Przez szambo do gwiazd
Kiedy w zapowiedziach wydawniczych przeczytałam o „Spryciarzu
z Londynu”, miałam przeczucie, że w końcu trafię na książkę Pratchetta, która
zawojuje mnie całkowicie. Nota wydawcy naszpikowana była słowami-kluczami,
które radośnie pobrzękiwały i wprowadziły mnie w nastrój euforii, dlatego
natychmiast po premierze kupiłam tę powieść. Obietnice złożone przez wydawnictwo zostały w dużej części
spełnione, ale moje oczekiwania nie do końca.
Przede wszystkim wbrew temu, co buńczucznie twierdzi na
skrzydełku obwoluty Amanda Craig z The Times, ja nie pokochałam głównego bohatera
powieści, Dodgera. Niestety nie jest w moim typie. Doceniam jego spryt i determinację, dzięki którym jak nasz
Nikodem Dyzma zrobił błyskotliwą karierę. Z nicponia i złodziejaszka, spędzającego większość czasu w londyńskich kanałach na poszukiwaniu
kosztowności wśród szlamu, ścieków i ekskrementów, przeistacza się na naszych
oczach w szanowanego obywatela, którego przyjmuje na prywatnej audiencji
sama królowa.
Podoba mi się to, że Dodger zręcznie pokonał przeciwności losu, których nie szczędził mu autor. Na przykład obserwujemy go kilkakrotnie w czasie walki wręcz i każda z nich kończy się tym, że nasz bohater profilaktycznie kopie leżącego przeciwnika. Naliczyłam trzy takie sceny. Wiem, że to były bardzo trudne czasy, ale według mnie Dodger nie zawsze wychodzi z twarzą, wbrew opinii wydawcy na okładce.
Podoba mi się to, że Dodger zręcznie pokonał przeciwności losu, których nie szczędził mu autor. Na przykład obserwujemy go kilkakrotnie w czasie walki wręcz i każda z nich kończy się tym, że nasz bohater profilaktycznie kopie leżącego przeciwnika. Naliczyłam trzy takie sceny. Wiem, że to były bardzo trudne czasy, ale według mnie Dodger nie zawsze wychodzi z twarzą, wbrew opinii wydawcy na okładce.
Obfitująca
w sensacyjne przygody fabuła nie jest jedyną atrakcją. Najnowsza
książka Pratchetta to również hołd złożony Dickensowi.
Powieść ukazała się w ubiegłym roku i ładnie wpisała się w jubileuszowe
obchody. „Spryciarz
z Londynu” to
pastisz dzieł autora „Klubu Pickwicka”. Ich miłośnicy znajdą sporo
nawiązań i
ukłonów w stronę Dickensa, który zresztą jest jednym z najważniejszych
bohaterów powieści. Pan Karol wyróżnia się spostrzegawczością i
przenikliwością: „znał życie i trudno było zasłonić
przed nim swoje myśli flanelą miękkich słów”[1], a poza tym miał
„bystry, ostry umysł, ostry
jak brzytwa, jak wężowe kły”[2]. Jego walorów intelektualnych bynajmniej
nie kwestionuję, ale w świetle różnych biograficznych ciekawostek
zastanawiam się, czy prywatnie Dickens
rzeczywiście był aż tak sympatyczną osobą, jak wynikałoby z książki Pratchetta?
W nitki fabuły „Spryciarza z Londynu” wplątani są inni znani
ludzie na przykład Henry Mayhew (jemu autor zadedykował powieść), królowa
Wiktoria, książę Albert, który spoglądał na Dodgera „jak człowiek, który właśnie
znalazł dorsza w swojej piżamie”[3], Benjamin Disraeli, Angela
Bourdett-Coutts, George Cayley, Charles Babbage, Robert Peel, a nawet Karol Marks
w wieku młodzieńczym.
Czytelników, którzy cenią twórczość Pratchetta, nie zdziwi spory ładunek humoru, choć jak na mój gust mogłoby go być jeszcze więcej. W powieści dominują sensacje i tajemnice, nawet prawdziwe imiona głównych bohaterów poznajemy dopiero pod koniec lektury. Ciekawość czytelnika rozgrzewają do czerwoności zabawne tytuły rozdziałów w formie dowcipnych streszczeń, na modłę literatury dziewiętnastowiecznej, na przykład „Latarnik jest zaskoczony, staruszka znika, a Dodger o niczym nie wie, niczego nie słyszał i – naturalnie – w ogóle go nie było”.
Czytelników, którzy cenią twórczość Pratchetta, nie zdziwi spory ładunek humoru, choć jak na mój gust mogłoby go być jeszcze więcej. W powieści dominują sensacje i tajemnice, nawet prawdziwe imiona głównych bohaterów poznajemy dopiero pod koniec lektury. Ciekawość czytelnika rozgrzewają do czerwoności zabawne tytuły rozdziałów w formie dowcipnych streszczeń, na modłę literatury dziewiętnastowiecznej, na przykład „Latarnik jest zaskoczony, staruszka znika, a Dodger o niczym nie wie, niczego nie słyszał i – naturalnie – w ogóle go nie było”.
Jak zapowiada tytuł, istotną rolę w powieści odgrywa Londyn. Chciałabym zobaczyć minę tych czytelników, którzy wiktoriańską Anglię kojarzą głównie z bibelotami i potpourri. Miasto odmalowane przez Pratchetta buzuje od głodu i nędzy, a w dodatku jest naprawdę niebezpieczne. W posłowiu autor podkreśla, że atmosfera "Gangów Nowego Jorku" to sielanka w porównaniu z tym, co w dziewiętnastym wieku działo się nad Tamizą. A nad tym wszystkim unosił się straszliwy fetor, z którym próbowano walczyć za pomocą lawendy.
Pratchett
wyjaśnia, że jednym z jego najważniejszych celów
było obudzenie w czytelniku zainteresowania dziewiętnastym wiekiem. W
moim przypadku misja została uwieńczona sukcesem, ale szczególnie trudna
nie była, bo epoka wiktoriańska interesuje
mnie od niepamiętnych czasów. „Spryciarz z Londynu” zdecydowanie zachęca
do
lektury książek Dickensa! Cieszę się, że kilka jego powieści w
charakterystycznych płóciennych wdziankach koloru granatowego jeszcze
przede
mną.
Nie zazdroszczę tłumaczowi – każdy jego ruch był na pewno uważnie obserwowany przez fanów Pratchetta, rozpieszczonych przez translatorski talent Piotra W. Cholewy. Wszystko wskazuje na to, że Maciej Szymański może spać spokojnie. Tradycyjnie nie podobała mi się tylko niekonsekwencja w tłumaczeniu imion i przydomków. W przypisie na stronie 12 tłumacz przekonywająco wyjaśnił, dlaczego zdecydował się nie przełożyć na polski „Dodgera”. Poważne potraktowanie czytelników zrobiło na mnie dobre wrażenie.
Mimo wyraźnych wysiłków autora, żeby uatrakcyjnić „Spryciarza z Londynu”, powieść chwilami chwieje się w posadach. Prawdopodobieństwo kilku sytuacji oceniam jako wątpliwe, a udział paru autentycznych postaci w opisywanych wydarzeniach sprawia wrażenie dodatku na siłę. Portrety psychologiczne bohaterów wydały mi się dość płaskie. Jako żart literacki z wiktoriańskim tłem „Spryciarz z Londynu” spisał się na medal, choć szczerze mówiąc subtelniejsze "Nie licząc psa" Connie Willis podobało mi się bardziej. Jako powieść przygodowa budzi moje wątpliwości, co na pewno i tak nie zrazi miłośników Świata Dysku, choć tym razem jedynym ukłonem w stronę fanów literatury fantasy jest często wspominana bogini Cloacina, „dama szczurów”. Książka już trafiła na listy bestsellerów, a jej zakończenie wyraźnie zapowiada, że możemy spodziewać się ciągu dalszego.
___________
[1] Terry Pratchett, Spryciarz z Londynu, tłum. Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis, 2013, s. 15.
[2] Tamże, s. 48.
[3] Tamże, s. 397.
[4] Tamże, s. 411.
Moja ocena: 4
Nie zazdroszczę tłumaczowi – każdy jego ruch był na pewno uważnie obserwowany przez fanów Pratchetta, rozpieszczonych przez translatorski talent Piotra W. Cholewy. Wszystko wskazuje na to, że Maciej Szymański może spać spokojnie. Tradycyjnie nie podobała mi się tylko niekonsekwencja w tłumaczeniu imion i przydomków. W przypisie na stronie 12 tłumacz przekonywająco wyjaśnił, dlaczego zdecydował się nie przełożyć na polski „Dodgera”. Poważne potraktowanie czytelników zrobiło na mnie dobre wrażenie.
„Spryciarz z Londynu”
został wydany bardzo starannie, na pierwszy rzut oka wręcz ekskluzywnie.
Podobają mi się ilustracje Paula Kidby’ego, świetnie współgrające z
dowcipnym tekstem. Uprzedzam jednak, że złote
litery na grzbiecie książki ścierają się zdumiewająco łatwo, wystarczy
potrzeć palcem. Cóż, może trafił mi się pechowy egzemplarz. Mam nadzieję, że
wartość literacka dzieła okaże się trwalsza. Zdziwiło mnie również to,
że w tytule zakończenia jest mowa o
jakimś słowniczku, którego próżno szukać w polskim wydaniu. Zastanawia
mnie też uwaga Pratchetta w posłowiu, że licząca 412 stron książka jest
„bardzo krótka” [4].
Mimo wyraźnych wysiłków autora, żeby uatrakcyjnić „Spryciarza z Londynu”, powieść chwilami chwieje się w posadach. Prawdopodobieństwo kilku sytuacji oceniam jako wątpliwe, a udział paru autentycznych postaci w opisywanych wydarzeniach sprawia wrażenie dodatku na siłę. Portrety psychologiczne bohaterów wydały mi się dość płaskie. Jako żart literacki z wiktoriańskim tłem „Spryciarz z Londynu” spisał się na medal, choć szczerze mówiąc subtelniejsze "Nie licząc psa" Connie Willis podobało mi się bardziej. Jako powieść przygodowa budzi moje wątpliwości, co na pewno i tak nie zrazi miłośników Świata Dysku, choć tym razem jedynym ukłonem w stronę fanów literatury fantasy jest często wspominana bogini Cloacina, „dama szczurów”. Książka już trafiła na listy bestsellerów, a jej zakończenie wyraźnie zapowiada, że możemy spodziewać się ciągu dalszego.
___________
[1] Terry Pratchett, Spryciarz z Londynu, tłum. Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis, 2013, s. 15.
[2] Tamże, s. 48.
[3] Tamże, s. 397.
[4] Tamże, s. 411.
Moja ocena: 4
![]() |
| Terry Pratchett [Źródło] |



