Mózg w stanie płynnym
Przechodzę codziennie obok sklepu Społem nr 124 przy ul. Górnośląskiej 27 w Warszawie. Szyld głosi: Podroby. Gdy jest kolejka, wiadomo - przywieźli towar. Któregoś poniedziałku kolejki nie było. Natomiast już z daleka zwróciłam uwagę na klientów wychodzących ze sklepu z pozatykanymi nosami. W promieniu kilku metrów czuło się - nie ma co ukrywać - po prostu smród. Weszłam, również zatykając nos. Na ladzie leżały nogi wołowe, mózg w stanie płynnym, a nad tym gromady much.[1]
Powyższy fragment nie pochodzi z osadzonego w polskich realiach horroru Grahama Mastertona. To list do redakcji Przyjaciółki z roku 1978. Tygodnik dla pań o szokującym dziś nakładzie dwa miliony egzemplarzy był czymś więcej niż zwykłym czasopismem. Przyjaciółka pełniła rolę powiernicy, terapeutki i skarbnicy wiedzy praktycznej. Ze szczególnym zainteresowaniem czytano dział korespondencji od czytelników. Autorzy zwierzali się z najbardziej osobistych kłopotów, prosząc o pomoc w różnych sprawach. Przyjaciółka to była Wielka Siostra, która zdaniem czytelników mogła dosłownie wszystko. Ten fenomen postanowiła zbadać Małgorzata Mroczkowska, która w 2004 roku wydała antologię korespondencji do redakcji wraz z komentarzem. „Listy do Przyjaciółki” podzielono tematycznie na rozdziały z zabawnymi tytułami.
Zawsze podziwiałam wyobraźnię Stanisława Barei, ale przy całym szacunku dla jego talentu, wystarczyło być skrzętnym obserwatorem. Wokół działy się rzeczy niewyobrażalnie nonsensowne. To, co uderza przede wszystkim, to kompletny brak poczucia bezpieczeństwa. Używany od ćwierć wieku krem nagle wywołuje opuchliznę i potworny ból oczu. W porodówce można się natknąć na zataczające się salowe i pijane położne. W sklepach królują buble. Reklamacja jakiegokolwiek produktu to droga przez mękę, w czasie której petent jest odsyłany od instytucji do instytucji i traktowany jak bezczelny intruz. Z pięknego, nowego swetra Mody Polskiej w czasie deszczu ściekają strugi farby. Wzmiankowany pulower zaopatrzony jest w dwie metki: jedna zakazuje prania go w wodzie, druga zaś czyszczenia chemicznego. Kalesony to towar deficytowy. Zakłady Tworzyw Sztucznych w Częstochowie wypuszczają na rynek lalki-dzidziusie z dziwnym wyrazem twarzy – wyglądają na śmiertelnie przerażone. Pasztet z zakładów wędliniarskich z Dębicy jest jak jajko-niespodzianka: można w nim na przykład znaleźć świńską szczecinę. Takich barwnych przykładów wyszukacie w książce mnóstwo!
Mierzenie się z orwellowską rzeczywistością na co dzień wymagało hartu ducha i wiele osób dodawało sobie animuszu za pomocą alkoholu. Dość spektakularny przykład to cofnięta z lotniska ekipa polskich narciarzy, udających się do Finlandii. Znaleziono przy nich dwieście pięćdziesiąt pięć butelek wódki i spirytusu. Sportowcy tłumaczyli, że alkohol jest im niezbędny do czyszczenia nart.
Listy stanowią świetny materiał dla historyków obyczajowości. Jak na dłoni widać zmiany, które miały miejsce w Polsce od tamtych czasów. Dziś w osłupienie wprawia list pani, która pyta, czy kobiety w spodniach wpuszczane są do nocnych lokali, czy też korespondencja od trzech strapionych lublinianek, które chcą wiedzieć, czy trzy dorosłe, pracujące, samotne dziewczyny mają prawo zamówić w kawiarni wino?
Spoiwem łączącym listy jest komentarz Małgorzaty Mroczkowskiej. Lekki, dowcipny, ale przeznaczony raczej dla osób, które po raz pierwszy czytają opowieści o dobie gierkowskiej. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o obszerniejszy i głębszy tekst. W każdym razie ja czuję spory niedosyt.
Książkę zaopatrzono w liczne ilustracje, niektóre świetne, ale ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Niestety, sporo jest nieczytelnych. Na przykład na stronie 33 umieszczono skan obszernego artykułu prasowego, w którym litery to bezkształtne, mikroskopijne punkciki.
Mimo zastrzeżeń warto zajrzeć do tej książki, choćby z podziwu dla tych, którzy żyjąc w Peerelu zachowali mózg w stanie stałym.
Na zakończenie zacytuję moje trzy ulubione listy. Uwaga, fragment trzeci wyłącznie dla osób o silnych nerwach.
Nie miała baba kłopotu (1972)
W Domu Handlowym w Lublinie kupiłam czteropalnikową kuchenkę gazową z piekarnikiem za 2700 zł. Wyprodukowała ją Wronkowska Fabryka Wyrobów Blaszanych - Wronki, ul. Towarowa 3 - i zaopatrzyła w wielką pieczątkę kontroli technicznej KT-Al-22-4 wraz z podpisem. Mieszkam w Janowie - a więc wiozłam kuchenkę około 80 km. Cała rodzina z utęsknieniem czekała momentu, gdy spożyjemy pierwszy ugotowany na niej obiad. Czy widzisz, Przyjaciółko, skupione twarze domowników, gdy podłączyliśmy butlę z gazem i z zapaloną zapałką czekaliśmy, aż ukaże się niebieski płomyk? Niestety - o gorzkie rozczarowanie - płomyk się nie ukazał... Zapomniano o wyborowaniu dziurek w palniku. Zaraz wysłałam do producenta list - express polecony, z prośbą o przysłanie właściwego palnika. Na odpowiedź czekam do dzisiaj.
Izabela Zezulińska, Janów Lubelski.[2]Niebezpieczna kuzynka (1975)
Zbliża się lato i - nieuchronnie - sytuacja, która spędza mi sen z powiek. Przyjedzie do nas kuzynka w wieku 36 lat, która co roku spędza z nami urlop. Jest miła, wesoła, życzliwa, więc ją lubimy. Ma jednak ogromną wadę: zupełnie nie liczy się z tym, że jej paradowanie po domu w nocnej, przejrzystej koszuli krępuje i moich synów, i mojego męża, a wychodzenie na dwór w opalaczu czy kostiumie kąpielowym gorszy sąsiadów, gdyż u nas nie ma takich zwyczajów. Jest piękny las, rzeka - czy to nie wystarcza?
Gospodyni.[3]Relax z pluskwą (1979)Hotel nazywał się "Relax", a ja byłem spragniony właśnie relaksu. Gdy się już zdrzemnąłem, coś ugryzło mnie w rękę. A potem w inne miejsca. Odsłoniłem kołdrę. Zawirowały czarne ruszające się punkciki. Przetarłem oczy, spojrzałem, a tu po prostu pluskwy i karaluchy. Paradowały sobie po mnie bezkarnie, jak gdyby nigdy nic. Czuły się pewnie, widać było, że są stałymi bywalcami hotelu i dobrze się tu bawią. Nie zmrużyłem oka do rana. A gdy oddając klucze, wygarnąłem wszystko, co o tym myślę, młoda panienka z recepcji powiedziała z uśmiechem: "Wiemy, że w hotelu »Relax« są robaczki. Ale są i w sąsiedniej restauracji »Nowoczesna« i nikt nie robi z tego tragedii". Skoro są robaczki także w restauracji - pomyślałem - wyjadę z Mławy na czczo.
Witold Jaworski.[4]
__________________________
[1] Małgorzata Mroczkowska, "Listy do Przyjaciółki: Codzienne zycie Polaków dekady gierkowskiej w listach czytelników", Oficyna Wydawnicza Rytm, 2004, s. 85.
[2] Tamże, s. 25.
[3] Tamże, s. 214.
[4] Tamże, s. 169.
Moja ocena: 4




