niedziela, 4 marca 2012

O gazeli na srebrnym łańcuszku, piciu cykuty i Ziemiańskiej. Maria Kuncewiczowa wspomina pisarzy z dawnych lat

Maria Kuncewiczowa
Zainteresowanie Marcem z Marią przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Do udziału w projekcie zgłosiły się trzydzieści dwie osoby i niektórzy uczestnicy czytają już drugą książkę Kuncewiczowej, choć miesiąc dopiero się zaczął!
Bardzo dziękuję, że zechcieliście mi towarzyszyć w odkrywaniu twórczości tej pisarki.
Dziś zapraszam do lektury kolejnego wywiadu z autorką Cudzoziemki

- Coroczne  powroty  do  Polski  po  długich  latach za granicą muszą chyba skłaniać do wspomnień i porównań. Jak wyglądają pisarze obecni w zestawieniu z kolegami Pani w dwudziestoleciu międzywojennym?
- O, tak. Tam gdzie tok życia jest przerywany, porównania nasuwają się same. Jeśli chodzi o mnie, trudno nawet powiedzieć, co jest przerwą, a co ciągłością. Nie mówię o sentymentach, mówię o czasie. W ostatnich  latach wiele  miesięcy   spędzam   w  Kazimierzu, mimo to waga obecności i nieobecności jeszcze się nie wyrównała. Ponieważ przyroda się nie zmieniła i dom cudownie przetrwał, a także przetrwali niektórzy ludzie, często ulegam złudzeniom, że nieobecności w ogóle nie było. Ale wystarczy wyjść na Rynek albo przeczytać gazetę i już wiem, że mnie tu długo nie było.
- ...Stąd potrzeba porównań. Ale czy w Kazimierzu ma Pani okazją do kontaktów ze  środowiskiem  literackim?
- Niech Pan sobie wyobrazi, że mam. Dzięki Domowi Prasy, który powstał tuż za żywopłotem naszego ogrodu. Dalszym miejscem spotkań bywa Dom Architekta,  kawiarnia  w  ogródku  p.  Tyszkiewiczowej,   no i w ogóle całe miasteczko, nałogowo odwiedzane przez wielu literatów. Poza tym wpadam czasem do Lublina, Warszawy  i Krakowa.
- I  jakie są Pani wrażenia?  Czy typ literata się zmienił?
- Typ  życia  się  zmienił.   Pisarze  byli  i  pozostali bardzo różni. Jedni lubią pić cykutę, inni czarną kawę, jeszcze  inni  czystą  wyborową.   Tyle  że  teraz   cykutę piją najczęściej nie filozofowie, tylko redaktorzy, i nie w zaciszu swoich samotni, tylko na kolegiach. Kawę, którą dawniej  pijało się drobnymi łyczkami na koszt własny w Ziemiańskiej, teraz się żłopie za darmo w gabinetach wydawców, którzy w ten sposób bratają się z   wieszczami   na   płaszczyźnie    antykapitalistycznej. Wreszcie   alkohole   wyborowe   dawniej   przysługiwały głównie Akademikom, obecnie służą głównie debiutantom; bo hasłem epoki jest: frontem do dziecka.
- Wspomniała  Pani   Ziemiańską.   Ten   lokal   przeszedł już do historii literatury. Czy często tam Pani bywała i kogo tam Pani spotykała?
- Nieczęsto, ale owszem, spotykałam,   a   przynajmniej z należnym respektem oglądałam idole warszawskich snobów intelektualnych w latach trzydziestych. Tuwim z tą jego zabójczą myszką na policzku... podobno to znamię przyprawiło go o jakiś kompleks. Trudno w to uwierzyć. Wątpię, żeby bez myszki   mógł   być piękniejszy, bo i tak był bardzo piękny. Tak właśnie wyobrażałam sobie perskiego poetę Hafiza i dziwiłam się, że Tuwim nie prowadza za sobą po Mazowieckiej gazeli na srebrnym łańcuszku.
- To zrobił za niego dopiero Zajączkowski, bodaj w  1957. „Gazele wybrane Hafiza”?  Czy tak? Chodzi o formę wiersza, nie o zwierzę?
- Chodzi o egzotyczne piękno. Rzadko się spotyka poetę, który wygląda na poetę. Tuwim wyglądał. Miał także najczystszą polską wymowę,  jaką kiedykolwiek słyszałam. Bez żadnych przydźwięków. Głos jak srebrna klinga.
- No i kto więcej?
- Mój Boże, jak pomyślę o tym nieustającym sympozjonie na górce w Ziemiańskiej, czyli na platformie schodów, gdzie był stół Skamandra między parterem a pierwszym piętrem... widzę więcej cieni niż ludzi. Lechoń zresztą już wtenczas rzadko tam bywał; zdradził starą poezję z młodą dyplomacją; został radcą kulturalnym w Ambasadzie w Paryżu.
Natomiast tubalny baryton Wierzyńskiego z soczystym lwowskim przyśpiewem słyszało się prawie co dzień. Kazio też był piękny, ale doskonale mógł uchodzić za aktora, rotmistrza po cywilnemu, lwa, milionera, następcę tronu... Tuwim mógł być tylko poetą.
- A z kobiet?
- Lilkę Pawlikowską widywało się rzadko. Mieszkała w Krakowie, później w Dęblinie ze swoim „Lotkiem” Jasnorzewskim. W Warszawie niechętnie zstępowała z wieżyczki Bristolu, gdzie papa-Kossak miał pracownię, a ona tapczan zasłany szalami i książkami. Jeżeli się zjawiała, siedziała z brzegu, jak gdyby na wylocie, otulona w jakieś powiewności albo futra, dowcipna „ścichapęk”, taka wielkooka sówka.
Nastroszony i posępny Boy rzeczywiście wyglądał na mędrca raczej, niż na autora „Słówek”. Przeważnie milczał, wzdychając od czasu do czasu „Boże, Boże”, co brzmiało „posze, posze” i wcale nie pasowało do agnostyka.
Brodaty słoń, Franio Fiszer, w wyświechtanym żakiecie ze świeżymi fiołkami w klapie, został chyba najbardziej opisany przez Czajkę, czyli Belę Gelbard, Muzę i Demona Ziemiańskiej, zwłaszcza przy filozofujących stolikach. [...] Ani Bela, ani Franio skromnością nie grzeszyli i ciągnęli za sobą, zwłaszcza geniusz dyletantyzmu i kibicerstwa Fiszer, chmary Begleiterów. Jeden z nich był bodaj dentystą i grał rolę Eckermanna przy Franiu — Goethem. W każdym razie spisywał jego paradoksy i aforyzmy.
Pamiętam, jak mnie Fiszer od razu rozgromił, kiedy mnie pierwszy raz przyuważył w Ziemiańskiej. „Pani podobno jesteś genialna — zagrzmiał. — Czy to prawda?” 
Najdziwniejsza para to był on i Leśmian. Fiszer — góra mięsa, zwieńczona źle ufarbowaną brodą, a przy nim maleńki, jasny stworek z cienkim noskiem — Leśmian. Leśmian nie tylko na poetę nie wyglądał, ale w ogóle na człowieka. Jakiś pomylony Ariel. Duszek, którego brzydotę uważało się za figiel, za jakiś wykręt, żeby uniknąć poetyckiego banału. Kamuflaż? Wyzwanie?
- Czy ktoś z tamtych bywalców jeszcze chodzi po Warszawie?
- Z  pewnością  chodzą.   Niedawno  odszedł  Anatol Stern. Ten odznaczał się urodą bez kamuflażu. Przede wszystkim był nieskazitelnie elegancki, nawet w sposobie mówienia. Dosyć to dziwiło u zbuntowanego futurysty.
Z tych, co zostali, najlepiej znam Antoniego Słonimskiego, ale nasza przyjaźń datuje się z czasów późniejszych, londyńskich.
Przetrwała też Irena Krzywicka. Ale, o ile wiem, zdradziła Antyczną dla paryskiej Cafe de Flore...
- Natomiast Pani pozostaje wierna ogródkowi pani Tyszkiewiczowej w Kazimierzu?
- Nie.  Ja nigdy się nie poczuwałam do wierności kawiarniom. Już prędzej — ogrodom bez kawy. W Warszawie przede wszystkim ciągnie   mnie   do   Łazienek, a w Kazimierzu do klematisów.
J. Rapacki, Wnętrze kawiarni Ziemiańska
Wywiad z Marią Kuncewiczową przeprowadził Władysław Minkiewicz. Rozmowa miała miejsce 4 stycznia 1970 roku.

Rozmowy z Marią Kuncewiczową, wybór, opracowanie i posłowie Helena Zaworska, Czytelnik, 1983, s. 96-99.

niedziela, 26 lutego 2012

Konkurs lutowy: Literackie syndromy. Ogłoszenie wyników.

Po raz kolejny okazało się, że jesteście niezawodni i lutowy konkurs skończył się już po kilku godzinach! :)
Wielkie podziękowania za udział, poświęcony czas i bezsenną lub prawie bezsenną noc, bo wiem, że niektórzy trudzili się do późna.
Zapraszam do lektury tekstu, który zainspirował mnie do konkursu. Dla utrudnienia konkursowe definicje zostały skrócone.

Czas na ogłoszenie wyników. 
Zwycięzcą konkursu został...
...który zdobył 10 na 10 możliwych punktów.
Fanfary i oklaski dla laureata, którego bardzo proszę o kontakt w sprawie nagrody.
Wielkie podziękowania i brawa również dla Ruczka, Tamaryszka, Kasi (Ktrya) i Sardegny, którym brakowało bardzo niewiele do maksymalnej liczby punktów. 

Serdecznie zapraszam Was na kolejny, marcowy konkurs. :)

Oto poprawne odpowiedzi:
1. Syndrom Alicji w Krainie Czarów - " Alicja w Krainie Czarów" Lewis Carroll)

2. Syndrom Roszpunki - "Roszpunka" Wilhelm i Jacob Grimm

3. Syndrom Kopciuszka - "Kopciuszek" bracia Wilhelm i Jacob Grimm lub wersja Charlesa Perrault'a

4. Syndrom Piotrusia Pana - "Piotruś Pan" James Matthew Barrie

5. Syndrom Doriana Graya - "Portret Doriana Graya" Oscar Wilde

6. Syndrom Otella - "Otello" William Szekspir

7. Syndrom Pollyanny - "Pollyanna" Eleanor H. Porter

8. Syndrom Mowgliego - "Księga Dżungli" Rudyard Kipling

9. Syndrom Hucka Finna - "Huckleberry Finn" Marka Twaina

10. Syndrom Nowych szat cesarza - "Nowe szaty cesarza" H. Ch. Andersen 

sobota, 25 lutego 2012

Konkurs lutowy: Literackie syndromy

Mal. Nom Kinnear King.
UWAGA, KONKURS JUŻ JEST ZAKOŃCZONY! ZA CHWILĘ WYNIKI. :)
Serdecznie zapraszam do udziału w lutowym konkursie Literackie syndromy.
Psychiatria, psychologia i literatura często wędrują tymi samymi ścieżkami. Okazuje się, że niektóre terminy stosowane przez psychiatrów i psychologów mają rodowód literacki - w ich nazwach pojawiają się imiona książkowych bohaterów lub tytuły utworów.  
Zadanie konkursowe polega na tym, żeby na podstawie krótkiego opisu odgadnąć nazwy dziesięciu syndromów (to imię bohatera lub tytuł utworu), podać tytuły książek, z których pochodzą oraz autorów.  
Podobnie jak ostatnio proszę o nieumieszczanie odpowiedzi w komentarzach, a wysłanie ich mejlem na mój adres: lirael@pro.wp.pl Pamiętajcie też o podaniu swojego nicku lub imienia. Wygra osoba, która jako pierwsza poda poprawne rozwiązania, więc pośpiech jest wskazany. :)
Jeśli się okaże, że nikt nie wytypował właściwych nazw - w co, znając Was, szczerze wątpię - zwycięzcą zostanie ten, kto przyśle najwięcej poprawnych rozwiązań do północy w niedzielę.
Nagrodą dla zwycięzcy jest dowolna książka z internetowej księgarni w cenie do 35 zł.
W konkursie mogą uczestniczyć również osoby, które mieszkają za granicą, a również czytelnicy nieposiadający blogów.
Zadania konkursowe:
1. Syndrom ___
Osoby cierpiące na syndrom ___ postrzegają swoje części ciała i inne przedmioty w niewłaściwych rozmiarach i proporcjach.
2. Syndrom ___
Nazwa pochodzi od imienia księżniczki o pięknych i zaskakująco długich włosach. Syndrom ___ to rzadka choroba wywołana potrzebą zjadania włosów.
3. Syndrom ___
Związany jest z lękiem kobiet przed niezależnością i podświadomym pragnieniem, aby być pod opieką osób silniejszych, jak na przykład metaforyczna dobra wróżka lub książę.
4. Syndrom ___
"Nie chcę dorosnąć!" - tak można by najkrócej scharakteryzować ten syndrom. Dotyczy dorosłych, którzy mają tendencję do unikania odpowiedzialności.
5. Syndrom ___
Osoby cierpiące na syndrom ___ cechuje nadmierny niepokój o wygląd zewnętrzny. Nie radzą sobie ze zjawiskiem starzenia się. Często wykazują cechy narcystyczne i są silnie uzależniene od zabiegów i produktów kosmetycznych.
6. Syndrom ___
Osoby cierpiące na syndrom ___ charakteryzują się intensywną i często urojoną nieufnością wobec partnerów. Zespół ten jest nazywany również chorobliwą zazdrością.
7. Syndrom ___
Został nazwany na cześć ___ , postaci z bestsellerowej powieści dla dziewcząt. Syndrom ___ jest zjawiskiem psychologicznym, w którym człowiek staje się irracjonalnie optymistyczny.
8. Syndrom ___
W nazwie tego syndromu występuje imię dziecka, które było wychowywane przez zwierzęta. Dzieci z tym zespołem najczęściej przeżyły ogromny stres z powodu braku opieki i trudnych warunków życiowych.
9. Syndrom ___
Nazwa pochodzi od imienia dziecięcego bohatera, który stał się ulubieńcem czytelników. Osoby uskarżające się na ten syndrom w dzieciństwie unikały odpowiedzialności i obowiązków, co prowadzi do częstych zmian pracy i w wieku dorosłym. 
10. Syndrom  ___
W nazwie tego syndromu jest tytuł utworu. Ludzie, którzy mają syndrom ___ twierdzą, że wiedzą coś, nawet jeśli tak nie jest, aby nie uznano ich za głupców.
Życzę powodzenia!

środa, 22 lutego 2012

Powitanie z Marią

Maria Kuncewiczowa.
Z podziękowaniem dla wszystkich, którzy postanowili w marcu związać swoje czytelnicze losy z Marią Kuncewiczową (Marzec z Marią) i pod rozwagę tym, którzy się jeszcze wahają, przedstawiam fragmenty wywiadu z pisarką. Rozmowę przeprowadził Wojciech Wiśniewski.
- Napisała  pani  w  swojej  książce „Natura": „Moje marzenia były zawsze bezprzedmiotowe". Czy pani marzenia z okresu młodości spełni­ły się?
- Mówiąc „marzenia bezprzedmiotowe", myślę o marzeniach, które nie mają za przedmiot spraw i rzeczy konkretnych, takich jak na przykład dom, mąż czy kochanek, kariera czy podróż na południe. Jako dziecko i młoda kobieta marzyłam o „szczę­ściu” i o tym, żeby „wszystkim było dobrze”. Takie marzenia się nie spełniają, ale pomagają żyć twór­czo.
 - Pani definicja szczęścia?
- Zgoda na sie­bie i świat, czyli osiągnięcie takiego stanu, kiedy los własny i los świata przestaje być straszny - przeciwnie: budzi zachwyt. Ale to są chwile. Dla mnie najczęściej związane z radością, że jest aż tak pięknie. Z kimś czy z czymś. Na przykład z jakimś człowiekiem czy z ogrodem, czy z lasem i rzeką, czy ze słońcem na blacie stołu. Wiele szczęścia zawdzię­czam przyrodzie, architekturze i przedmiotom. Także poczuciu, że jestem niektórym ludziom potrzebna do szczęścia. Ale to jest zawsze pomieszane ze zdziwie­niem i z obawą; „czy sprostam”.
- „Fantomy i „Na­tura” to eseistyka i reportaż, autobiografia i publi­cystyka. Wspomnienia z czasów młodości, dzieciń­stwa splatają się z rzeczywistością i teraźniejszo­ścią. Czy to prawda, że z upływem lat pamięta się tylko dobre chwile?
- Chyba to nieprawda. Pamię­tam mnóstwo złych chwil i często o nich pisałam w „Fantomach" i w „Naturze", i we wszystkich innych moich książkach. Każde odejście, każde rozstanie, każdy zawód, każda klęska publiczna czy osobista jest złą chwilą. Każde życie jest chwilą. O tyle do­brą, o ile człowiek nie dał się złym chwilom.
- Co z lat szkolnych utkwiło pani najbardziej w pamię­ci?
Doskonale pamiętam tę złą chwilę, kiedy po­walałam farbą olejną najnowszą swoją sukienkę, l tę dobrą chwilę, kiedy „pani od polskiego” po­chwaliła moje wypracowanie o wiewiórce, która nie należała ani do lasu, ani do starego wiewióra, tylko  do  samej  siebie.  Więc  czyja  była  ta  wiewiór­ka? — swoja własna.
-  Jeden  z  krytyków  omawiając  „Naturę"   napisał: „Autobiografia   literacka   nie jest  dokumentem  życia, lecz jego artystyczną stylizacją. Wypowiedzenie pełnej prawdy o sobie, nawet jeśli postuluje się bezwzględną szczerość, jest  niemożliwe,  nigdy bowiem  nie osiąga się doskonałego samopoznania, a każda próba zrozu­mienia i przekazania własnej biografii staje się krea­cją z  pogranicza  prawdy i wyobraźni”.  Czy pani  się z tym zgadza?
-  Całkowicie   się   zgadzam.   Autor,   tak  jak   każdy człowiek, nawet najbardziej uważny i świadomy, mało wie  o  sobie  „na   zapas”,  więc  sam  dla   siebie  jest wieczną niespodzianką. Raczej stwarza siebie od wy­padku   do   wypadku,   wedle   każdorazowej   potrzeby. Więc i autoportret jest aktem twórczym zależnym od nastroju i od potrzeby artystycznej portrecisty. Są ma­larze, którzy obsesjonalnie — przez całe życie —  ma­lują autoportrety i te obrazy ogromnie się od siebie różnią. Czasami  model,  którym jest sam artysta, wy­stępuje w  przebraniu,  którego ten  artysta  nigdy  nie posiadał. Co do mnie, w mojej autobiografii starałam się  uczciwie  mówić  prawdę.  Ale wiadomo,  jak wiele twarzy ma każda prawda.
[...]
- Czy pani zdaniem istnieje obecnie takie zjawisko, jak literatura kobieca?
-  Tak  długo,  jak  istnieją  kobiety,   będzie  istniała literatura kobieca. Nie należy jednak w każdym cza­sie   historycznym   przypisywać  jej   tych   samych   cech. Była   sentymentalna  w  epoce   rozkwitu   sentymentów. Była drapieżna (na przykład Gabriela Zapolska) w epo­ce naturalizmu, i tak dalej, i tak dalej. Słowo „kobie­ca” jest wieloznaczne i w żadnym wypadku nie może mieć ujemnego sensu. Tak samo, jak słowo „męski”. Ani kobiety, ani mężczyźni nie mają monopolu na od­wagę czy na czułość. Więc literatura jest przede wszy­stkim  dobra  albo zła,  bez względu   na   płeć autora. I nie  może być przeznaczona  dla czytelników jednej płci. Kobiety przecież piszą o mężczyznach, a mężczy­źni o kobietach. Co z tego wynika, jest interesujące i jako informacja, i jako dzieło sztuki, l tylko tak może być sądzone. Świadczą o tym, między innymi, listy — bardzo  obfite  —  jakie  otrzymuję od   czytelników  obu płci.
-  W „Cudzoziemce" dużo nastroju wprowadza mu­zyka. Muzycznym leitmotivem tej powieści jest koncert skrzypcowy D-dur Brahmsa i pieśni Schumanna. Dla­czego wybrała pani właśnie te utwory muzyczne?
-   Nie  jest tajemnicą,  że  prototypem  Cudzoziemki była moja matka, a w jej życiu Brahms i Schumann odegrali rolą dominującą.
-  Osiem lat prowadziła pani wykłady na Wydziale Literatur Słowiańskich uniwersytetu w Chicago. Pisała pani sporo o tym w „Naturze”, ale proszę nam po­wiedzieć, czy któryś z pani studentów w Ameryce zro­zumiał tak naprawdę te nasze  polskie „rozdarte so­sny”, „walkę z szatanem”, chochoła, romantyczne tę­sknoty i nostalgie?
-  Jeśli student obiera sobie za przedmiot literaturę obcego języka, zakłada się,  że posiada  pewną dozę wyobraźni,   że   ciekawi   go   obcy   kraj,   obyczajowość i  psychika jego mieszkańców. Czy moi  studenci  „tak naprawdę” zrozumieli   na   przykład   metaforę  Żeromskiego o rozdartej sośnie albo taniec chochoła, albo tęsknotę w Paryżu do Soplicowa, albo sarkazmy „Beniowskiego” — zależało od stopnia i rodzaju ich wy­obraźni. Ale zrozumieć, nie znaczy jeszcze: współczuć. Można   zrozumieć   Polaka,   pozostając  Amerykaninem czy  Szwedem,   i  dalej  czuć wyłącznie  tak,  jak czują Amerykanie albo Szwedzi.
-  Podobno nie lubi pani czytać swoich książek?
-   Rzeczywiście   nie   lubię.   Zawsze   uderzają   mnie błędy i niedopowiedzenia. Zawsze chciałabym to po­wiedzieć inaczej.
-  Napisała   pani   „Tristana   1946"   i   „Gaj   oliwny" po angielsku. Czy był to w pewnym sensie podświa­domy przekład z języka polskiego?
-  O, nie. Właśnie dlatego pisałam te dwie książki także po angielsku, że ci ludzie — mała Pat i jej ro­dzice  w   „Gaju   oliwnym",   Kathleen   i   jej   otoczenie w „Tristanie” - mówili do mnie po angielsku. Słysza­łam ich głosy, ich akcent, ich melodię.
-  Jak to się stało, że pani zaczęła pisać?
-  Od początku pisałam tylko dlatego, że nie chcia­łam zwariować z nadmiaru wrażeń i uczuć.
-  Czy pani jest bardzo zaabsorbowana swoją pra­cą, kiedy pani pisze?
- Tak. Bardzo. Nie znoszę drugiej osoby w pokoju, w którym piszę.
- Jak pani  rozumie określenie „idealny czytelnik”, bohater snów wszystkich pisarzy?
-  Idealny czytelnik — dla  mnie — to taka  osoba, która nie tylko rozumie, ale i współczuje.
Wojciech Wiśniewski, Tego się nie dowiecie w szkole, Nasza Księgarnia, 1981, s. 154-159.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Drugie blogowe urodziny, czyli papierowe gody :)

Dokładnie dwa lata temu, 20 lutego 2010 roku o godzinie 10.10, na moim blogu pojawił się pierwszy wpis. Druga rocznica w terminologii ślubnej nazywana jest papierową, co akurat pasuje do książkowej tematyki Lektur Lirael. :)
Pisząc nieśmiało notkę numer jeden, nie wiedziałam, jak ważny stanie się dla mnie blog i ile będzie mi dawać radości. Dzięki niemu nie tylko dowiedziałam się o wielu znakomitych książkach, na które być może nigdy nie zwróciłabym uwagi, ale poznałam też cudownych ludzi, którzy są dla mnie latarnią blogowej zaczarowanej dorożki.
Wiem, że są różne teorie na temat blogów i czytelników. O mojej napiszę krótko: bez Was to nie miałoby sensu.
Paul Octavious, 51 Love Stories
Serce na zdjęciu zostało wykonane z pięćdziesięciu jeden książek o miłości.