Śniadania nie będzie
Jeśli
kiedykolwiek uczestniczyliście w imprezie, na której wszyscy z
wyjątkiem Was świetnie się bawili, nie będę potrzebowała wielu słów,
żeby opisać swoje wrażenia po przeczytaniu Kolacji z zabójcą. To była
moja pierwsza Marinina. Marinina, po której tak wiele
sobie obiecywałam. Marinina, która od dawna wędruje po książkowych
blogach, zbierając pozytywne recenzje. Niestety, nie przyłączę się do
grona entuzjastów, tylko uszczypliwie pomarudzę. Kwęknięcia będą
właściwie trzy, ale za to przeciągłe i donośne.Po pierwsze potwornie mnie ta powieść przygnębiła. Kolację z zabójcą można porównać do listopadowego poranka po źle przespanej nocy. Nieważne, że przeczytałam ją na początku lipca. Nad światem Marininy unosi się ponury nastrój beznadziei, choć rzecz jasna major Anastazja Kamieńska, analityczka z Moskiewskiego Urzędu Śledczego, wciąż błyska bystrością umysłu i z zapałem pracoholiczki dokłada wszelkich starań, żeby rozwiązać zagadkę. Sprawa jest śliska, bo dotyczy wierchuszki MSW.
Rosja
Marininy w latach osiemdziesiątych to odpychający kraj biurokratów i
karierowiczów. Dzięki „pięknej komsomolsko-partyjnej przeszłości”[1]
można na przykład zostać zawodowym kierownikiem. Nie można natomiast
spuścić z oka samochodu, bo rozbiorą go na części. Wiem, że w kryminale
nie należy spodziewać się tęczowego świata w stylu My Little Pony,
ale podmuch pesymizmu u Marininy mnie po prostu zmroził. Nie wiem o
Rosji na tyle dużo, żeby autorytatywnie stwierdzić, że taki druzgocząco
negatywny obraz jest znacznym uproszczeniem, ale mam takie podejrzenia.
Depresyjną
atmosferę pogłębia to, że ofiara przestępstwa w Moskwie właściwie nie
ma do kogo zwrócić się o pomoc. Wszędzie królują znajomości, układy,
korupcja. Leonid Pietrowicz, ojczym Nastii, tak charakteryzuje
rosyjskich stróży prawa:
„Milicja to ciasny krąg. Nie wąski, ale właśnie ciasny, nie można zrobić kroku, żeby się nie natknąć na znajomego, krewnego znajomego, kolegę krewnego, byłego ucznia, sąsiada szefa i tak dalej. W tak ciasnym kręgu nie sposób nikogo o nic zapytać, już nie mówiąc o tym, żeby przesłuchać, no bo czy można poważnie rozmawiać ze swoimi? Rozmawiasz z człowiekiem, którego podejrzewasz o popełnienie przestępstwa, a on na wszystkie twoje argumenty odpowiada: coś ty, daj spokój, przecież się znamy, sam dobrze wiesz. I poklepuje cię po ramieniu. I proponuje kielicha..”[2]
Kolejny
problem to sama Anastazja. Kiepsko mi się czyta kryminały, w których
detektyw lub policjant nie budzi chociaż cienia sympatii. Nie polubiłam
Kamieńskiej, chociaż naprawdę się starałam. Doceniam jej intelekt,
umiejętności lingwistyczne, sumienność, talent aktorski, ale mimo to
wydała mi się rybio chłodna. Wprawdzie autorka kokieteryjnie mówi też o
wadach bohaterki, które oczywiście w efekcie okazują się zaletami.
Rozumiem, że pozorna nijakość Nastii, to celowy zabieg Marininy, ale
mimo wszystko ta letniość działała mi na nerwy. Nie tylko mnie: niedawno
tajniki osobowości Kamieńskiej dogłębnie i efektownie przeanalizowała Królowa Matka.
Doskwierał mi też brak napięcia. Miałam kilkudniową przerwę w lekturze Kolacji z zabójcą.
Przeżyłam ją podejrzanie bezboleśnie. Przyznajcie, że to dość dziwne w
przypadku kryminału, który teoretycznie powinno się wprost pochłaniać,
niecierpliwie dążąc do finału. Jedną z przyczyn rozlazłego tempa jest
chyba wprowadzenie zbyt dużej liczby postaci drugoplanowych i pobocznych
wątków w dość krótkiej książce. Wprawdzie autorka urozmaica powieść,
czemu służą na przykład przebieranki Nastii, ale te atrakcje wydały mi
się żenująco nieprawdopodobne.
Kolacja z zabójcą to
pierwsza powieść cyklu o Kamieńskiej i być może popełniłam błąd właśnie
od niej zaczynając swoją przygodę z twórczością Marininy. Bo teraz
wszystko wskazuje na to, że będzie to przygoda bardzo krótka.
__________
[1] Aleksandra Marinina, Kolacja z zabójcą, tłum. Margarita Bartosik, Wydawnictwo WAB, 2007, s. 5.
[2] Tamże, s. 62.
Moja ocena: 3,5
![]() |
| Aleksandra Marinina. [Źródło] |





















