wtorek, 21 maja 2013

Czerwona księżniczka wychodzi z szafy (Monika Jaruzelska, „Towarzyszka Panienka”)

„Czerwona księżniczka” wychodzi z szafy
Tę książkę koniecznie powinny przeczytać osoby, które mając dzieci, postanowiły poświęcić się karierze politycznej pod sztandarami dowolnie wybranej partii. Zanim rzucimy się w wir spotkań z wyborcami, warto poszukać odpowiedzi na dwa pytania: jak całkowity brak wolnego czasu i ciągłe wyjazdy wpłyną na życie rodzinne i czy córka lub syn będzie w stanie udźwignąć nienawiść naszych przeciwników. Niestety rodzice Moniki Jaruzelskiej najwyraźniej tych pytań sobie nie zadali. Paczka z bananami od Fidela Castro i przydzielane po znajomości role na szkolnych akademiach nie zastąpiły tego, co najważniejsze.

Srodze zawiodą się czytelnicy, którzy liczą na polityczne sensacje w „Towarzyszczce Panience”. Nic z tych rzeczy. Już na wstępie dowiadujemy się, że książka powstała w zupełnie innym celu. Autorka właśnie zaczyna kolejny rozdział w życiu, poza tym zbliżają się jej pięćdziesiąte urodziny. Wydanie wspomnieniowej książki nazywa swoim „wyjściem z szafy”. Nie chodzi tylko o zerwanie ze światem mody i nowe wyzwania zawodowe, ale również o przekazanie swojego punktu widzenia i polemikę z dziesiątkami plotek.
Zdjęcie z książki.
Ze wstępu dowiadujemy się, że książka jest zbiorem krótkich tekstów, które Monika Jaruzelska trafnie porównuje do puzzli. Elementy układanki są rozmaite: wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości (moim zdaniem najciekawsze i najbardziej udane fragmenty), sylwetki znanych ludzi na wzór popularnych „alfabetów” (podobały mi się najmniej), przebieg kariery zawodowej, opowieści o synku oraz impresje z licznych podróży z ojcem i spotkań ze znanymi osobistościami (między innymi z Janem Pawłem II, Michaiłem Gorbaczowem, Fidelem Castro, Muammarem Kaddafim, Kim Ir Senem). Różnorodne są też nastroje i literacki poziom tekstów. Wspominki uzupełniono fotografiami z rodzinnego albumu.

Czy książka z uśmiechniętym bobasem na okładce, w domyśle lekka i pełna dykteryjek, może przygnębiać? Okazuje się, że tak. W „Towarzyszce Panience” jest wiele anegdot, ale przygniótł mnie ciężar wrogości, z którą autorka musiała sobie radzić przez wiele lat, bo „dzieci znanych rodziców dziedziczą również nienawiść”[1]. Nikogo nie interesowało to, że nastolatka nie ma nic wspólnego z politycznymi decyzjami ojca. Mimo upływu lat nadal nic właściwie się nie zmieniło: autorka wspomina, że na forach internetowych widuje ociekające jadem uwagi na swój temat. Ja zajrzałam na stronę „Wprost” i przeczytałam komentarze pod artykułem o jej książce. To mi wystarczyło.

Generał Jaruzelski kojarzy mi się bardzo źle, choć mam świadomość, że kompetentna ocena jego postawy należy do historyków. Jednak w obrazie rodziny, jaki wyłania się z „Towarzyszki Panienki”, to on wydaje się lepszym rodzicem niż matka. Pani Jaruzelska budziła we mnie nieprzyjazne uczucia. Apodyktyczna „królowa”, ostentacyjnie elegancka, skoncentrowana na sobie, wiecznie niezadowolona z jej zdaniem za mało efektownej córki, o której często mówiła „to zdechłe”. W opinii Moniki Wojciech Jaruzelski to z kolei całkowite przeciwieństwo żony, introwertyk, klasyczny pracoholik, spędzający mnóstwo czasu poza domem, często pogrążony w swoich myślach, melancholijny i wiecznie przygnębiony. Autorka sugeruje wręcz, że to pesymizm i poczucie zagrożenia determinowały jego najważniejsze decyzje. Również tę o wprowadzeniu stanu wojennego.

Pozornie dzieciństwo „czerwonej księżniczki” opływało w luksusy. Tak naprawdę mała Monika właściwie była pozostawiona sama sobie. W domu czuła się okropnie, stąd ucieczki i szukanie wsparcia u przyjaciół. Wspomina kilkakrotnie, że w tamtych czasach lubiła spędzać czas z ochroniarzami ojca, którzy byli dla niej czymś w rodzaju rodziny zastępczej. Zwracała się do nich per „wujku”, a z niektórymi wciąż utrzymuje kontakt. 

Wydaje mi się, że sytuację w rodzinie państwa Jaruzelskich lepiej niż tysiąc słów oddaje to zdjęcie: 
Zdjęcie z książki.
Zaskoczyło mnie to, że matka ostentacyjnie słuchała Wolnej Europy, a ojciec podrzucał studiującej polonistykę Monice książki z drugiego obiegu wydawane przez paryską „Kulturę”. 

„Towarzyszka Panienka” to właściwie gotowy materiał na powieść psychologiczną. Są nawet lekko sensacyjne perypetie, jak na przykład zorganizowany przez babcię chrzest trzyletniej Moniki w czasie wakacji w Kościelisku, w zupełnej tajemnicy przed rodzicami. Przez sentyment dla tego wydarzenia w tym samym miejscu został ochrzczony jej synek, Gucio. 

Podoba mi się szczery, rzeczowy ton wspomnień. Autorka otwarcie pisze o tym, że nie sprawdziła się w roli wnuczki, o próbach poradzenia sobie z przerastającymi ją sytuacjami. Nie kreuje się na ofiarę. Dementuje niezliczone plotki na swój temat. Z ironią dystansuje się wobec nimbu „czerwonej księżniczki”. Mówi o życiu pod lupą, o nieustannym doszukiwaniu się drugiego dna – nawet imię jej jamnika, Boluś, uznano za polityczną prowokację. Jaruzelska tłumaczy też, dlaczego nie zdecydowała się na zmianę nazwiska, co zdaniem niektórych rozwiązałoby część problemów. Zaskoczyła mnie też wyznaniem, że niesłusznie otaczała ją sława politycznej buntowniczki, ponieważ konflikty z rodzicami miały zupełnie inne podłoże. Myślę, że niejedna osoba na jej miejscu wyraźnie podkreślałaby różnice światopoglądowe, kompletnie odcinając się od rodziny. 

Oczywiście bardzo zaciekawiły mnie wątki literackie. Autorka opowiada o bibliotece rodziców, o oglądaniu ilustracji w „Dziadach” Mickiewicza, o torturach przy lekturze „Trylogii”, o fascynacji Żeromskim i „Konopielką” Redlińskiego, którą nazywa najważniejszą książką swojego życia, a także o poezji Tuwima. Z przyjemnością czytałam też o miłości Jaruzelskiej do czworonogów i mam duży żal do pań redaktorek o to, że najwyraźniej ograniczały jej wynurzenia na ten temat: „o zwierzętach mogłabym pisać w nieskończoność, ale wydawca zabronił”[2].

Monika Jaruzelska bez ogródek mówi o swoim światopoglądzie, życiowych wyborach i charakterze. Pod kilkoma względami różnimy się znacznie, ale szanuję ją za to, że nigdy nie wybierała najłatwiejszych ścieżek. Wyjście z szafy też wymagało odwagi.
_______
[1] Monika Jaruzelska, Towarzyszka Panienka, Wydawnictwo czerwone i Czarne, 2013,  s. 75.
[2] Monika Jaruzelska, tamże,  s. 163.

Moja ocena: 4
Monika Jaruzelska. [Źródło zdjęcia]

niedziela, 19 maja 2013

Gatsby po botoksie („Wielki Gatsby”, reż. Baz Luhrmann)

Gatsby po botoksie
Chociaż początkowo myśl o tej adaptacji nie wywoływała we mnie dreszczy emocji, stopniowo napięcie rosło i jak wiecie, czekałam na nią z coraz większym zniecierpliwieniem. W dzień premiery pognałam do kina. Film podobał mi się, ale pod paroma względami mnie rozczarował. Bardzo możliwe, że gdybym go obejrzała, nie mając na świeżo przeczytanej po raz kolejny powieści Fitzgeralda, mój odbiór „Wielkiego Gatsby’ego” à la Baz Luhrmann byłby bardziej bezkrytyczny. Jeśli więc chcecie poddać się słodkiemu otumanieniu, kategorycznie odradzam kontakt z książką.

Zacznę od tego, co wstrzyknięto w powieściową tkankę, żeby ją uatrakcyjnić i uaktualnić. Przede wszystkim dodano wątek pobytu Nicka Carrawaya w klinice psychiatrycznej. Od tego zaczyna się opowieść. Nick rozmawia z archetypicznym, pulchnym terapeutą, który w trakcie sesji między innymi podlewa kwiaty. Pomysł wydaje mi się wtórny, naciągany i trochę dziwny, bo kilka razy podkreślana jest kiepska sytuacja finansowa Nicka, więc zastanawiam się, skąd fundusze na leczenie odwykowe w ekskluzywnym sanatorium.

Zaskoczyło mnie również to, że prawie zrezygnowano z wątku córeczki Daisy i Toma – matka zdawkowo wspomina o niej, później dziecko pojawia się dosłownie na ułamek sekundy, w dodatku starsze niż powieściowa dwulatka. W książce również Pammy nie odgrywa szczególnie istotnej roli, ale jednak jej obecność bierzemy pod uwagę, starając się zrozumieć osobowość i motywy postępowania Daisy. Dziwię się również, że kompletnie pominięto przyjazd ojca Jaya na pogrzeb.

W tej ekranizacji zdecydowanie wyeksponowano wątki melodramatyczne, poza tym filmowa opowieść czasem niebezpiecznie zbliża się do granicy kiczu, a nawet ją przekracza, jak na przykład w scenie, gdy na podkolorowanym, nocnym niebie pojawia się twarz Daisy. Może nie posunęłabym się aż tak daleko, jak Tadeusz Sobolewski, któremu estetyka filmu Luhrmanna kojarzyła się z reklamą mebli i produkcjami Bollywood, ale mogło być lepiej. A na pewno mniej patetycznie.
[Źródło]
Autorzy adaptacji poszli w stronę wystudiowanego piękna, wyraźnie celebrując sceny ich zdaniem szczególnie zjawiskowe, na przykład rozsypujące się perły czy Gatsby w basenie, co momentami wydawało mi się trochę sztuczne i nie do końca zgodne z szorstkim tonem powieści Fitzgeralda. W jednej ze scen Nick na migi pokazuje Jayowi, że opada mu kosmyk na czoło, po czym on natychmiast poprawia fryzurę i to jest dość charakterystyczne ujęcie dla tego filmu, przeestetyzowanego w sposób ostentacyjny. Każdy loczek na swoim miejscu. Nawet śmierć jest piękna, sztuczna i pompatyczna.

Choć ten typ artyzmu nie wszystkim musi odpowiadać, a już zwłaszcza tym, którzy znają książkę Fitzgeralda, niewątpliwie film Luhrmanna jest niezwykłą ucztą, a wręcz fiestą dla oczu. Teatralnie przerysowane sceny przyjęć u Gatsby’ego zapierają dech barokowym rozmachem, a dzięki technice 3D są niezwykle realistyczne. Chwilami miałam ochotę wstać, pląsać i falować razem z tłumem. To również wielka zasługa muzyki, która nie pozostawi obojętnym chyba żadnego widza.

Zachwyciła mnie ścieżka dźwiękowa „Wielkiego Gatsby’ego”. Pomysł był dość ryzykowny, bo wiele utworów brzmi bardzo współcześnie, ale efekt końcowy okazał się świetny. Craig Armstrong nie zawiódł po raz kolejny, co na pewno ucieszy miłośników „Moulin Rouge!”. Cieszę się, że kilka dni przed obejrzeniem filmu przeczytałam ciekawą recenzję tej muzyki autorstwa nvs. Rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwania. To samo dotyczy kostiumów. Z wytęsknieniem oczekiwałam na słynną lawendową suknię Daisy i różowy garnitur Jaya. Okazało się, że to tylko jedne z mnóstwa atrakcji przygotowanych przez Catherine Martin.
Carey Mulligan (Daisy). [Źródło]
Bardzo mocną stroną filmu są aktorzy. Moje największe wątpliwości budził Leonardo DiCaprio, który wydawał mi się trochę zbyt infantylny i budyniowaty do roli Gatsby'ego, ale na szczęście obawy okazały się płonne. Poradził sobie całkiem nieźle, podobnie zresztą jak Carey Mulligan (Daisy) i Joel Edgerton (Tom). Jednak największe wrażenie zrobił na mnie rewelacyjny, pełen ciepła Tobey Maguire w roli Nicka Carrawaya, notabene wyraźnie wystylizowany na Francisa Scotta Fitzgeralda. 

Podobno DiCaprio miał opory przed przyjęciem roli w filmie Luhrmanna. Twierdzi, że obawiał się ciężaru odpowiedzialności, bo każdy mieszkaniec Stanów Zjednoczonych nosi w sobie własny obraz Gatsby'ego. To kolejny dowód na to, jak ważna, wręcz mistyczna, dla Amerykanów jest powieść Fitzgeralda. Zastanawiam się, czy efektowna, a czasami efekciarska adaptacja filmowa tej książki zachwyci  polskich widzów.


 Moja ocena: 4

czwartek, 16 maja 2013

Przepraszam za dziadka (Markus Flohr, "Gdzie sobota jest niedzielą")


Przepraszam za dziadka
Sex, drugs and rock'n'roll – to są jedne z najważniejszych tematów książki „Gdzie sobota jest niedzielą”. Jej autor, Markus Flohr, niemiecki student z Hamburga, postanowił spędzić rok w Izraelu. Zwykle źle się dzieje, gdy twórca o skłonnościach narcystycznych porywa się na pisanie reportażu. Niestety tym razem tak właśnie się stało.

Zachodzę w głowę, po co w ogóle powstała ta książka. Nonszalanckie przechwałki Flohra o tym, że wywoływał burzę hormonów, tudzież pożądliwych myśli u tubylców płci obojga (Noa: „Dalej, chłopcze, dorwę cię, zerwę ci z ciała ciuchy i pożrę cię na kolację”[1]), suspens: czy w czasie  koncertu jurny Lior obudzi w naszym bohaterze namiętność? – to wszystko być może zrobiłoby wrażenie na kumplach Markusa, których zmysły i krytycyzm lekko stępiła kilkugodzinna biesiada. Wydawca beztrosko nie zadbał  o podobne znieczulenie czytelnika i niedostatki „Gdzie sobota jest niedzielą” od samego początku uderzają w całej jaskrawości. 

Zacznijmy od tego, że tekst Flohra to był raczej materiał na artykuł w czasopiśmie, a nie na publikację liczącą 279 stron. Często odnosiłam wrażenie, że autor zmusza się do reporterskiej relacji z miejsca, które uważa za trochę mniej ciekawe niż własne miłostki.

Czuję się zawiedziona, bo to naprawdę mogła być ciekawa i wartościowa książka. Wszystko wskazywało na to, że tak będzie: młody Niemiec, notabene syn pastora, z mieszanymi uczuciami wyrusza na studia do Jerozolimy. Czeka go tam przede wszystkim szok kulturowy, ale i próba zmierzenia się z historią: wojenne wspomnienia są wciąż żywe, a Holocaust to nadal głęboka blizna. Znajomy Markusa, Friedrich, porównuje ją do tatuażu, którego nie można się pozbyć. Duże emocje budzi rozdział, w którym Flohr relacjonuje swoją wizytę w muzeum Jad Waszem:
Nigdy nie było dla mnie bardziej jasne, kim byli naziści, kto dokonał zbrodni Holocaustu, kto chciał wy­bić Żydów całego świata, niż tego dnia, kiedy stałem tu w Jad Waszem wśród żołnierzy z gumami do żucia i wstydziłem się mówić w moim własnym języku, i naj­chętniej odpowiadałbym Friedrichowi po angielsku. [2]
Rok w Izraelu był dla Markusa również bolesną lekcją. Szkoda, że autor bardziej nie rozwinął tego tematu. Domyślam się, że zblazowane poczucie humoru było w jego przypadku próbą odnalezienia się w trudnej sytuacji. Wprawdzie Flohr kilka razy podkreśla, że jego dziadek nie był nazistą, co zresztą błędnie sugeruje polski wydawca na okładce, ale wyjazd do Jerozolimy okazał się też formą pokuty za to, co w czasie wojny robili inni.

Ogólnie bilans jest smutny: według mnie ciekawe spostrzeżenia na temat współczesnego Izraela w „Gdzie sobota jest niedzielą” można by zmieścić na zaledwie kilku kartkach. Nie wiem, jak inni czytelnicy, ale ja  kupiłam tę książkę, licząc na ciekawy reportaż z podróży, co obiecuje również nazwa serii: „Z Różą Wiatrów”, a nie dla miłosnych perypetii autora, które – z całym szacunkiem – kompletnie mnie nie obchodzą. Zainteresowanych tematyką żydowską uprzedzam, że „Gdzie sobota jest niedzielą” to po prostu strata czasu i pieniędzy.
________
[1] Markus Flohr, Gdzie sobota jest niedzielą, tłum. Joanna Filipek, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012, s. 69.
[2] Tamże, s. 175.

Moja ocena: 2
Markus Flohr. [Źródło zdjęcia]

poniedziałek, 13 maja 2013

Gwatemalska złodziejka książek (Rodrigo Rey Rosa, "Severina")

Gwatemalska złodziejka książek
Kilka razy zdarzyło mi się przeczytać książkę, która pod koszmarną okładką kryła nieprzebrane skarby literackie. Tym razem było inaczej. Wibrujące kolory „Severiny” zachwyciły mnie, natomiast sama powieść już zdecydowanie mniej. Poczułam się tak, jakby wydawnictwo Wielka Litera poczęstowało mnie cukierkiem w pięknym, jaskrawym papierku, który okazał się pusty. 

Rozczarowującą „Severinę” można zawsze wykorzystać w charakterze energetyzującego elementu wyposażenia wnętrza – jako inspirację polecam Wam świetną, zabawną notkę na ten temat u Peek-a-boo  - ale z czytaniem tej powieści nie ma co się spieszyć. Piszę to z przykrością, bo uwielbiam książki o książkach i dlatego gwatemalski pisarz, Rodrigo Rey Rosa, miał u mnie duży kredyt zaufania.

„Severina” to opowieść o aspirującym do miana literata współwłaścicielu księgarni Entretenida, który zakochuje się w swojej klientce. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wzmiankowana pani jest złodziejką: podczas każdej wizyty potajemnie przywłaszcza sobie jakiś tom. Jej bezczelność, ale również olśniewająca uroda robią piorunujące wrażenie na księgarzu. 

Dziewczyna jest bardzo tajemnicza. Jak nietrudno zgadnąć, stopniowo rozpala ciekawość naszego poczciwego bohatera, który jak detektyw usiłuje rozwikłać jej sekrety. Rodrigo Rey Rosa wciąga w tę grę również czytelnika, który do ostatniej strony głowi się nad tym, czy mamy do czynienia ze sprytną oszustką, czy bibliofilką, której miłość do książek wymknęła się spod kontroli.

Severina alias Ana Severina Bruguera – tak ma na imię zagadkowa złodziejka – pojawia się i znika, a do bohatera docierają sprzeczne informacje na jej temat. Do tej pory jest znośnie. W momencie, kiedy zaczynają się piętrzyć tajemnice, pojawiają się liczne sensacje, a nawet trup, straciłam serce do tej opowieści. Zapewniam, że jestem świadoma gorzkiej ironii autora oraz jego zabawy konwencjami i oczekiwaniami czytelnika. Mimo to nie zaiskrzyło. Przeszkadzało mi też duże podobieństwo nieprzewidywalnej Severiny do niegrzecznej dziewczynki Llosy. To niejedyny aż nadto wyraźny trop literacki.

„Severina” to sprawnie napisana, zmysłowa, a chwilami liryczna błahostka literacka, która pozostawia wrażenie niedosytu. Wróżę jej jednak spore powodzenie, nie tylko za sprawą sentymentu polskich czytelników do literatury latynoamerykańskiej. Z niewiadomych przyczyn wydaje się u nas niewiele książek o książkach, więc na bezrybiu i rak ryba, a zwłaszcza rak w efektownym ubranku.  Szkoda tylko, że nie wiemy, kto je uszył – wydawnictwo nie uznało za stosowne podać nazwiska autora projektu okładki.

Fragmenty poświęcone książkom to według mnie największe zalety „Severiny”. Wątpię, czy jakiś mól książkowy będzie w stanie oprzeć się urodzie takich słów: 
Książki to żywe stworzenia, rozedrgane i pomrukujące, jak mawiał jeden z moich wspólników, poza tym poeta, facet inteligentny (choć mniej, niż mu się wydawało) i dość sympatyczny. Coś w tym jest, bo trzy ksią­żeczki ustawione na półce obok, rozedrgane i po­mrukujące, przez wiele dni zachowywały wspo­mnienie o niej - a ona nie wracała.[1]
Dziwię się, że nie zostały przetłumaczone tytuły książek, które kradła Severina. Na pewno nie były przypadkowe.

Wyraźnie widać, że sam Rosa jest wielkim miłośnikiem literatury i zdeklarowanym bibliofilem, który z uwagą wsłuchuje się w pomruki i drgania zgromadzonych woluminów. Niewątpliwie autor podpisuje się pod wyznaniem swojego bohatera, które polecam Waszej uwadze: „przynależność do plemienia żyjącego wyłącznie książkami i dla książek napełniała mnie radością i zarazem pychą”[2].
________
[1] Rodrigo Rey Rosa, Severina, tłum. Barbara Jaroszuk, Wielka Litera, s. 17.
[2] Tamże, s. 127.  

Moja ocena: 3+
Rodrigo Rey Rosa. [Źródło zdjęcia]

sobota, 11 maja 2013

Rodzina, ach, rodzina... (Mark Haddon, "Drobny kłopot")

Rodzina, ach, rodzina...
Zacznijmy od tego, że kłopot wcale nie jest drobny. Wręcz przeciwnie! To jest kilka kłopotów jednocześnie. Z siłą tsunami spadają na sześćdziesięcioletniego angielskiego emeryta, George’a Halla, który prowadzi dostatnie i do bólu ustabilizowane życie. Pewnego dnia odkrywa na skórze egzemę, którą natychmiast uznaje za objaw śmiertelnej choroby. Ale to jeszcze nic. Okazuje się, że żona tai przed nim wstrząsające sekrety, córka postanawia stanąć na ślubnym kobiercu z tępawym prostakiem, a poza tym nie ma co już dłużej udawać: jego syn jest gejem. To dla George'a prawdziwy cios. 

Fatum szarga nie tylko naszego bohatera, ale również jego bliskich. „Drobny kłopot” to wnikliwe studium dobrze sytuowanej angielskiej rodziny, dla której gra pozorów, „keeping appearances”, tłumienie uczuć to sprawy nadrzędnej wagi. Gdyby relacje między Hallami były zdrowe, gdyby otwarcie mówili o swoich bolączkach, przypuszczalnie nie doszłoby do autodestrukcyjnej burleski.

Podoba mi się to, że Mark Haddon w swoich książkach uczy tolerancji. Bohaterem „Dziwnego przypadku psa nocną porą”, wydanego w 2003 roku, jest autystyczny chłopiec, natomiast jeden z najważniejszych tematów w „Drobnym kłopocie” to reakcja rodziców na homoseksualizm syna. Wbrew dydaktycznym intencjom, notabene z grubsza ciosanym, tym razem pisarz wylał dziecko z kąpielą: obawiam się, że łatwe podboje miłosne Jamiego bardziej utrwalają stereotypy, niż je burzą. 

Mimo ciekawych obserwacji i wyrazistych bohaterów w miarę lektury mój entuzjazm stopniowo gasł. Nieustanne frustracje George’a nużyły mnie i wpędzały w depresyjne nastroje. Pełna zjadliwych obserwacji obyczajowych powieść w pewnym momencie przeistacza się w gorzką, absurdalną tragifarsę. Jej apogeum to wydarzenia na weselu Katie. Wydawało mi się, że sytuacja wymknęła się spod kontroli nie tylko bohaterom, ale też autorowi.

Nawet śmieszne sceny w „Drobnym kłopocie” niosą ze sobą podmuch chłodu, goryczy i czarnego humoru. Zaskoczyły mnie umieszczone na okładce określenia „przezabawna książka” i „Genialna… Niezwykle zabawna”. Oto fragment tego wyjątkowo komicznego dzieła: „Z oślepiającą jasnością uprzytomnił sobie, że wszyscy figlujemy na let­niej łące otoczonej mrocznym i nieprzeniknionym lasem, czekając na ten posępny dzień, w którym zostaniemy zawleczeni w ciemność za drzewami i kolejno zaszlachtowani.”[1]

Trochę żałuję, że zaczęłam znajomość z twórczością Marka Haddona od mniej udanej powieści. Wszystko wskazuje na to, że wspomniany „Dziwny przypadek psa nocną porą”, o którym niedawno napisała Grendella, a wczoraj Anek7, chyba zasługuje na więcej uwagi.
________
[1] Mark Haddon, Drobny kłopot, tłum. Marta Klimek-Lewandowska, Świat Książki, 2008, s.68.

Moja ocena: 4-
Mark Haddon. [Źródło zdjęcia]