Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

21 stycznia 2014

Dom bardzo zły (Andrea Camilleri, "Sierpniowy żar")

Dom bardzo zły
Pisanie o książce pod tytułem „Sierpniowy żar”, kiedy za oknem śnieg, mróz i zawierucha, zakrawa na przewrotny żart, ale tak mi się jakoś dziś zebrało na opowieści o ubiegłorocznych wakacyjnych lekturach.

„Sierpniowy żar” to moje drugie spotkanie z komisarzem Montalbanem. Już wielokrotnie podkreślałam jego wyższość nad komisarzem Brunettim z kryminalnego cyklu Donny Leon, bo „Złodzieja kanapek” Andrei Camilleriego wspominam z sentymentem. Autor miał u mnie kredyt zaufania, który tym razem z każdą stroną pomaleńku topniał niczym asfalt w promieniach sycylijskiego słońca i niestety skończył się drobnym przekroczeniem debetu.

Jak zwykle komisarz Montalbano pracowicie rozsupłuje intrygę kryminalną w Vigacie (miasteczko zupełnie fikcyjne) i okolicach. Wszystkie drogi prowadzą nie do Rzymu, a do pozornie zwyczajnej wilii nad morzem. Oczywiście rzeczony dom kryje mroczne tajemnice, a poza tym spadają na niego plagi typu karaluchy, myszy, pająki i inne atrakcje:
— To jest chyba dom przeklęty! — upierała się Laura z błyszczącymi oczami, jakby miała gorączkę.
— Lauro, zastanów się, nie wmawiaj sobie takich głupstw. Rozumiem, że jesteś zdenerwowana, ale...
— Przyznam ci się, że nawet zaczęłam sobie przypo­minać te rozmaite filmy o przeklętych domach albo o do­mach, gdzie zagnieździły się piekielne zjawy.
— To przecież tylko wymyślne fantazje!
— Przekonasz się, że miałam rację.”[1]
Dodam jeszcze, że ważną rolę w tej historii odegrają też rezolutny trzylatek Bruno oraz kot. To jeszcze nie wszystko! Tym razem Salvo Montalbano walczy nie tylko z przestępcami i ogólną degrengoladą, ale również ze sobą, a konkretnie z klasycznymi objawami kryzysu wieku średniego, które zaowocowały między innymi płomiennym romansem. I zaznaczam, że nie chodzi o ożywienie znajomości z chimeryczną Liwią.

W „Sierpniowym żarze” Camilleri z wirtuozerią odmalował leniwą atmosferę włoskiego lata, obezwładniający skwar w sycylijskim miasteczku, senną spiekotę. Opisy upału są tak naturalistyczne, że chwilami naprawdę robiło mi się duszno. Przykuwający uwagę koloryt lokalny to specjalność autora książek o Montalbanie. Sympatyczne są chociażby wątki kulinarne. Szkoda, że niezbyt liczne. Na marginesie dodam, że jestem fanką opryskliwej gosposi komisarza:
Adelina przyrządziła mu pappanozzę. Cebula i ziem­niaki długo gotowane, wyłożone na duży talerz i roz­gniecione widelcem na jednolitą masę. Do przyprawie­nia: oliwa, nieco octu winnego, sól i czarny pieprz świeżo zmielony.”[2]
Nakrył na werandzie. Zaniósł na stół oliwki, świeże figi, kapary, owczy ser i sześć miseczek, jedną z anchois, jedną z kalmarami, jedną z ośmiorniczkami, jedną z mątwą, jedną z tuńczykiem i jedną z morskimi ślima­kami. Każde z dań było przyprawione inaczej. A w lo­dówce prócz tego stało jeszcze wiele innych przysmaków.”[3]
Dopracowany w detalach obraz Włoch w powieściach Camilleriego nie trąci sztucznością, a taki właśnie problem mam z książkami Amerykanki, Donny Leon. Autorka cyklu o komisarzu Brunettim od wielu lat konsekwentnie nie wyraża zgody na tłumaczenie swoich powieści na język włoski, choć znane są na całym świecie, również w Polsce. Dziwne, prawda? Oficjalny powód, który pisarka podaje na przykład tu i tu, to chęć uniknięcia sławy, ale może kryje się też za tym również obawa, że rodowici mieszkańcy Italii w jej książkach wyczują obcość i fałszywe nuty.

Melancholijne rozterki Salva Montalbana w „Sierpniowym żarze” nie pozwoliły Camilleriemu na liczniejsze przebłyski ironicznego humoru, który tak mi się podobał w „Złodzieju kanapek”. Oprócz miłosnych niepokojów okrutnie targających komisarzem pojawiają się też gorzkie obserwacje socjologiczne na temat Włoch: 
Montalbana ogarnęło przygnębienie. Czy to się nigdy nie zmieni? Szlag by to trafił, że też ciągle trzeba mieć do czynienia z podejrzanymi koneksjami, powiązania mafii z polityką, mafii z biznesem, polityki z bankami, praniem brudnych pieniędzy i lichwą...

Co za obsceniczny balet! Co za dżungla korupcji, oszustw, intryg, niegodziwości, karierowiczostwa! Wy­obraził sobie taki dialog:

  Uważaj na każdym kroku, ponieważ X to człowiek posła Y, a zięć K jest człowiekiem szefa mafii Z i pozo­staje w zażyłych stosunkach z posłem H.

— Przecież poseł H jest w opozycji!

— Owszem, jest, ale co to zmienia?”[4]
Stereotypowo i mało odkrywczo? No, niestety. Poza tym takie oskarżenia w powieści lżejszego kalibru trochę przypominają strzelanie do słonia z procy.

Wbrew tytułowi i mimo sycylijskiego, upalnego entourage’u „Sierpniowy żar” to chłodna, pesymistyczna opowieść w stylu demaskatorskich kryminałów skandynawskich, o których Camilleri zresztą wspomina w powieści z nutką zazdrości. Nietrudno rozszyfrować, że wzmiankowane szwedzkie małżeństwo to Maj Sjöwall i Per Wahlöö. I tu się właśnie zaczynają schody bo wydaje mi się, że demaskatorska, interwencyjna formuła nie jest do końca bliska autorowi cyklu o Montalbanie..

Nie przypadła mi też do gustu teatralna tonacja sceny finałowej powieści, natomiast podoba mi się to, co cenię w kryminałach, a mianowicie autor „Sierpniowego żaru” zmyślnie z nas zakpił, bo pod koniec na czytelnika czeka spora niespodzianka.

Czytelników, którzy podobnie jak ja uczą się języka włoskiego i są na poziomie hmmm… niezbyt zaawansowanym, uprzedzam, że włoski serial o komisarzu Montalbanie w wersji oryginalnej nie jest łatwy w odbiorze. Miałam okazję obejrzeć dwa odcinki w czasie wakacyjnego wyjazdu. Nie wiem, czy to kwestia sycylijskiego akcentu, czy problem leżał w moim letnim rozleniwieniu i rozkojarzeniu. Serial mnie nie zachwycił. Wyraźnie postawiono na wartką akcję, nie na obyczajowe smaczki, a filmowy Montalbano  pozbawiony jest leniwego wdzięku literackiego pierwowzoru.
_______
[1] Andrea Camilleri, Sierpniowy żar, tłum. Stanisław Kasprzysiak, Noir sur Blanc, 2012, s. 21.
[2] Tamże, s. 120.
[3] Tamże, s. 254.
[4] Tamże, s. 117.

Moja ocena: 3,5
Andrea Camilleri. [Źródło]

11 września 2013

Co u pani słychać? (Luca Doninelli, "Wracaliśmy znad morza")

Co u pani słychać?
Zamachowców, buntowników i innych wywrotowców zwykle wyobrażamy sobie jako młodych desperatów. Mało kto snuje domysły, jak potoczyły się ich dalsze losy. Czy ktoś zachodzi w głowę, co stało się z tą panią, kiedy już zawiodła lud na barykady? Marianna zawsze pozostanie symbolem i roznegliżowaną rewolucjonistką. Nie zastanawiamy się nad tym, czy lubiła konfitury i jakie bajki opowiadała wnukom.

W przeciwieństwie do zwykłych śmiertelników pisarze czują mocniej i nie boją się trudnych pytań. Na przykład Luca Doninelli próbuje dociec, jak wygląda teraz życie ludzi, którzy w latach siedemdziesiątych we Włoszech należeli do partii ultralewicowych, a mówiąc wprost, byli terrorystami. Swoje gorzkie przemyślenia utkał w migotliwą powieść Wracaliśmy znad morza.

Bezkompromisowi włoscy rebelianci, którzy kiedyś nie tylko głosili szumne manifesty, ale i w ich imię zabijali, zniknęli tylko pozornie. Są wszędzie i wiedzie im się całkiem nieźle. To dzien­nikarze, pisarze, lekarze, poeci, autorzy programów telewizyjnych, prawnicy. Ukrywają się pod maską cynizmu, a ich system wartości można sprowadzić do kilku słów: pieniądze, kariera, władza i tęsknota za przeszłością. Okrutny paradoks: teraz są dokładnie tym, czego nienawidzili w latach siedemdziesiątych. Z zaangażowaniem odgrywają rolę zacnych obywateli. Czy na przykład o terrorystyczny epizod w młodości posądzilibyście Ester, kompetentną, elegancką dyrektorkę szkoły? Tymczasem jej córka, Irene, studentka prawa, przypadkiem wpada na trop rodzinnej tajemnicy.

Powieść Doninellego mówi przede wszystkim o ciężarze odpowiedzialności za życiowe wybory, a również o tym, że nawet jeśli wyrzekamy się niewygodnych wspomnień, one i tak natrętnie wracają. To również subtelny portret matki i córki, siateczki skomplikowanych uczuć, które je oplatają. A wszystko zaczęło się od tego zdjęcia. Fotografia z 1969 roku zainspirowała Doninellego do napisania książki.
Wspomnienie z Öland, fot. Enzo Nocera,1969 r. Zdjęcie z książki.

Ważną rolę w powieści odgrywa też zdanie, które posłużyło za jej tytuł. Po włosku brzmi jak  magiczne zaklęcie: Tornavamo dal mare. Mniej czarujący i troszkę zbyt rzewny wydał mi się wątek miłosny. Podoba mi się natomiast to, że Doninelli potrafił zamknąć taką bolesną opowieść w stonowaną, wręcz eteryczną formę.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Ani (Czytanki Anki), której serdecznie dziękuję. 


Luca Doninelli, Wracaliśmy znad morza, tłum. Joanna Ugniewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2010.

Moja ocena: 4,5

Luca Doninelli.

24 listopada 2012

Marginesy trochę za wąskie (Adam Szczuciński, "Włoskie miniatury")

Marginesy trochę za wąskie
„Włoskie miniatury” Adama Szczucińskiego to impresje z podróży nie tylko do Italii. Autor dzieli się wspomnieniami również z Hiszpanii i Algierii. W krótkich esejach utrwala ulotne chwile, z których utkana jest wędrówka, i zachęca do odkrywania miejsc, jakich na próżno szukać w cukierkowych folderach. Zdecydowanie bliżej mu do zamyślonego, wrażliwego flâneura, który niespiesznie czyta miasto, niż współczesnego turysty bezrefleksyjnie zaliczającego kolejne atrakcje. Krajobrazy, budowle, dzieła sztuki i spotykani ludzie odgrywają ważną rolę, ale to nie wszystko. Okazuje się, że „pisanie o Włoszech, o włoskich podróżach jest zdawaniem samemu sobie relacji z tego, co w życiu ważne, istotne, piękne”[1]. Szczuciński wędruje więc nie tylko po ulicach Sieny czy San Gimignano, ale jednocześnie przemierza labirynt własnych myśli i skojarzeń. Refleksjom towarzyszą czarno-białe zdjęcia, odbiegające od naszych wyobrażeń o typowej fotorelacji z wyprawy na południe Europy.

Peregrynacje autora „Włoskich miniatur” przypominają literacką pielgrzymkę. Bardzo podoba mi się pomysł czytania książek w miejscach, które są z nimi związane.  Lektura „Don Kichota” w Segowii i Madrycie, „Lamparta” na Sycylii i opowiadań Herlinga-Grudzińskiego w Neapolu dostarczyła Szczucińskiemu wielu wzruszeń. Już kiedyś chwaliłam się, że miałam szczęście zachwycać się „Pokojem z widokiem” we Florencji, więc w pełni rozumiem entuzjazm autora. Tymczasem niepokojąco szybko rozbudowuję mapę miejsc, do których warto pojechać nie tylko z przewodnikiem w plecaku, ale i z powieścią czy tomem wierszy.

Duże wrażenie zrobiły na mnie erudycja i elokwencja Adama Szczucińskiego, który zawodowo nie ma nic wspólnego ze słowem pisanym. Jest doktorem medycyny, neurologiem, a literatura to bezinteresowna pasja, a nawet więcej: „książki są jak maska tlenowa, głęboki, swobodny oddech, gdy ciało jest już pod wodą”[2]. Lista nazwisk pisarzy, do których odwołuje się w studwudziestostronicowej książce, budzi respekt, jednak przeszkadzał mi nadmiar cytatów. Na pewno opisywane miejsca i ludzie onieśmielają, ale chwilami miałam wrażenie, że nabożna cześć trochę paraliżuje autora i nie pozwala mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Mottem książki są słowa Pawła Hertza. On też skromnie określa się tylko jako czytelnika, „który zapisuje swoje uwagi i medytacje na marginesach cudzych dzieł"[3]. Szacunek dla autorytetów jest cenny, ale żałuję, że Szczuciński trochę częściej nie wychodził poza marginesy. W tych osobistych fragmentach jest autentyczny i błyskotliwy. Mam nadzieję, że w następnej książce marginesy będą trochę szersze.

We „Włoskich miniaturach” znalazłam sporo ciekawych tropów literackich. Na przykład „Lampart” (według najnowszego przekładu „Gepard”) Lampedusy, który już od dawna czeka na przeczytanie, teraz kategorycznie domaga się mojej uwagi. Problem w tym, że nie mogę go wytropić w wypiętrzonych osuwiskach książek. Ale największe odkrycie to Josif Brodski. Do tej pory znałam tylko garść wierszy i wiedziałam, że bardzo chcę przeczytać „Znak wodny”. To stanowczo za mało. Na pewno warto spojrzeć na Włochy oczami człowieka, który zawsze przynosił Annie Achmatowej róże i twierdził, że na zdjęciu z bankietu po wręczeniu Nagrody Nobla wygląda jak kot, który właśnie najadł się ryby.
_________________
[1] Adam Szczuciński, Włoskie miniatury, Fundacja Zeszytów Literackich, 2008, s. 61.
[2] Tamże, s. 19. 
[3] Tamże, s. 4.

Moja ocena: 4+
Adam Szczuciński
[Źródło zdjęcia]

26 listopada 2011

Miasta lekkie jak latawce, miasta ażurowe jak koronki. Italo Calvino, "Niewidzialne miasta"


Miasta lekkie jak latawce, miasta ażurowe jak koronki

Kiedy czytałam „Niewidzialne miasta” tak mi było, jakby róża przez otwarte wpadła okno. Jeśli chcecie bury, listopadowy dzień zamienić w kalejdoskop barw, dźwięków, smaków i zapachów, wystarczy otworzyć tę książkę w dowolnym miejscu. Nie wiem, jak pachnie słoń po deszczu, nigdy nie spacerowałam w magnoliowym ogrodzie odbijającym się w lazurowej lagunie, nie próbowałam mięsa bażanta złocistego, pieczonego na ogniu z suchych drew czereśniowych i posypanego ob­ficie rozmarynem, nie dotykałam też złotego muślinu, ale dzięki Italo Calvino poczułam się tak, jakbym to wszystko robiła. Jego proza działa na wszystkie zmysły i rozpala wyobraźnię.

Do przeczytania „Niewidzialnych miast” zachęcili mnie rozmówcy Barbary N. Łopieńskiej. Tytuł powrócił jak refren w kilku wypowiedziach. Skrzętnie go zanotowałam, nieświadoma, że czekają mnie długie poszukiwania. Okazało się bowiem, że niepozorna książeczka z 1975 roku to biały kruk. Po wielu miesiącach moje marzenie się spełniło.

Warstwa fabularna powieści jest dość uboga. To na pewno nie jest pozycja dla miłośników wartkiej akcji. Istotną część książki stanowią rozmowy prowadzone przez Marko Polo z mongolskim władcą, Kubłaj-chanem. Ich dialogi przeplatane są barwnymi opisami miast, które podróżnik odwiedził w czasie wypraw. Na próżno będziemy ich szukać na mapach. Wymyślił je Calvino.
Lisel Ashlock, Invisible Cities
Relacje z poszczególnych metropolii stanowią odrębne podrozdziały: pięćdziesiąt pięć miast autor podzielił na jedenaście kategorii. Powieść składa się z dziewięciu części, które obejmują po kilka opisów. Pisarz wyraźnie sugeruje inny wariant kolejności lektury miniatur, podobnie jak Julio Coratazar w „Grze w klasy”. Jestem pewna, że historie przeczytane według tej tajemniczej numeracji odsłonią nam zupełnie inne widoki, pozwolą dostrzec szczegóły pominięte przy pierwszej, gorączkowej lekturze. Bo nie ukrywam, że słowa Calvino piłam łapczywie.

Odniosłam wrażenie, że autor nawiązuje z czytelnikiem ciekawą grę. Opisy poszczególnych miast brzmią baśniowo, zresztą już w pierwszym zdaniu dowiadujemy się o tym, że cesarz nie ufał swojemu rozmówcy: Nie jest powiedziane, że Kubłaj-chan wierzy we wszystko, co opowiada mu Marko Polo[1]. W pewnym momencie twierdzi wręcz: Twoje miasta nie istnieją[2]. Czy możemy więc do końca zaufać autorowi? W niektórych opisach wyczuwalna jest ironia, a dynamiczne, przenikające się obrazy budzą skojarzenia oniryczne: Z mia­stami jest jak ze snami: wszystko, co wyobrażalne, może się przyśnić, ale nawet najbardziej zaskakujący sen jest rebusem, który kryje w sobie pragnienie lub jego odwrotną stronę lęk.[3] 

Miasta Calvino mają poetyckie nazwy. To najczęściej kobiece imiona, na przykład Izaura, Dorotea, Maurilia, Berenika, co pozwala sadzić, że pisarz symbolicznie charakteryzował ludzi, ich różne postawy i spojrzenie na świat. Jako zgrzyt odebrałam egzystencjalistyczną refleksję Kubłaj-chana umieszczoną na ostatniej stronie. Mówi o piekle żyjących, które na co dzień tworzymy przebywając razem. Odniosłam wrażenie, że została dodana trochę na siłę i że kłóci się z duchem opowieści.
Nora Sturges, Invisible Cities
Język Calvino brzmi bardzo poetycko i muzycznie, a szczególną uwagę zwraca orientalny przepych epitetów, a również długie, wielopiętrowe zdania. Opowieść bardzo zyskuje na uroku w oryginalnej wersji językowej, choć polski przekład Aliny Kreisberg również zachwyca.  

„Niewidzialne miasta” pozostawiają czytelnika w stanie niedosytu, lekkiego oszołomienia. Prozę Calvino można czytać zachwycając się wyobraźnią twórcy. Powieść przypuszczalnie zaciekawi miłośników fantastyki, była zresztą nominowana do Nebuli. Można też dopatrywać się w niej podtekstów filozoficznych lub problematyki ekologicznej. 

Bez względu na to, jaki będzie cel Waszej podróży, koniecznie odwiedźcie miasta lekkie jak latawce, miasta ażurowe jak koronki, miasta przeźroczyste jak moskitiery, miasta-unerwienie liścia, miasta-linie dłoni, miasta z filigranu, których nieprzejrzystą, złudną grubość można przejrzeć na wylot[4].

__________________
[1] Italo Calvino, Niewidzialne miasta, tłum. Alina Kreisberg, Czytelnik, 1975, s. 5.
[2] Tamże, s. 45.
[3] Tamże, s. 34
[4] Tamże, s. 56.
 
Moja ocena: 5+ 

Italo Calvino

31 stycznia 2011

Gianrico Carofiglio, "Ponad wszelką wątpliwość"

Długie pożegnanie, czyli arrivederci Guido 
Z mecenasem Guerrierim, bohaterem powieściowego cyklu Gianrico Carofiglio, łączy mnie związek o charakterze toksycznym. Irytuje mnie jego pretensjonalny nihilizm w połączeniu z syndromem Piotrusia Pana. Jednocześnie mecenas imponuje mi swoją bezkompromisowością, przenikliwością umysłu, a jego zamiłowanie do literatury wywołuje chęć natychmiastowego zamówienia koszulki z napisem "I Guido".

W recenzjach poprzednich części ("Świadek mimo woli" oraz "Z zamkniętymi oczami") dworowałam sobie z melancholijnego adwokata-erotomana. W Ponad wszelką wątpliwość wydał mi się znacznie sympatyczniejszy, bardziej wyciszony. Okazuje się, że zamiarem autora jest  właśnie pokazanie zmian, jakie następują w prawniku. W wywiadzie dla "Il Messaggero" Carofiglio stwierdza, że Guido jest bardziej świadomy siebie i swoich relacji ze światem. Krzepnie też jego system wartości. 

Pozytywne zmiany widoczne są nie tylko w mecenasie Guerrierim.  Odnoszę wrażenie, że autor rozwinął też swoje umiejętności pisarskie. Powieść jest bardziej kameralna, nie jesteśmy epatowani atrakcjami typu zakonnica uprawiająca chiński boks, co miało miejsce w "Z zamkniętymi oczami". Dotyczy to również stylu, który w tej powieści wydał mi się dojrzalszy. Chwilami delikatnie ociera się wręcz o poezję: "Czułem smutną i zawieszoną tkliwość. Nieuchwytną, jak daleki szelest."[1]

W Ponad wszelką wątpliwość książki i literatura triumfalnie wracają. Guerrieri wciąż jest zagorzałym bibliofilem. Nazwisko "Kawabata" nie kojarzy mu się z japońskim przemysłem motoryzacyjnym - on wie od razu, że tak nazywał się laureat nagrody Nobla. Powiem więcej,  Guido czytał "Śpiące piękności". Przy rozmaitych okazjach pojawiają się odwołania do innych lektur. Z niewymuszoną nonszalancją padają nazwiska: Dickinson, Joyce, Musil, Eluard. Czytanie jest nadal pasją Guerrieriego, który nawiasem mówiąc zawsze chciał zostać pisarzem. Jego pokój usłany jest stertami książek. Czy można kogoś takiego nie polubić?! Człowieka, który wyznaje: "Księgarnie działają na mnie jak środek przeciwlękowy i antydepresant." [2]

Miłośników czytania zainteresuje też niezwykłe miejsce chętnie odwiedzane przez Guido - Osteria del caffellatte.  Jednocześnie kawiarnia i księgarnia, otwierana o dziesiątej wieczorem, zamykana o szóstej  rano. Prowadzi ją cierpiący na bezsenność były profesor. Lokal wyjątkowo klimatyczny, w którym Guerrieri spędza bezsenne noce.

Nie obejdzie się bez małego zażalenia: motyw romansu prawnika z żoną klienta i wypływające z tego dylematy moralne to nie jest szczególnie oryginalny pomysł. Nie ukrywam, że gorzko rozczarowało mnie też zakończenie.  Spodziewałam się bardziej dramatycznych akordów.

W notach wydawcy do książek Carofiglia zawsze była mowa  o trylogii. Dziwiło mnie to. Powieści o Guerrierim zostały przetłumaczone na szesnaście języków, sprzedano pół miliona egzemplarzy na całym świecie. Wielu twórców na miejscu autora wykorzystałoby swój status producenta bestsellerów, żeby taśmowo wypuszczać kolejne tomy. Zastanowiło mnie również otwarte zakończenie Ponad wszelką wątpliwość.

Na trylogii się nie skończy. Niezaprzeczalnym dowodem na to, że opowieść o Guerrierim będzie kontynuowana, jest czwarta część, już wydana we Włoszech, Le perfezioni provvisorie. Mam nadzieję, że tytułowa perfekcja nie okaże się pustym słowem.


Moja ocena: 4 
_______________
[1] Gianrico Carofiglio, Ponad wszelką wątpliwość, Joanna Wachowiak-Finlaison, W.A.B., s. 253.
[2] Tamże, s. 109.

19 stycznia 2011

Predrag Matvejević, "Inna Wenecja"

Biuro Literackich Podróży Wirtualnych Lirael Travel 
ma zaszczyt Was zaprosić
na wyprawę do innej Wenecji.

Innej to znaczy odmiennej od wersji pocztówkowej, jaką znamy i hołubimy. Te rozkoszne lazurowe, pomidorowoczerwone, prosiaczkoworóżowe (niepotrzebne skreślić) zachody słońca, kiczowate landszafty z gondolami, słodkie zorze nad laguną. Truman Capote porównał kiedyś pobyt w Wenecji do zjedzenia całego pudełka czekoladek z likierem. Tymczasem nad inną Wenecją nie unoszą się chmurki z waty cukrowej.

Zwiedzając to niezwykłe miasto, przeciętny turysta zwykle ogranicza się do kilku sztandarowych atrakcji turystycznych Serenissimy. Najczęściej jego wzrok rozpaczliwie utkwiony jest w parasolce - rozpoznawczym znaku grupy, którą dzierży nad głową przewodnik. Slalom między tłumami zwiedzających i wyścig do stoisk z pamiątkami stanowią nie lada wyzwanie.

Tymczasem wystarczy odejść kilka kroków od utartego szlaku. Na niespiesznej przechadzce spotkać nas mogą ciekawe niespodzianki. Ludzie wrażliwi, artyści i pisarze mają dar dostrzegania w Wenecji czegoś więcej niż lukrowane widoczki. Jarosław Iwaszkiewicz ujrzał na przykład niepokojące oblicze perły Adriatyku: "Domy Wenecji biegną za nami jak goniące nas kościotrupy – i chcielibyśmy uciec od śmierci do życia, od miasta do morza. Naprawdę to miasto nie żyje."[1]  

Wróćmy do naszej wyprawy. 

Przewodnik: Predrag Matvejević. Wybitny humanista, naukowiec, literat. Urodzony w dawnej Jugosławii, obecnie mieszka we Włoszech. Wykładowca uniwersytetu w Zagrzebiu, rzymskiej Sapienzy i paryskiej Sorbony. Autor wielu książek, między innymi "Brewiarza śródziemnomorskiego". Jego pióro ma lekkość piany, z której wynurza się Wenus Botticellego, a przemyślenia są głębokie jak toń Adriatyku. Czytelnikom, którzy z góry przekreślają eseje w obawie przed hermetycznymi dłużyznami, z radością donoszę, że Predrag Matvejević posiada dar snucia zajmujących opowieści. Robi to pięknie. Jest nie tylko mistrzem słowa, ale i subtelnym malarzem: "Gdy nic nie poruszy wody w kanałach, poddaje się ona promieniom słońca, cieniom pałaców, grze światła i cieni" [2].

Termin: Bliżej nieokreślony, uzależniony od dostępności książki w Waszej bibliotece.

Program wyprawy: Czeka nas mnóstwo atrakcji. A oto kilka z nich:
  • Zrozumiemy różnicę między zachodami słońca we wschodniej i zachodniej części Wenecji.
  • Nie zapomnimy o chodnikach i posadzkach. Przecież "Patrząc tylko na sklepienie, a nie na grunt, na którym stoimy, na niebo, a nie na ziemię, która nas trzyma, odzwyczajamy się od pokory."[3] Skrupulatnie policzymy, czy na podłodze kościoła Santa Maria Della Salute rzeczywiście znajdują się trzydzieści trzy róże wyobrażające lata życia Chrystusa. 
  • Posmakujemy weneckiego wiatru. Dowiemy się, czy naprawdę rzuca cień, czy pachnie i jaki ma kolor?
  • Jeśli będziemy mieć odrobinę szczęścia, jeszcze zdążymy pobiesiadować w jednej ze starych gospód - wszak  to "najpiękniejsze dzikie kwiaty Wenecji"[4]. Na przykład w Tawernie Turkaweczek, a może U Krasnoludka? Musimy się spieszyć, bo trwa inwazja snack barów, fast foodów i pubów. 
  • Zajrzymy na cmentarzyk psów w ogrodzie przy pałacu, w którym mieści się teraz Galeria Sztuki Nowoczesnej. Może uda nam się podejrzeć, kto regularnie zostawia tam róże?
  • Sprawdzimy, jak brzmią kroki na weneckich mostach. Wieczorem i rano, na deszczu i wietrze.
  • Nie zapomnimy o cmentarzu mew po zachodniej stronie laguny, koło bagien Fondi dei Sette Morti. Przylatują tam stare ptaki tuż przed śmiercią. "Pozwalają jedne drugim spokojnie cierpieć i umrzeć."[5]
  • Poszukamy serca w cegle nieopodal Salizzady del Pignater. Legenda głosi, że dotknięcie cuore in mattone gwarantuje spełnienie życzenia, o ile jest uczciwe i nikogo nie skrzywdzi. Najpóźniej za rok powinno się urzeczywistnić. 
  • Miejmy nadzieję, że zdołamy usłyszeć  Muzykę na wodzie Vivaldiego. Podobno wiatr wciąż niesie ją z pianą fal. A w Canal Grande będziemy uważnie wypatrywać Byrona. Miał zwyczaj tam pływać, trzymając nad wodą latarnię.
W trosce o państwa bezpieczeństwo z pewnością nie wybierzemy się do Gran Tesoro gdzie powietrze niedostrzegalnie zamienia się w mur - problem w tym, że nie wiadomo, jak stamtąd wrócić. Na pewno nie zapuścimy się też w labirynty Cannaregio. Zamieszkuje je podobno ezoteryczna wspólnota. Kategorycznie odradzamy też wchodzenie do kościołów, których nie ma na mapach i w przewodnikach. Ryzykują Państwo spotkanie z lubieżnymi mniszkami. Jeśli natkniecie się na tajemniczą staruszkę z kotem syjamskim na ręku, przechadzającą się od San Giacomo do Ruga Rialto i z powrotem, nie zaczepiajcie jej. Prosimy też nie drażnić kota. Niestety, wszystko wskazuje na to, że sędziwa pani jest duchem.

Życzymy niezapomnianych wrażeń! Inna Wenecja, do której zabiera nas Predrag Matvejević, to miejsce niezwykłe, zachwycające sprzecznościami: "Obydwie są w nas: Wenecja i Serenissima, historia i mit, obraz i ułuda."[6]

Uwaga! 
Za serce pozostawione w innej Wenecji nasze biuro nie odpowiada.

______________
[1] Jarosław Iwaszkiewicz, "Podróże do Włoch", Państwowy Instytut Wydawniczy, 2008, s. 24.
[2] Predrag Matvejević, "Inna Wenecja", tłum Danuta Cirlić-Straszyńska, Fundacja Pogranicze, 2005, s. 17.
[3] Tamże,  s. 100.
[4] Tamże,  s. 94.
[5] Tamże,  s. 66.
[6] Tamże,  s. 132.

Moja ocena: 5 

P.S.
Na deser polecam wyśmienity jak zwykle tekst Tamaryszka o "Śmierci w Wenecji".

16 sierpnia 2010

Gianrico Carofiglio, "Z zamkniętymi oczami"

Z lekko przymrużonymi oczami
Po okresie czytelniczego postu lubię sięgać po literaturę marki BMW (Bardzo Mało Wymagającą), która pozwala mi na nowo rozsmakować się w czytaniu. Mając w pamięci "Świadka mimo woli", pierwszy tom trylogii, liczyłam na zajmującą powieść w lekko cyniczno-dekadenckiej tonacji. Niestety, moje drugie spotkanie z twórczością Gianrico Carofiglio zakończyło się poczuciem niedosytu.

Ze względu na pojawienie się w naszym domu szczeniaczka zrezygnowaliśmy z planowanej wyprawy do Włoch i nie potrafię stwierdzić, na ile "Z zamkniętymi oczami" i poprzednia cześć cyklu oddają uroki Bari. Obraz miasta jest sugestywny i zachęca do wyprawy śladami mecenasa Guido Guerrieriego.

Problematyka społeczna, którą porusza autor, jest bardzo aktualna (stalking, przemoc wobec kobiet, kazirodztwo), aczkolwiek ostatnio odnoszę wrażenie, że inwencja autorów kryminałów coraz częściej pasożytuje na stereotypach i sprawdzonych wzorach.

Główny bohater nadal jest przedstawiony jako koneser win, literatury, muzyki i kobiet, a kolejność i stopień natężenia tych pasji zmienia się w zależności od sytuacji. Gdy czytałam "Z zamkniętymi oczami", cały czas wydawało mi się, że autor jest nieco znużony narcystycznym Guido i trudno mu powiedzieć na jego temat coś odkrywczego, świeżego.

Guerrieri
uosabia podręcznikowe objawy tzw. męskiego kryzysu wieku średniego, począwszy od lekkiego znudzenia stałą partnerką (nawiązuje dwuznaczną przyjaźń z zakonnicą, która... uprawia chiński boks - tu muszę brutalnie zamilknąć, bo zdradzę zbyt wiele szczegółów fabuły), a skończywszy na sportach ekstremalnych (skok spadochronowy). Pod względem profesjonalnym działa oczywiście tylko bezbłędnie i skutecznie, jego bezkompromisowość i odwaga cywilna rzucają na kolana, a wszyscy adwersarze w sądzie przedstawieni są jako jednostki z gruntu odpychające.

Fascynacja literaturą nadal jest u naszego bohatera obecna. Ku utrapieniu personelu lokalnej księgarni. Wyznaje: "Krążyłem wśród półek aż do godziny zamknięcia i wyszedłem ostatni, kiedy żaluzja była już do polowy opuszczona, a sprzedawcy ustawili się rzędem koło kasy i spoglądali na mnie wzrokiem, w którym trudno było dopatrzyć się sympatii."[1] Z przykrością stwierdzam, że moja sympatia do twórczości Gianrico Carofiglio też topnieje niczym lody włoskie w samo południe.

Przede mną jeszcze trzecia część przygód niesfornego, aczkolwiek przewidywalnego Guido. Mam nadzieję, że okaże się lepsza... "Ponad wszelką wątpliwość";)

_______________
[1] Gianrico Carofiglio, "Z zamkniętymi oczami", tłum. J. Ugniewska, Wydawnictwo W.A.B., 2009, s. 10.

Moja ocena: 3

3 maja 2010

Gianrico Carofiglio, "Świadek mimo woli"

Guido w opałach
Kryminały włoskich autorów polecam nawet tym czytelnikom, którzy z uwagi na swoją wrażliwość wzdragają się przed lekturą tego typu literatury. W powieściach Donny Leon (jestem na nie) i Andrei Camilleriego (jestem na tak) akcent pada na treści obyczajowe - ze smakowitymi kulinariami włącznie! - i psychologiczne, a nie na epatowanie odbiorcy mrożącą krew w żyłach makabrą.

Gianrico Carofiglio swoją powieścią "Świadek mimo woli", która stanowi pierwszy tom trylogii, zdecydowanie wpisuje się w ten nurt. Autor jest prokuratorem, zasłużonym w walce z mafią, dzięki czemu czuje się niczym ryba w wodzie w świecie skomplikowanej terminologii prawniczej i procedur. Dlatego też powieść tchnie autentyzmem. Odnosimy wrażenie, że opisane fakty mogą być wzorowane na wydarzeniach prawdziwych. Efekt pogłębia pierwszoosobowa narracja.

Tematyka prawnicza to dla mnie terra incognita i ufam autorowi. Mam tylko jedną wątpliwość: czy to jest możliwe i dopuszczalne pod względem profesjonalnym i etycznym, że przed rozprawą adwokat daje do przeczytania akta bardzo trudnej sprawy o zabójstwo swojej sąsiadce, nawet jeśli jest ona osobą ponętną i ma piękne ramiona? Wprawdzie Margherita ukończyła studia prawnicze, ale sytuacja wydala mi się trochę dziwna.

W centrum zainteresowania pisarza nieustannie znajduje się główny bohater, mecenas Guido Guerrieri. Jemu autor poświęca najwięcej czasu, niestety kosztem intrygi i postaci drugoplanowych. Irytowało mnie na przykład to, że Margheritę poznajemy poprzez jej długie monologi - zdecydowanie wolę zdobywać wiedzę o bohaterach literackich w sposób bardziej "osmotyczny". Poznajemy adwokata w momencie przełomowym. Rozstanie z żoną prowadzi go niemalże do załamania nerwowego. Carofiglio nie pozostawia cienia wątpliwości - głównie niewierność i egocentryzm prawnika przyczyniły się do rozkładu związku. Mimo to Guido budzi ciepłe uczucia od pierwszych stron. Może właśnie przez to, że nie jest wzorem cnót? Płaci mandaty za parkowanie w niedozwolonych miejscach, jest uzależniony od nikotyny, patrzy na świat z lekko cynicznym dystansem.

Adwokat posiada jednak cechę, którą zdobył moją sympatię z prędkością światła. Otóż pasjonuje się literaturą. Czytuje namiętnie, nie tylko w domu, ale również w parku i kawiarni. Na podstawie księgozbioru ocenia nowo poznanych ludzi: "Kiedy przychodzę po raz pierwszy do jakiegoś domu, sprawdzam, czy są w nim książki, czy jest ich mało, czy dużo, czy nie są ustawione zbyt pedantycznie - co dobrze nie rokuje - czy znajdują się wszędzie - co rokuje dobrze" [1]. Oczywiście mieszkanie samego Guido rokuje bardzo dobrze: u niego książki "leżały rozrzucone wszędzie, dziwnie tymczasowe"[2]. Mecenas zna całe fragmenty ulubionych utworów na pamięć, chociażby "Małego Księcia" Saint-Exupéry'ego i "Notatki z podziemia" Dostojewskiego. Notorycznie bywa w swojej ulubionej księgarni. Pojawia się o regularnej porze - około wpół do trzeciej. "Wtedy nigdy nikogo tam nie ma, można posłuchać muzyki i poczuć w powietrzu woń świeżego papieru"[3].

Przypuszczam, że zdeklarowanym miłośnikiem literatury jest sam autor. Sytuację opisaną w "Świadku mimo woli" porównuje do "Chaty wuja Toma", autoironicznie nawiązując do kiepskiej powieści przeniesionej w nasze czasy. Nie wspomina natomiast ani słowem o powinowactwach z książką, której podskórną obecność czułam bardzo często - "Zabić drozda" Harper Lee (motyw procesu czarnoskórego człowieka oskarżonego o odrażająca zbrodnię plus adwokat-kamikadze podejmujący samotną walkę). Powieść Carofiglio jest surową diagnozą włoskiego społeczeństwa, które operuje skostniałymi stereotypami i mniej lub bardziej świadomie wyraża poglądy rasistowskie. Książkę tę możemy odebrać też w aspekcie bardziej uniwersalnym: prawda a nasze przypuszczenia to często dwa odmienne światy, a biało-czarny odbiór rzeczywistości prowadzi na manowce. Bynajmniej nie cudne, a wręcz niebezpieczne. Pomimo ambitnych planów Carofiglio i zalet "Świadka mimo woli" nazwanie tej książki "traktatem filozoficznym", co uczynił recenzent "The New Yorkera" na skrzydełku okładki, uważam za przesadę. Zdecydowanie podoba mi się natomiast inteligentne, sardoniczne poczucie humoru włoskiego pisarza.

Akcja "Świadka mimo woli" rozgrywa się w Bari. W czasie naszej lipcowej wyprawy do Włoch odwiedzimy z mężem również to miasto. Jestem realistką - szanse spotkania mecenasa Guerrieriego są nikłe. ;) Wątpię, czy zdążymy wybrać się na spacer via Putigani, gdzie znajduje się jego mieszkanie. W każdym razie będziemy rozglądać się za przystojnym, około czterdziestoletnim panem pogrążonym w lekturze przy kawiarnianym stoliku lub w na ławce w parku. A może o wpół do trzeciej wybierzemy się do księgarni?

_______
[1] Gianrico Carofiglio, "Świadek mimo woli", tłum. Joanna Ugniewska, Wydawnictwo W.A.B., 2008, s. 63.
[2] Tamże, s.103.
[3] Tamże, s.152.


Moja ocena: 4

P.S.
Strona o autorze po włosku.

Gianrico Carofiglio

28 kwietnia 2010

Paolo Giordano, "Samotność liczb pierwszych"

Czytałam już kilka świetnych recenzji tej książki. Szczególnie polecam teksty (w porządku alfabetycznym):
Poniżej garść moich refleksji.

Bliscy i oddaleni


Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotykać aby się ominąć
bliscy i oddaleni Jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało
są inni co się nawet po ciemku odnajdą
lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać
tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął
byliby doskonali lecz wad im zabrakło
bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej
niektórzy umierają - to znaczy już wiedzą
miłości się nie szuka jest albo Jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
są i tacy co się na zawsze kochają
i dopiero dlatego nie mogą być razem
jak bażanty co nigdy nie chodzą parami
można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem
Jan Twardowski

Wiersz księdza Twardowskiego, który jest mottem tej recenzji, wielokrotnie wracał do mnie w trakcie lektury powieści Paolo Giordano "Samotność liczb pierwszych". Książka ta opowiada właśnie o "bliskich i oddalonych".

"Samotność liczb pierwszych" to wyśmienite literackie espresso. Pisarz zastosował niezbyt popularną wśród młodych literatów zasadę: minimum słów, maksimum treści. Autor jest bardzo podobny do swego bohatera: "Mattia mówi mało, ale kiedy mówi, warto go słuchać" [1]. Jego książkę czyta się tak świetnie, że po 331 stronach, kiedy się kończy, odnosimy wrażenie niedosytu. Forma powieści jest oszczędna i skondensowana, gęsta od znaczeń. Niczym mocna kawa robi piorunujące wrażenie na czytelniku, który pochłania ją do utraty tchu, odczuwając wzrost ciśnienia i migotanie przedsionków. Takie są również utwory Niccolo Ammanitiego, którego książki uwielbiam, tak też wspominam "Bez krwi" Baricco. Najwyraźniej jest to specjalność prozaików z Włoch.

Trudno mi wygłaszać wyważone opinie o tej powieści. Podziałała na mnie irracjonalnie i, rzekłabym, wręcz podprogowo. Autor sugestywnie przedstawia historię dwojga młodych ludzi, Alice i Mattii, którzy pomimo różnych doświadczeń życiowych są bardzo do siebie podobni: walczą z poczuciem winy i osamotnienia, pragnieniem autodestrukcji oraz brakiem prawdziwego wsparcia ze strony bliskich. Śledzimy ich losy od dzieciństwa po dorosłość. Skomplikowane relacje między nimi autor opisuje z ogromnym wyczuciem i subtelnością. Oddalają się od siebie w sensie geograficznym, ale i tak ich drogi pocięte schodzą się z powrotem.

Paolo Giordano to kolejny twórca, który potrafi dostrzec poezję w matematyce. Podobnie jak Yoko Ogawa, której książkę czytałam niedawno, dostrzega analogie między światem liczb a światem ludzi. Szczególną rolę w powieści odgrywają "podejrzliwe i samotne"[2] liczby pierwsze: "Mattia uważał, że Alice i on są takimi właśnie bliźniaczymi liczbami pierwszymi, samotnymi i zagubionymi, bliskimi sobie, ale nie na tyle, by naprawdę się zetknąć"[3].

"Samotność liczb pierwszych" to olśniewający debiut, który zrobił furorę nie tylko we Włoszech. Nie ukrywam, trochę martwię się o autora. Tak świetna pierwsza książka, która wywołała prawdziwą sensację, łączy się z presją i może sprawić, że trudno będzie stworzyć kolejny bestseller. Pomimo urody amanta filmowego Giordano sprawia wrażenie osoby wrażliwej. W każdym razie ja będę odliczać dni do publikacji jego następnego utworu.

"Samotność liczb pierwszych" to kolejna książka wydawnictwa W.A.B., której walory wizualne godne są podkreślenia, począwszy od śnieżnobiałego papieru, a skończywszy na wysmakowanej artystycznie obwolucie i okładce. Znalazłam jedną literówkę, która w kontekście tytułu i tematu nabiera wręcz symbolicznego charakteru: "nie potrafiła się 62ecydować"[4].

Na czym polega fenomen "Samotności liczb pierwszych"? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno sukces powieści Giordano dowodzi, że czytelnicy wciąż spragnieni są nie tyle wirtuozerii formalnej, co wzruszających, zmuszających do myślenia opowieści z przekonywującymi, autentycznymi bohaterami, którzy pozostają z nami na długo po zakończeniu lektury.

_________
[1] Paolo Giordano, "Samotność liczb pierwszych", tłum. Alina Pawłowska-Zampino, Wydawnictwo W.A.B., , 2010, s. 231.
[2] Tamże, s. 139.
[3] Tamże, s. 140.
[4] Tamże, s. 251.

Moja ocena: 5+
Paolo Giordano

P.S.
Ciekawie zapowiada się strona internetowa autora.
Miłośników powieści ucieszy na pewno wiadomość o rychłej ekranizacji "Samotności liczb pierwszych" (reżyseria: Saverio Costanzo). We Włoszech premiera odbędzie się 17 września bieżącego roku. Odtwórczynią roli Alice jest Alba Rohrwacher, zaś jej matkę gra Isabella Rossellini.
Trailer książki

24 marca 2010

Nicolas Remin, "Śnieg w Wenecji"

Nawet w Wenecji czasem prószy
"Jamnik contessy, ponadpółmetrowy śliniący się wałek, przecisnął się przez szczelinę w drzwiach i szurając, przebiegł przez sypialnię. Przed lustrem odbił się i wylądował na prześcieradle, nim jednak jego wilgotny język zdołał dosięgnąć twarzy Trona, energiczny cios cisnął go z powrotem na dywanik przed łóżkiem." [1]

Scena ta w sposób symboliczny streszcza moje wrażenia z lektury "Śniegu w Wenecji". Nie ukrywam, poczułam się niczym czworonożny pupil hrabiny. Udany, dynamiczny początek powieści, moja euforia, a potem gorzkie rozczarowanie. Intryga stopniowo staje się coraz bardziej zagmatwana, fabuła coraz mniej prawdopodobna i coraz bardziej sztuczna. Bohaterowie wędrują przed naszymi oczami niczym korowód karnawałowych masek, pozbawionych psychologicznej głębi.

Najciekawsza postać to, moim zdaniem, commissario Alvise Tron, któremu przypadło w udziale rozwiązanie zagadki kryminalnej w powieści. Około pięćdziesięcioletni kawaler mieszkający z matką, wywodzący się ze zubożałej weneckiej arystokracji, niezbyt atrakcyjny, ale sympatyczny romantyk o specyficznym poczuciu humoru. Dość przekonująco wypadła też austriacka cesarzowa, sportretowana przez Remina jako kobieta sfrustrowana z powodu samotności i nudy, budząca we Włochach oburzenie lub nabożny szacunek.

Na skrzydełku okładki "Śniegu w Wenecji" czytamy, że autor spędził większość życia leżąc na kanapie i czytając książki. Może stąd wynikają problemy z odmalowaniem żywych, sugestywnych postaci? Powieść wydała mi się też przeładowana dialogami. Rozmowy stanowią istotny nośnik informacji w powieści kryminalnej, ale w przypadku "Śniegu w Wenecji" odczuwałam ich przesyt. Zalewają czytelnika niczym Canal Grande. Wydarzenia poznawane z drugiej ręki, poprzez konwersacje bohaterów, nie mają tak silnego wyrazu, jak fakty dziejące się bezpośrednio przed oczami czytelnika, jak zdarzenia, które musimy sami zinterpretować.

Największy walor książki Remina to obraz Wenecji. Nie tylko pora roku jest dość nietypowa – wszak na landszaftach przedstawiających Serenissimę króluje pogodna aura. Czy ktoś widział gondoliera w kożuchu? Tymczasem w Wenecji Remina króluje... śnieg. Ma on charakter metaforyczny, współgra ze smutnym nastrojem mieszkańców miasta, wynikającym z sytuacji politycznej. W naszych potocznych wyobrażeniach perła Adriatyku pławi się w przepychu i luksusowej beztrosce, tymczasem na czas akcji autor wybrał rok zdecydowanie chudy: 1862. Wtedy Wenecja należała do Austrii. Na kartach powieści pisarz uwiecznił ciekawe czasy, w których skandowane przez tłum słowo "VERDI" nie jest tylko nazwiskiem kompozytora, lecz także okrzykiem patriotycznym - akronimem "Vittorio Emanuele Re D’Italia". [2] Moja wiedza na temat tego okresu w historii Włoch była szczątkowa, a Remin mnie tematem zainteresował . Planuję przeczytać biografię cesarzowej Elżbiety. Będę w niej uważnie szukać śladów weneckich.

Plusem powieści jest też poczucie humoru autora. Wydaje mi się, że bez pastiszowego przymrużenia oka powieść kryminalna retro skazana jest na niepowodzenie, czego smutny dowód stanowi dla mnie "Świąteczna podróż" Anne Perry. Szkoda, że Nicolas Remin zamiast konstruować zawiłą intrygę kryminalną, nie skupił się na obyczajowych obserwacjach okraszonych lekko sardonicznym uśmiechem. Takie fragmenty w jego książce uważam za najlepsze.

Polska edycja "Śniegu w Wenecji" nie należy do szczególnie udanych. Korektor był najprawdopodobniej na diecie, stąd nazwa słynnego placu brzmi "Pizza San Marco”[3] . Tłumaczka też mnie nie zachwyciła. Na wielu stronach pręży się służbiście okropny "lejtnant”" Zdecydowanie wolę naszego swojskiego porucznika! "Lejtnant" kojarzy mi się z wojskami zza naszej wschodniej granicy. Irytowała mnie też niekonsekwencja w tłumaczeniu imion. Dlaczego zdecydowano się na cesarzową "Elisabeth", natomiast spolszczono ”Franciszka Józefa” i "arcyksięcia Zygmunta”? "Cesarzowa Elżbieta" lub "cesarzowa Sissi" polskiemu czytelnikowi byłaby bardziej bliska. Jestem przeciwniczką tłumaczenia na język polski nazw własnych, ale w przypadku w postaci tak mocno zakorzenionych w powszechnej świadomości należałoby zrobić wyjątek. Tłumaczce "Śniegu w Wenecji" zdarzają się też niezręczności stylistyczne i językowe, na przykład: "Czy u góry jest jeszcze kawa?"[4] , zamiast "na górze", w znaczeniu "piętro wyżej".

"Śnieg w Wenecji" jest pierwszym tomem serii powieści o komisarzu Tronie. Tom drugi został już wydany w Polsce. Jeśli ktoś po niego sięgnie, proszę, niech pozdrowi ode mnie commissario. Najprawdopodobniej "Weneckie zaręczyny" odbędą się bowiem bez mojego udziału.

[1] Nicolas Remin, "Śnieg w Wenecji", tłum. J. Filipek, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2008, s.14-15.
[2] Tamże, s. 85.
[3] Tamże, s. 85.
[4] Tamże, s. 18.

Moja ocena: 3+
Cesarzowa Elżbieta, w powieści Nicolasa Remina występuje jako detektyw amator :)
Portret autorstwa Franza Xavera Winterhalta.

P.S.
Krótki wywiad z Nicolasem Reminem w języku niemieckim.
Dzięki temu blogowi bywam w Wenecji codziennie :)

Wenecja w wersji folderowo-pocztówkowej