21 sierpnia 2013

Wakacje z ciabcią (Marcin Szczygielski, "Czarownica piętro niżej")

Wakacje z ciabcią
Nic na to nie poradzę – od niepamiętnych czasów mam sentyment do baśniowych wiedźm. Owszem, cieszyłam się, kiedy Jaś i Małgosia bezpiecznie wrócili do domu, ale jednocześnie było mi dziwnie żal Baby Jagi. A „Malutka czarownica” Otfrieda Preusslera to jedno z czytelniczych objawień mojego dzieciństwa. Do źródeł niepokojącej fascynacji nigdy nie udało mi się dotrzeć. Może najwyższa pora, żeby zapoznać się z tym poradnikiem?

Nietrudno zgadnąć, że już tytuł książki Marcina Szczygielskiego, „Czarownica piętro niżej”, natychmiast wywołał falę miłych skojarzeń. Jestem wdzięczna Zacofanemu w lekturze, bo to dzięki niemu zainteresowałam się tym autorem i jego powieściami dla dzieci. Zaskoczyło mnie to, że na okładce w krótkiej nocie biograficznej pisarza zupełnie pominięto jego książki dla dorosłych czytelników. Może uznano je za wysoce szkodliwe dla pacholąt?

„Czarownicę piętro niżej” przeczytałam z dziką przyjemnością. Szczygielski oszczędnymi środkami potrafił stworzyć atmosferę napięcia i tajemnicy, która udziela się również dorosłemu czytelnikowi. W każdym razie ja z zapałem pochłaniałam kolejne strony. Podobały mi się zabawne dialogi i nieprzewidywalna wyobraźnia autora.

Ucieszyła mnie też bezpardonowa wojna wypowiedziana bezmyślnemu przesiadywaniu przed telewizorem, która przewija się wielokrotnie w formie mniej lub bardziej wyraźnych aluzji. Jest również sarkastyczna parodia telenoweli i programu porannego. Rzeczona kampania adresowana jest nie tylko do dzieci. Telewizor w domu Mai włączony jest nieustannie, a wspólne wielogodzinne oglądanie seriali z mamą to rodzinna tradycja. 

Bardzo odpowiada mi poczucie humoru Szczygielskiego, choć kilka razy odniosłam wrażenie, że leciutko przedobrzył: na przykład rozmowy kota i wiewiórki chwilami przypominają kabaretowe skecze. Natomiast moje serce podbiła główna bohaterka. Bez dwóch zdań. Oto Maja:


Wrażliwa, często osowiała, trochę zagubiona. Choć nigdy o tym nie mówi wprost, nie wszystko w jej pozornie poukładanym życiu jest w porządku. Mama i tato są ciągle zapracowani, a w dodatku rodzina właśnie się powiększyła. Bystrej dziewięciolatce daleko do ideału. Zdarzają jej się chwile słabości, które wywołują kaskadę nieprzewidzianych zdarzeń.

Ostatnio w literaturze dla dzieci nastała moda na energiczne, pewne siebie dziewczynki. Sprytem i bystrością przerastają chłopców - na ich oczach mali mężczyźni ponoszą sromotne klęski w różnych dziedzinach. Taka właśnie jest Maja. Wredny Mareczek po prostu nie miał z nią żadnych szans.

Doskonale udała się Szczygielskiemu również ciabcia, czyli cioteczna prababka dziewczynki. Pozornie zwyczajna staruszka ma sekrety, o jakich Wam się nawet nie śniło! W erze tak zwanego kultu młodości rzadko pojawiają się przekonywające, nieprzerysowane portrety literackie starszych pań. Ciabcia jest zupełnie inna. W oczach Mai dyskwalifikuje ją to, że woli książki niż techniczne nowinki. Jednak zdegustowaną prawnuczkę czekają niespodzianki. Kot ciabci stwierdza, że „nie zawsze należy wierzyć w to, co się widzi”[1] i dalibóg ma rację!

Najpierw Maja jest załamana perspektywą wyjazdu na wakacje do mieszkającej na peryferiach Szczecina ciabci. Bez internetu?! Bez kolorowego telewizora?! Bez ulubionych seriali?! Jednak wkrótce dziewczynka przekonuje się o tym, że takie życie jest nie tylko możliwe, ale okazuje się prostsze, ciekawsze i szczęśliwsze. A przede wszystkim pozwala samodzielnie patrzeć, słuchać i czuć. Kolejne odkrycie: kosztowne wojaże i luksusowe ośrodki wypoczynkowe to wcale nie są warunki konieczne, by wspaniale spędzić lato. Skromne mieszkanko ciabci, sąsiedzi i okolice mają do zaoferowania prawdziwe cuda.

Choć przygody Majki sprawiły mi dużo radości, miałam wrażenie, że końcówka książki została napisana w pośpiechu. Albo może rozmach powieści zaskoczył samego autora i trzeba się było streszczać? Na szczęście świetna ostatnia scena wynagrodziła mi zniecierpliwienie. Wyraźnie sugeruje, że opowieść będzie kontynuowana i to jest wspaniała wiadomość!

Podobnie jak w przypadku „Uroczyska” Meloya zastanawiam się, czy pokaźna objętość powieści (306 stron) nie zdeprymuje dzieci ośmio-dziesięcioletnich, a to chyba idealni czytelnicy tej książki. Decyzji rodziców pozostawiam, czy to jest dobry wiek na zgłębianie teorii ciał astralnych i seansów spirytystycznych. Seansom wróżę największe powodzenie. Podejrzewam, że gdybym przeczytała „Czarownicę piętro niżej” będąc w wieku Mai, doszłoby do uporczywych eksperymentów w tej dziedzinie z udziałem podwórkowej bandy, której - nie chwaląc się - byłam hersztem.

Na koniec rzęsiste brawa dla ilustratorki. Wydaje mi się, że niełatwo jest połączyć sensację i tajemniczość z komizmem, a to Magdzie Wosik udało się bezbłędnie. Oszczędne, lekko depresyjne, intrygujące rysunki na długo zapadają w pamięć. I jeszcze doskonały pomysł z komiksowymi streszczeniami. Przed początkiem każdego rozdziału jest obrazkowe podsumowanie poprzedniego. Można sobie  przypomnieć to, co już było, natomiast dla czytelniczych niejadków to przekonywająca zachęta do lektury. A wygląda to tak:


____
[1] Marcin Szczygielski, Czarownica piętro niżej, Wydawnictwo Bajka, 2013, s. 236.

Moja ocena: 5-
Marcin Szczygielski

19 sierpnia 2013

Sweterek lekko rozpruty (Mary Wesley, "Rozsądne życie")

Sweterek lekko rozpruty
Podręcznik hodowcy gołębi i drobiu egzotycznego? Vademecum ornitologa? A może antyporadnik typograficzny? Bynajmniej! Rozsądne życie to falująca erotyzmem powieść psychologiczno-obyczajowa.

Czasem mam wrażenie, że wydawcy zapraszają nas do zabawy: na okładce umieszczają losowo wybraną fotografię, a czytelnik robi dobrą minę do złej gry, bo głupio mu się przyznać, że nie widzi związku między grafiką a treścią książki. Co za oszczędność czasu i pieniędzy, no i wartość dodana w postaci nimbu tajemniczości. Ja bezwstydnie oświadczam, że mimo usilnych prób nie zdołałam rozwikłać Tajemnicy Maszerującego Gołębia. Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś wyłuszczył mi symboliczne znaczenie tej odstręczającej, rozmytoburej okładki.

Mimo rozpaczliwych starań wydawnictwa Prószyński i S-ka, by stłumić w zarodku ewentualne zainteresowanie książką Wesley, z entuzjazmem zasiadłam do czytania. Spodziewałam się porządnie napisanej, tradycyjnej angielskiej powieści retro. O, święta naiwności! Nazwa serii, w której wydano powieść Wesley, Biblioteczka Konesera, teraz nabiera dla mnie perwersyjnie ironicznego posmaku. 

Początek jest obiecujący. Mój humor stopniowo kwaśniał w miarę pojawiania się kolejnych niezwykłych zbiegów okoliczności. Prym wiodą przypadkowe spotkania. Poza tym książkę, która nie wymaga od czytelnika właściwie nic oprócz posłusznego przeżucia 447 stron, czytałam z trudem i mozołem. Tak już ze mną jest - najpierw żuję, a potem żałuję. Przede wszystkim straconego czasu, bo świat stworzony przez Mary Wesley wydał mi się płaski jak stolnica, a bohaterowie przypominali wycięte kilkoma foremkami niestrawne ciasteczka. Choć akcja powieści obejmuje czterdzieści lat, nie zdołałam wykrzesać z siebie ani odrobiny sympatii dla Flory, Cosmy, Huberta, Feliksa oraz ich najbliższych.

Oto cierpki morał opowieści Mary Wesley: lepiej nie zakochiwać się w trzech osobach jednocześnie.  Tę sentencję proponuję potraktować jak papierek lakmusowy: książkę polecam tylko osobom, które właśnie zamarły, porażone odkrywczością tego stwierdzenia. W Rozsądnym życiu znajdziemy też kilka pomniejszych „życiowych mądrości”, na przykład: „Nie ma lepszej metody na utracenie dobrej przyjaciółki jak się z nią ożenić”[1], które polecam Waszej uwadze.

Wbrew nobliwemu tytułowi atmosfera powieści jest tak rozerotyzowana, że chwilami ociera się o groteskę. Prawdziwe kuriozum to rodzice Flory, uzależnieni od siebie seksoholicy, którzy przez kilkadziesiąt lat nienawidzą córki za to, że przeszkadza im w amorach. Nawet dziesięcioletnia dziewczynka wywołuje miłosne apetyty. W książce dotkliwie zabrakło mi lekkości, finezji, dystansu, poczucia humoru. Cóż, wygląda na to, że Rozsądne życie powinna była napisać Colette.

Pikanterii temu wszystkiemu dodaje fakt, że Mary Wesley opublikowała Rozsądne życie w wieku 78 lat. Tak, tak, to nie pomyłka. W roli powieściopisarki debiutowała jako siedemdziesięciolatka, co jest krzepiącym dowodem na to, że nigdy nie jest za późno, żeby realizować swoje pasje.

Niestety, wiedza historyczna autorki zrobiła na mnie wrażenie raczej powierzchownej, zwłaszcza fragmenty o madame Tarasowej i rewolucji w Rosji. Natomiast przyjemnie czytało się opisy surowych bretońskich krajobrazów i plaż. Podobały mi się też fragmenty przepojone gorzką tęsknotą za tym, co przeminęło. Niestety, na tym koniec.

Flora Trevelyan, główna bohaterka Rozsądnego życia, w pewnym momencie poczuła się tak, „jakby wydziergała na drutach gigantyczny sweter, który pruje się teraz na jej oczach”[2]. Obawiam się, że podobne wrażenie miała Mary Wesley po napisaniu ostatniego zdania swojej powieści.

______________
[1] Mary Wesley, Rozsądne życie, tłum. Małgorzata Wyrzykowska, Prószyński i S-ka, 1996, s. 436.
[2] Tamże, s. 378.
Moja ocena: 3

Mary Wesley.

17 sierpnia 2013

Pszczółka i spółka (Ewa Złotowska, "Największe miłości świata")

Bardzo Was przepraszam za kilkutygodniowe zniknięcie. Niestety nie potrafię pisać, kiedy w świecie pozablogowym dzieje się nie najlepiej. Potem oczywiście była tradycyjna wyprawa na Roztocze. Aż dwa tygodnie słodkiego leniuchowania i wspaniała czytelnicza rozpusta. W sierpniu zapowiadał się jeszcze jeden wyjazd, tym razem do Włoch, ale skończyło się na planach. Trudno, może w przyszłym roku...
Po raz kolejny z całego serca dziękuję Wam za cierpliwość, pamięć, ciepłą życzliwość i zaglądanie do Lektur Lirael, choć od dawna nie pojawiło się tu nic nowego. 
Liczba przeczytanych przeze mnie książek, wytrwale czekających na wzmiankę na blogu, to w tej chwili mistyczne 44, tak więc natychmiast zaczynam nadrabiać zaległości. :)

Pszczółka i spółka
O książce Ewy Złotowskiej dowiedziałam się dzięki Paren, która nie tylko mi ją poleciła, ale również pożyczyła, za co serdecznie dziękuję. Dotąd autorkę kojarzyłam przede wszystkim z głosikiem rezolutnej Pszczółki Mai i niezapomnianą Pippi Langstrumpf. Nigdy wcześniej nie słyszałam o Największych miłościach świata, a okazało się, że przeczytany przeze mnie egzemplarz to już drugie wydanie.

Dedykacja właściwie streszcza całość: „Książeczkę tę poświęcam pamięci wszystkich braci mniejszych, którzy nie zawsze potrafią mówić, ale zawsze potrafią kochać”[1]. Największe miłości świata to pisane sercem wspomnienia autorki. Najważniejszą rolę odgrywają w nich portrety zwierząt. Feluś, Pompon, Sara, Jagusia, Wasyl, Gracja, Klara i inni zostali opisani z tkliwością, bardzo emocjonalnie, ale jednocześnie bez słodkiego ciumkania, typowego dla rozmów o pupilach. W każdym razie ja chyba czasem ciumkam.

Autorka jest osobą dowcipną i uczuciową, co zdecydowanie wyszło książce na dobre. Bohaterowie opowieści to nie tylko jej koty i psy. Piękna jest na przykład historia papużki Balbinki, która umarła z miłości. Ciekawym pomysłem okazały się dialogi ze zwierzętami, trochę w duchu Colette. Książka robi wrażenie bardzo szczerej. Złotowska bez minoderii wspomina o najważniejszych wydarzeniach w swoim życiu, nie unikając trudnych tematów.

W braciach mniejszych autorka ceni przede wszystkim życiową mądrość, prostolinijność i szczerość. Duże wrażenie zrobiły na mnie fragmenty poświęcone bezmyślnemu okrucieństwu ludzi wobec zwierząt. Przyznam, że po prostu rozpłakałam się czytając o tym, jak sąsiedzi zmasakrowali kota pani Ewy. 

Wątpię, czy psychopatyczni sadyści sięgają po takie ciepłe książki jak wspomnienia Złotowskiej, a szkoda, bo walory wychowawcze Największych miłości świata dają się zauważyć natychmiast. Warto wspomnieć, że autorka nie tylko pisze o zwierzętach, również pomaga czworonogom w potrzebie. 

Sympatycznym dodatkiem do ładnie wydanej książki są zdjęcia z domowego archiwum, które pozwalają poznać pupilków aktorki niemal osobiście. Natomiast niemiło wspominam literówki. Nie podobała mi się też dygresja na temat wychowania dzieci z pochwałą  klapsów: 
„A może dobrze jest czasem po prostu spuścić lanie?!!!” [2]
„To wprost niesamowite jak taka przeprana pupa ustawia rozumek na miejsce.” [3]
Nie wątpię, że intencje były dobre, że autorka tylko zżyma się na tak zwane bezstresowe wychowanie w wersji karykaturalnej, ale po raz kolejny wyrażę wątpliwość, czy w kraju, w którym pobite dzieci to stały wątek dzienników telewizyjnych, publiczne głoszenie takich teorii przez znaną i lubianą osobę jest dobrym pomysłem.

P.S.
Na muzycznym blogu Paren znajdziecie fragment książki Ewy Złotowskiej. A tutaj wywiad z autorką, o kotach i nie tylko.
___________________
[1] Ewa Złotowska, Największe miłości świata, Vizja Press&IT, 2010, s. 188.
[2] Tamże, s. 86. 
[3] Tamże, s. 87. 

Moja ocena: 4,5
Ewa Złotowska.