Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. Pokaż wszystkie posty

5 grudnia 2013

„Tak bardzo lubię życie” (Astrid Lindgren, „Zwierzenia Britt-Mari”)

„Tak bardzo lubię życie”
Czytanie książek Astrid Lindgren w lecie staje się już dla mnie tradycją. Świadomie unikam słowa wyzwanie, bo kojarzy się z wysiłkiem, a to jest czysta, leniwa przyjemność. W tym roku w lipcu zdecydowałam się na powieściowy debiut szwedzkiej pisarki, Zwierzenia Britt-Mari. Wprawdzie znowu przekonałam się o tym, że proza Lindgren w wersji dla nastolatków odpowiada mi mniej niż jej książki przeznaczone dla młodszych czytelników, ale i tak nie ma co narzekać. Było lepiej niż ostatnio.

Główna bohaterka i narratorka, Britt-Mari Hagström ze Storgatan, ma piętnaście lat i chodzi do szóstej klasy szkoły dla dziewcząt. Na powieść składają się jej listy, pisane przez kilka miesięcy do Kajsy Hultin, korespondencyjnej przyjaciółki ze Sztokholmu. Trochę szkoda, że autorka wybrała formę epistolarnego monologu. Kontrast między życiem w małym miasteczku a stolicą byłby na pewno ciekawy. Poza tym dziwne wrażenie robi skupienie się narratorki wyłącznie na sobie i swoich sprawach, bez odniesień do tego, co pisze Kajsa.

Tu mała dygresja. Czytając Zwierzenia Britt-Mari często wspominałam własnych korespondencyjnych przyjaciół z czasów podstawówki i liceum, w tym najulubieńszą Helenę ze Szwecji. Miałam w klasie koleżankę, która wprowadziła modę na penpali i wszyscy z zapałem wymieniali z nimi listy, szlifując znajomość angielskiego. O tym, jak ważnym doświadczeniem może stać się taka korespondencja, świadczy pamiętnik Foreign Correspondence Geraldine Brooks, w którym autorka opisuje swoje listowne przyjaźnie z dzieciństwa i wrażenia z podróży, które odbyła już jako osoba dorosła, chcąc dowiedzieć się, jak potoczyły się losy dawnych znajomych. Ja też jestem bardzo ciekawa, ale w przeciwieństwie do australijskiej pisarki  detektywistycznych wypraw nie planuję.
Ilustracja Ulli Sundin-Wickman do szwedzkiego wydania. [Źródło]
Ale wróćmy do Zwierzeń Britt-Mari. Obraz rodziny w powieści Lindgren znowu okazał się przyprawiony na słodko, ale tym razem bohaterowie są bardziej osadzeni w rzeczywistości niż w Kerstin i ja. Narratorka potrafi dostrzec u najbliższych nie tylko zalety, ale i śmiesznostki. Szczególnie zapadają w pamięć nieco humorystyczne portrety rodziców. Mama jest tłumaczką, a tato dyrektorem gimnazjum. Oto pani Hagström:
„Mama też całymi prawie dniami przesiaduje w swoim poko­ju i pisze na maszynie, jakby się paliło. Tłumaczy książki. Od czasu do czasu przypomina sobie, że wydała na świat pięcioro dzieci, i wtedy wypada stamtąd z sercem przepełnionym ma­cierzyństwem i zaczyna nas na gwałt wychowywać. Sroga nie potrafi być, ponieważ śmieje się ze wszystkiego na tym świecie, z czego w ogóle śmiać się można, plus jeszcze z innych paru rzeczy. Nie denerwuje się wcale, gdy wchodzimy i przeszka­dzamy jej w pracy. Pewnie nawet nie zauważyłaby, gdyby cały pociąg nagle przejechał przez jej pokój.”[1]
Niestety, już rodzeństwo i przyjaciele Britt-Mari zostali potraktowani dość sztampowo. 

Autorka listów często podkreśla swoją miłość do czytania. Twierdzi wręcz, że gdyby nie otrzymała na urodziny książki, zwątpiłaby w ład na tym świecie. Trudno się dziwić: w życiu jej rodziny bardzo ważną rolę odgrywa literatura. Ulubiona lektura państwa Hagström i ich pociech to „Kubuś Puchatek”, który czasem bywa czytany na głos. Britt-Mari czesto nawiązuje do swoich bibliofilskich pasji:
„Spodziewam się, że tak samo jak ja przepadasz za książkami. Nie tylko lubię je czytać, lubię je dotykać, brać do ręki, czuć, że do mnie należą. Mamusia i tatuś uważają, że są pewne książki, które wszystkie dzieci powinny mieć. Myślę, że dobrze byłoby, gdyby wszyscy rodzice byli tego zdania, bo oj, ile dzięki temu mieliśmy rado­ści! Książek nigdy nikt u nas nie uważał za luksus, dostawaliśmy ich zawsze moc na Gwiazdkę i na urodziny. Ten zaś, za które­go kiedyś wyjdę za mąż, będzie musiał spełniać dwa warunki: lu­bić książki i lubić dzieci. Wtedy, właściwie mówiąc, jego wygląd będzie mi zupełnie obojętny. Chociaż nic chybaby nie szkodzi­ło, żeby miał i ładne zęby, prawda?”[2]
Nie muszę zapewne dodawać, że kandydat spełniający te warunki pojawi się niemalże natychmiast. Bez ubytków w uzębieniu czy w charakterze.

Lindgren nadzwyczaj trafnie, chwilami zabawnie, odmalowuje to, co tak często gra w duszy typowej nastolatki: huśtawki nastrojów, egocentryzm, niezadowolenie ze swego wyglądu, skłonność do egzaltacji. Pisarka wyznaje: „gdy opisywałam Britt-Mari, wyposażyłam ją w te wszystkie przymioty, które pragnęłabym sama mieć w wieku kilkunastu lat. Była silną osobowością, a ja często tchórzyłam.”[3]. Jak dobra wróżka autorka obdarowała swoją bohaterkę tym, czego brak jej samej kiedyś doskwierał. Britt-Mari to zaradna, rezolutna, pewna siebie osóbka o bogatym życiu wewnętrznym:
„Co można powiedzieć o sobie samej, jak myślisz? Że lubię książki, że nienawidzę matematyki, że lu­bię tańczyć, że nie znoszę chwili, gdy wieczorem mam iść spać, że kocham swoją rodzinę do szaleństwa (chociaż irytuje mnie czasami), że nie cierpię trwałej ondulacji i nigdy nie chciała­bym jej mieć, że lubię przyrodę, gdy mogę sobie wędrować na własną rękę, ale że nie cierpię pleć w ogródku, że lubię błękit­ną wiosnę i ciepłe lato, i pogodną jesień, i śnieżną zimę, kiedy mogę jeździć na nartach, że — krótko mówiąc — tak bardzo lu­bię życie.”[4]
Astrid Lindgren w wieku 16 lat. [Źródło]
Wbrew pozorom życie Britt-Mari nie jest usłane różami W jej listach znajdziemy codzienne troski klasycznej nastolatki, ale dotykamy też poważniejszych problemów, jak chociażby śmierć starego Ollego, kłopoty rodzinne Bertila czy tułaczka żydowskich uchodźców, którym państwo Hagström na kilka dni udzielają schronienia.

Nawet jeśli nie polubicie Britt-Mari, warto przez chwilę ogrzać się w cieple zaraźliwego optymizmu Astrid Lindgren. Jej powieść to radosna pochwała życia i przyrody w ich wszystkich przejawach. Naprawdę wszystkich, nawet tych, które wydają nam się oczywiste lub dziecinne. Znalezienie malinówki w zroszonej tra­wie wprawia piętnastolatkę w euforię porównywalną do tej, którą poczuł Kolumb na widok Ameryki. Kolorystyczne bogactwo floksów i róż sprawia, że skóra Britt-Mari cierpnie z zachwytu. Olśniewa ją zapach wiosny i widok kwitnącej czeremchy. Takich ekstatycznych fragmentów znajdziemy w Zwierzeniach Britt-Mari sporo. Szczerze mówiąc, ich mnogość trochę mnie dziwiła, ale wszystko zrozumiałam, kiedy uzmysłowiłam sobie, że książka została wydana w 1944 roku.
„Pomyśl, gdyby tak można było nabrać zapachu pierwszych sa­sanek, karczku Moniki, gdy jest świeżo wykąpana, świeżego chleba, gdy się jest głodnym, zapachu choinki na Gwiazdkę i zmieszać to z trzaskiem ognia na kominku w cichy jesien­ny wieczór, gdy deszcz bije o szyby, z delikatnym dotknięciem mamy, gdy głaszcze mnie po policzku, kiedy jestem smutna, z „Menuetem" Beethovena i „Ave Maria" Schuberta, z szumem morza, z blaskiem gwiazd i cichym szmerem rzeczki, z miłymi żarcikami tatusia, gdy siedzimy razem wieczorem. Tak, gdyby można było wziąć po odrobinie z wszystkiego, co piękne i miłe na świecie, to czy nie myślisz, że dałoby się z tego zrobić mieszan­kę, która świetnie posłużyłaby za środek znieczulający w szpita­lach? Mówisz, że zwariowałam? Nie, Kajso, nie zwariowałam, tylko tak okropnie, tak szalenie, tak nieprzytomnie jestem szczę­śliwa i tak wspaniale, wspaniale, WSPANIALE jest żyć!”[5]
____________
[1]Astrid Lindgren, Zwierzenia Britt-Mari, tłum. Irena Szuch-Wyszomirska, Nasza Księgarnia, 2006, s. 11-12
[2] Tamże, s.40.
[3] Tamże, nota na okładce.
[4] Tamże, s. 14.
[5] Tamże, s. 133-134.

Moja ocena: 4
Astrid Lindgren. [Źródło]

26 listopada 2013

Cukierniczy potworek, orszaki i przebieranki (Blandine Le Callet, "Tort weselny")

Cukierniczy potworek, orszaki i przebieranki
„Ślub to taki spektakl, rozumiesz? Przedstawie­nie. 
My jesteśmy głównymi bohaterami, 
a goście są równocześnie statystami i widzami.[1]
Uwaga! Tytuł i okładka powieści Blandine Le Callet to tylko słodki kamuflaż. Tak naprawdę „Tort weselny” jest cierpki, a chwilami wręcz trudny do przełknięcia.

Poza tym nie wyglądał wcale jak ten na zdjęciu. Na nugatowym cokole piętrzyła się monstrualna wieża z ptysiów, tradycyjnie zwieńczona figurkami nowożeńców. Pan młody, Vincent, zastanawiał się nawet, „kto mógł wymyślić tak idiotyczne ciasto. Groteskową piramidę naznaczoną posrebrzonymi kryształkami cukru, listkami z pistacjowego opłatka i marcepanowymi różyczkami, cukierniczego potworka”[2]. Poza tym w  pretensjonalnym cieście dostrzegał wieloznaczny symbol.

Pomysł francuskiej pisarki nie był może szczególnie oryginalny - nie od dziś wiadomo, że literatura i wesela bardzo się lubią. Film i wesela zresztą też. Powieść Le Callet to relacja ze ślubu Bérengère i Vincenta, poprzedzonego długotrwałymi, drobiazgowymi przygotowaniami. 

Uroczystości oglądamy oczami różnych osób. Bohaterem każdego rozdziału jest ktoś inny, co czytelnikowi pozwala poznać nie tylko młodą parę, ale też rodziny i przyjaciół. Chociażby ośmioletnią Pauline, której rodziców pochłania głównie zarabianie pieniędzy. Księdza, któremu tajemniczy głos zadaje trudne pytania. Babcię panny młodej, którą rodzina zepchnęła na margines.
Scena z adaptacji filmowej Weselnego tortu, reż. Denys Granier-Deferre, 2009 r. [Źródło]
Blandine Le Callet nakreśliła sugestywny i bardzo krytyczny obraz czterech pokoleń zamożnej francuskiej rodziny. Portrety uczestników uroczystości nie są aż tak nihilistyczne jak w „Weselu” Smarzowskiego, ale naprawdę przygnębiają, choć na zewnątrz wszyscy wyglądają tak ślicznie, kolorowo i milusio.

Dominuje tonacja tragikomiczna, a ślub Bérengère i Vincenta, z góry zaplanowany jako wykwintny i zachwycający show, okazuje się powierzchowną maskaradą. Nie ma mowy ani o jakichkolwiek przeżyciach duchowych, ani o uczuciu, bo liczy się tylko forma i co ludzie powiedzą. Oto opinia jednego z uczestników matrymonialnej farsy à la française: „groteska, normalnie groteska. Naprawdę już nie może patrzeć na te wycudowane orszaki, na rytu­alne przebieranki”[3]. 

Uroczystość ma być perfekcyjnym, wytwornym, nieskazitelnym majstersztykiem. Nietrudno zgadnąć, że zdarzą się jednak niespodzianki. Niekoniecznie przyjemne. Narzeczeni są tak zafiksowani na detalicznym planowaniu imprezy, że nie dostrzegają istotnych problemów. Na przykład pogardy Bérengère wobec małej kuzynki Vincenta. Jej panicznego lęku o to, że obecność niepełnosprawnej umysłowo dziewczynki na ślubnych fotografiach kompletnie zepsuje efekt.

Nawet pistacjowymi listkami i marcepanowymi różyczkami nie udało się autorce zatuszować niedociągnięć. Powieść Le Callet czasem razi sporymi uproszczeniami i przejaskrawieniami. Książka pęka w szwach od nadmiaru postaci i problemów, a również drobiazgowych opisów kłopotów nękających bohaterów. Do jej konstrukcji niepokojąco pasuje ten opis tytułowego ciasta: „wygląda na to, że tort wniesiono za wcześnie: ptysie wilgotnieją i oklapują, karmel się rozpuszcza, wszystko spływa”[4]. Mimo lekkiego bałaganu oraz kilku irytujących postaci historia ślubu i wesela Bérengère i Vincenta wciąga od pierwszych stron.
________________
[1]Blandine Le Callet, Tort weselny, tłum. Bożena Sęk, Wydawnictwo Sonia Draga, 2011, s. 212.
[2] Tamże, s. 251.
[3] Tamże, s. 98.
[4] Tamże, s. 251.
Moja ocena: 4
Blandine Le Callet. [Źródło]

22 października 2013

„Trzeba znać duszę bibliofila!” (Halina Maria Pfeiffer, „Jak zostałam księgarzem”)

„Trzeba znać duszę bibliofila!”
Niedawno Kasjeusz napisała bardzo ciekawą notkę o księgarniach. W komentarzu napomknęłam o powieściach Penelope Fitzgerald i Helen Hanff, ale na śmierć zapomniałam o wspomnieniach Haliny Marii Pfeiffer „Jak zostałam księgarzem”, które przeczytałam w czerwcu. Wprawdzie to literatura faktu, ale pasuje idealnie.

Pfeiffer opowiada o swojej pracy w firmie wydawniczo-księgarskiej „Gebethner i Wolff”, a konkretnie w w warszawskim antykwariacie na ulicy Zgoda 12, w którym była zatrudniona od października 1940 r. do lipca 1944 r. Autorka boleje nad tym, że w historycznych opracowaniach niewiele miejsca poświęca się personelowi, a to głównie dzięki niemu księgarnie cieszyły się uznaniem.

Tak naprawdę panna Halina nie zaliczała się do grona zwykłych pracowniczek, ponieważ była siostrzenicą Jana Gebethnera, ówczesnego dyrektora. Nie starała się wykorzystać tej sytuacji i dużo od siebie wymagała. Kiedy 1 października 1940 r. stremowana stażystka pojawiła się w księgarni, usłyszała od wuja: „Będę Cię traktował surowiej niż innych pracowników, bo jesteś moją siostrzenicą”[1]. Z opowieści wynika, że mimo koneksji Pfeifferówna rzeczywiście nie występowała w roli rozkapryszonej pupilki.
Halina Maria Pfeiffer. [Zdjęcie z książki.]
Początki pracy w antykwariacie okazały się stresujące, ale z czasem było coraz lepiej i nawet klient kategorycznie domagający się publikacji z dziedziny pedologii lub gemeliologii nie wywoływał u panny Haliny ataku paniki. Zdarzały się też sytuacje komiczne:
Raz zadyszany człowiek zapytał:
- Czy jest „Niemcewicz od przodu i od tyłu”?
- Nie, nie ma, bo jest wyczerpany! - odpowiedziałam równie głupio, jak było zadane pytanie. Dopiero, gdy klient wyszedł, wybuchnęłam śmiechem, uświadamiając sobie, że moja odpowiedź była co najmniej dwuznaczna.”
[2]
Ogromnie żałuję, że dziś antykwariat na ulicy Zgoda 12 możemy odwiedzić tylko wirtualnie. Doszczętnie spłonął w czasie Powstania Warszawskiego. Wielki, świetnie zorganizowany, z kompetentnym i życzliwym personelem, przyciągał klientów, choć czasy bynajmniej nie sprzyjały spokojnej lekturze. Miał nawet jednoosobowy dział włoski, a również dział nut z pianinem na zapleczu.

Na szczęście panna Pfeifferówna od czasu do czasu zerkała spoza stosów książek i bacznie obserwowała współpracowników. Był to zespół tak barwnych osobowości, że nawet spisując wspomnienia w wieku osiemdziesięciu kilku lat, autorka pamiętała kolegów doskonale. Na przykład pana Jana Wyderkę o nieskazitelnym charakterze, niestrudzonego wychowawcę młodzieży. Jednak we wspomnieniach nie ma mowy o hagiografii. Również z imienia i nazwiska wymieniony jest jeden ze sprzedawców, który oficjalnie sączył herbatkę z termosu, a potem ku oburzeniu adeptki dziwnym trafem roztaczał wokół siebie zapach spirytualiów. Ponoć księgarze muszą pić, aby przepłukać gardło z kurzu, który łykają w pracy.

Równie ciekawe są gawędy autorki o warszawskich bibliofilach, na przykład „Starym Bibularzu”, Władysławie Idzikowskim, i również te o cennych książkach, które pojawiły się w antykwariacie, o kradzieżach, o ówczesnych bestsellerach. Mimo anegdot to jest opowieść o wojnie, więc przeplatają się też wątki tragiczne. Dopiero po wyzwoleniu Halina Pfeiffer dowiedziała się, że jej koledzy z pracy uczestniczyli w ruchu oporu. W antykwariacie ukrywano mapy sztabowe i wydawnictwa szkoleniowe dla przyszłych podchorążych, ponadto w gmachu księgarni mieli tajne spotkania członkowie Warszawskiej Organizacji Wojskowej. Pracownicy z narażeniem życia ratowali też cenne zbiory, na przykład przewożąc je ukryte w sianie w wozie drabiniastym.

W czasie okupacji hitlerowcy stworzyli spis zakazanych polskich książek, który otwierali „Krzyżacy” Sienkiewicza. Czasem wściekłość Niemców wywoływały zaskakujące tytuły.
Dietrich, chcąc uchodzić za klienta, szedł wolnym kro­kiem, lustrując lady i młodych adeptów księgarstwa, którzy dzielnie udawali, że się nie boją. Zbliżał się do antykwa­riatu. Obie z Helą zmartwiałyśmy, kiedy stanął naprzeciwko nas. Zaczął oglądać książki rozłożone na kontuarze. Gdy zobaczył małą książeczkę „Kodeks honorowy” Boziewicza, porwał ją, rzucił na ziemię, w furii deptał ją i kopał. Jedno­cześnie wściekły krzyczał po polsku:

- Nie ma honoru Polaków! Nie ma Polski! Już nigdy jej nie będzie!”[3]
Na szczęście książki z czarnej listy mogły być przechowywane w zamkniętej piwnicy. Jak nietrudno zgadnąć, często w tajemniczych okolicznościach z niej znikały. 
Antykwariat, w którym pracowała H. M. Pfeiffer.
[Zdjęcie z książki]
 O wojennych realiach dużo mówi też ta historia:
Co tydzień lub co dziesięć dni przychodził pewien bibliofil (nazwiska nie pamiętam), który zdaje się częś­ciej sprzedawał jakąś książkę, niż kupował. Zawsze bardzo uprzejmie się ze mną witał, całując mnie w rękę. Miał wielką, długą do pasa brodę, więc ten „kares" bardziej mnie irytował niż rozczulał. Zawsze udawał się w głąb antykwa­riatu, aby porozmawiać z panem Tarkowskim, naszym sze­fem. Wychodził z pośpiechem, jakby się czegoś wstydził. Dopiero wtedy szłam do szefa z prośbą, aby zadziałał, żeby ten starszy pan nie całował mnie w rękę, bo bardzo tego nie lubię.

- Najgorsza jest ta jego wielka okropna broda - skar­żyłam się.

-  Ależ pani Halino, niech pani mu daruje. On dla­tego nosi tę brodę, bo nie ma koszuli! Stale przynosi coś do sprzedania, gdyż brak mu pieniędzy na życie! Z bólem uszczupla swoje zbiory, dlatego zawsze wymyka się chył­kiem, jakby czuł się winny. Trzeba znać duszę bibliofila!

Zrobiło mi się ogromnie przykro i odtąd starałam się być bardzo uprzejma dla tego starszego pana.”[4]
Szczególnie zaciekawiły mnie rozdziały poświęcone edukacji w Trzyletniej Szkole Księgarskiej, do której uczęszczała panna Pfeifferówna. Lista przedmiotów jest imponująca, a ze wspomnień wynika, że zajęcia były na wysokim poziomie. Uczniowie kształcili się między innymi w następujących dziedzinach: historia literatury polskiej i powszechnej, historia księgarstwa polskiego, inwentarz, samokształcenie pracownika księgarskiego, hurtownia księgarska, nuty, praca praktykanta, bibliografia i bibliofilstwo, sprzedaż, księgowość, kwarantanna (system zawiadamiania księgarzy przez wydawców i hurtowników o nowościach). Były też obowiązkowe zajęcia praktyczne:
przyniesiono z księgarni do naszej klasy regał, w którym znajdowało się po kilkanaście książek z różnych dziedzin. W charakterze lady ustawiono podłużny stół. Przygotowano papier i sznurek do pakowania zakupionych książek. Na tę pokazową niby „klasówkę” została zaproszona Komisja Szkoleniowa w komplecie.

Od godziny ósmej do dziewiątej pan „profesor” był klientem, a słuchacze II (czy III ?) kursu - ekspedientami. Kol. Tarkowski wcielał się w przeróżne typy kupujących: był księdzem, potem chłopem ze wsi, raz osobnikiem wymagają­cym, po chwili niezdecydowanym lub nerwowym. Kursanci, przeważnie już dobrze znający sprzedaż frontową z własnej praktyki - ekspediowali go inteligentnie, uprzejmie, starając się wykazać maksimum wiedzy i dobrych chęci.

Wykładowca był niezmordowany. Zmusił nawet swe audytorium, aby go sobie wyobraziło jako nudną klientkę, która szuka odpowiedniej książki dla młodzieży w takim a takim wieku. Wśród wesołego nastroju na sali „młodym sprzedawcom trudno było zachować powagę i zwracać się do starszego kolegi per „Szanowna pani”.. Tym nie­mniej uporali się z domniemaną kupującą ku zadowoleniu „klientki” i nauczyciela w jednej osobie, choć do dyspozycji mieli tylko uszczuplony sortyment.”[5]
A w czasie egzaminu autorka musiała dowieść, dlaczego warto polecać klientkom „Trędowatą” Mniszkówny.

Książka Pfeiffer skłania do porównań personelu warszawskiego antykwariatu z lat czterdziestych ze współczesnymi sprzedawcami książek. W tym zestawieniu najsmutniej wypadają nasze wielkie księgarnie. Wkrótce problem i tak chyba sam się rozwiąże, bo wszyscy rozszerzają ofertę o inne produkty i dla literatury zaczyna brakować miejsca. Nie jestem gołosłowna – regularnie buszując po lubelskich filiach pewnej znanej sieci, zawsze natykam się na tytuły, które powinny znaleźć się na zupełnie innym regale. Poza tym niech tylko autor polski ma nazwisko brzmiące lekko z cudzoziemska, to gwarantowane, że jego książka zostanie umieszczona w dziale literatury zagranicznej. Z wiedzą na temat książek bywa krucho. Właściwie każde zapytanie klienta wymaga natychmiastowego zajrzenia do komputera. O dłuższych rozmowach na temat literatury i wgryzaniu się w duszę bibliofila można zapomnieć, bo pracownicy to zwykle osoby bardzo zabiegane. Plus coś, co nazywam błędem psychologicznym - założenie, że działy książkowe w polskich sieciowych sklepach powinni obsługiwać ludzie bardzo młodzi. A ja do tej pory z przyjemnością wspominam rozmowę z sympatycznym starszym panem z działu obcojęzycznego w księgarni w Helsinkach, który świetnie mówił po angielsku i doskonale orientował się w nowościach.

Z pewnością jest mnóstwo wyjątków, ale to, co opisałam, obserwuję naprawdę regularnie. O wiele lepiej jest w mniejszych księgarniach, również w tematycznych i połączonych z kawiarniami.  Na szczęście dzięki wspomnieniom Haliny Pfeiffer możemy poznać księgarnię i antykwariat z prawdziwego zdarzenia. Warto poświęcić kilka chwil tej niepozornej broszurce. Nie pretenduje do rangi wszechstronnego opracowania zagadnień kultury w czasie okupacji. To tylko garść wspomnień z okresu, który autorka skromnie zamyka w kilku słowach: „Zdobywałam wiedzę księgarską i pokochałam książki”[6].
______
[1] Halina Maria Pfeiffer, Jak zostałam księgarzem. Wspomnienia o ludziach i książkach, Dom Wydawniczy Elipsa, 2008, s. 9.
[2] Tamże, s. 29.
[3] Tamże, s. 33.
[4] Tamże, s. 28-29.
[5] Tamże, s. 44.
[6] Tamże, s. 94.

Moja ocena: 4
Halina Maria Pfeiffer.

7 września 2013

Jak zamordować kryminał (Karin Fossum, "Czarne sekundy")

Jak zamordować kryminał
Gdybym wyobraziła sobie przeczytane dotychczas książki jako archipelag, wyspa o nazwie Skandynawskie Kryminały miałaby dość niewyraźne kontury. Mglistość wiąże się nie tylko z chłodnym klimatem. Również z tym, że autorzy powieści detektywistycznych z północnej Europy są zwykle toksycznie przywiązani do kilku motywów i w mojej pamięci ich książki często zlewają się w  zamazaną całość. Zaczęło mi to przeszkadzać. Do tego stopnia, że niedawno po kilku stronach porzuciłam trzeci tom cyklu mojego ulubieńca, Nessera. Wszystko wskazywało na to, że przez parę godzin będę uczestniczyć w wiwisekcji klasycznego socjopaty, a moje nikłe potrzeby w tej dziedzinie już dawno zostały zaspokojone przez takich speców jak Larsson czy Mankell.

Na tle kryminalnego monolitu w czytelniczych wspomnieniach z ostatnich lat wyróżnia się „Utracona” Karin Fossum. Wprawdzie repertuar tematów był dość typowy, ale moją uwagę zwróciły walory literackie tej powieści, a już zwłaszcza ciekawie rozegrane zakończenie. Dlatego z nadzieją kupiłam wydane w ubiegłym roku „Czarne sekundy” tej autorki. „Norweskiej królowej kryminału”, jak dowiedziałam się z okładki. 

Książka została przełożona z języka angielskiego, co mnie zdziwiło. Czyżby liczba tłumaczy literatury norweskiej w Polsce niebezpiecznie zbliżała się do populacji ptaków dodo? Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę skalę emigracji i zainteresowanie Skandynawią w ostatnich latach. Wydawca chyba poszedł na łatwiznę i niestety podobnie postąpił autor przekladu „Czarnych sekund”. Tekst czasem brzmi chropawo. Konkrety? Proszę bardzo:
- A ojciec Idy. Anders. Ma dwóch braci, którzy także mieszkają niedaleko. Wujków Idy.
Przytaknęła. - Tore i Kristian Joner. Oboje mają żony i dzieci.
” [1]

- Przez kilka godzin uczę na zastępstwo w szkole w Glassverket – odparła.” [2]

Strach był tysiącami insekcich skrzydełek trzepoczących w jego ciele.” [3]

Podobnie jak w przypadku „Utraconej” spore wrażenie zrobiła na mnie duszna, niepokojąca, pełna napięcia atmosfera „Czarnych sekund”. Emocje są naprawdę duże, choć w przeciwieństwie do czytelników angielskich czy francuskich my jeszcze przed przeczytaniem pierwszego zdania książki, dowiadujemy się, co się stało z zaginioną Idą Joner Zadbał o to polski projektant okładki. Graficzny spoiler wprowadził mnie w osłupienie. I tak dobrze, że kłosy nie układają się w imię zabójcy. Dla porównania pomysły innych wydawnictw.
Krwawe plamy sugerują sporą dozę makabry, tymczasem „Czarne sekundy” to na szczęście raczej sprawnie napisana powieść psychologiczna niż przerażający kryminał. Gdybym w literaturze sensacyjnej najbardziej ceniła błyskawiczne i szokujące zwroty akcji, przypuszczalnie poczułabym się rozczarowana. 

Karin Fossum słynie z bezpardonowego, wnikliwego prześwietlania charakterów i tak było tym razem. Rozczarował mnie trochę policjant rozwiązujący zagadkę, Konrad Sejer. Wypadł blado i nijako. Poza tym, że jest wdowcem, ma wnuki i sędziwego leonbergera oraz lubi whisky, dowiadujemy się o nim naprawdę niewiele.

Na szczęście w „Czarnych sekundach” typowa dla skandynawskich kryminałów krytyka społeczna nie występuje w wersji łopatologicznej. Tym razem pisarka zwraca uwagę na problem osób z zaburzeniami psychicznymi i ich bliskich. Państwo zostawia ich bez wsparcia i opieki.

Z kilku powodów lubię i cenię literaturę sensacyjną. Wprawdzie nie mam aż tak ortodoksyjnych poglądów jak Raymond Chandler, którego zacytował kiedyś Zbyszek: „Pokażcie mi kogoś (bez względu na płeć), kto nie znosi kryminałów, a powiem wam, że to dureń, może nawet niepozbawiony jakiejś tam inteligencji, ale du­reń ponad wszelką wątpliwość.”[4], ale według mnie napisanie dobrej powieści detektywistycznej to prawdziwa sztuka i tak naprawdę udaje się niewielu autorom. Mimo to zaskoczyło mnie porównanie  „Czarnych sekund” do „Zbrodni i kary” w nocie wydawcy na okładce. Kryminał Fossum jest całkiem niezły, ale nie ubierałabym krasnoludka w siedmiomilowe buty . 
__________
[1] Karin Fossum, Czarne sekundy, tłum. Marcin Kiszela, Papierowy Księżyc, 2012, s. 56.
[2] Tamże, s. 71.
[3] Tamże, s. 304.
[4] Cytat pochodzi z blogu Zbyszka Zjadcz liter.

Moja ocena:  4
Karin Fossum.

27 maja 2013

Czego się Jaś nauczył (Jan Żabiński, „Co to było za dziecko...”)

Czego się Jaś się nauczył
Co to było za dziecko? Przede wszystkim bystre. Obdarzone fantazją. Dowcipne. Obowiązkowe. Dociekliwe. Czasami trochę niegrzeczne. Ale skoro chodziło się z Antosiem Słonimskim do klasy… 

Taki właśnie był mały Jaś. Po wielu latach napisał książkę o sobie z tamtych lat. Składa się na nią siedem zabawnych szkiców, które autor nazywa nowelkami. Żabiński zdobył moją sympatię między innymi tym, że dość krytycznie podchodzi do swoich umiejętności literackich. W jednej z humoresek wyznaje, że operowanie słowami w sposób piękny i ozdobny przekracza jego możliwości. Natomiast za najmocniejsze strony swojej prozy uważa zwięzłość i konkretność. Trudno mu nie przyznać racji. Najbardziej „literackie” opowiadanie w zbiorze („Sny”) moim zdaniem jest najsłabsze, a najprzyjemniej czyta się historie oparte na faktach i pełne obyczajowych smaczków, na przykład „Jak zostałem przyrodnikiem i pisarzem” i „Nigdy nie zarzekaj się, że nigdy”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla młodych czytelników, o czym świadczy chociażby skrupulatne wyjaśnienie, co to jest sklep monopolowy.

Autor podkreśla, że chciał skoncentrować się na faktach i uniknąć ocen swojego postępowania czy osoby, bo w takich wypowiedziach na własny temat zwykle kryje się fałsz i kokieteria, a wartościowanie powinno należeć do czytelnika. Dzięki poczuciu humoru Żabińskiego to wyjątkowo pogodna i sympatyczna lektura. Autor snuje opowieści z dzieciństwa, które upłynęło w ciekawych czasach: na przełomie XIX i XX wieku. Poza tym dzieli się wspomnieniami z młodości i pracy w warszawskim ogrodzie zoologicznym.
Jan Żabiński. Zdjęcia z książki.
Rodzinie państwa Żabińskich powodziło się nieźle. Ojciec był rejentem, a mama, wspomagana przez bonę, pannę Stanisławę,  opiekowała się Jasiem i jego siostrami: Maniusią, Hanią i Ziutką. Dzieci prawie cały czas spędzały razem. Ich ulubioną zabawką była drukarenka z gumowymi czcionkami. Mimo zamożności rodziny dość dziwnie traktowano prezenty dla dzieci. Ojciec wręczał potomstwu zabawki i od razu je zabierał, żeby się nie zniszczyły. Umieszczał je w swoim zamykanym na klucz biurku. Schemat powtarzał się każdego roku, a uwięzionych upominków stopniowo przybywało. Przy jakiejś wyjątkowo uroczystej okazji można je było dostać do zabawy na najwyżej dwie – trzy godziny.

Zaskoczyło mnie to, że przyszły sławny zoolog nie miał w domu żadnego zwierzątka. Zadecydowała o tym wrodzona awersja taty oraz „panująca wówczas wśród naszej inteligencji panika wobec szerzonych wieści o grozie wszelkiego rodzaju bakterii, których rozpowszechnianiu miały szczególnie dopomagać psy i koty, a nawet papugi czy kanarki. Dość, że już nie tylko u nas w domu nie było żadnego z tak pospolitych czworonożnych faworytów ani jakie­goś ptaszka w klatce, ale co więcej, Rodzice wśród znajomych, z którymi się utrzymywało stosunki, nie posiadali nikogo, kto by chował ja­kieś żywe stworzenie.”[1].

Tłumione pasje biologiczno-chemiczne eksplodowały w sensie dosłownym, kiedy Jaś poszedł do szkoły. Natychmiast zapisał się do powstałego z inicjatywy kolegi z klasy, Antoniego Słonimskiego, samokształceniowego kółka przyrodniczego. Antoś imponował pozostałym chłopcom między innymi tym, że jego starszy brat miał w swojej kolekcji... ząb mamuta!
Jaś z siostrami. Ilustracja Mai Berezowskiej.
Historia wzmiankowanego kółka samokształceniowego była krótka, aczkolwiek burzliwa. Na pierwszym i niestety ostatnim posiedzeniu, które odbywało się w mieszkaniu Janka Żabińskiego, młodym naukowcom sytuacja wymknęła się spod kontroli. Po spektakularnym sukcesie pierwszego doświadczenia ochoczo rozpoczęli drugie i tym razem „dzianie się zaczęło postępo­wać w piorunującym tempie. Topiąca się siarka początkowo tylko pryskała, ale już za chwilę z parowniczki buchały kłęby białego dymu, spo­wijając obłokiem cały pokój. Ten i ów spośród nas zaczął kaszleć, niemniej jednak trwaliśmy na posterunku w przekonaniu, że każdy ekspery­mentator musi być przygotowany na drobne nie­przyjemności.”[2] Na szczęście w odpowiednim momencie wkroczył do akcji ojciec Jasia.

Ozdobione eterycznymi ilustracjami Mai Berezowskiej obrazki z przeszłości Jana Żabińskiego wydano w 1960 roku. Był już wtedy nie tylko uznanym naukowcem z imponującym dorobkiem, ale i autorem kilkudziesięciu popularnych książek o zwierzętach i kilkuset audycji radiowych. Wieloletnie obycie w kontaktach z czytelnikami i słuchaczami odzwierciedla swobodny, gawędziarski styl książki. Pięć lat później razem z żoną Żabiński otrzymał tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za bohaterską pomoc Żydom w czasie wojny. Temu rozdziałowi ich życia poświęcona jest książka Diane Ackerman „The Zookeeper's Wife”, wydana u nas pod tytułem „Azyl: opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo”. Kilka lat temu film oparty na tych wydarzeniach ponoć miał nakręcić Maciej Dejczer, ale już tego raczej nie zrobi, bo właśnie ubiegła go Nowozelandka, Niki Caro. Podobno opowieść o Żabńskich zostanie zaprezentowana na przyszłorocznym festiwalu filmowym w Cannes. Po raz kolejny okazuje się, że świat wie o naszej historii więcej niż my sami.
___________________
[1] Jan Żabiński, „Co to było za dziecko...”, Nasza Księgarnia, 1960, s. 85.
[2] Tamże, s. 92-93.

Moja ocena: 4
Jan Żabiński. [Źródło zdjęcia]

21 maja 2013

Czerwona księżniczka wychodzi z szafy (Monika Jaruzelska, „Towarzyszka Panienka”)

„Czerwona księżniczka” wychodzi z szafy
Tę książkę koniecznie powinny przeczytać osoby, które mając dzieci, postanowiły poświęcić się karierze politycznej pod sztandarami dowolnie wybranej partii. Zanim rzucimy się w wir spotkań z wyborcami, warto poszukać odpowiedzi na dwa pytania: jak całkowity brak wolnego czasu i ciągłe wyjazdy wpłyną na życie rodzinne i czy córka lub syn będzie w stanie udźwignąć nienawiść naszych przeciwników. Niestety rodzice Moniki Jaruzelskiej najwyraźniej tych pytań sobie nie zadali. Paczka z bananami od Fidela Castro i przydzielane po znajomości role na szkolnych akademiach nie zastąpiły tego, co najważniejsze.

Srodze zawiodą się czytelnicy, którzy liczą na polityczne sensacje w „Towarzyszczce Panience”. Nic z tych rzeczy. Już na wstępie dowiadujemy się, że książka powstała w zupełnie innym celu. Autorka właśnie zaczyna kolejny rozdział w życiu, poza tym zbliżają się jej pięćdziesiąte urodziny. Wydanie wspomnieniowej książki nazywa swoim „wyjściem z szafy”. Nie chodzi tylko o zerwanie ze światem mody i nowe wyzwania zawodowe, ale również o przekazanie swojego punktu widzenia i polemikę z dziesiątkami plotek.
Zdjęcie z książki.
Ze wstępu dowiadujemy się, że książka jest zbiorem krótkich tekstów, które Monika Jaruzelska trafnie porównuje do puzzli. Elementy układanki są rozmaite: wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości (moim zdaniem najciekawsze i najbardziej udane fragmenty), sylwetki znanych ludzi na wzór popularnych „alfabetów” (podobały mi się najmniej), przebieg kariery zawodowej, opowieści o synku oraz impresje z licznych podróży z ojcem i spotkań ze znanymi osobistościami (między innymi z Janem Pawłem II, Michaiłem Gorbaczowem, Fidelem Castro, Muammarem Kaddafim, Kim Ir Senem). Różnorodne są też nastroje i literacki poziom tekstów. Wspominki uzupełniono fotografiami z rodzinnego albumu.

Czy książka z uśmiechniętym bobasem na okładce, w domyśle lekka i pełna dykteryjek, może przygnębiać? Okazuje się, że tak. W „Towarzyszce Panience” jest wiele anegdot, ale przygniótł mnie ciężar wrogości, z którą autorka musiała sobie radzić przez wiele lat, bo „dzieci znanych rodziców dziedziczą również nienawiść”[1]. Nikogo nie interesowało to, że nastolatka nie ma nic wspólnego z politycznymi decyzjami ojca. Mimo upływu lat nadal właściwie nic się nie zmieniło: autorka wspomina, że na forach internetowych widuje ociekające jadem uwagi na swój temat, naszpikowane epitetami typu. „czerwone nasienie”.

Generał Jaruzelski kojarzy mi się bardzo źle, choć mam świadomość, że kompetentna ocena jego postaci należy do historyków. Jednak w obrazie rodziny, jaki wyłania się z „Towarzyszki Panienki”, to on wydaje się lepszym rodzicem niż matka. Pani Jaruzelska budziła we mnie nieprzyjazne uczucia. Apodyktyczna „królowa”, ostentacyjnie elegancka, skoncentrowana na sobie, wiecznie niezadowolona z jej zdaniem za mało efektownej córki, o której często mówiła „to zdechłe”. W opinii Moniki Wojciech Jaruzelski to z kolei całkowite przeciwieństwo żony, introwertyk, klasyczny pracoholik, spędzający mnóstwo czasu poza domem, często pogrążony w swoich myślach, melancholijny i wiecznie przygnębiony. Autorka sugeruje wręcz, że to pesymizm i poczucie zagrożenia determinowały jego najważniejsze decyzje. Również tę o wprowadzeniu stanu wojennego.

Pozornie dzieciństwo „czerwonej księżniczki” opływało w luksusy. Tak naprawdę mała Monika właściwie była pozostawiona sama sobie. W domu czuła się okropnie, stąd ucieczki i szukanie wsparcia u przyjaciół. Kilkakrotnie wspomina, że w tamtych czasach lubiła spędzać czas z ochroniarzami ojca, którzy byli dla niej czymś w rodzaju rodziny zastępczej. Zwracała się do nich per „wujku”, a z niektórymi wciąż utrzymuje kontakt. 

Wydaje mi się, że lepiej niż tysiąc słów sytuację w rodzinie państwa Jaruzelskich oddaje to zdjęcie: 
Zdjęcie z książki.
Zaskoczyło mnie to, że matka ostentacyjnie słuchała Wolnej Europy, a ojciec podrzucał studiującej polonistykę Monice książki z drugiego obiegu wydawane przez paryską „Kulturę”. 

„Towarzyszka Panienka” to właściwie gotowy materiał na powieść psychologiczną. Są nawet  akcenty sensacyjne, jak na przykład zorganizowany przez babcię chrzest trzyletniej Moniki w czasie wakacji w Kościelisku, w zupełnej tajemnicy przed rodzicami. Z sentymentu dla tego wydarzenia w tym samym miejscu został ochrzczony jej synek, Gucio. 

Podoba mi się szczery, rzeczowy ton wspomnień. Autorka otwarcie pisze o tym, że nie sprawdziła się w roli wnuczki, kiedy babcia umierała na raka, o czasem rozpaczliwych próbach poradzenia sobie z przerastającymi ją sytuacjami. Nie kreuje się na ofiarę. Dementuje plotki na swój temat. Z ironią dystansuje się wobec nimbu „czerwonej księżniczki”. Mówi o życiu pod lupą, o nieustannym doszukiwaniu się drugiego dna – nawet imię jej jamnika, Boluś, uznano za polityczną prowokację. Jaruzelska tłumaczy też, dlaczego nie zdecydowała się na zmianę nazwiska, co zdaniem niektórych rozwiązałoby część problemów. Zaskoczyła mnie też wyznaniem, że niesłusznie otaczała ją sława politycznej buntowniczki, ponieważ konflikty z rodzicami miały zupełnie inne podłoże. Myślę, że niejedna osoba na jej miejscu wyraźnie podkreślałaby różnice światopoglądowe, kompletnie odcinając się od rodziny. 

Oczywiście bardzo zaciekawiły mnie wątki literackie. Autorka opowiada o bibliotece rodziców, o oglądaniu ilustracji w „Dziadach” Mickiewicza, o torturach przy lekturze „Trylogii”, o fascynacji Żeromskim i „Konopielką” Redlińskiego, którą nazywa najważniejszą książką swojego życia, a także o poezji Tuwima. Z przyjemnością czytałam też o jej miłości do czworonogów, a zwłaszcza psów i mam żal do pań redaktorek o to, że najwyraźniej ograniczały jej wynurzenia na ten temat: „o zwierzętach mogłabym pisać w nieskończoność, ale wydawca zabronił”[2].

Monika Jaruzelska bez ogródek mówi o swoim światopoglądzie, życiowych wyborach i charakterze. Pod kilkoma względami różnimy się znacznie, ale szanuję ją za to, że nigdy nie wybierała najłatwiejszych ścieżek. Wyjście z szafy też wymagało odwagi.
_______
[1] Monika Jaruzelska, Towarzyszka Panienka, Wydawnictwo czerwone i Czarne, 2013,  s. 75.
[2] Tamże,  s. 163.

Moja ocena: 4
Monika Jaruzelska. [Źródło zdjęcia]

19 maja 2013

Gatsby po botoksie („Wielki Gatsby”, reż. Baz Luhrmann)

Gatsby po botoksie
Chociaż początkowo myśl o tej adaptacji nie wywoływała we mnie dreszczy emocji, stopniowo napięcie rosło i jak wiecie, czekałam na nią z coraz większym zniecierpliwieniem. W dzień premiery pognałam do kina. Film podobał mi się, ale pod paroma względami mnie rozczarował. Bardzo możliwe, że gdybym go obejrzała, nie mając na świeżo przeczytanej po raz kolejny powieści Fitzgeralda, mój odbiór „Wielkiego Gatsby’ego” à la Baz Luhrmann byłby bardziej bezkrytyczny. Jeśli więc chcecie poddać się słodkiemu otumanieniu, kategorycznie odradzam kontakt z książką.

Zacznę od tego, co wstrzyknięto w powieściową tkankę, żeby ją uatrakcyjnić i uaktualnić. Przede wszystkim dodano wątek pobytu Nicka Carrawaya w klinice psychiatrycznej. Od tego zaczyna się opowieść. Nick rozmawia z archetypicznym, pulchnym terapeutą, który w trakcie sesji między innymi podlewa kwiaty. Pomysł wydaje mi się wtórny, naciągany i trochę dziwny, bo kilka razy podkreślana jest kiepska sytuacja finansowa Nicka, więc zastanawiam się, skąd fundusze na leczenie odwykowe w ekskluzywnym sanatorium.

Zaskoczyło mnie również to, że prawie zrezygnowano z wątku córeczki Daisy i Toma – matka zdawkowo wspomina o niej, później dziecko pojawia się dosłownie na ułamek sekundy, w dodatku starsze niż powieściowa dwulatka. W książce również Pammy nie odgrywa szczególnie istotnej roli, ale jednak jej obecność bierzemy pod uwagę, starając się zrozumieć osobowość i motywy postępowania Daisy. Dziwię się również, że kompletnie pominięto przyjazd ojca Jaya na pogrzeb.

W tej ekranizacji zdecydowanie wyeksponowano wątki melodramatyczne, poza tym filmowa opowieść czasem niebezpiecznie zbliża się do granicy kiczu, a nawet ją przekracza, jak na przykład w scenie, gdy na podkolorowanym, nocnym niebie pojawia się twarz Daisy. Może nie posunęłabym się aż tak daleko, jak Tadeusz Sobolewski, któremu estetyka filmu Luhrmanna kojarzyła się z reklamą mebli i produkcjami Bollywood, ale mogło być lepiej. A na pewno mniej patetycznie.
[Źródło]
Autorzy adaptacji poszli w stronę wystudiowanego piękna, wyraźnie celebrując sceny ich zdaniem szczególnie zjawiskowe, na przykład rozsypujące się perły czy Gatsby w basenie, co momentami wydawało mi się trochę sztuczne i nie do końca zgodne z szorstkim tonem powieści Fitzgeralda. W jednej ze scen Nick na migi pokazuje Jayowi, że opada mu kosmyk na czoło, po czym on natychmiast poprawia fryzurę i to jest dość charakterystyczne ujęcie dla tego filmu, przeestetyzowanego w sposób ostentacyjny. Każdy loczek na swoim miejscu. Nawet śmierć jest piękna, sztuczna i pompatyczna.

Choć ten typ artyzmu nie wszystkim musi odpowiadać, a już zwłaszcza tym, którzy znają książkę Fitzgeralda, niewątpliwie film Luhrmanna jest niezwykłą ucztą, a wręcz fiestą dla oczu. Teatralnie przerysowane sceny przyjęć u Gatsby’ego zapierają dech barokowym rozmachem, a dzięki technice 3D są niezwykle realistyczne. Chwilami miałam ochotę wstać, pląsać i falować razem z tłumem. To również wielka zasługa muzyki, która nie pozostawi obojętnym chyba żadnego widza.

Zachwyciła mnie ścieżka dźwiękowa „Wielkiego Gatsby’ego”. Pomysł był dość ryzykowny, bo wiele utworów brzmi bardzo współcześnie, ale efekt końcowy okazał się świetny. Craig Armstrong nie zawiódł po raz kolejny, co na pewno ucieszy miłośników „Moulin Rouge!”. Cieszę się, że kilka dni przed obejrzeniem filmu przeczytałam ciekawą recenzję tej muzyki autorstwa nvs. Rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwania. To samo dotyczy kostiumów. Z wytęsknieniem oczekiwałam na słynną lawendową suknię Daisy i różowy garnitur Jaya. Okazało się, że to tylko jedne z mnóstwa atrakcji przygotowanych przez Catherine Martin.
Carey Mulligan (Daisy). [Źródło]
Bardzo mocną stroną filmu są aktorzy. Moje największe wątpliwości budził Leonardo DiCaprio, który wydawał mi się trochę zbyt infantylny i budyniowaty do roli Gatsby'ego, ale na szczęście obawy okazały się płonne. Poradził sobie całkiem nieźle, podobnie zresztą jak Carey Mulligan (Daisy) i Joel Edgerton (Tom). Jednak największe wrażenie zrobił na mnie rewelacyjny, pełen ciepła Tobey Maguire w roli Nicka Carrawaya, notabene wyraźnie wystylizowany na Francisa Scotta Fitzgeralda. 

Podobno DiCaprio miał opory przed przyjęciem roli w filmie Luhrmanna. Twierdzi, że obawiał się ciężaru odpowiedzialności, bo każdy mieszkaniec Stanów Zjednoczonych nosi w sobie własny obraz Gatsby'ego. To kolejny dowód na to, jak ważna, wręcz mistyczna, dla Amerykanów jest powieść Fitzgeralda. Zastanawiam się, czy efektowna, a czasami efekciarska adaptacja filmowa tej książki zachwyci  polskich widzów.


 Moja ocena: 4

6 kwietnia 2013

Nie do końca zauroczona (Colin Meloy, "Uroczysko")

Nie do końca zauroczona
Ostatnio wśród celebrytów zapanowała moda na pisanie już nie tylko książek kucharskich, ale również literatury dla dzieci. Na przykład w marcu The Guardian doniósł, że hollywoodzki gwiazdor Jim Carey planuje własnym sumptem opublikować metafizyczne (!) dziełko dla najmłodszych czytelników, którego bohaterem będzie fala o imieniu Roland. Z kolei u nas niedawno pojawiła się powieść Agnieszki Chylińskiej Zezia i Giler

Cóż, przyznam się, że dość nieufnie podchodzę do takich książek. Mam wątpliwości, ile w tym wszystkim sprytnego marketingu, a ile autentycznej pasji i pisarskiego talentu. Zastanawiam się, czy Angielskie różyczki Madonny pachniałyby tak samo upojnie i odniosłyby taki sam sukces, gdyby wydano je jako Angielskie różyczki M. L. V. Ciccone.

Zastanawiam się, skąd złudne założenie, że pisać dla dzieci może każdy. Nie oszukujmy się, Maksym Gorki miał rację: dla dzieci trzeba pisać tak jak dla dorosłych, tylko lepiej. Oczywiście nie wątpię, że są gwiazdy estrady, które potrafią zachwycić młodych czytelników. Jednak gdybym kilka tygodni temu buszując po księgarni skojarzyła Colina Meloya z zespołem The Decemberists, prawdopodobnie nie kupiłabym jego powieści Uroczysko. Nie skojarzyłam, kupiłam, przeczytałam. 

Pierwsze zdanie jeszcze w księgarni przygwoździło moją uwagę:
Jakim sposobem pięć kruków zdołało unieść niemowlę ważące dzie­więć kilogramów, tego Prudencja zupełnie nie mogła pojąć, lecz brak odpowiedzi na to pytanie był akurat dla dziewczynki najmniej­szym zmartwieniem.[1]
Scena porwania Maksia została odmalowana sugestywnie i zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że przez kilka dni z mieszanymi uczuciami mijałam osiedlowe kawki. Dobrze, że nie ma u nas kruków, choć przypuszczalnie i tak moje obawy są płonne, bo ważę znacznie więcej niż dziewięć kilogramów.
Ilustracja z książki.
Prudencja McKeel, czyli Dunia (w oryginale Prue), to główna bohaterka Uroczyska. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się absolutnie niczym. Jest najzwyklejszą w świecie szóstoklasistką z małego miasteczka w stanie Oregon. Nietrudno zgadnąć, że dziewczynka wyruszy na poszukiwanie porwanego brata, narażając się na niebezpieczeństwa i przeżywając liczne przygody. Przy okazji odkryje też pewną rodzinną tajemnicę. W wyprawie towarzyszy jej trochę irytujący kolega z klasy, Kurt (w wersji anglojęzycznej Curtis). Baśniowość tej historii przenika się z codziennością. Jak na powieść fantasy przystało, znienacka okazuje się, że nasza rzeczywistość nie jest tą jedyną.

Akcja Uroczyska obfituje w dramatyczne zapętlenia, ale mimo to często wywołuje uśmiech. Jednak bez histerycznych prób rozweselania za wszelką cenę, co niestety czasem zdarza się w książkach dla dzieci. Wymyślony przez Colina Meloya fantastyczny świat jest zaskakujący i detalicznie rozbudowany. Trochę szkoda, że autor bardziej nie zaufał sile swojej wyobraźni, bo mniej lub bardziej świadome wpływy „Królowej Śniegu”, serii o Narnii i twórczości Tolkiena chwilami wydawały mi się zbyt wyraźne. Z przykrością dodam, że w przeciwieństwie do wymienionych utworów Uroczysko nie wywołuje aż tak silnych emocji. Rzecz jasna kibicowałam Prudencji w jej ryzykownej misji, ale w przeciwieństwie do Flawii de Luce z powieści Alana Bradleya Dunia nie stała się dla mnie kimś bliskim. Myślę, że zwyczajność i przeciętność bohaterki to był świadomy wybór autora, ale niestety skończyło się na chłodnej nijakości.

Przygody odgrywają ważną rolę, ale to nie wszystko. Wyraźne jest też przesłanie ekologiczne powieści, poza tym Meloy demaskuje mechanizmy państwa totalitarnego. Podobało mi się to, że autor nie unika dylematów i zmusza bohaterów do podejmowania trudnych decyzji. I jeszcze jedna ważna zaleta, nieczęsto spotykana w literaturze dziecięcej: bohaterowie negatywni nie są źli tak po prostu.Na przykład poznajemy źródło i przyczyny okrucieństwa regentki Aleksandry.

Przy pierwszych rozdziałach trudno się oderwać od lektury, akcja toczy się błyskawicznie, a nasz niepokój o Dunię, Kurta i Maksia rośnie. Niestety, mniej więcej od sceny podróży Duni z orłem napięcie spada lotem koszącym i pojawiają się fragmenty, które tak naprawdę nic nie wnoszą. Spokojnie można by się obejść chociażby bez wizyty w restauracji czy rozmowy z Iris. Na szczęście na ostatnich stronach akcja znowu nabiera tempa.
Ilustracja z książki.
Polskiej tłumaczce udało się przełożyć dialogi tak, że brzmią bardzo naturalnie ale drażniło mnie powtarzające się kilkakrotnie „łał”. Dlaczego nie swojskie „ojej”? Poza tym w tekście zdarzają się słowa, które mogą sprawić kłopot dzieciom z pierwszej czy drugiej klasy szkoły podstawowej (Uroczysko jest polecane dla czytelników od lat ośmiu): „Co masz dziś na wokandzie?” (s. 3) „hektycznie błogi” (s. 26) „ruch separatystyczny” (s. 180), „zniknięcie twojego brata było zaledwie katalizatorem długiego ciągu wypadków” (s. 478). Nie sądzę, żeby zawiniła tłumaczka. Recenzenci anglojęzyczni też podkreślają, że Colin Meloy ustawił językową poprzeczkę ciut za wysoko, biorąc pod uwagę wiek głównych adresatów Uroczyska. Myślę, że przesadził też trochę z objętością. 541 stron może okazać się sporym wyzwaniem dla młodszych czytelników.

Rodzice, dla których priorytetem przy wyborze lektur i filmów dla progenitury jest całkowity brak przemocy, powinni zdyskwalifikować Uroczysko w przedbiegach, bo sporadycznie zdarzają się sceny brutalne, na przykład w opisie bitwy. Poza tym w powieści bardzo ważną rolę odgrywa wątek rytualnego mordu na niemowlęciu. Oto mała próbka:
Kiedy nadejdzie jesienne zrównanie dnia z nocą, a zostały do niego jeszcze trzy dni, na Pradawnym Kamieniu Przodków złożyć należy ciało drugiego dziecka. Na dźwięk mego zaklęcia roślinne pędy wypiją krew niemowlęcia i pożywią się ludzkim mięsem. Zyskają wtedy potężną moc. Ludzka krew będzie krążyć w ich członkach, lecz one staną się posłusznym narzędziem, całkowicie poddanym moim rozkazom.[2]
Wiem, że w porównaniu z agresją w niektórych grach komputerowych i kreskówkach to pestka, ale mimo wszystko nie bardzo rozumiem sens epatowania takimi wizjami ośmiolatków. Poza tym rodzice powinni być przygotowani jeszcze na to, że niektóre fragmenty mogą wywołać lawinę dociekliwych pytań pozaliterackich, jak na przykład biesiadna pieśń żołnierzy:
A jak ujrzałem dziewczę me,

Jak z innym obściskuje się,

Wrzuciłem dziewkę w studni toń,

Niech stamtąd wyje sobie doń!

Więc szczura łap, koleżko moi.

Ugotuj go, wysysaj łój![3]
Fragment może sprowokować do interesującej dyskusji na dość nieprzewidywalne tematy.

Jonathan Safran Foer, którego opinię przytacza wydawca amerykański, podkreśla, że Uroczysko jest nie tylko piękną lekturą, ale również wspaniałym dziełem sztuki. Wartości literackie tej książki dla mnie nie są aż takie oczywiste, ale szata graficzna naprawdę robi wrażenie. Autorką zachwycających, oryginalnych ilustracji jest Carson Ellis, prywatnie żona Colina Meloya. szkoda, że kolorowych obrazków jest tylko sześć. Powieść wydano pięknie i starannie również w Polsce, co częściowo usprawiedliwia boleśnie słoną cenę (na okładce 49,99 zł).

Podtytuł „Kronik Lasu księga pierwsza” wyraźnie sugeruje, że to dopiero początek cyklu. W Stanach Zjednoczonych wydano już tom drugi, Under Wildwood. Seria książek o sprytnej Duni McKeel doczekała się już własnej strony internetowej.
____
[1] Colin Meloy, Uroczysko, il. Carson Ellis, tłum. Bogumiła Kaniewska, Wilga, 2012, s. 1.
[2] Tamże, s. 210-211
[3] Tamże, s. 200.

Moja ocena: 4
Colin Meloy z zespołem The Decemberists.

22 lutego 2013

„Nie zawsze z psami schodzi się na psy” (Katarzyna Nowicka, "Pyskiem do kamery")

„Nie zawsze z psami schodzi się na psy”
Dotychczas myślałam, że okładka przede wszystkim ma informować o tym, jak brzmi tytuł książki i kto ją napisał. Wydawnictwo Bellona w brawurowym stylu zburzyło moje przekonanie, przewidywalne, ciepłe i bezpieczne niczym norka hobbita. 

Wbrew temu, co widzicie na powyższym zdjęciu, prawdziwy autor „Pyskiem do kamery” został wymieniony małymi literkami jako „współtwórca” w nocie z tyłu, na ostatniej stronie okładki. Na osłodę dorzucono jeszcze portrecik. Wprawdzie już kiedyś czytałam książkę, w której beztrosko pominięto tłumacza, ale z taką nonszalancją wobec twórcy spotykam się po raz pierwszy. 

Nie wiem, jaki był wkład Katarzyny Nowickiej w powstanie dziełka. Jako redaktor figuruje inna osoba. Bardzo możliwe, że bez pani Nowickiej w ogóle nie byłoby tej publikacji, ale warto byłoby coś na ten temat napisać. Zapewne „Zamiast wstępu” i zakończenie („Proste zasady zdobycia psiego przywiązania”) są jej autorstwa, choć akurat ich nie podpisała swoim nazwiskiem. Może to ona spisywała wspomnienia Franciszka Szydełki, który udzielił jej wywiadu-rzeki? Mimo wszystko doprawdy wypadało wkomponować jego nazwisko w projekt pierwszej strony okładki.

Franciszek Szydełko? Jeśli macie zwyczaj wychodzić z kina lub wyłączać telewizor, kiedy tylko pojawiają się napisy końcowe, to nazwisko raczej nic Wam nie powie. Ci, którzy interesują się składem ekip filmowych, bezbłędnie skojarzą go z tresurą zwierząt dla potrzeb filmu Zagadką pozostaje dla mnie pytanie, dlaczego Bellona nie wykorzystała popularności pana Szydełki w roli marketingowego atutu. 

Przyjemność płynąca z lektury „Pyskiem do kamery” to między innymi zasługa talentu gawędziarskiego autora. Pan Szydełko odbył mnóstwo spotkań z widzami i to się czuje przy czytaniu. Jego słowa przypominają kamyczki, które z biegiem czasu stały się okrągłe i gładkie. Żałuję, że jeśli kiedyś zawitał w Lublinie, a to bardzo prawdopodobne, przegapiłam to. Poczucie humoru i elokwencja autora jednoznacznie zapowiadają spore atrakcje na żywo.
Franciszek Szydełko i Trymer.
[Źródło]
Okraszone licznymi ciekawostkami opowieści polecam nie tylko miłośnikom psów i innej zwierzyny. Autor poświęca sporo uwagi filmom, przy których współpracował. Liczba tytułów robi wrażenie (148), choć oczywiście przywołane zostały tylko niektóre, i największe hity (Czterej pancerni i pies, Cywil, Szaleństwa panny Ewy, Dom), i te zupełnie zapomniane. Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego w telewizji do bólu eksploatowane są ciągle te same produkcje, a przecież tyle mniej znanych zasługuje na odkurzenie. Parę tytułów sobie wynotowałam do obejrzenia koniecznie, na przykład Romantycznych, Prognozę pogody, Sam na sam. Tylko uprzedzam, że autor dość intensywnie zagłębia się w meandry fabuły, więc jeśli ktoś podobnie jak ja nie cierpi spoilerów, proponuję wrócić do tych fragmentów już po obejrzeniu filmu, który Was zaciekawi.

Kiedy czytałam Pyskiem do kamery, uderzyły mnie przede wszystkim dwie rzeczy. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, w jak wielu polskich filmach występują zwierzęta, choć stali czytelnicy bloga wiedzą, że jestem na tym punkcie wyczulona. Czworonogi pojawiają się czasem tylko na kilka sekund, a praca nad sceną trwa godzinami i bywa prawdziwym wyzwaniem dla osób, które ją przygotowują. Czy pamiętacie gęsi, kozy i kury w ekranizacji „Ferdydurke”? Bo ja nie, a wystąpił tam szwadron zwierzęcych aktorów. Tak Szydełko wspomina emocjonującą pracę przy tej produkcji: 
Pięć osób pomagało mi utrzymać to wszystko w jakich takich rygorach. Poprzydzielałem zadania według zwierzęcych asortymentów i koordyno­wałem:
- Prosiaki na plan! Gęsi z lewej strony! Kaczki trochę z tyłu! Uwaga! Krowy nie mogą zasłaniać baranów... - i tak bez końca. Gdy schodziłem potem z planu, nie słyszałem, co się do mnie mówi, taki tam podczas zdjęć był rwetes i urwanie głowy.[1]
Kolejna niespodzianka to metody pracy ze zwierzętami, które pan Szydełko opisał bardzo drobiazgowo. Na fali amerykańskich i angielskich zaklinaczy koni, psów, kotów i świnek morskich jego podejście wydaje mi się bardzo nowatorskie i dziwię się, że wśród zachwytów nad zagranicznymi behawiorystami nie pamiętamy o naszym rodzimym talencie, który w praktyce stosował szkolenie pozytywne kilkadziesiąt lat zanim w ogóle padła ta nazwa. Autor podkreśla, że nie uciekał się do przemocy, a jego recepta na sukces to przyjazny kontakt ze zwierzęciem, wspomagany przysmakami plus spryt i intuicja. I świadomość, że „człowiek, który cząstkę swego serca przekaże psu, otrzyma w zamian od niego cały bezmiar miłości i wierności”[2]. 

Ubodło mnie natomiast to, że psy, które trafiały na plan filmowy ze schronisk, po zakończeniu zdjęć często tam wracały. Po kilku tygodniach troskliwej opieki i bliskiego kontaktu z człowiekiem to musiał być dla nich szok, choć autor podkreśla, że interesowano się ich dalszym losem, a niektóre znajdowały nowy dom wśród członków ekipy.

W Pyskiem do kamery Franciszek Szydełko opowiada o początkach swojej przygody z kinematografią, a kolejne rozdziały poświęcone są poszczególnym filmom. Autor dokładnie opisuje poszczególne etapy swojej pracy, począwszy od poszukiwania idealnego odtwórcy roli, a skończywszy na spotkaniach z widzami po premierze, często w towarzystwie psich celebrytów. Szydełko wspomina na przykład wyprawę samolotem do Pragi. Kategorycznie odmówiono wstępu na pokład owczarkowi niemieckiemu Trymerowi, odtwórcy roli Szarika. Kiedy załoga dowiedziała się, kim jest niechętnie widziany pasażer-futrzak, problem zniknął natychmiast, a pies podróżował jako VIP. Jak widać „Nie zawsze z psami schodzi się na psy”[3]. 
Na planie Czterech pancernych i psa.
[Zdjęcie z książki.]
W „Pyskiem do kamery” anegdot jest sporo. Oprócz zabawnych, na przykład o scenie polowania z „Misia”, o słonicy Tarze z „W pustyni i w puszczy”, która była melancholijną miłośniczką rumu, o słynnym pastowanym dziku z „Nie ma mocnych”, czy o problemach z egipską policją, która uznała dogi niemieckie za młode lwy. Okazuje się, że czasem śmieszne sceny, które weszły do panteonu najzabawniejszych fragmentów polskich fimów powstawały w nieco dramatycznych okolicznościach. W czasie kręcenia komedii „Galimatias, czyli kogel-mogel II” jeden z adoratorów niezapomnianej Pusi zaatakował Małgorzatę Lorentowicz, która grała babcię.

Wśród mniej lub bardziej zabawnych opowieści zdarzają się też i takie, które prowokują do refleksji. Choćby historia związana z „Ulicą Graniczną” z 1949 roku. Scenariusz przewidywał następującą scenę: hitlerowiec szczuje psa na żydowską dziewczynkę. Czarny owczarek niemiecki Wicher został solidnie przygotowany do swojej roli, ale w kulminacyjnym momencie rzucił się na odtwórcę roli prześladowcy dziecka. 

Cierpliwość i spokojna determinacja pana Szydełki nieraz wprawiały mnie w podziw. Pracował nie tylko ze zwierzętami. Często więcej wysiłku wymagało przełamanie oporów ludzi. Miłośnikiem czworonogów nie był na przykład Roman Wilhelmi, który się ich bał. A o tym, jak ważne są pozytywne fluidy w aktorskim tandemie człowiek - pies na planie filmowym, niedawno boleśnie przekonali się twórcy serialu Komisarz Alex.

Najczęściej autor pracował z psami, ale wśród jego podopiecznych zdarzały się też koty, węże, kaczki, gęsi, kury, kozy, żurawie, szczury, świnie, zaskroniec, gawrony, muchy i dżdżownice. Imponujący zestaw. Mąż, którego w trakcie lektury nieustannie bombardowałam dykteryjkami z planu filmowego, zapytał, czy pan Szydełko trenował również mrówki, które wystąpiły w „Panu Tadeuszu”, ale akurat na ten temat nie ma ani słowa.
_____________
[1] Katarzyna Nowicka, Pyskiem do kamery: Szarik, Cywil i inni, Wydawnictwo Bellona, 1997, s. 185.
[2] Tamże, s. 8.
[3] Tamże, s. 9.

Moja ocena: 4 
Franciszek Szydełko.
[Źródło]

17 grudnia 2012

„Przeklęty bigos kłamstw” (Gunnar Gunnarsson, "Czarne ptaki")


„Przeklęty bigos kłamstw”
Moje poprzednie spotkanie z literaturą islandzką nie pozostawiło pięknych wspomnień. Powieść Skugga Baldur Sjóna okazała się hermetyczna, a polski przekład z atrakcjami typu „wstrząs wczasieciążowy” sprawił, że czytanie tej książki przypominało mozolne przedzieranie się przez skandynawskie śniegi. Sięgając po wydane w 1929 roku „Czarne ptaki” Gunnara Gunnarssona miałam przeczucie, że tym razem tłumaczenie dostarczy mi zgoła innych wrażeń estetycznych. Jego autorem jest bowiem Leopold Staff. Umieram z ciekawości, skąd u naszego poety zainteresowanie językiem duńskim, w którym została napisana powieść. Gunnar Gunnarsson, podobnie jak wielu jego rodaków, wyjechał za chlebem do ojczyzny Andersena i mieszkał tam aż trzydzieści dwa lata. Początkowo pisał tylko po duńsku, bo chciał, żeby jego twórczość miała większy zasięg. 

Wprawdzie okładka i tytuł książki nie obiecywały słonecznej, beztroskiej opowiastki, ale ładunek czarnego pesymizmu, który pogłębiała surowa, mroźna sceneria, po prostu mnie zmiażdżył. Gunnarsonn nie oszczędza czytelnika - w „Czarnych ptakach” traci życie pięcioro dzieci i kilkoro dorosłych, a złowieszcze słowa Bjarniego: „Ludzie nie mogą sobie pomagać. […] Ludzie mogą się tylko zabijać”[1] brzmią posępnie w pamięci czytelnika do ostatniej strony. I jeszcze długo potem.

Opowieść jest silnie odsadzona w realiach, ale czasem przypomina baśń, a dzieje się tak między innymi za sprawą imion bohaterów (na przykład Malfridur, Gudmundur, Steinunn, Torbergur, Egil, Torgrim, Sigmundur), które przywodzą na myśl skandynawską sagę. Surowe oceny moralne i styl niektórych fragmentów sugerują pokrewieństwo z biblijnymi przypowieściami. Atmosferę zagrożenia i rozpaczy potęgują tytułowe czarne ptaki, które pojawiają się kilkakrotnie.

Przekład Leopolda Staffa zgodnie z przewidywaniami okazał się znakomity. Chwilami drażnił mnie tylko osad młodopolskich egzaltacji. Sędzia Scheving tak oto woła do służącej: „Złotowłosa! […] Czyś niema, o wysokopierśna, o słoneczna!”[2], co na pewno nie stanowi szczytowego osiągnięcia w kategorii naturalnych dialogów. Szczególnie pięknie i poetycko brzmią natomiast opisy islandzkiej scenerii, która w milczeniu towarzyszy tragedii bohaterów. Jak często bywa w literaturze skandynawskiej, przyroda staje się tłem dramatycznych wydarzeń, których sprężyną są ludzkie namiętności. Jej dojmująca ponurość współgra z nastrojami bohaterów: „Bezradnie patrzyłem dokoła. Niebo wisiało szare i zimne, znowu brzemienne śniegiem. Zdawało się, jakby całe życie miało utonąć w lodowatej szarości i zdrętwiałym zimnie”[3].

W świecie Gunnarssona mrok i ciemność nabierają znaczeń symbolicznych: „I noc minęła. Ta noc, która była jak otchłań niedoli i przez której gęstą jak krew ciemność nadzieja i wiara przeświecały słabo jak dalekie gwiazdy; jak te zmarzłe i płonące gwiazdy, dokoła których rozpaczliwie krążą nasze ślepe sny i krótkowzroczne oczy”[4]. Powieść sprawia wrażenie skąpanej w lodowatym świetle księżyca, a mroczny nastrój kojarzył mi się z filozofią Kierkegaarda.

Poza rozbudowaną warstwą filozoficzną, religijną i etyczną „Czarne ptaki” można też odczytać jako powieść kryminalną. Źródłem nieszczęść bohaterów jest zbrodnia. Autora interesują bardziej konsekwencje czynów głównych postaci niż ich motywacja. Na oczach czytelnika toczy się proces sądowy, który chwilami sprawia wrażenie parodii. Wyraźnie widać, że wszyscy są całkowicie przekonani o winie oskarżonych: „Są winni, oboje. Wystarczy spojrzeć na nich, aby się o tym przekonać!”[5]. Uczestnicy dziwnego spektaklu wydają się rozdrażnieni, że muszą w nim brać udział i że trwa tak długo. Sędzia Scheving zapomina o zaprzysiężeniu oskarżyciela i obrońcy, w czasie procesu zażywa tabaki, wódką zapija „przeklęty bigos kłamstw”[6], a jego poglądy na temat prawa wywołują dreszcze: „Prawda jest zawsze najprzyjemniejsza. Ale nie jest zgoła niezbędna. Wcale nie!”[7].

„Czarne ptaki” odczytałam też jako żarliwy protest przeciwko karze śmierci i makabrycznym torturom, którym poddawani są skazańcy. Powieść jest owocem przemyśleń autora na temat zbrodni i kary, odpowiedzialności za popełniane czyny. Istotną rolę odgrywają też refleksje Gunnarssona na temat religii. Główny bohater powieści, a zarazem narrator, jest młodym proboszczem, choć jego imię, Eiulvur, kojarzyło mi się raczej z elfem, a nie z osobą duchowną.

Wcale nie zdziwiła mnie informacja o tym, że Gunnar Gunnarsson aż trzykrotnie otarł się o Nagrodę Nobla. Dopiero niedawno ujawniono, że Szwedzka Akademia wzięła pod uwagę tajemnicze względy pozaliterackie. W biografii islandzkiego pisarza nie znalazłam żadnych grząskich tematówPrzypadek tegorocznego laureata, Mo Yana, świadczy o tym, że niefrasobliwość komitetu bywa równie szkodliwa jak nadmierna ostrożność.

_____
[1] Gunnar Gunnarsson, Czarne ptaki, tłum. Leopold Staff, Wydawnictwo Poznańskie, 1974, s. 77.
[2] Tamże, s. 95.
[3] Tamże, s. 42.
[4] Tamże, s. 159.
[5] Tamże, s. 149.
[6] Tamże, s. 104.
[7] Tamże, s. 149.

Moja ocena: 4

Gunnar Gunnarsson.