Połykając ciszę [1],
czyli lankijski batik
Ja lubię krótsze formy prozatorskie. Uważam, że wbrew pozorom nie są wcale łatwiejsze do napisania. Kilkusetstronicowy utwór skuteczniej zamaskuje niedociągnięcia. W opowiadaniu widać je jak na dłoni. Susan Hill w "Howards End is on the Landing" wyznała, że napisanie opowiadania jest dla niej nieskończenie trudniejsze niż stworzenie powieści.[2]
Znaleziony przeze mnie na półce Biblioteki Brytyjskiej "Monkfish Moon" dowodzi, że zbiór opowiadań może konkurować z poczytniejszymi powieściami. Zawiera dziewięć utworów. Mnie najbardziej urzekły opowiadania "Captives", "Batik" i "Carapace". Najmniej spodobał mi się utwór tytułowy. Akcja opowiadań toczy się w Sri Lance (dawny Cejlon), ale również w Europie, gdzie żyją emigranci. Autor przedstawia ich rozterki i tęsknotę za bliskimi. Już kiedyś zwierzałam się z fascynacji literaturą związaną z Indiami, więc nie zdziwi Was to, że "Monkfish Moon" zainteresował mnie od pierwszego wejrzenia.
Na pierwszy rzut oka Sri Lanka wydaje się rajską krainą z folderów biur podróży. Nazwa państwa w sanskrycie oznacza olśniewający kraj i trudno o lepszy epitet. W rzeczywistości jednak historia tego kraju jest smutna i dramatyczna. Autor opowiadań przedstawia wpływ polityki i wewnętrznych konfliktów, na życie zwykłych ludzi. Egzotyczna przyroda - dżungla, papugi wokół drzewa mangowca, gwiazdy jak małe lusterka, które są tak blisko, że prawie można ich dotknąć, rozmaite kwiaty z nagietkami włącznie - jest dyskretnym świadkiem i tłem wydarzeń.
Rzadko zdarza się, żeby autor otaczał swoich bohaterów tak pogodną czułością jak Gunesekera. Portrety bohaterów są dość szkicowe, ale subtelne i pełne ciepła. Postaci nie wyróżniają jakieś niezwykłe cechy czy przygody. To zwykli ludzie, ale trudno ich zapomnieć. Ray i Siri, starsi panowie dwaj, których połączyła przyjaźń mimo różnic społecznych, właściciel hotelu, oczarowany przez przyjezdną Angielkę, Nalini zatroskana brakiem uwagi ze strony męża, pochłoniętego polityką, dziewczyna, która musi dokonać wyboru między swoim chłopakiem, beztroskim kucharzem Vijayem a Anurą Perrerą, który jest bogaty i mieszka w Australii... Powtarzającym się motywem jest ambiwalentny stosunek do Wielkiej Brytanii i brytyjskości - z jednej strony wrogość, z drugiej fascynacja.
Na pierwszy rzut oka Sri Lanka wydaje się rajską krainą z folderów biur podróży. Nazwa państwa w sanskrycie oznacza olśniewający kraj i trudno o lepszy epitet. W rzeczywistości jednak historia tego kraju jest smutna i dramatyczna. Autor opowiadań przedstawia wpływ polityki i wewnętrznych konfliktów, na życie zwykłych ludzi. Egzotyczna przyroda - dżungla, papugi wokół drzewa mangowca, gwiazdy jak małe lusterka, które są tak blisko, że prawie można ich dotknąć, rozmaite kwiaty z nagietkami włącznie - jest dyskretnym świadkiem i tłem wydarzeń.
Rzadko zdarza się, żeby autor otaczał swoich bohaterów tak pogodną czułością jak Gunesekera. Portrety bohaterów są dość szkicowe, ale subtelne i pełne ciepła. Postaci nie wyróżniają jakieś niezwykłe cechy czy przygody. To zwykli ludzie, ale trudno ich zapomnieć. Ray i Siri, starsi panowie dwaj, których połączyła przyjaźń mimo różnic społecznych, właściciel hotelu, oczarowany przez przyjezdną Angielkę, Nalini zatroskana brakiem uwagi ze strony męża, pochłoniętego polityką, dziewczyna, która musi dokonać wyboru między swoim chłopakiem, beztroskim kucharzem Vijayem a Anurą Perrerą, który jest bogaty i mieszka w Australii... Powtarzającym się motywem jest ambiwalentny stosunek do Wielkiej Brytanii i brytyjskości - z jednej strony wrogość, z drugiej fascynacja.
Książkę odradzam miłośnikom literackiego "mocnego uderzenia". Te kameralne historie przypuszczalnie Was znudzą. Jeśli natomiast lubicie delikatnie snującą się nić opowieści, zbiór "Monkfish Moon" powinien Wam się spodobać. Proza Romesha Gunesekery raczej nie wdziera się hurmem do serca czytelnika. Robi to cicho, spokojnie i krok po kroku.
Opowiadania napisane są bardzo prostym językiem, chwilami przypominają wręcz graded readera, ale precyzyjnym, a jednocześnie poetyckim i pięknym. Bez ocierania się o kicz i bez taniego sentymentalizmu. Prostota i subtelność - te dwa słowa dobitnie streszczają moje wrażenia z lektury "Monkfish Moon". Delikatny rysunek ludzi i zdarzeń oraz wielowarstwowość kojarzy się z batikiem, który notabene odgrywa symboliczną rolę w jednym z opowiadań. Występuje również w jego tytule.
Zbiór "Monkfish Moon" kilkakrotnie przywoływał mi na myśl opowiadania Jhumpy Lahiri, zwłaszcza z "Tłumacza chorób". Utwory Gunesekery w tym porównaniu wypadają nieźle. Są bardziej wyciszone, mniej melodramatyczne. Aby streścić każde z nich wystarczy nie kilka zdań, lecz kilka słów. Pod powierzchnią tych krótkich powiastek kryje się drugie dno z wielkimi tęsknotami i namiętnościami, o których nikt nie mówi wprost.
Zbiór "Monkfish Moon" kilkakrotnie przywoływał mi na myśl opowiadania Jhumpy Lahiri, zwłaszcza z "Tłumacza chorób". Utwory Gunesekery w tym porównaniu wypadają nieźle. Są bardziej wyciszone, mniej melodramatyczne. Aby streścić każde z nich wystarczy nie kilka zdań, lecz kilka słów. Pod powierzchnią tych krótkich powiastek kryje się drugie dno z wielkimi tęsknotami i namiętnościami, o których nikt nie mówi wprost.
"Życie to garść opowiadań, które udają, że są powieścią"[3] - ten anonimowy cytat zanotowała kiedyś Susan Hill na okładce notesu. Opowiadania ze zbioru "Monkfish Moon" nic nie udają i na tym polega ich urok.
_______
[1] Romesh Gunesekera, "Monkfish Moon", Granta Books, 1998, s. 16.
[2] Susan Hill, "Howards End is on the Landing", Profile Books, 2010, s. 99.
[3] Tamże, s. 99.
Moja ocena: 4
[1] Romesh Gunesekera, "Monkfish Moon", Granta Books, 1998, s. 16.
[2] Susan Hill, "Howards End is on the Landing", Profile Books, 2010, s. 99.
[3] Tamże, s. 99.
Moja ocena: 4

