4 listopada 2012

Niesielsko i nieanielsko (Edith Nesbit, „Dawno temu gdy byłam mała”)


Niesielsko i nieanielsko
W dzieciństwie lubiłam książki Edith Nesbit. Urzekał mnie ich tajemniczy nastrój, cierpki humor i to, że pozornie poukładany świat znienacka okazywał się nieprzewidywalny.  Doskwierał mi chłód tych opowieści, ale odkąd trochę poczytałam o życiu autorki, już mnie nie dziwi. Trudno pisać milusie historyjki, kiedy przez kilkanaście lat mieszka się pod jednym dachem z mężem i nową wybranką jego serca, którą trzeba było zatrudnić w charakterze gospodyni, bo małżonek szantażował groźbą ulotnienia się w nieznane z rzeczoną panią. 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o książce „Dawno temu, gdy byłam mała” Nesbit.  Na niepozorny tom wspomnień pisarki natknęłam się przypadkiem. Dobrze się stało, bo to zapomniane cacko stanowczo zasługuje na odkurzenie. 

Edith zapamiętała świat dzieciństwa wszystkimi zmysłami. Oprócz odprysków tamtej rzeczywistości, odtwarzanych z fotograficzną wręcz precyzją, a jednocześnie budzących bardzo silne emocje, jak na przykład miedniczka malowana w wierzbowe liście, autorka wspomina smak tortu migdałowego przekładanego plasterkami pomarańczy i oblanego chrupkim karmelem. Cudowny zapach spiżarni, w którym mieszały się wonie marynat, cytrusów, herbaty i konfitur. Miękkość jasnoniebieskich rękawiczek z koźlęcej skórki.

Przeszłość obecna jest nie tylko we wspomnieniach, ale również w przedmiotach otaczających dorosłą już, trzydziestoośmioletnią Edith. Chociażby w kuferku, który kiedyś służył do przechowywania ubranek dla lalek, a teraz wypełniają go „stare listy, zasuszony bukiecik fiołków i kilka innych, bezwartościowych drobiazgów, na które rzadko kiedy mam odwagę spojrzeć”[1].

W „Dawno temu gdy byłam mała” podobał mi się realistyczny obraz dzieci, które nie zostały przedstawione jako wyidealizowane wzory do naśladowania. Nesbit nie boi się mówić nawet o ich okrucieństwie. Scena, w której dziewczynka zwana Szkocką Kratą, złośliwie wygina cynowy serwis dla lalek należący do Daisy, robi ponure wrażenie. Wobec siebie też autorka też nie stosuje taryfy ulgowej, choćby opowiadając o tym, jak ze złości wepchnęła koleżankę do balii.

W czasach, gdy bardzo trendy jest zabieranie małych dzieci na egzotyczne wyprawy, zadziwia fragment o tym, że one wcale nadmiarem wojaży nie są zachwycone:
myślę,  że dzieci w ogóle nic lubią zbyt wiele podróżować, gdyż ogromna część ich życia składa się z dobrze znanych miejsc do zabawy i dobrze znanych przedmiotów. Nie­wiele jest w nim miejsca na historyczne i arty­styczne odczucia, które dodają podróżom barwy i przyjemności”.[2]
Życie małej Edith było pasmem przeprowadzek i ten brak stabilizacji wyraźnie ją unieszczęśliwiał. Wychowywała się właściwie bez rodziców i dorosły czytelnik natychmiast znajdzie analogię między tym a lękami i brakiem pewności siebie dziewczynki. Właśnie, dorosły czytelnik. Obawiam się, że to nie jest książka, która sprawi radość kilkulatkom. Co zresztą sugeruje zaskakująco depresyjna okładka. Mimo licznych zachwytów nad epoką wiktoriańską, również moich, trzeba przyznać, że wtedy dzieciństwo było dość posępnym doświadczeniem. Edith na zawsze zapamiętała „śmiertelną ciszę i ścinające krew w żyłach strachy długich, ciemnych nocy, kiedy byłam mała, samotna i tak straszliwie się bałam”.[3] 

Autorka dzieli się nie tylko wspomnieniami, ale również przemyśleniami na temat wychowania. Na przykład wielokrotnie podkreśla zbawienny wpływ przyrody na rozwój dziecka:
Oby wszystkim dzie­ciom dane było mieszkać na wsi, gdzie mogłyby wchłaniać świadomie czy nieświadomie najmilsze rozkosze zielonych łąk i kolorowych lasów! Cu­downość rosnącej zieleni, łagodne piękno wieczor­nego światła padającego na szare pastwiska, całą wspaniałość południowego słońca ogrzewającego łąki złote od jaskrów, szkarłat i złoto jesiennych zagajników!” [4]
„Dawno temu gdy byłam mała” wydało mi się książką trochę chaotyczną, co drażniło mnie w czasie czytania. Po raz pierwszy opublikowano ją w odcinkach w czasopiśmie dla dziewcząt w październiku 1896 roku. Może dlatego każdy rozdział jest oddzielną gawędą, miejsca i osoby pojawiają się i znikają, a autorka jest na bakier z chronologią. Zabrakło krytycznej redakcji. Natomiast polskie wydawnictwo spisało się na medal. Walory nostalgicznej opowieści podkreśla przekład Ireny Tuwim, a blasku dodają jej wdzięczne ilustracje Bożeny Truchanowskiej.
______
[1] Edith Nesbit, „Dawno temu gdy byłam mała”, tłum. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia, 1969, s. 25.
[2] Tamże, s. 41.
[3] Tamże, s. 31.
[4] Tamże, s. 108.

Moja ocena: 4

Edith Nesbit.

62 komentarze:

  1. Czy wiesz, że ja chyba w dzieciństwie nie czytałam żadnej książki Nesbit? Sprawdziłam nawet teraz w katalogu mojej biblioteki - całkiem tam sporo pozycji jej autorstwa, ale żaden tytuł nie wywołuje u mnie choćby cienia skojarzenia.
    Pięknie piszesz o tym, co i jak autorka zapamiętała z dzieciństwa. Wydaje mi się, że to takie właśnie najbardziej ulotne, "zmysłowe" wspomnienia są najcenniejsze i - paradoksalnie - najtrwalsze.
    Pracuję nad tym, aby wspomnienia moich dzieci były jak najmilsze i najcudowniej pachnące, ale jak będzie? Jak już je spiszą i wydadzą, to oby choć okładkę wybrali przyjemniejszą!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo polecam książki Nesbit. Myślę, że Twój Starszy jest w idealnym wieku.
      Ja planuję powtórkę, jeśli się uda, to po angielsku. Mam też chrapkę na jakieś jej książki dla dorosłych. Poezję, po małej próbce zamieszczonej w „Dawno temu gdy byłam mała” chyba sobie odpuszczę. :P
      Książka jest bardzo urokliwa, zastanawiam się, na ile to zasługa autorki, a na ile tłumaczki. :)
      W sumie to dziwne, bo wydawałoby się, że na przykład smaki i zapachy są takie ulotne, a tak jak piszesz, właśnie je pamięta się najlepiej i potem przez całe lata się ich szuka. I nie znajduje: vide chleb pieczony przez moją babcię.
      Jestem dziwnie spokojna o wspomnienia Twoich dzieci, na pewno będą piękne.
      Negocjacje na temat okładki proponuję już rozpocząć, z odrazą wskazując negatywne przykłady. :) Ta mi wręcz wygląda na niedokończoną.

      Usuń
  2. Jeśli wszystkie ilustracje są takie, jak tu zaprezentowana to mnie się one bardzo podobają. Nie wiem, czy małe dzieci nie lubią podróżować, to pewnie zależy od osobowości, charakteru, jeśli autorka miała trudne dzieciństwo i brakowało jej stałości, jakiegoś punktu odniesienia, to zapewne podróże wywoływały przestrach, a może i przerażenie. Dzieci, które żyją w uporządkowanym świecie z moich obserwacji lubią podróżować. Piszę o sobie, dzieciach moich znajomych, o swoich siostrzeńcach. Widzę, ile radości sprawiają im przygotowania do podróży, ile potem o nich opowiadają, jak się cieszą na każdy wyjazd, traktują je, jak wspaniałą przygodę. Inna sprawa na ile zapamiętują te podróże :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie wszystkie ilustracje są ładne, miałam kłopoty z wyborem tej naj. :)
      Podobnie jak Ty mam wrażenie, że niechęć do podróży wiązała się z niechęcią do zmian w ogóle i z sytuacją rodzinną. Kiedy Edith miała 4 lata, zmarł jej ojciec i to też na pewno wpłynęło na jej ogląd świata. Inna sprawa, to zdecydowanie mniej komfortowe wojaże i bardziej czasochłonne niż za naszych czasów.
      Wszystkie znajome dzieci wręcz uwielbiają podróże, więc ten fragment bardzo mnie zaskoczył.

      Usuń
  3. Czytałem Railway Children, ona jest dość gorzka właśnie i to jest chyba moja ulubiona książka Nesbit, bo wszystkie części Pięciorga dzieci są bardziej dziecinne. Czarodziejskie miasto też było znakomite, ale od wieków tej książki nie widziałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzka i przejmująca, chociaż chwilami naprawdę zabawna. Wydaje mi się, że ona w ogóle u nas nie jest szczególnie popularna. W sumie to dziwne, bo angielska literatura dla dzieci była w Polsce zawsze hołubiona.

      Usuń
  4. Mam wrażenie, że Railway Children nie załapały się na tłumaczenie Ireny Tuwim i zostały wydane po polsku bardzo późno. Być może były politycznie niepoprawne, bo jest tam jakiś rosyjski uchodźca, chociaż miałem wrażenie, że zaangażowany lewicowo. A w latach 90. zginęła w masie książek. Tytuł był beznadziejnie dosłowny, bo "Kolejowe dzieci". Późniejsze wydanie też nie poraża tytułem "Przygoda przyjeżdża pociągiem" czy jakoś tak. Natomiast Dywany, Feniksy i Amulety miały masę wznowień i chyba jednak były dość znane.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Przygoda przyjeżdża pociągiem" brzmi raczej jak tytuł kryminału. :) Ale "Kolejowe dzieci" też dziwne. Znalazłam jeszcze jedno tłumaczenie "Pociągi jadą do taty"(Skrzat, 2003).
    Tłumaczyła rzeczywiście nie Irena Tuwim, tylko Wanda Zimnicka (wyd. Alfy) i Agnieszka Zięba (wyd. Skrzata).
    Edycji rzeczywiście było sporo. Bardzo lubię te z ilustracjami Orłowskiej-Gabryś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pociągi jadą do taty to bardzo pomysłowy przekład, ale tej wersji nie znam. Chyba wszystkie Nesbit ilustrowała Orłowska-Gabryś, znakomicie zresztą. Powtórzyłbym sobie Czarodziejskie miasto, bo miło wspominam.

      Usuń
    2. Ja też właśnie się o niej dowiedziałam, to wydanie z 2003 r. Widziałam też inne ilustracje, ale OG bezkonkurencyjna. Ja chętnie powtórzyłabym sobie wszystko, tylko tym razem w wersji oryginalnej.

      Usuń
    3. W razie czego mam te Kolejowe dzieci w oryginale:)

      Usuń
    4. Wielkie dzięki! Będę pokornie suplikować, jak rozpocznę "Projekt Nesbit". :)
      Swoją drogą ciekawe byłoby porównanie wszystkich polskich przekładów.

      Usuń
    5. Ten, który czytałem, był dość toporny, dosłowny.

      Usuń
    6. To może częściowo wyjaśnia, dlaczego niektóre książki Nesbit całkowicie zapomniano. :(
      Czy Tobie też Zgredek z HP trochę kojarzył się z Piaskoludkiem?

      Usuń
    7. Ja mam organiczną wadę i rzadko mi się jeden bohater kojarzy z innym, chyba że autor nawet się nie stara o zamaskowanie podobieństw:) Poza tym nie kojarzył mi się, bo chyba o nim nie pamiętałem w ogóle:)

      Usuń
    8. Nie powiedziałabym, że to wada. Raczej zaleta. mnie takie namolne skojarzenia często zakłócają przyjemność czytania. :)

      Usuń
    9. Wada o tyle, że nie umiem na zawołanie powiedzieć: "jak lubisz bohatera w typie X, to przeczytaj to, to i jeszcze tamto" :)

      Usuń
    10. To jest dość ryzykowne. Od razu przypomniała mi się pani bibliotekarka z mojego liceum, która bardzo mi polecała "Na wschód od Edenu" jako książkę niezwykle podobną do "Przeminęło z wiatrem". Doprawdy, podobieństwo uderzające. :P Ale i tak byłam jej wdzięczna, bo książka Steinbecka zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

      Usuń
    11. Faktycznie, luźne skojarzenie:))

      Usuń
  6. A co byście polecili na dobry początek, bo postanowiłam pójść za ciosem i zaatakować starszego chłodną angielską prozą:P Myślałam o "Pięciorgu dzieciach...", ale to tak trochę po omacku.
    A "Pociągi jadą do taty" w wydaniu, które jest w mojej bibliotece są z jakimiś koszmarnymi ilustracjami (nie pani Orłowskiej-Gabryś), brr!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięcioro dzieci i "coś" to bardzo dobry wybór. Mam nadzieję, że Starszemu się spodoba, chociaż uprzedzam, że nie jest to książka, która wprowadza w zachwyt od pierwszych stron, ale cierpliwość się opłaci. :)
      Nie widziałam tej okładki wyd. Skrzata na żywo, ale rzeczywiście nie jest porywająca.

      Usuń
    2. "Coś" będzie bardzo w porządku:)

      Usuń
    3. Starszy po pierwszej części opowieści o Baltazarze Gąbce jest zahartowany. Mnie porwało gdzieś w okolicach 50 strony, a on dzielnie mnie przekonywał, że fajne i czytamy dalej:) Dzięki za podpowiedź, o wynikach doniosę, pewnie nie wcześniej niż w okolicach Nowego Roku, bo w dziecięcych lekturach taka sama klęska urodzaju jak w "dorosłych":(

      Usuń
    4. Z góry dzięki za sprawozdanie. :)
      Klęską urodzaju bym się nie martwiła, pogoda taka, że zapasy mogą się Wam wyczerpać błyskawicznie. :)

      Usuń
  7. Nesbit znam ze słuchowisk dla dzieci w radiowej Jedynce, stąd kojarzę "Czarodziejskie miasto", "Pięcioro..." też miałam okazję czytać, baaardzo dawno temu. Mgliście pamiętam, że mi się podobało.
    Pewnie kiedyś powrócę do tych książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchowiska musiały być cudne. Ja znam tylko wersje książkowe. Wydaje mi się, że warto do nich wrócić, bo przypuszczalnie tak jak "Dawno temu..." okażą się atrakcyjne nie tylko dla małych czytelników.

      Usuń
  8. Ja w dzieciństwie czytałam wspomnianych wyżej "Pięcioro dzieci i coś" i książka bardzo mi się podobała, a szczególnie piaskowy duszek (o ile mnie pamięć nie myli).
    Co do książek drukowanych w odcinkach zawsze jak je czytam (w tym moją ukochaną "Lalkę") to mam wrażenie pewnego rodzaju braku spójności. Oczywiście wynika to z wiadomych względów, ale jest wyczuwalne. Swoją drogą to musiała być ogromna frajda czytać książkę w gazecie, czekać na kolejną część, a dla autora nie lada wyzwanie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, trudno zapomnieć Piaskoludka. :)
      Na brak spójności, o którym piszesz, mogło też wpłynąć to, że autor nie mógł wrócić do wcześniej napisanych fragmentów i ich zmienić, gdy na przykład przyszedł mu do głowy ciekawszy pomysł. Fragmenty już ukazały się w gazecie i powrotu nie było. :)
      Rzeczywiście, przyjemność z czytania takiego serialu musiała być ogromna. Podobno kiedy drukowano w prasie powieści Dickensa, w portach amerykańskich gromadziły się tłumy, gdy miał przybyć kolejny odcinek. :) Wypytywano też marynarzy, którzy w czasie rejsu mogli przeczytać odcinek, o szczegóły i kiedyś wybuchła zbiorowa histeria wśród oczekujących w porcie, gdy okazało się, że pisarz "uśmiercił" jedną z ulubionych bohaterek.

      Usuń
  9. Czytałam Pięcioro dzieci i coś, Feniks i dywan lata świetlne temu, ale dzisiaj jakoś nie widziałam wznowień tych pozycji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalazłam nową edycję Zielonej Sowy, ale wydaje mi się o wiele brzydsza niż te starsze.

      Usuń
  10. Miękkość jasnoniebieskich rękawiczek z koźlęcej skórki. - jak to działa na wyobraźnię!:)
    Nesbit pamiętam tylko z "Pięciorga dzieci...", które miały ładną, acz smutnawą szatę graficzną. Z treści nic nie kojarzę, trzy dekady zrobiły swoje.
    Myślę, że w dorosłym życiu warto poczytać o autorach ulubionych lektur dziecięcych, to może wiele wyjaśniać (albo wręcz przeciwnie.;). Kiedyś oglądałam film o Enid Blyton (znam tylko z tv jej Noddy'ego) i okazało się, że była dość okropną osobą, także dla własnych dzieci. Osobowość zupełnie nieprzystająca do napisanych książek.;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam jest dużo takich sugestywnych opisów. Nesbit sporo miejsca poświęca też ogrodowi i te fragmenty są również urocze. Pisze: "Moja księga wspomnień leży otwarta zawsze na stronie, gdzie widnieją obrazy wiśniowych sadów Kentu" i to się czuje natychmiast.
      Uwielbiam czytać o autorach książek dla dzieci, choć czasem rzeczywiście można przeżyć niemiłą niespodziankę. Zdruzgotała mnie biografia Milne'a, z której wyraźnie wynika, że był osobą zimną i antypatyczną. Widzę, że Enid Blyton podobnie. Swoją drogą jestem zaskoczona, że coś u nas wydano. Zawsze się dziwiłam, że u nas o niej kompletna cisza, a wielokrotnie spotkałam się z opinią Brytyjczyków, że ktoś w dzieciństwie przepadał za jej książkami.

      Usuń
    2. Okazuje się, że książeczek (bo nie książek;) Blyton jest całkiem sporo.;)
      Rozdźwięk między klimatem książek dla dzieci a charakterem autora to z pewnością temat dla psychologów.;)

      Usuń
    3. Może kiedy ludzie z polskiego wydawnictwa zwrócili się do Enid z prośbą o zgodę na polski przekład, potraktowała ich opryskliwie i dlatego nasi mali czytelnicy nie mieli okazji poznać całej twórczości. :)
      Temat rozdźwięku bardzo ciekawy. Mam nadzieję, że biografia Tove Jansson nie będzie kolejnym przyczynkiem. :)

      Usuń
    4. Premiera bodajże 12 XI, więc wkrótce się przekonam.:)

      Usuń
  11. Hmmm... Gdy wspomniałaś, że lubiłaś jej książki w dzieciństwie, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego to nazwisko brzmi dla mnie tak znajomo...? Może też lubiłam jakąś jej książkę? Nie pamiętam, ale to bardzo możliwe, bo w dzieciństwie czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może gdzieś natknęłaś się na jej książki, jak byłaś mała? One były chyba wydawane w sporych nakładach. A może rzeczywiście czytałaś,ale książka nie zrobiła na Tobie większego wrażenia? Może kiedyś sięgniesz po jakąś powieść Nesbit i wspomnienia odżyją. :)

      Usuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje książki Nesbit niestety zniknęły w tajemniczych okolicznościach. Zupełnie nie wiem, co się z nimi stało. U rodziców są dwie półki wypchane po brzegi moimi ukochanymi książkami z dzieciństwa, a tych w ogóle nie mogę znaleźć. Może kiedyś pojawią się w najmniej spodziewanym miejscu.
      Ja też nigdy wcześniej nie słyszałam o "Dawno temu gdy byłam mała". To było sympatyczne odkrycie.
      Zastanawiałam się nad tym brakiem wznowień niektórych książek Nesbit i przypuszczam, że mogą być jakieś kłopoty z prawami autorskimi. Daremnie szukałam angielskiej wersji cyfrowej "Dawno temu gdy byłam mała", a teoretycznie to już powinna być domena publiczna.
      Niewielka popularność jej książek może też wynikać z braku atrakcyjnych i głośnych adaptacji filmowych. Ekranizacje zawsze wywołują szum wokół książek. Powieści Nesbit na pewno filmowano, ale chyba bez spektakularnych sukcesów.

      Usuń
  13. Nesbit to ulubiona pisarka mojego dzieciństwa, razem z Travers obudziła moje pierwsze brytyjskie sentymenty. Uwielbiałam historie "cosia", a na własność miałam zaczytany do cna Rod Ardenów, który pięknie uczył historii Anglii przy okazji podróży małych bohaterów w czasie. Nie bez znaczenia były dla mnie szczegółowe opisy strojów, w jakie dzieci się przebierały by udać się do odpowiedniej epoki ;). Bardzo cieszy mnie, że jest coś Nesbit dla dorosłych, na pewno rozpocznę polowanie na ten tytuł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cieszę się bardzo, że Ty też ją lubiłaś. :) Do wymienionych przez Ciebie nazwisk dorzuciłabym jeszcze Mary Norton. "Gałka od łóżka" to było dla mnie objawienie.
      "Rodu Ardenów" nie czytałam, a to, co piszesz brzmi bardzo, bardzo zachęcająco, więc koniecznie zdobędę. Tym bardziej, że w ogóle lubię książki o podróżach w czasie. A opisy strojów zachęcają tym bardziej. :)
      „Dawno temu gdy byłam mała” z założenia miało być książką dla dziewczynek, ale wydaje mi się, że starsi czytelnicy bardziej ją docenią.
      Nesbit pisała też książki dla dorosłych, głównie opowieści grozy, za którymi niestety nie przepadam, ale chyba zaryzykuję. :)

      Usuń
  14. Lirael: Galka od łóżka jak najbardziej, oczywiście, ze tak. Czytałam w dzieciństwie i tak zapamiętałm, że już jako całkiem dorosła osoba kupiłam tylko i wyłącznie dla siebie wznowione wydanie. No i jak szukałam łózka przy przeprowadzce, to koniecznie żeby było podobne do tego książkowego :). Powieści grozy też nie dla mnie ale wspomnienia lubię, wiec po Twoją ostatnią lekturę sięgnę na pewno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam "Gałkę..." nadgryzioną zębem czasu. Jeden ze snów mojego dzieciństwa, który wracał jak refren, był osnuty na motywach tej książki. I zawsze marzyłam o takim właśnie łóżku, ale skromne metraże nie pozwalają rozwinąć skrzydeł wyobraźni. :)
      Przetestuję tę grozę a la Nesbit, może nie jest wcale taka straszna. :)

      Usuń
  15. Przetestuj, a potem opisz. Zobaczymy, może się i do takiej Nesbit przekonam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie znalazłam informację, że opowiadanie Nesbit "Rycerze z marmuru" wydano w antologii o mało dla mnie zachęcającym tytule "Nie czytać o zmierzchu! 3". :)
      Doniesienia z lektur będą na pewno.

      Usuń
  16. A niechby sie cholernik ulotnil... Doprawdy...

    Pewne rzeczy mnie uderzylo w twoim opisie.
    Po pierwsze wydaje mi sie ze Nesbit generalizuje w sposob szkodliwy. Sa dzieci, ktore uwielbiaja podrozowac. (Moja corka stwierdzila ostatnio ze bedzie podrozniczka, a potem wymyslila, ze musimy pojechac do Japonii i tam ZAMIESZKAC... Tlumaczenie ze teraz Japonia wyglada inaczej niz w opowiesci o Totoro nie do konca ja przekonuje. Podobnie chciala kiedys pojechac w Gory Skaliste, zeby sie upewnic, ze Dzikiego Zachodu juz nie ma...) Oczywiscie szczesliwe podrozowanie dla dziecka to co innego niz dla osoby doroslej i byc moze jedna z najprzyjemniejszych (choc nieuswiadamianych) rzeczy jest powrot do domu :)Problemem jest to, ze czesto przenosimy wlasne uczucia i dajemy dzieciom to, czego nam brakowalo, nie uwzgledniajac ich charakterow i potrzeb. No i oczywiscie w kazdej epoce sa dzieci, ktore noc napelnia przerazeniem i wlasnie ten strach najlepiej zapamietuja. To pewien rodzaj wrazliwosci niezalezny od epoki.
    Jak to ujal Doctor Who "the scariest place in the universe - a child's bedroom."
    A dla mnie to kolejny impuls popychajacy w strone tej ksiazki, o:

    http://www.persephonebooks.co.uk/books/a-london-child-of-the-1870s/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do ulotnienia to w tamtych czasach chyba nie było takie proste. Wbrew pozorom Edith była dość nowoczesną kobietą, o czym świadczy widoczna na zdjęciu krótka fryzura. Co nie zmienia faktu, że małżonek zmusił ją do adopcji dwójki dzieci, które miał z tą drugą panią, a wydarzyło się to wtedy, gdy ta pani z nimi mieszkała. Na pewno literatura była dla Edith azylem i ucieczką.
      Nesbit niewątpliwie generalizuje, ale na jej opinię o podróżowaniu miały wpływ własne doświadczenia. Jej życie było nieustanną podróżą, więc dodatkowe wyjazdy nie stanowiły dla niej atrakcji, raczej zagrożenie.
      Twoja córeczka ma wspaniałe plany i życzę Wam, żeby przynajmniej w części się spełniły. :) Chociaż zamieszkać w Japonii na stałe chyba nie chciałabym, zwiedzić ją natomiast bardzo.
      Kiedy byłam mała, uwielbiałam powroty do domu z różnych wyjazdów, wszystko wtedy wydawało się takie inne, nawet pachniało inaczej. :)
      Słusznie piszesz o tym nadrabianiu własnych deficytów trochę na siłę, typu: otaczanie dziecka na siłę zabawkami, których samemu się nie miało, a o których się marzyło, choć córka/syn ma kompletnie inne pasje. Czasem się zdarza.
      Wkrótce przeczytam książkę, która jest bogato ilustrowaną relacją z podróży z małymi dziećmi do Azji, może być ciekawa.
      A Twój impuls całkowicie rozumiem i popieram. "A London Child of the 1870s" zapowiada się wyśmienicie i świetnie komponuje się z "Dawno temu gdy byłam mała". :)

      Usuń
  17. Mnie też w dzieciństwie jakoś Nesbit ominęła.
    p.s. dzieci, które dużo podróżują po prostu za swój dom zaczynają uważać fotelik samochodowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielu moich znajomych nigdy nie zetknęło się z jej twórczością. Chyba nigdy nie było wokół niej głośno.
      Mam przeczucie, że teraz nadarzy Ci się okazja, żeby zaprzyjaźnić się z Nesbit w czasie głośnego czytania. :)
      Trochę niewygodny taki fotelikowy dom małych podróżników. :)

      Usuń
    2. Pozwolę sobie wtrącić swoje trzy grosze: wydaje mi się, że jej książki mogły być trudno dostępne w siermiężnym PRL-u czyli czasach mojego dzieciństwa. Moje (b. ładne) wydanie Nesbit pochodziło z drugiej ręki i choć uszkodzone, wydawało mi się wtedy (wczesne lata 80-te) czymś niezwykłym.

      Usuń
    3. Aniu,
      może i tak. Ja miałam szczęście przyjaźnić się z dziewczynką, kt→rej mama pracowała w Naszej Księgarni, miała cały regał książek dla dzieci i mogłam od niej pożyczać dosłownie wszystko, ale Nesbit raczej nie miała. Bardziej kojarzę nazwisko z późniejszych wizyt w British Council.

      Lirael,
      zapewnie. Książki z NIECO DŁUŻSZYMI ROZDZIAŁAMI powoli zaczynają się przyjmować. Jakby jeszcze znalazła się jakaś z obrazkami na każdej stronie, to mogę już wdrażać;).

      Usuń
    4. ~ Ania
      Nakłady chyba były spore. Niestety, nie mogę sprawdzić w książkach, ale teraz raczej nie ma większych kłopotów z dostępnością na allegro.

      ~Iza
      Byłaś szczęściarą, jak już kiedyś wspominałam, zazdroszczę koleżanki. :)
      O ile dobrze pamiętam, z obrazkami na każdej stronie może być kłopot, więc wdrażanie chyba trzeba trochę przesunąć w czasie. :)

      Usuń
    5. @ Iza

      U mnie chyba nawet w bibliotece szkolnej Nesbit nie było.;(

      Usuń
  18. Zapraszam do oceny : http://potomekprzeznaczenie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  19. Uwielbiałam książki Nesbit jako dziecko, więc zasmuciła mnie wiadomość, że miała takie smutne życie. Swojego czasu w podobny sposób zaskoczyły mnie również wspomnienia Lucy Maud Montgomery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zagłębiałam się bardzo w jej życiorys, ale już to, co przeczytałam, zrobiło na mnie przygnębiające wrażenie. U Montgomery było podobnie.
      Z ciekawostek: przedwczoraj wyczytałam jeszcze, że na części książek Edith figuruje na okładce jako E. Nesbit, żeby nie zdradzać płci autora, co podobno obniżyłoby walory marketingowe książek. Chyba tak samo było z J.K. Rowling, więc w sumie niewiele się zmieniło. :)

      Usuń
  20. Nie wiedziałam nawet, że J.K. Rowling musiała udawać mężczyznę! Faktycznie niewesoła konkluzja... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może "musiała" to trochę za mocne słowo, ale w każdym razie tak jej zasugerowano. Tutaj kilka innych przykładów.

      Usuń
  21. piecioro dzieci i cos mam do dzis - pozostawilo niezatarte wspomnienie. szczególnie piaskoludek i jego wrazliwy na wode wasik - uzywamy w domu tego okreslenia na naszego szynszyla, kt kapie sie w piaseczku i nie znosi wody. musze sprawdzic kto tlumaczyl - w kazdym razie znakomicie. irena tuwim ma u mnie wielki plus za tlumaczenie kubusia

    natomiast doroslej ksiazki pani nesbit nie czytalam zadnej. moze tak jak z autorka ani - proza j piekniejsza od zycia autorki? na razie zamierzam przetestowac dorosla rowling

    pozdr \ m

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawdziłam, to była Irena Tuwim. Przekład Kubusia wywoływał kontrowersje, próbowano go udoskonalać, ale ta wersja jest po prostu przecudnej urody. Podobnie jak oryginalne ilustracje w wydaniu angielskim.
      Piaskoludek był niezapomnianym stworkiem. Dobrze, że u was na co dzień funkcjonuje w kontekście szynszylka.
      Ja również Cię pozdrawiam.

      Usuń