skandynawskich książeczkach dla dzieci. Zanim przeczytałam „Coś niecoś o pewnej rodzince” byłam zdumiona pieczątką, która widniała w kupionym na Allegro egzemplarzu:
Teraz nie wydaje mi się już tak kosmicznie absurdalna.

Wprawdzie Wasiukowowie wydają się antypatyczni, ale natychmiast spodobała mi się ciocia Mina. Z przyczyn oczywistych: „Ciocia zawsze czyta przy jedzeniu. Przy piciu również. Nie przestaje też chyba czytać, kiedy śpi, bo zdaje mi się, że zasypia tylko jednym okiem. Pokój ma tak zawalony książkami, że wygląda, jakby w nim wyładowali całą bibliotekę.” [6] 

Główna atrakcja i gwiazda humoresek Szatrowa to bez dwóch zdań Piotruś. Czasami kojarzył mi się z niezapomnianym Markiem Karwowskim z „Czterdziestolatka” – też często wpadał w tarapaty i w szkole z hukiem rozbijał się o rafy absurdów systemu. Wielokrotnie myślałam też o tematycznym pokrewieństwie „Coś niecoś o pewnej rodzince” z „Drobnymi ustrojami” Marii Zientarowej.
____
[1] S. Szatrow, Coś niecoś o pewnej rodzince, tłum. Barbara Rybałtowska, Nasza Księgarnia, 1965, s. 5.
[2] Tamże, s. 32.
[3] Tamże, s. 108.
[4] Tamże, s. 108
[5] Tamże, s. 139.
[6] Tamże, s. 148.

Moja ocena: 4+
Samuil Szatrow

1 grudnia 2012

From Russia with Love ("Anna Karenina", reż. Joe Wright)


From Russia with Love
Pod wpływem recenzji Ani (Czytanki Anki), która obejrzała adaptację sceniczną powieści Tołstoja w Teatrze Studio, zajrzałam do książki w poszukiwaniu cytatu. Po kilku minutach wsiąkłam i trudno mi było wrócić do rzeczywistości. Wydawało mi się, że znam dobrze „Annę Kareninę”, bo wcześniej czytałam ją dwa razy, ale tym razem zwróciłam uwagę na fragmenty, o których istnieniu zupełnie zapomniałam. Byłam pod tak dużym wrażeniem, że postanowiłam obejrzeć wersję filmową, która akurat jest w kinach. Plan zrealizowałam dzisiaj rano, heroicznie przedzierając się przez tłumy mikołajkowych zakupowiczów, które z obłędem w oku kłębiły się w lubelskiej Plazie.

Mój problem polegał na tym, że nie podobała mi się konwencja, w jakiej zrobiony jest ten film. Początkowo w ogóle nie mogłam się do niej przyzwyczaić. Drażniła mnie i rozpraszała. Pod koniec było trochę lepiej. Otóż na wskroś realistyczna powieść Tołstoja została przedstawiona w tonacji przedstawienia teatralnego przypominającego operetkę. Z tańcem ale bez śpiewu. Bardzo zaskoczyły mnie elementy groteskowego humoru, których na próżno szukać w powieści Tołstoja. Wiele scen utrzymanych w tym nastroju nakręcono z zapierającym dech rozmachem, jak na przykład pracę urzędników, wyścigi czy bal. Problem w tym, że nijak się mają do książki. Myślę, że gdyby Tołstoj chciał wzbogacić swoje dzieło o elementy groteski, po prostu zrobiłby to. Zapewne reżyser chciał pokazać sztuczność i teatralność świata, w którym żyła Anna pośród ludzi-marionetek, ale cel można było chyba osiągnąć bardziej subtelnymi środkami. To, że świat jest teatrem, aktorami ludzie zauważyło już paru artystów i metafora nie grzeszy świeżością

To nie wszystko. Fryzjerzy i makijażyści dołożyli wszelkich starań, żeby śliczna Keira Knightley wyglądała niezbyt korzystnie jak na swoje możliwości. Oszpecić tak ładną dziewczynę wydaje się zadaniem trudnym do wykonania, a jednak. Nieustannie rozchylone usta, nastroszona fryzura i strączki loków, notabene w jednej scenie rozłożone misternie na poduszce, okazały się skutecznie nietwarzowe. Co gorsza jej gra wydała mi się boleśnie sztuczna i przerysowana. Spojrzenia i miny Knightley były chwilami rodem z „Kłamstwa Krystyny”. Być może jej interpretacja wynikała z wodewilowej stylistyki filmu, ale do mnie nie przemówiła zupełnie. Mile zaskoczył mnie natomiast Aaron Taylor-Johnson, który mimo plerezy tlenionych pukli był dość przekonywającym Wrońskim. „Annę Kareninę” warto też obejrzeć dla Jude'a Law, przeobrażonego w sposób niewiarygodny.

Bezkrytycznie zachwyciły mnie natomiast kostiumy. Na miejscu Jacqueline Durran profilaktycznie przygotowywałabym już mowę dziękczynną na uroczystość wręczenia Oscarów. Suknie Anny, Kitty i Betsy były olśniewające. Na specjalne wyróżnienie zasługuje też montaż. Chyba jeszcze nie widziałam filmu, w którym obrazy tak płynnie przenikałyby się. To prawdziwa uczta dla oczu. Rozczarują się natomiast miłośnicy realiów historycznych. Amerykanie jednak niewiele wiedzą o Rosji. Na początku filmu Lewin wygląda jak kanadyjski traper, a w dodatku potem okazuje się, że ma labradora.

Uczty intelektualnej brak. Tematykę powieści spłaszczono i sprowadzono właściwie do romansu. Zresztą sugeruje to wyraźnie plakat. Pozostałe problemy społeczne i filozoficznie drastycznie okrojono i podano w formie nachalnie dydaktycznej papki. Generalnie reżyser nie ma chyba najlepszego zdania o poziomie intelektualnym widzów: zbliżenie napisu „Morfina” na słoiczku powtórzono dwukrotnie na wypadek, gdyby ktoś na chwilę się zagapił. Wątek Kitty i Lewina został ograniczony do najważniejszych scen. Ich uczucie w filmie wydało mi się papierowe. Między pierwszymi a drugimi oświadczynami jest czarna dziura. Nieznający książki widz zapewne odniesie wrażenie, że tylko zdrada Wrońskiego pchnęła Kitty w ramiona Lewina. 

Mimo wszystko cieszę się, że obejrzałam „Annę Kareninę”. Jako film wyróżnia się oryginalną, bardzo malarską, wręcz porywającą formą. Z duchem powieści Tołstoja niewiele ma jednak wspólnego. 

Moja ocena: 4


18 sierpnia 2012

Męki dorastania komsomołki (Łarisa Isarowa, "Z dziennika licealistki")


 Męki dorastania komsomołki
Turgieniew stworzył portret Bazarowa niczym kura, która wysiedziała jaja łabędzia” – z taką swadą pisała wypracowania Łarisa Isarowa, autorka powieści „Z dziennika licealistki”, kiedy sama chodziła do szkoły. Niestety, dostawała za nie oceny niedostateczne. Zawsze była odważna, bezkompromisowa i niepokorna. Wymienione cechy z pewnością nie ułatwiały kariery literackiej w Związku Radzieckim w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Może dlatego teraz tak trudno znaleźć jakiekolwiek informacje na temat tej pisarki.

Zaopatrzyłam się w wydaną w 1977 roku książkę Isarowej z myślą o Płaszczu zabójcy, ale zapiski okazały się niedatowane. Nie zmartwiło mnie to szczególnie, bo literatura szkolno-pensjonarska przyciąga mnie z siłą magnesu, co już wielokrotnie wyznawałam. Jak bezpretensjonalnie zwiastuje tytuł, powieść Isarowej ma formę pamiętnika szesnastolatki, Katii, która bynajmniej nie jest typową „sweet sixteen”. 

Podobał mi się zawadiacki styl dziennika i łobuzerski wdzięk narratorki, której po prostu nie można nie polubić, choć bywa impulsywna i opryskliwa. Ucieszył mnie też brak minoderyjnej egzaltacji, która czasem pojawia się w literackich wyznaniach nastolatek autorstwa dorosłych. Dlatego nieudana wydała mi się - skądinąd sympatyczna - radziecka okładka, która zwiastuje dziełko przesiąknięte słodyczą. Szczerze mówiąc nie tak wyobrażam sobie Katię. Przypuszczam, że różowe kokardy napełniłyby ją wstrętem. Wszak zaangażowane ideologicznie komsomołki nie noszą wstążek, riuszek i falbanek.

Okładka wydania radzieckiego.

Buńczuczna bohaterka przeżywa typowe dla swojego wieku rozterki. Chce być lubiana, marzy o przyjaźni i miłości:nie pociąga mnie taka „miłość", jak ją pojmują niektóre dziewczyny: mąż, mieszkanie, wysoka pensja... Potrzebny mi jest przyjaciel, żeby mnie rozumiał, żebym przy nim mądrzała. A chłopcy się do tego nie nadają. Są przecież głupsi od nas, nawet ten genialny Stiopka-hultaj”. [1]

Katia dużo czyta i jest zagorzałą miłośniczką literatury, podobnie zresztą jak jej znajomi. Swobodnie cytuje Dostojewskiego, wygłasza ciekawe opinie o Czechowie: „prawie niczego nie opisuje, a w każdego można zajrzeć aż do dna” [2]. Podobnie jak autorka powieści ma dość awangardowe podejście do klasyki, co martwi dziewczynkę z jej klasy, Gałkę, bo skoro ktoś bezczelnie krytykuje uznane autorytety literackie, lada moment podniesie rękę na dzieła marksizmu i leninizmu! Inna koleżanka Katii pochłania książki Achmatowej i Cwietajewej, z kolei Soroka przeczytał wszystkie powieści Faulknera. 

Isarowa zgrabnie oddaje stan ducha dojrzewającej dziewczyny, częste zmiany nastrojów, emocjonalne huśtawki od euforii po czarną rozpacz. Ciekawie zarysowana jest też postać Marwłady, nauczycielki języka rosyjskiego, która cieszy się szacunkiem uczniów. Antytezą ciepłej i przyjaznej rusycystki jest surowa, bezduszna wychowawczyni Katii, zwana Ikoną.

W powieści Łarisy Isarowej uczniowie rzadko kiedy bywają sami. Komsomolcy pracują i bawią się w grupie, natomiast osoby lekceważące kolektyw zostają uznane za stukniętych, niepoprawnych indywidualistów. Kręgosłup moralny radzieckiego ucznia jest jak hartowana stal. Kiedy w czasie klasówki z algebry Katia zajrzała do pracy koleżanki, ta z oburzeniem oświadczyła na cały głos: „Jestem komsomołką, nikomu nie pozwalam odpisywać!” [3] Mimo nieustannego przebywania w grupie młodym ludziom dotkliwie doskwiera samotność.  

„Z dziennika licealistki” to powieść chwilami zabawna, chwilami wzruszająca. Jest zapisem nie tylko bólów dojrzewania rezolutnej szesnastolatki i jej rówieśników, ale też obrazem Rosji w latach siedemdziesiątych. Zgrzebny to wizerunek, wyprany z kolorów i zapachów. W dodatku szczątkowy, bo przywilejem lat szesnastu jest skupienie się na sobie, własnych uczuciach i niepokojach, co też nasza bohaterka z zapałem czyni. Radzieckie smaczki obyczajowe da się jednak wyłowić.

Łarisa Isarowa to uważna obserwatorka i utalentowana portrecistka – nawet postaci z założenia negatywne wywołują cień uśmiechu. Czytając „Z dziennika licealistki” wiele razy zastanawiałam się, czy współczesna szesnastolatka odnalazłaby w tej książce cząstkę siebie, czy potraktowałyby ją tylko jak beznamiętny dokument czasów minionych. Kto wie, może jakaś polska rówieśniczka Katii sięgnie po tę niepozorną, pożółkłą książeczkę, przeobrażając się z brzydkiego kaczątka w łabędzia.

______________________
[1] Łarisa Isarowa, Z dziennika licealistki, tłum. Anita Tyszkowska, Krajowa Agencja Wydawnicza, 1986, s. 103.
[2] Tamże, s. 79.
[3] Tamże, s. 34.

Moja ocena: 4
Łarisa Isarowa. Zdjęcie z okładki.