11 grudnia 2012

Okiem jamnika (Magdalena Samozwaniec, "Angielska choroba")


Okiem jamnika
Po lekturze „Córki Kossaka” i pod wpływem Waszych komentarzy poczułam palącą potrzebę przeczytania beletrystycznej książki Magdaleny Samozwaniec. Los mi sprzyjał. Wkrótce natknęłam się na wydaną w 1983 roku „Angielską chorobę”. Sympatyczny jamnik na okładce po prostu nie pozostawił mi wyboru.

Zgodnie z przewidywaniami piesek w turkusowej obróżce nie odgrywa w powieści roli epizodycznej. Jest nie tylko głównym bohaterem, ale i narratorem. Uważnym, bystrym, a czasem - jak na przedstawiciela tej rasy przystało - kąśliwym. To typowy jamnik - ma bardzo wysokie mniemanie o sobie i bogatą osobowość. Nie ma natomiast rodowodu, ale kto by się przejmował takim drobiazgiem: „Z przodu jestem na pewno rasowym jamnikiem, a z tyłu można mnie nie oglądać…”[1] Książka opowiada o podróży do Londynu, którą odbył (nielegalnie!) ze swoją panią, dwudziestoletnią dziennikarką Różą z oczami jak czekoladki, włosami jak złocisty makaron i paluszkami jak różowe serdelki.
Ilustracja Zygmunta Zaradkiewicza.
Razem z Florkiem (vel Florkiem-Lejzorkiem, Florkiem-Knorkiem, Florkiem-Potworkiem, Jamniczkiem-Karliczkiem, Pieskim-Niebieskim, wszystko w zależności od nastroju pańci) i jego właścicielką poznajemy dość ciekawe postacie, głównie polskich emigrantów. Samozwaniec sportretowała ich nie ze szczyptą ironii, ale z całą garścią. To nadęci materialiści, zgorzkniali i sfrustrowani malkontenci. „Dla nich życie stanęło jesienią roku trzydziestego dziewiątego”[2]. Nieufnie przyjmują wiadomości o tym, co dzieje się w ojczyźnie, którą uważają za kraj prymitywny do tego stopnia, że wiadomość o łazience w kawalerce Róży wywołuje niemałą sensację. Przypuszczam, że taki właśnie obraz intensywnie lansowała ówczesna propaganda i to mój entuzjazm wobec książki nieco studzi. Nie wierzę, że wszyscy byli tacy jak pretensjonalna ministrowa Puc Gordziałkowska.

Obraz Anglii jest dość typowy. Charakterystyczne widoczki, nie najlepsza pogoda, ekscentryczni Brytyjczycy. Moją szczególną sympatię wzbudziła miła staruszka, pani Patrycja, która postanowiła kupić samochód dla swojego pupilka, jeża o imieniu Hobby. Co ciekawe, to podobno postać autentyczna. Madzia była w Anglii jako stypendystka Ministerstwa Kultury i Sztuki w 1963 roku, więc na pewno sporo obserwacji pochodzi z tego wyjazdu. Notabene jedną z ważniejszych rzeczy, jakie pisarka przywiozła zza żelaznej kurtyny był papier toaletowy.
Ilustracja Zygmunta Zaradkiewicza.
Książka jest zabawna, choć poziom żartów bywa… różny. Smutnym detalem, który dostrzegą tylko osoby znające biografię Madzi, jest fakt, że Róża widzi się z matką po 15 latach – jako mała dziewczynka została oddana na wychowanie do ciotki. Przypuszczam, że to bolesne echa losów córki autorki, Teresy.

„Angielska choroba” zamierzona jest jako dziełko humorystyczne i lekkie, ale ma też wymiar dydaktyczny: uczy odpowiedzialności za zwierzę. Kilka osób instruuje Różę, że w obliczu wyjazdowych planów powinna pozbyć się psa o urodzie - delikatnie mówiąc - wątpliwej, ale ona konsekwentnie odmawia. Odpowiedzialność za to, co oswoiła, jest ważniejsza niż beztroskie podróże. Florek został sportretowany nie tylko jako uroczy łobuziak, ale również jako istota głęboko czująca i zdolna do empatii, co zresztą odzwierciedla poglądy autorki, wielkiej miłośniczki czworonogów. Zdaniem Magdaleny Samozwaniec „błędem, który wciąż powtarzamy, jest spodziewanie się od ludzi wierności uczuć – przecież od tego Bóg dał ludziom psa”[3]. Wystarczy uważnie przyjrzeć się słynnemu portretowi córek Wojciecha Kossaka, żeby zrozumieć, że była to sympatia wieloletnia i ważna:
Wojciech Kossak, Portret córek artysty,
Marii i Magdaleny  (detal), 1911 r.
Pierwowzorem jamniczka panny Róży z „Angielskiej choroby” był Kruczek, którego autorka przygarnęła. Tak wspomina go Edward Świtaj:
Z czasów Karolkowej na uwagę zasługuje Kruczek - „wielorasowy jamnik”. Nim trafił pod opiekę Magdaleny, mieszkał na śmietniku. Wszyscy mieszkańcy przynosili mu jedzenie, a jak było zimno, to przychodził spać do Magdaleny na wycieraczkę. Kiedyś przepłoszył złodziei, którzy chcieli okraść mieszkanie. Narobił takiego rabanu, że obudził cały blok. Złodzieje uciekli, a Kruczek za to, że ocalił mieszkanie przed rabunkiem, dostał dożywotni wikt i opierunek. Zamieszkał z Magdaleną i Zygmuntem i wszędzie z nimi jeździł, nawet na wieczory autorskie. Nie był dużym psem, nikt nie wiedział, ile ma lat, a z czasem tak się spasł, że ledwo chodził. Potem był Kuba - też przybłęda... Później trzeci pies - też Kuba i też... przybłęda.[4] 

Magdalena Samozwaniec z Kruczkiem.[5]
Dużo uroku dodają powieści liczne smaczki obyczajowe oraz ilustracje Zygmunta Zaradkiewicza, które czytelników jamnikolubnych niechybnie wprowadzą w stan rozanielenia. Niestety, zgoła inne nastroje wywołają literówki, głównie w słowach angielskich (na przykład kilkakrotnie powtarzane sousage). Jest jednak poważniejszy problem: książka sprawia wrażenie niedokończonej. Opowieść o londyńskiej eskapadzie nagle urywa się, mimo kilku ciekawie kiełkujących wątków, a ostatnie strony sprawiają wrażenie napisanych na chybcika. Nie wiem, co skłoniło autorkę do takiego raptownego porzucenia historii, która zapowiadała się całkiem nieźle. „Angielską chorobę” drukowano w odcinkach w Przekroju w 1964 roku. Może z jakiegoś powodu redakcja zaniechała współpracy? Nie udało mi się dotrzeć do żadnego wyjaśnienia.
_____________
[1] Magdalena Samozwaniec, Angielska choroba, Iskry, 1983, s. 37.
[2] Tamże, s. 76. 
[3] Tamże, s. 93.
[4] Cyt. za: Córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec, zebrał i opracował Rafał Podraza, Instytut Wydawniczy Latarnik, 2012, s. 65.
[5]  Źródło zdjęć: Córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec, ed. cit., s. 65 i 104.

Moja ocena:  3,5

5 grudnia 2012

Wstrząsające dzieło odpychającego geniusza (Pamela Hansford Johnson, „Ten okropny Skipton”)

 Wstrząsające dzieło odpychającego geniusza
Tytułowy bohater powieści Pameli Hansford Johnson „Ten okropny Skipton” to Anglik w średnim wieku, który od wielu lat mieszka w Belgii. Ma wielkie marzenie i nie zawaha się go spełnić. Chce zostać sławnym literatem. Na drodze do realizacji szczytnych zamierzeń stoją dwie przeszkody. Pierwsza jest dość prozaiczna. Odkąd Daniel Skipton napisał impertynencki list do kuzynki Anny, skończył się regularny dopływ gotówki. Teraz musi zarabiać na utrzymanie handlując dziełami sztuki, organizując widownię na erotyczne show, rajfurząc i prosząc o wsparcie bogate damy. 

Drugi problem jest poważniejszej natury. Nasz bohater to literackie beztalencie i grafoman, czego zupełnie nie przyjmuje do wiadomości. Uważa się za wybitnego twórcę: „przepełniała go radość, czuł własny geniusz, płonący równo, spokojnie, niczym światło świecy w bezwietrzną noc”[1]. Z zapałem pracuje nad powieścią. Jego zdaniem to najlepsza książka w języku angielskim. Niewątpliwie zapewni mu dobrobyt i sławę.

Dotychczas sądziłam, że przeczytany niedawno „Gruby Anglik” Kingsleya Amisa  stanowi szczytowe osiągnięcie w dziedzinie literackiego portretu osoby antypatycznej do tego stopnia, że w czytelniku budzi żądzę mordu. Otóż nie. Daniel Skipton jest postacią jeszcze bardziej irytującą i wredną. To złośliwy, agresywny bufon. Otoczenie wywołuje w nim wstręt i wrogość. Nawet ci, z których dobroci i uprzejmości korzysta, a jest to spora grupa ludzi. Często pogardliwie porównuje ich do świń lub krów.

We wstępie autorka wyznaje: „Zawsze chciałam napisać studium paranoi artysty”[2]. Udało się! Pisarka wyjaśnia też, że inspiracją dla postaci Daniela Skiptona był angielski ekscentryk Frederick Rolfe. Przypuszczam, że wielu bohaterów powieści miało rzeczywiste prototypy. Oprócz odpychającego Daniela poznajemy towarzystwo, w którym bywa, a są to głównie angielscy literaci w podróży, ich rodziny i przyjaciele.

Towarzyszymy Danielowi w mękach twórczych podczas pisania książki zachodząc w głowę, jak to możliwe, że gruboskórny gbur może mieć cokolwiek wspólnego z literaturą. Prozatorskie próbki, nad którymi się biedzi, to koszmarki, natomiast autorka książki o nim, Pamela Hansford Johnson stanowczo zasługuje na uwagę. Wielokrotnie żałowałam, że zmarnowała tyle czasu i wysiłku na wyjątkowo nieciekawego bohatera. Nie jestem też miłośniczką powieści z tezą, a ta do takich właśnie należy. We wstępie pisarka określiła cel i konsekwentnie do niego dąży, przez co historia jest chwilami przewidywalna, a morał trochę za bardzo wprost.

Autorka stworzyła sugestywne studium artysty, który artystą być nie powinien. Nie zdradzę, dokąd Skiptona doprowadzą frustracje i niezaspokojone ambicje. Hansford Johnson opowiada o tym wykorzystując elementy groteski, czarnej komedii, satyry, a nawet wątek kryminalny, ale szczególnie wesoło nie jest. Mimo scen humorystycznych dominuje gorycz.

Akcja powieści toczy się w Belgii, w kraju, który pisarze nieczęsto czynią tłem książkowych wydarzeń. Literacka wycieczka do Brugii była ciekawa: „to miasto, opuszczone przez morze, żyje wciąż we władzy przeszłości. Przeszłość nie jest tu martwa, lecz żywa, jej oddech jest słodki, na ciele jej kiełkują fiołki.”[3] Szkoda, że nie zauważał ich Daniel Skipton, pochłonięty swoją literacką obsesją i pretensjonalną powieścią.
______
[1] Pamela Hansford Johnson, „Ten okropny Skipton”, tłum. Ariadna Demkowska- Bohdziewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1970, s. 38.
[2] Tamże, s. 5.
[3] Tamże, s. 51.

Moja ocena: 4
 
Pamela Hansford Johnson. [Źródło zdjęcia]

1 grudnia 2012

From Russia with Love ("Anna Karenina", reż. Joe Wright)


From Russia with Love
Pod wpływem recenzji Ani (Czytanki Anki), która obejrzała adaptację sceniczną powieści Tołstoja w Teatrze Studio, zajrzałam do książki w poszukiwaniu cytatu. Po kilku minutach wsiąkłam i trudno mi było wrócić do rzeczywistości. Wydawało mi się, że znam dobrze „Annę Kareninę”, bo wcześniej czytałam ją dwa razy, ale tym razem zwróciłam uwagę na fragmenty, o których istnieniu zupełnie zapomniałam. Byłam pod tak dużym wrażeniem, że postanowiłam obejrzeć wersję filmową, która akurat jest w kinach. Plan zrealizowałam dzisiaj rano, heroicznie przedzierając się przez tłumy mikołajkowych zakupowiczów, które z obłędem w oku kłębiły się w lubelskiej Plazie.

Mój problem polegał na tym, że nie podobała mi się konwencja, w jakiej zrobiony jest ten film. Początkowo w ogóle nie mogłam się do niej przyzwyczaić. Drażniła mnie i rozpraszała. Pod koniec było trochę lepiej. Otóż na wskroś realistyczna powieść Tołstoja została przedstawiona w tonacji przedstawienia teatralnego przypominającego operetkę. Z tańcem ale bez śpiewu. Bardzo zaskoczyły mnie elementy groteskowego humoru, których na próżno szukać w powieści Tołstoja. Wiele scen utrzymanych w tym nastroju nakręcono z zapierającym dech rozmachem, jak na przykład pracę urzędników, wyścigi czy bal. Problem w tym, że nijak się mają do książki. Myślę, że gdyby Tołstoj chciał wzbogacić swoje dzieło o elementy groteski, po prostu zrobiłby to. Zapewne reżyser chciał pokazać sztuczność i teatralność świata, w którym żyła Anna pośród ludzi-marionetek, ale cel można było chyba osiągnąć bardziej subtelnymi środkami. To, że świat jest teatrem, aktorami ludzie zauważyło już paru artystów i metafora nie grzeszy świeżością

To nie wszystko. Fryzjerzy i makijażyści dołożyli wszelkich starań, żeby śliczna Keira Knightley wyglądała niezbyt korzystnie jak na swoje możliwości. Oszpecić tak ładną dziewczynę wydaje się zadaniem trudnym do wykonania, a jednak. Nieustannie rozchylone usta, nastroszona fryzura i strączki loków, notabene w jednej scenie rozłożone misternie na poduszce, okazały się skutecznie nietwarzowe. Co gorsza jej gra wydała mi się boleśnie sztuczna i przerysowana. Spojrzenia i miny Knightley były chwilami rodem z „Kłamstwa Krystyny”. Być może jej interpretacja wynikała z wodewilowej stylistyki filmu, ale do mnie nie przemówiła zupełnie. Mile zaskoczył mnie natomiast Aaron Taylor-Johnson, który mimo plerezy tlenionych pukli był dość przekonywającym Wrońskim. „Annę Kareninę” warto też obejrzeć dla Jude'a Law, przeobrażonego w sposób niewiarygodny.

Bezkrytycznie zachwyciły mnie natomiast kostiumy. Na miejscu Jacqueline Durran profilaktycznie przygotowywałabym już mowę dziękczynną na uroczystość wręczenia Oscarów. Suknie Anny, Kitty i Betsy były olśniewające. Na specjalne wyróżnienie zasługuje też montaż. Chyba jeszcze nie widziałam filmu, w którym obrazy tak płynnie przenikałyby się. To prawdziwa uczta dla oczu. Rozczarują się natomiast miłośnicy realiów historycznych. Amerykanie jednak niewiele wiedzą o Rosji. Na początku filmu Lewin wygląda jak kanadyjski traper, a w dodatku potem okazuje się, że ma labradora.

Uczty intelektualnej brak. Tematykę powieści spłaszczono i sprowadzono właściwie do romansu. Zresztą sugeruje to wyraźnie plakat. Pozostałe problemy społeczne i filozoficznie drastycznie okrojono i podano w formie nachalnie dydaktycznej papki. Generalnie reżyser nie ma chyba najlepszego zdania o poziomie intelektualnym widzów: zbliżenie napisu „Morfina” na słoiczku powtórzono dwukrotnie na wypadek, gdyby ktoś na chwilę się zagapił. Wątek Kitty i Lewina został ograniczony do najważniejszych scen. Ich uczucie w filmie wydało mi się papierowe. Między pierwszymi a drugimi oświadczynami jest czarna dziura. Nieznający książki widz zapewne odniesie wrażenie, że tylko zdrada Wrońskiego pchnęła Kitty w ramiona Lewina. 

Mimo wszystko cieszę się, że obejrzałam „Annę Kareninę”. Jako film wyróżnia się oryginalną, bardzo malarską, wręcz porywającą formą. Z duchem powieści Tołstoja niewiele ma jednak wspólnego. 

Moja ocena: 4