
W Sigri, na końcu drogi,
czyli ze Szwecji do Grecji
czyli ze Szwecji do Grecji
Uprzedzam, że nigdy nie byłam w Grecji, tak więc nie jestem w stanie określić, na ile trafne są spostrzeżenia autorów. Książkę napisała para pięćdziesięciolatków: Polka - Joanna i Fin - Mikael. Obydwoje na co dzień mieszkają w Szwecji, która stała się ich ojczyzną z wyboru. Choć w pewnym sensie uznają się za Szwedów, a "Greckie pomidory" zostały napisane w języku szwedzkim, pamiętają o swoich korzeniach. Joanna z zapałem rozwiązuje polskie krzyżówki, aby nie zapomnieć języka, Mikael zaś nostalgicznie wspomina fińskie sauny. Książka opisuje początek nowego rozdziału w ich życiu.
Kupno domu w greckiej wiosce nie było kaprysem. Mikael marzył o tym od trzydziestu lat. To energiczna Joanna zmobilizowała go do realizacji planu. Wybór padł na mało znaną wioskę Sigri na wyspie Lesbos (nawiasem mówiąc okazało się, że prawidłowa wymowa to "Lesvos"). Co ciekawe, każda grecka wioska posiada własnego prezydenta, wyłonionego w wyborach bezpośrednich, który pomaga mieszkańcom w różnych sprawach: "tutejszy prezydent uczestniczy we wszystkim, co dotyczy jego wioski"[1]. Autorzy książki musieli najpierw zdobyć jego przychylność. Na początku Joanna i Mikael zostali poddani próbie - dom mogli tylko wynająć. Podlegali w tym czasie dyskretnej obserwacji ze strony mieszkańców. Gdy zaskarbili sobie ich sympatię, pozwolono im nabyć nieruchomość, co też skwapliwie uczynili.
Różnice między chłodną Szwecją a Helladą pachnącą słońcem są ogromne i nie ograniczają się do klimatu. "W Grecji nie umierasz z samotności i gangreny w jakimś domu starców o wdzięcznej nazwie "Słoneczne wzgórze", ale w lokalnej kawiarni, z ouzo w ręku i głową w tryktraku"[2]. Z zainteresowaniem towarzyszymy naszym bohaterom w codziennym odkrywaniu Grecji. Obserwujemy piękne widoki, kosztujemy regionalne potrawy i smakołyki z jeżowcami włącznie, próbujemy nauczyć się języka nowogreckiego, co kończy się sromotną porażką. Najważniejsze jednak są spotkania z ludźmi. Mottem Joanny i Mikaela jest przysłowie: "Nieważne, gdzie mieszkasz, ważne, z kim się zadajesz"[3]. Uważają się za szczęściarzy. Grecy, których poznali, są serdeczni, życzliwi i optymistycznie nastawieni do świata.
Zazdrościmy Joannie i Mikaelowi sielanki "w Sigri, na końcu drogi" [4]. Jest to koniec drogi w sensie geograficznym - ich wioska to zakątek, do którego rzadko trafiają tabuny turystów, ale również kres trosk związanych z szukaniem odpowiedzi na najważniejsze w życiu pytania, koniec stresów, a początek poczucia bezpieczeństwa i spokoju. Książka opowiada bowiem nie tylko o Grecji, ale także o kobiecie i mężczyźnie, którzy pozornie różni za sprawą innych doświadczeń, wyznań, narodowości, temperamentów, tak naprawdę pasują do siebie niczym platońskie połówki jabłka. Książka jest harmonijnym dwugłosem - niektóre rozdziały to monologi Joanny, w innych głos zabiera Mikael.
Wspomnienia napisane zostały w sposób bezpretensjonalny, prosty i naturalny, bez egzaltacji i pseudo-lirycznych uniesień częstych w tego typu publikacjach. O Grekach autorzy piszą z szacunkiem, ale potrafią też wychwycić ich śmiesznostki. Obydwoje mają bowiem poczucie humoru i zdrowy dystans do samych siebie, czego przykładem mogą być zabawne perypetie związane ze sprowadzaniem mebli Ikei do Sigri.
Książka jest przyjemna w odbiorze, choć trochę letnia. Mogłaby być na pewno bardziej dopracowana i głębsza, pozostawia bowiem wrażenie niedosytu. Uprzedzam miłośników pozycji wymagających, że znajdą tu luźne impresje, a nie erudycyjny esej. Ja przeżuwałam "Greckie pomidory" z uśmiechem i smakiem. Dużą ozdobę książki stanowią urokliwe ilustracje - akwarele autorstwa Andrzeja Płoskiego. Uważam, że do tej książki pasują bardziej niż zdjęcia.
______
[1] Joanna Nicklasson-Młynarska, Mikael Backman, "Greckie pomidory, czyli nowy dom na końcu drogi", tłum. Dominika Górecka, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010, s. 15.
[2] Tamże, s. 12.
[3] Tamże, s.179.
[4] Tamże, s. 180.
Moja ocena: 4
Kupno domu w greckiej wiosce nie było kaprysem. Mikael marzył o tym od trzydziestu lat. To energiczna Joanna zmobilizowała go do realizacji planu. Wybór padł na mało znaną wioskę Sigri na wyspie Lesbos (nawiasem mówiąc okazało się, że prawidłowa wymowa to "Lesvos"). Co ciekawe, każda grecka wioska posiada własnego prezydenta, wyłonionego w wyborach bezpośrednich, który pomaga mieszkańcom w różnych sprawach: "tutejszy prezydent uczestniczy we wszystkim, co dotyczy jego wioski"[1]. Autorzy książki musieli najpierw zdobyć jego przychylność. Na początku Joanna i Mikael zostali poddani próbie - dom mogli tylko wynająć. Podlegali w tym czasie dyskretnej obserwacji ze strony mieszkańców. Gdy zaskarbili sobie ich sympatię, pozwolono im nabyć nieruchomość, co też skwapliwie uczynili.
Różnice między chłodną Szwecją a Helladą pachnącą słońcem są ogromne i nie ograniczają się do klimatu. "W Grecji nie umierasz z samotności i gangreny w jakimś domu starców o wdzięcznej nazwie "Słoneczne wzgórze", ale w lokalnej kawiarni, z ouzo w ręku i głową w tryktraku"[2]. Z zainteresowaniem towarzyszymy naszym bohaterom w codziennym odkrywaniu Grecji. Obserwujemy piękne widoki, kosztujemy regionalne potrawy i smakołyki z jeżowcami włącznie, próbujemy nauczyć się języka nowogreckiego, co kończy się sromotną porażką. Najważniejsze jednak są spotkania z ludźmi. Mottem Joanny i Mikaela jest przysłowie: "Nieważne, gdzie mieszkasz, ważne, z kim się zadajesz"[3]. Uważają się za szczęściarzy. Grecy, których poznali, są serdeczni, życzliwi i optymistycznie nastawieni do świata.
Zazdrościmy Joannie i Mikaelowi sielanki "w Sigri, na końcu drogi" [4]. Jest to koniec drogi w sensie geograficznym - ich wioska to zakątek, do którego rzadko trafiają tabuny turystów, ale również kres trosk związanych z szukaniem odpowiedzi na najważniejsze w życiu pytania, koniec stresów, a początek poczucia bezpieczeństwa i spokoju. Książka opowiada bowiem nie tylko o Grecji, ale także o kobiecie i mężczyźnie, którzy pozornie różni za sprawą innych doświadczeń, wyznań, narodowości, temperamentów, tak naprawdę pasują do siebie niczym platońskie połówki jabłka. Książka jest harmonijnym dwugłosem - niektóre rozdziały to monologi Joanny, w innych głos zabiera Mikael.
Wspomnienia napisane zostały w sposób bezpretensjonalny, prosty i naturalny, bez egzaltacji i pseudo-lirycznych uniesień częstych w tego typu publikacjach. O Grekach autorzy piszą z szacunkiem, ale potrafią też wychwycić ich śmiesznostki. Obydwoje mają bowiem poczucie humoru i zdrowy dystans do samych siebie, czego przykładem mogą być zabawne perypetie związane ze sprowadzaniem mebli Ikei do Sigri.
Książka jest przyjemna w odbiorze, choć trochę letnia. Mogłaby być na pewno bardziej dopracowana i głębsza, pozostawia bowiem wrażenie niedosytu. Uprzedzam miłośników pozycji wymagających, że znajdą tu luźne impresje, a nie erudycyjny esej. Ja przeżuwałam "Greckie pomidory" z uśmiechem i smakiem. Dużą ozdobę książki stanowią urokliwe ilustracje - akwarele autorstwa Andrzeja Płoskiego. Uważam, że do tej książki pasują bardziej niż zdjęcia.
______
[1] Joanna Nicklasson-Młynarska, Mikael Backman, "Greckie pomidory, czyli nowy dom na końcu drogi", tłum. Dominika Górecka, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010, s. 15.
[2] Tamże, s. 12.
[3] Tamże, s.179.
[4] Tamże, s. 180.
Moja ocena: 4
Oto jedna z sympatycznych akwarelek:

