29 marca 2013

Niech naprawdę będzie wielka


[Źródło]
"Jedliśmy w kuchni. Stół był pięknie nakryty niebieskim obrusem, na którym stały nasze żółte, wielkanocne talerze. Pośrodku stał wazon z gałązkami brzozy. Lasse, Bosse i ja pomalowaliśmy wszystkie jajka na czerwono, żółto i zielono. Uważam, że jajka zawsze powinny być kolorowe, bo to doprawdy przyjemnie wygląda. Napisaliśmy też na nich wierszyki. „To jajko jest dla Anny zamiast naleśnika z brytfanny" - napisane było na jednym jajku. Napisał to Lasse, lecz Bossę mówił, że to kiepski wiersz.[...]
Było nam bardzo wesoło tak razem siedzieć przy stole i zajadać. Urządziliśmy konkurs, kto zje najwięcej jajek. Ja nie mogłam zjeść więcej niż trzy, ale Olle zjadł sześć. Albertyna to świetna kura - powiedział Bosse, kiedy skończyliśmy jeść. 
Potem zabraliśmy się do szukania naszych jaj wielkanocnych z cukierkami w środku.[...]
Mamusia bardzo sprytnie schowała jajka. Moje leżało w szafie, w której stoją rondle. Było całe srebrne, w małe kwiatuszki. Ach, jakież było śliczne! W środku był kurczaczek z marcepanu i moc cukierków."
Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn 
Życzę Wam pięknej i radosnej Wielkanocy. Wiosny w sercu, bo u nas za oknem w tej chwili zamieć. Spokoju, szczęścia i wielu wzruszeń, religijnych i tych przyziemnych. 
I jeszcze udanych, ciepłych spotkań z rodziną i przyjaciółmi.
[Źródło]
Dużo czasu dla najbliższych i czasu na odpoczynek, no i oczywiście na literackie uczty, połączone z chrupaniem mazurków. Poetyckiego natchnienia, by utrwalić świąteczne chwile w wierszach, niekoniecznie na temat naleśników. :)
Wprawdzie aura sprzyja raczej dekorowaniu choinek, ale mam nadzieję, że Wasze pisanki będą tak piękne jak srebrne jajko w kwiatuszki, które znalazła Lisa. A jeśli dojdzie do konkursu, kto zje najwięcej jajek, trzymam kciuki za Wasze sukcesy! :)  
Carl Larsson, Wiosna, 1907 r. [Źródło]

23 marca 2013

Gwiazda na dnie studni (Joseph Conrad, "Szaleństwo Almayera")

Gwiazda na dnie studni
Gdyby dwa lata temu ktoś mi powiedział, że będę pochłaniać powieści Josepha Conrada, pokwikując z zachwytu, przypuszczalnie potraktowałabym to jak żart. Jednak dyskusja klubowa u Ani całkowicie zmieniła moje nastawienie do jego twórczości, a wspomnienia syna pisarza, Johna, utwierdziły mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z osobą wyjątkową. Natomiast Jądro ciemności wywołało u mnie falę czytelniczej melancholii: przez kilka tygodni każdą kolejną książkę porównywałam do powieści Conrada. Wszystkie wydawały mi się przygnębiająco miałkie.

Zastanawiam się, na czym polega nasz problem z tym autorem, bo - jak się domyślam - nie byłam odosobniona. Rzadko chełpimy się tym, że "Kosmopolak", jak trafnie nazywał go Andrzej Bobkowski, wszedł do kanonu literatury światowej. Jego nazwisko pojawia się na większości List Książek, Które Każdy Powinien Przeczytać. Sceptycznie podchodzę do tych zestawień, ale nie ukrywam, dzisiaj było mi milo, kiedy natknęłam się na Conrada tutaj.

Podobnie jak Bruno Schulz autor Korsarza jest chyba bardziej doceniany na świecie niż w kraju, w którym się urodził. Zdumiało mnie na przykład to, że Szaleństwo Almayera wydano u nas dopiero 28 lat po publikacji w Wielkiej Brytanii. Obawiam się, że sporo osób w ogóle nie kojarzy go z polskością. Pamiętam, że kilka lat temu w czasie szkolnego konkursu na temat państw anglojęzycznych żaden z uczniów nie wiedział, kim był Joseph Conrad.

Szanujemy Conrada, doceniamy jego dorobek, ale chyba go nie lubimy. Trudno dociec, jakie są przyczyny niechęci i obaw czytelników. Może chodzi o nasze traumatyczne wspomnienia z lekcji języka polskiego z liceum? Na przykład moje, związane z Lordem Jimem, są okropne. Trzeba trochę dojrzeć, przynajmniej otrzeć się o ważne życiowe wybory, żeby lepiej zrozumieć bohaterów książek Conrada, a tego trudno oczekiwać od nastolatków. Niewykluczone też, że w dzisiejszych czasach trochę uwiera nas niepodważalny porządek moralny w jego książkach, oparty na honorze i wierności, który Zdzisław Najder porównuje do kodeksu rycerskiego.

Kolejna powieść Josepha Conrada, którą przeczytałam, też mnie nie zawiodła. Wydane w 1895 roku Szaleństwo Almayera to jego literacki debiut. Jak na pierwszy utwór przystało, nie jest dziełem absolutnie doskonałym. W porównaniu z Jądrem ciemności debiutancka powieść wydaje się bardziej rozedrgana, liryczna i nasycona emocjami. Słowa płyną wartkim strumieniem, a autor chwilami się nimi upaja. Być może z winy tłumaczki w kilku fragmentach styl wydał mi się trochę egzaltowany. Mimo to polecam właśnie tę powieść czytelnikom, którzy chcieliby poznać twórczość Conrada, a podobnie jak ja przed lekturą Jądra ciemności trochę się boją. Pozwolę sobie użyć terminu autorstwa Izy: to będzie dobra książka pierwszego kontaktu. Bo w tym Szaleństwie... jest metoda.
Scena z adaptacji filmowej Szaleństwa Almayera.
Szaleństwo Almayera zaskoczyło mnie wartką akcją, prawie jak w powieści przygodowej. Na tle egzotycznych krajobrazów Borneo na naszych oczach rozgrywa się dramat, którego głównymi bohaterami są holenderski kupiec, Kasper Almayer, jego żona, Malajka Zahira i córka, Nina.  Książka Conrada jednocześnie inspiruje do rozważań o wyobcowaniu i do samodzielnego poszukiwania odpowiedzi na pozornie banalne pytania: czym jest tytułowe szaleństwo, do jakiego stopnia można się zatracić, spełniając swoje marzenia. Może to przypadek, ale nazwisko głównego bohatera kojarzy mi się z angielskim słowem almighty, które w kontekście tej postaci brzmi gorzko i ironicznie. Miłośników tematyki lżejszego kalibru na pewno roztkliwi melodramat - historia miłości Niny i Daina, których imiona chyba nie przypadkiem są prawie anagramami.

Krystalicznie przejrzysta proza Conrada daje poczucie obcowania z czymś wzruszająco nieskazitelnym. Literaccy sybaryci docenią uroki ekspresjonistycznych opisów przyrody, której nastrój współgra z uczuciami bohaterów. Kiedy Nina obserwuje burzę, mamy wrażenie, że natura jest idealnie zestrojona z jej samopoczuciem. Zauważyłam, że często wydarzenia relacjonowane w powieści mają miejsce wieczorem i w nocy. Być może to zapowiedź "zmierzchu ideologii", tematu, który Conrad rozwinie w innych książkach. Częstym motywem jest też mgła:
Wielki snop żółtych promieni strzelił nagle zza czarnej zasłony drzew okalających brzegi Pantai. Gwiazdy zagasły; drobne czarne chmurki u zenitu rozgorzały na chwilę purpurą. Gęsta mgła tknięta łagodnym powiewem - westchnieniem budzącej się natury - wirowała i darła się na fantastyczne strzępy, spod których wyjrzała pomarszczona toń rzeki, skrząc się w jasnym świetle dnia.  [1]
Wprawdzie tonący w mgłach obraz Caspara Davida Friedricha na okładce mojego egzemplarza nie ma nic wspólnego z egzotyką Borneo, ale jego nastrój nadspodziewanie dobrze pasuje do Szaleństwa Almayera.

Bertrand Russell powiedział o Conradzie: "Jego intensywna i pełna pasji szlachetność świeci w mojej pamięci jak gwiazda z dna studni; chciałbym, aby inni wraz ze mną zobaczyli to światło"[2]. Mam nadzieję, że jego książki, po które sięgniecie, będą skąpane w blasku.
Obraz Rene Magritte'a, Szaleństwo Almayera, 1951 rok.
________
[1] Joseph Conrad, Szaleństwo Almayera, tłum. Aniela Zagórska, Świat Książki, 1998, s. 64.
[2] Cyt. za: Gustaw Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, t. I, Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 257.

Moja ocena: 5

Joseph Conrad.

17 marca 2013

Szelmutka w kłębowisku żmij (Piotr Terence, "Pensjonat Idylla")

Szelmutka w kłębowisku żmij
Od dłuższego czasu miałam chrapkę na kryminał z czasów PRL-u. Błyskotliwe recenzje tak zwanych „milicyjniaków” u Izy, Zacofanego w lekturze i Bazyla straszliwie zaostrzyły mój apetyt. Wybór padł na powieść „Pensjonat Idylla” Piotra Terence'a.

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że pisarz o tym imieniu i nazwisku w ogóle nie istnieje. Brzmiący z cudzoziemska Piotr Terence to pseudonim, pod którym ukrywają się Teresa Markowska i Piotr Sopoćko. Para nader tajemnicza, nie udało mi się znaleźć na ich temat zupełnie nic. Wydana w 1984 roku książka o błyskotliwym śledztwie, prowadzonym na własną rękę przez panią Hortensję Wojtasik, emerytowaną nauczycielkę fizyki, miłośniczkę pasjansów i powieści Prousta, to ich jedyne dzieło. Szkoda, bo debiut okazał się raczej obiecujący, a już zwłaszcza główna bohaterka. Przypadkiem odkryłam, że „Pensjonat Idylla” został przetłumaczony na język niemiecki.
Okładka wydania niemieckiego.
Licząc na doznania porównywalne do tych, jakich zwykle dostarcza mi porucznik Borewicz, zatopiłam się w lekturze. Lekko zaniepokoiły mnie kokilki z zapiekanym móżdżkiem, które pojawiły się na stronie 14, a już całkiem zdębiałam na widok słowa „policja”. Okazało się, że akcja powieści toczy się w 1935 roku, co definitywnie pogrzebało szansę na upragniony kontakt z rasowym „milicyjniakiem”. Moją podejrzliwość powinna była wzbudzić już okładka. Przełknęłam gorzką pigułkę i czytałam dalej.

Główną atrakcję tego kryminału stanowi niewątpliwie wzmiankowana pani Hortensja. Trafnie opisuje ją jeden z bohaterów, malarz Aleksander Kucejko: „kobieta z głową, prawdziwa bystrość w oku, szelmutka, żywe srebro”[1]. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy pani Wojtasik po raz kolejny przyjeżdża na wakacyjny wypoczynek do pensjonatu w podlubelskich Malińcach. 

Słowo pensjonat nie do końca oddaje istotę rzeczy – tak naprawdę to miejsce przypomina raczej dom spokojnej starości, tylko że o spokoju tu nie ma mowy. Mieszkańcy to ludzie ekscentryczni, poturbowani przez życie, wciąż targani namiętnościami. Mimo różnic w pochodzeniu, stanie majątkowym czy wykonywanych kiedyś zawodach, co podkreśla zręczna indywidualizacja języka, łączy ich jedno: czują się samotni i opuszczeni. 
Plan pensjonatu (ilustracja z książki).
W pensjonacie dochodzi do dramatycznych wydarzeń. W telegraficznym skrócie można je podsumować tak: trzy pogrzeby i jedno wesele (podwójne). Jak się domyślacie, niepozorna pani Wojtasik dzięki żyłce detektywistycznej tudzież innym talentom rozwikła wszystkie ponure tajemnice. Okazuje się bowiem, że nazwa tego miejsca brzmi ironicznie w kontekście charakterów jego mieszkańców. Już na początku pan Pierożyński odziera Hortensję ze złudzeń: „Myśli pani, że tu stado baranków mieszka, a to żmije, po prostu kłębowisko żmij”[2]. Nasza dzielna bohaterka musi nie tylko rozwiązać kryminalne zagadki, ale również uniknąć jadowitych ukąszeń. Mimo karykaturalnych postaci to smutna i mroczna książka, a jej melancholijny nastrój wsiąkał we mnie jak mgła unosząca się nad malinieckim lasem.

W czasie lektury wielokrotnie dziwiła mnie rażąca nieudolność i brak dociekliwości policjantów. Może mieli wypaść ostentacyjnie blado w porównaniu z funkcjonariuszami MO? W każdym razie nie przypominam sobie kryminału, w którym strażnicy prawa byliby tak niesympatyczni, gburowaci, a przede wszystkim tak mało zainteresowani swoją pracą. Wciąż wtrącają pogardliwe uwagi o osobach w podeszłym wieku, świadków traktują protekcjonalnie, rażą brakiem kompetencji i to oni wywołują w czytelniku żądzę mordu. Na mdłym tle lubelskiej policji pani Hortensja ze swoimi zdolnościami dedukcyjnymi i determinacją w poszukiwaniu prawdy jaśnieje pełnym blaskiem

Z góry uprzedzam, że „Pensjonat Idylla” raczej rozczaruje miłośników realiów międzywojennych – świat przedstawiony wydaje się dość pozaczasowy. Czytelnik, który podobnie jak ja nie wie, że trzyma w rękach kryminał retro, będzie potrzebował trochę czasu, żeby uzmysłowić sobie, że akcja toczy się w latach trzydziestych. Żałuję, że tło obyczajowe wyszło dość nijako, bo było tu spore pole do popisu. Przyznam się, że nawet podejrzewałam autorów o anachronizm. Zastanawiałam się, czy w latach trzydziestych przez Lublin jeździły liczne autobusy międzymiastowe, z wieloma kursami w ciągu dnia, ale tutaj znalazłam potwierdzenie, że jak najbardziej. A wyglądały tak:
[Źródło]
Sporą radość sprawiły mi lubelskie smaczki. Podczas swojego brawurowego śledztwa pani Wojtasik kilka razy przyjeżdża do mojego miasta. Wprawdzie żydowski sklepik, w którym Hortensja zaopatrywała się w wyśmienite nugaty i rachatłukum został zmieciony z mapy miasta przez historię, ale restauracja Europejska bardzo przypomina wciąż istniejącą Europę. Będę musiała sprawdzić, czy wciąż można tam zamówić wyborne gruszki księdza Bourdeloue w sosie migdałowo-waniliowym.

Wprawdzie konstrukcja intrygi kryminalnej cały czas rozpaczliwie trzeszczy, a  czytelników, którzy dostają wysypki na myśl o literówkach, uprzedzam, że w tej książce będą mieli z nimi do czynienia, jednak znalazłam w „Pensjonacie Idylla” sporo uroku. To przede wszystkim zasługa atmosfery, przypominającej trochę nastrój książek Agathy Christie. Sympatyczna była też podróż w czasie. Może w końcu nadeszła pora, by przeprosić się z lubelskimi kryminałami retro Marcina Wrońskiego, choć moje pierwsze spotkanie z komisarzem Maciejewskim („Morderstwo pod cenzurą”) pozostawiło czytelnicze blizny.
_________
[1] Piotr Terence, Pensjonat Idylla,  Czytelnik, 1984, s. 64
[2] Tamże, s. 16.

Moja ocena: 4-