Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty

6 listopada 2013

Mad about Bridget (Helen Fielding, "Bridget Jones: Mad About The Boy")

Mad about Bridget
Stron: 390. Dni spędzonych na czytaniu: 2. Zużytych chusteczek: 1. Zjedzonych batoników: 2 (niedobrze!).  Ziewnięć: 0 (dobrze!).

Och, ta Bridget! Roztrzepana, niepoprawna, wciąż w tarapatach. Mam do niej sentyment, choć zdaję sobie sprawę, że powieści Helen Fielding to nie jest literatura przez szczególnie duże „L”.

Wiadomość o tym, że po czternastu latach autorka postanowiła uraczyć nas kontynuacją losów bohaterki, bardzo mnie ucieszyła. Przez dwa pierwsze dni listopada z doskoku czytałam „Mad About the Boy”. Przełamując smutny nastrój tych dni, przyjemnie było na chwilę zanurkować w świecie zwariowanej, nieprzewidywalnej Bridget, która idąc na randkę, myli błyszczyk z tuszem do rzęs. Uprzedzam jednak, że we właśnie wydanej części trzeciej oprócz typowych błazenad pojawiają się zupełnie nieśmieszne refleksje. O rodzicielstwie, przemijaniu, bezlitosnym czasie, śmierci i dochodzeniu do siebie po stracie bliskiej osoby. 

W „Mad About the Boy” akcja toczy się bardzo współcześnie. Zapiski obejmują rok 2012 i 2013. Rozpoczynając lekturę dziennika, urozmaiconego mailami, SMS-ami i wiadomościami z Twittera, musimy przyzwyczaić się do szokujących zmian w życiu bohaterki: Bridget ma pięćdziesiąt jeden lat oraz dwójkę dzieci: siedmioletniego Billy’ego i pięcioletnią Mabel. Nie ma natomiast męża. Wyobrażam sobie ponury jęk pań, które oczami wyobraźni widziały już Colina Firtha w filmowej adaptacji kolejnego tomu. Nic z tego! Przed pięcioma laty Mark Darcy w dramatycznych okolicznościach zginął w Sudanie. 
[Źródło]
Bridget, dla której śmierć męża była traumą, nagle postanawia ułożyć sobie na nowo życie erotyczne, do czego namawiają ją usilnie przyjaciele. Oczywiście bierze się do tego bardzo metodycznie. Na przykład gromadzi obszerny zestaw poradników na temat randek. Do tradycyjnych perypetii miłosnych dochodzą jeszcze zawodowe: wprawdzie nasza bohaterka nie pracuje, ale pisze scenariusze. Jej unowocześnioną adaptacją „Heddy Gabler” Ibsena zainteresowała się wytwórnia filmowa, która żąda zmiany tła wydarzeń  na Hawaje lub Sztokholm.

Obowiązki scenarzystki ciężko połączyć z życiem rodzinnym. Osobę, której kiedyś nikt o zdrowych zmysłach nie powierzyłby na pięć minut chomika, trudno sobie wyobrazić w charakterze odpowiedzialnej opiekunki potomstwa, ale wcale nie jest najgorzej. Macierzyństwo à la Bridget zostało zobrazowane bardzo realistycznie. Przykładowo pani Darcy musi panować nad sytuacją w czasie zbiorowej biegunki progenitury, z godnością dać odpór wszawicy i zachować twarz, kiedy Mabel upewnia się, czy mama urodziła się w czasach wiktoriańskich, czy też może w dobie renesansu. A tak przy okazji: urocza sepleniąca córeczka Bridget to jeden z najmocniejszych punktów tej powieści. Na przykład bardzo podobała mi się scena z sową.

Przed lekturą „Mad about The Boy” trochę obawiałam się połączenia wątków tragicznych z komizmem, bo różnie z tym bywa. Trzeba dużo taktu i zręczności, żeby scalić odległe nastrojowo brzegi tak, by czytelnik nie miał wrażenia, że spaceruje na linie rozpiętej nad przepaścią. Fielding udało się to, ale nie do końca. Sceny wzruszające ocierają się o kicz, a dowcip autorki niekiedy bywa ciężkawy.

Czasem poczucie humoru Fielding niebezpiecznie zbliża się do granicy dobrego smaku. Według mnie została przekroczona przynajmniej dwa razy (wzmianka o Józefie i Maryi oraz o afrykańskich kobietach). Powieść przypadnie do gustu miłośnikom gagów i burleski. Poza tym spora część żartów dotyczy wymiotów, puszczania bąków i wszy, a w dodatku są uporczywie powtarzane. Na szczęście zdarzają się też fragmenty bardziej udane. Świetny jest na przykład opis początków kariery Bridget na Twitterze.  

Można dyskutować o wątłych walorach powieści Helen Fielding i o tanich chwytach literackich, ale socjologiczne obserwacje autorki zasługują na uwagę. Szczególnie ciekawe były dla mnie obrazki z londyńskiej szkoły: relacje dzieci i rodziców z nauczycielami, ich wzajemne komunikowanie się i inne drobiazgi.

Autorka porusza też problem wirtualnej rzeczywistości, która coraz bardziej zastępuje nam tę prawdziwą. Mówi również o amerykanizacji kultury i języka, o naszym uzależnieniu od nowoczesnej technologii – siedmioletni Billy wymienia ją jako piąty żywioł. Natomiast Bridget jest z nią na bakier: myli iPada z iPodem, a piloty do telewizora budzą w niej nabożny lęk. Jednak pomimo początkowych oporów staje się entuzjastyczną użytkowniczką Twittera oraz serwisów randkowych.
[Źródło]
I jeszcze świetne, trochę zgryźliwe obrazki ze współczesnej Wielkiej Brytanii. W klasie Billy'ego nie ma chyba ani jednej osoby o typowo angielskim imieniu i nazwisku - Londyn zalała fala imigrantów. Sądziłam, że sprzątaczka Grazina to akcent polski, ale chyba inspirowana jest prawdziwą postacią o tym imieniu, którą autorka wymienia w podziękowaniach z nazwiskiem świadczącym o innej narodowości.

Jak „Mad About the Boy” wypada na tle poprzednich książek o Bridget? Przede wszystkim w tomie trzecim jest zdecydowanie więcej seksu. Pojawiają się nawet humorystyczne nawiązania do „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Polski tłumacz będzie musiał się nieźle napocić, żeby nie było wulgarnie albo pseudonaukowo. Szczerze mówiąc wolałam Bridget zakompleksioną niż obsesyjnie rozerotyzowaną.

Poza tym znalazłam sporo powtórek z wcześniejszych tomów, jak na przykład wzmianka o zjedzeniu przez owczarki alzackie i niektóre schematy fabularne. Spotykamy prawie wszystkich bohaterów z poprzednich tomów. Zdumiało mnie to, że niesforny seksoholik, Daniel (w filmie Hugh Grant) jest ojcem chrzestnym Mabel i Billy'ego. Jak bumerang wracają również słynne majtki Bridget. Tym razem są to stringi, którymi nieświadomie epatuje pana Wallakera, wspinając się na drzewo.

Trudno wyczuć, czy te powtórki to zabieg celowy - oko puszczone do wiernych czytelników, czy może raczej odcinanie kuponów od popularności dwóch pierwszych części cyklu. Zupełne nowości to uzależnienie Bridget od Twittera, jej romans z młodszym o dwadzieścia lat Roxsterem McDuffem, botoks, tudzież wiele innych przygód.

Po skutecznej diecie monitorowanej przez klinikę leczenia otyłości, Bridget osiągnęla wymarzoną wagę i nosi rozmiar 10. Uważam, że kuracja odchudzająca przydałaby się również książce. Ideałem byłoby kilkadziesiąt stron mniej. Zauważyłam też, że w powieści pojawia się wiele nazw firmowych i przypuszczam, że to raczej nie przypadek.

Czytając „Mad about The Boy” często zastanawiałam się, nad fenomenem książek Fielding. Roztargniona Bridget, która strzela gafę za gafą i czasem zachowuje się okropnie, sprawia, że czujemy się od niej lepsi, mądrzejsi, bardziej rozsądni. Poza tym mimo irytujących wad jest w niej coś ujmującego. Przede wszystkim szczerość i infantylizm, który po prostu rozbraja.  

Z artykułów w prasie brytyjskiej wynika, że na temat ewentualnej adaptacji filmowej krążą dwie wykluczające się teorie. Jedni twierdzą, że to całkiem prawdopodobne i robią przegląd aktorów, którzy pasują do roli Roxstera, podczas gdy inni wątpią w powodzenie tego projektu, choć pisarka podobno jest nastawiona entuzjastycznie. Zdruzgotane fanki Colina Firtha pocieszę przypuszczeniem, że na pewno nie obejdzie się bez romantycznych retrospekcji.

__________________
Helen Fielding, Bridget Jones: Mad About The Boy, Alfred A. Knopf, 2013.

Moja ocena: 4-
Helen Fielding. [Źródło]

1 listopada 2013

„Przedmiot to zawsze jakaś opowieść” (Edmund de Waal, „Zając o bursztynowych oczach”)

„Przedmiot to zawsze jakaś opowieść”
Dawno nie zdarzyło mi się rozciągać w czasie lektury tak, żeby trwała jak najdłużej. Dawno też nie zaczynałam notki z obawą, że wszystko na próżno, bo i tak nie będę w stanie oddać uroku książki, którą przeczytałam. Czuję się, jak słoń w składzie porcelany. W dodatku słoń lekko otumaniony z zachwytu.

„Zając o bursztynowych oczach” to książka Edmunda de Waala, brytyjskiego ceramika, krytyka i historyka sztuki. Autor poświęcił kilka lat na spisanie dziejów swoich przodków. Podróżował, prowadził rozmowy, godzinami ślęczał nad dokumentami, zdjęciami, gazetami, listami i mapami. Historię żydowskiej rodziny Ephrussi przedstawia w sposób oryginalny: skupia się na losach kolekcji siedemnastowiecznych japońskich figurek, które towarzyszą jego bliskim od pięciu pokoleń. Koncentruje się na detalu po to, by tak naprawdę opowiedzieć o czymś znacznie ważniejszym. Julian Barnes stwierdził, że u de Waala „zaskakujące połączenie mikroprzedmiotu z makrohistorią daje wspaniały efekt”[1]. To prawda! Sam autor tak wyjaśnia swoje zamiary:
Nie interesuje mnie to, co po­wierzchowne. Chciałbym poznać relacje, jakie zaszły między tym pochodzącym z Japonii drewnianym przedmiotem, który obracam w palcach - twardym i wyrafinowanym - a miejscami, w które rzucił go los. Chciałbym wyciągnąć rękę, dotknąć klamki, nacisnąć ją i trafić do miejsc, gdzie te przedmioty kiedyś żyły, znaleźć się w tamtej przestrzeni, zmierzyć ją wzrokiem, przyjrzeć się obrazom, które wisiały na ścianach, przekonać się, w jaki sposób padało na nie światło. Dowiedzieć się, czyje ręce dotykały tych maleńkich rzeźb i jakie były myśli ludzi, do których należa­ły - jeśli w ogóle je mieli. Chcę wiedzieć, czego były świadkami.”[2] 
Tytułowy zając pochodzi z kolekcji 264 japońskich figurek netsuke, należących do państwa Ephrussi od roku 1870. Miniaturowe rzeźby przedstawiają zwierzęta i ludzi, a służą przede wszystkim do tego, by je podziwiać, dotykać i obracać między palcami. E tam, jakieś muzealne nudziarstwa? Wcale nie, historię kolekcji japońskich figurek czyta się chwilami jak powieść sensacyjną! W wywiadzie de Waal powiedział, że rzeczy też potrzebują biografii, a rzadko zdarzają się książki, w których przedmioty są traktowane poważnie. W „Zającu o bursztynowych oczach” autor odnosi się do maciupkich rzeźbek z prawdziwą atencją.
Netsuke rodziny Ephrussi [Źródło]
Razem z de Waalem wędrujemy w czasie i przestrzeni. Przed oczami migają nam Paryż, Wiedeń, Odessa, Tokio, Berdyczów, Kövecses, Tunbridge Wells, Londyn. Niektóre miejsca pojawiają się w roli epizodycznej, do kilku wracamy. Wyprawa w przeszłość zaczyna się w Paryżu w roku 1871, a kończy w Anglii 138 lat później. Podróż obfituje we wzruszenia, bo odkrycia dotyczą przecież bliskiej rodziny autora. Dokumentalny charakter opowieści podkreślają świetnie dobrane zdjęcia.

Książka de Waala od samego początku bardzo mnie zaskoczyła. Spodziewałam się pastelowej, nostalgicznej, niespiesznej sagi rodzinnej, a tymczasem okazało się, że „Zając o bursztynowych oczach” wywołuje bardzo silne emocje. Poznajemy nie tylko dzieje rodziny Ephrussi, ale i kawał historii Europy. Oprócz faktów znanych znalazłam też takie, które mnie zaskoczyły, na przykład to, że Republika Austriacka w roku 1948 amnestionowała 90% członków partii nazistowskiej, a do roku 1957 również funkcjonariuszy SS i Gestapo. Autor poświęca też sporo uwagi antysemityzmowi i korzeniom faszyzmu w Europie. To nie wszystko. Przypuszczam, że rodzinna kronika de Waala zainteresuje też osoby pasjonujące się Japonią, kolekcjonerów rzeczy wszelakich, znawców sztuki, ale również tych, którzy po prostu cenią doskonałe opowieści. Uprzedzam, że lektura „Zająca o bursztynowych oczach” już po kilku stronach wchłania, bezlitośnie odrywając od rzeczywistości. Czytelnik niepostrzeżenie nasiąka słowami de Waala jak bibuła atramentem

Autor śledzi nie tylko ślady historyczne, ale i literackie, co sprawiło mi szczególną radość. Okazuje się, że jego rodzina obecna jest między innymi w książkach braci Goncourtów, Jakoba Wassermanna, Josepha Rotha, Izaaka Babla, Szolema Alejchema, natomiast Charles Ephrussi to jeden z dwóch prototypów postaci Swanna z powieściowego cyklu Prousta. Został też uwieczniony na obrazie Renoira „Śniadanie wioślarzy” (mężczyzna w czarnym ubraniu i cylindrze).

Podpisuję się pod zachwytami tych, którzy podkreślają piękno, precyzję, elegancję i powściągliwość stylu de Waala. Opowieść o rodzinie Ephrussi i netsuke ma ciekawą formę, którą właściwie trudno nazwać: to coś pomiędzy reportażem historycznym, esejem, biografią a powieścią. Wielokrotnie deklarowałam niechęć do określeń typu „pisarz w stylu...”, ale gdybym koniecznie miała wskazać literackie powinowactwo, na pewno wymieniłabym W. G. Sebalda. Ciekawa jestem, jaki wkład w narodziny „Zająca o bursztynowych oczach” mieli A. S. Byatt i Vikram Seth, których autor wymienia w podziękowaniach.
Pałac rodziny Ephrussi w Wiedniu. [Źródło]
Tradycyjnie poszukiwałam akcentów polskich. Muszę przyznać, że jeden z nich sprawił mi przykrość.
Char­les, świetny tancerz, nazywany był zarówno przez swych braci, jak i przez przyjaźniącego się z Proustem dandysa Roberta de Montesquiou Le Polonais - Polakiem. Biograf Prousta Painter podchwycił to i opisał Charlesa jako człowieka nieokrzesanego i grubiańskiego.”[3]
Jak widać dla Anglika synonimy wyrazu polski to nieokrzesany i grubiański. Pierwszy tom książki Paintera wydano w 1959 roku. Miejmy nadzieję, że od tamtego czasu sporo się zmieniło.

Świetnie, że wydawnictwo Czarne zainteresowało się tą obsypaną rozmaitymi nagrodami (tutaj lista) książką. Mam nadzieję, że polscy czytelnicy też ją docenią. Dla mnie impulsem była recenzja Cornflower. „Zająca o bursztynowych oczach” wydano u nas w bardzo dobrym przekładzie, starannie, a wręcz luksusowo. Nie do końca przekonuje mnie tylko mroczna czerń okładki, bo opowieść de Waala wcale nie jest ponurą elegią. Mam również wersję angielską w tonacji brązowej, która moim zdaniem pasuje lepiej. Dobrym pomyslem było natomiast dodanie drzewa genealogicznego rodziny Ephrussi, które znajdziecie na początku książki, ale radziłabym przestudiować je dopiero po przeczytaniu „Zająca o bursztynowych oczach”. Żałuję, że zapomniano o indeksie nazwisk.

„Przedmiot to zawsze jakaś opowieść”[4], mówi Edmund de Waal. Wystarczy tylko trochę wrażliwości, skupienia i cierpliwości, żeby ją usłyszeć. W mojej rodzinie nie ma tradycji przekazywania z pokolenia na pokolenie bibelotów, chociaż na szczęście mamy sporo pamiątek po babci, głownie książek i zdjęć. Materialnej łączności z dalszymi pokoleniami brak. Teraz trochę żałuję, ponieważ po przeczytaniu „Zająca o bursztynowych oczach” ja też chciałabym mieć na wyciągnięcie ręki przedmioty przechowujące w sobie wspomnienie ciepłego dotyku prapradziadków i innych bliskich osób, których już nie ma.
_______________
[1] Edmund de Waal, Zając o bursztynowych oczach. Historia wielkiej rodziny zamknięta w malym przedmiocie, tłum. Elżbieta Jasińska, Wydawnictwo Czarne, 2013, s. 389.
[2]Tamże,  s. 29. 
[3] Tamże, s. 378.
[4] Tamże, s. 381.
 
Moja ocena: 6
Edmund de Waal. [Źródło] 

19 sierpnia 2013

Sweterek lekko rozpruty (Mary Wesley, "Rozsądne życie")

Sweterek lekko rozpruty
Podręcznik hodowcy gołębi i drobiu egzotycznego? Vademecum ornitologa? A może antyporadnik typograficzny? Bynajmniej! Rozsądne życie to falująca erotyzmem powieść psychologiczno-obyczajowa.

Czasem mam wrażenie, że wydawcy zapraszają nas do zabawy: na okładce umieszczają losowo wybraną fotografię, a czytelnik robi dobrą minę do złej gry, bo głupio mu się przyznać, że nie widzi związku między grafiką a treścią książki. Co za oszczędność czasu i pieniędzy, no i wartość dodana w postaci nimbu tajemniczości. Ja bezwstydnie oświadczam, że mimo usilnych prób nie zdołałam rozwikłać Tajemnicy Maszerującego Gołębia. Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś wyłuszczył mi symboliczne znaczenie tej odstręczającej, rozmytoburej okładki.

Mimo rozpaczliwych starań wydawnictwa Prószyński i S-ka, by stłumić w zarodku ewentualne zainteresowanie książką Wesley, z entuzjazmem zasiadłam do czytania. Spodziewałam się porządnie napisanej, tradycyjnej angielskiej powieści retro. O, święta naiwności! Nazwa serii, w której wydano powieść Wesley, Biblioteczka Konesera, teraz nabiera dla mnie perwersyjnie ironicznego posmaku. 

Początek jest obiecujący. Mój humor stopniowo kwaśniał w miarę pojawiania się kolejnych niezwykłych zbiegów okoliczności. Prym wiodą przypadkowe spotkania. Poza tym książkę, która nie wymaga od czytelnika właściwie nic oprócz posłusznego przeżucia 447 stron, czytałam z trudem i mozołem. Tak już ze mną jest - najpierw żuję, a potem żałuję. Przede wszystkim straconego czasu, bo świat stworzony przez Mary Wesley wydał mi się płaski jak stolnica, a bohaterowie przypominali wycięte kilkoma foremkami niestrawne ciasteczka. Choć akcja powieści obejmuje czterdzieści lat, nie zdołałam wykrzesać z siebie ani odrobiny sympatii dla Flory, Cosmy, Huberta, Feliksa oraz ich najbliższych.

Oto cierpki morał opowieści Mary Wesley: lepiej nie zakochiwać się w trzech osobach jednocześnie.  Tę sentencję proponuję potraktować jak papierek lakmusowy: książkę polecam tylko osobom, które właśnie zamarły, porażone odkrywczością tego stwierdzenia. W Rozsądnym życiu znajdziemy też kilka pomniejszych „życiowych mądrości”, na przykład: „Nie ma lepszej metody na utracenie dobrej przyjaciółki jak się z nią ożenić”[1], które polecam Waszej uwadze.

Wbrew nobliwemu tytułowi atmosfera powieści jest tak rozerotyzowana, że chwilami ociera się o groteskę. Prawdziwe kuriozum to rodzice Flory, uzależnieni od siebie seksoholicy, którzy przez kilkadziesiąt lat nienawidzą córki za to, że przeszkadza im w amorach. Nawet dziesięcioletnia dziewczynka wywołuje miłosne apetyty. W książce dotkliwie zabrakło mi lekkości, finezji, dystansu, poczucia humoru. Cóż, wygląda na to, że Rozsądne życie powinna była napisać Colette.

Pikanterii temu wszystkiemu dodaje fakt, że Mary Wesley opublikowała Rozsądne życie w wieku 78 lat. Tak, tak, to nie pomyłka. W roli powieściopisarki debiutowała jako siedemdziesięciolatka, co jest krzepiącym dowodem na to, że nigdy nie jest za późno, żeby realizować swoje pasje.

Niestety, wiedza historyczna autorki zrobiła na mnie wrażenie raczej powierzchownej, zwłaszcza fragmenty o madame Tarasowej i rewolucji w Rosji. Natomiast przyjemnie czytało się opisy surowych bretońskich krajobrazów i plaż. Podobały mi się też fragmenty przepojone gorzką tęsknotą za tym, co przeminęło. Niestety, na tym koniec.

Flora Trevelyan, główna bohaterka Rozsądnego życia, w pewnym momencie poczuła się tak, „jakby wydziergała na drutach gigantyczny sweter, który pruje się teraz na jej oczach”[2]. Obawiam się, że podobne wrażenie miała Mary Wesley po napisaniu ostatniego zdania swojej powieści.

______________
[1] Mary Wesley, Rozsądne życie, tłum. Małgorzata Wyrzykowska, Prószyński i S-ka, 1996, s. 436.
[2] Tamże, s. 378.
Moja ocena: 3

Mary Wesley.

11 maja 2013

Rodzina, ach, rodzina... (Mark Haddon, "Drobny kłopot")

Rodzina, ach, rodzina...
Zacznijmy od tego, że kłopot wcale nie jest drobny. Wręcz przeciwnie! To jest kilka kłopotów jednocześnie. Z siłą tsunami spadają na sześćdziesięcioletniego angielskiego emeryta, George’a Halla, który prowadzi dostatnie i do bólu ustabilizowane życie. Pewnego dnia odkrywa na skórze egzemę, którą natychmiast uznaje za objaw śmiertelnej choroby. Ale to jeszcze nic. Okazuje się, że żona tai przed nim wstrząsające sekrety, córka postanawia stanąć na ślubnym kobiercu z tępawym prostakiem, a poza tym nie ma co już dłużej udawać: jego syn jest gejem. To dla George'a prawdziwy cios. 

Fatum szarga nie tylko naszego bohatera, ale również jego bliskich. „Drobny kłopot” to wnikliwe studium dobrze sytuowanej angielskiej rodziny, dla której gra pozorów, „keeping appearances”, tłumienie uczuć to sprawy nadrzędnej wagi. Gdyby relacje między Hallami były zdrowe, gdyby otwarcie mówili o swoich bolączkach, przypuszczalnie nie doszłoby do autodestrukcyjnej burleski.

Podoba mi się to, że Mark Haddon w swoich książkach uczy tolerancji. Bohaterem „Dziwnego przypadku psa nocną porą”, wydanego w 2003 roku, jest autystyczny chłopiec, natomiast jeden z najważniejszych tematów w „Drobnym kłopocie” to reakcja rodziców na homoseksualizm syna. Wbrew dydaktycznym intencjom, notabene z grubsza ciosanym, tym razem pisarz wylał dziecko z kąpielą: obawiam się, że łatwe podboje miłosne Jamiego bardziej utrwalają stereotypy, niż je burzą. 

Mimo ciekawych obserwacji i wyrazistych bohaterów w miarę lektury mój entuzjazm stopniowo gasł. Nieustanne frustracje George’a nużyły mnie i wpędzały w depresyjne nastroje. Pełna zjadliwych obserwacji obyczajowych powieść w pewnym momencie przeistacza się w gorzką, absurdalną tragifarsę. Jej apogeum to wydarzenia na weselu Katie. Wydawało mi się, że sytuacja wymknęła się spod kontroli nie tylko bohaterom, ale też autorowi.

Nawet śmieszne sceny w „Drobnym kłopocie” niosą ze sobą podmuch chłodu, goryczy i czarnego humoru. Zaskoczyły mnie umieszczone na okładce określenia „przezabawna książka” i „Genialna… Niezwykle zabawna”. Oto fragment tego wyjątkowo komicznego dzieła: „Z oślepiającą jasnością uprzytomnił sobie, że wszyscy figlujemy na let­niej łące otoczonej mrocznym i nieprzeniknionym lasem, czekając na ten posępny dzień, w którym zostaniemy zawleczeni w ciemność za drzewami i kolejno zaszlachtowani.”[1]

Trochę żałuję, że zaczęłam znajomość z twórczością Marka Haddona od mniej udanej powieści. Wszystko wskazuje na to, że wspomniany „Dziwny przypadek psa nocną porą”, o którym niedawno napisała Grendella, a wczoraj Anek7, chyba zasługuje na więcej uwagi.
________
[1] Mark Haddon, Drobny kłopot, tłum. Marta Klimek-Lewandowska, Świat Książki, 2008, s.68.

Moja ocena: 4-
Mark Haddon. [Źródło zdjęcia]

27 kwietnia 2013

Przez szambo do gwiazd (Terry Pratchett, „Spryciarz z Londynu”)


Przez szambo do gwiazd
Kiedy w zapowiedziach wydawniczych przeczytałam o „Spryciarzu z Londynu”, miałam przeczucie, że w końcu trafię na książkę Pratchetta, która zawojuje mnie całkowicie. Nota wydawcy naszpikowana była słowami-kluczami, które radośnie pobrzękiwały i wprowadziły mnie w nastrój euforii, dlatego natychmiast po premierze kupiłam tę powieść. Obietnice złożone przez wydawnictwo zostały w dużej części spełnione, ale moje oczekiwania nie do końca.

Przede wszystkim wbrew temu, co buńczucznie twierdzi na skrzydełku obwoluty Amanda Craig z The Times, ja nie pokochałam głównego bohatera powieści, Dodgera. Niestety nie jest w moim typie. Doceniam jego spryt i determinację, dzięki którym jak nasz Nikodem Dyzma zrobił błyskotliwą karierę. Z nicponia i złodziejaszka, spędzającego większość czasu w londyńskich kanałach na poszukiwaniu kosztowności wśród szlamu, ścieków i ekskrementów, przeistacza się na naszych oczach w szanowanego obywatela, którego przyjmuje na prywatnej audiencji sama królowa.

Podoba mi się to, że Dodger zręcznie pokonał przeciwności losu, których nie szczędził mu autor. Na przykład obserwujemy go kilkakrotnie w czasie walki wręcz i każda z nich kończy się tym, że nasz bohater profilaktycznie kopie leżącego przeciwnika. Naliczyłam trzy takie sceny. Wiem, że to były bardzo trudne czasy, ale według mnie Dodger nie zawsze wychodzi z twarzą, wbrew opinii wydawcy na okładce.

Obfitująca w sensacyjne przygody fabuła nie jest jedyną atrakcją. Najnowsza książka Pratchetta to również hołd złożony Dickensowi. Powieść ukazała się w ubiegłym roku i ładnie wpisała się w jubileuszowe obchody. „Spryciarz z Londynu” to pastisz dzieł autora „Klubu Pickwicka”. Ich miłośnicy znajdą sporo nawiązań i ukłonów w stronę Dickensa, który zresztą jest jednym z najważniejszych bohaterów powieści. Pan Karol wyróżnia się spostrzegawczością i przenikliwością: „znał życie i trudno było zasłonić przed nim swoje myśli flanelą miękkich słów”[1], a poza tym miał „bystry, ostry umysł, ostry jak brzytwa, jak wężowe kły”[2]. Jego walorów intelektualnych bynajmniej nie kwestionuję, ale w świetle różnych biograficznych ciekawostek zastanawiam się, czy prywatnie Dickens rzeczywiście był aż tak sympatyczną osobą, jak wynikałoby z książki Pratchetta?

W nitki fabuły „Spryciarza z Londynu” wplątani są inni znani ludzie na przykład Henry Mayhew (jemu autor zadedykował powieść), królowa Wiktoria, książę Albert, który spoglądał na Dodgera „jak człowiek, który właśnie znalazł dorsza w swojej piżamie”[3], Benjamin Disraeli, Angela Bourdett-Coutts, George Cayley, Charles Babbage, Robert Peel, a nawet Karol Marks w wieku młodzieńczym.

Czytelników, którzy cenią twórczość Pratchetta, nie zdziwi spory ładunek humoru, choć jak na mój gust mogłoby go być jeszcze więcej. W powieści dominują sensacje i tajemnice, nawet prawdziwe imiona głównych bohaterów poznajemy dopiero pod koniec lektury. Ciekawość czytelnika rozgrzewają do czerwoności zabawne tytuły rozdziałów w formie dowcipnych streszczeń, na modłę literatury dziewiętnastowiecznej, na przykład „Latarnik jest zaskoczony, staruszka znika, a Dodger o niczym nie wie, niczego nie słyszał i – naturalnie – w ogóle go nie było”.

Jak zapowiada tytuł, istotną rolę w powieści odgrywa Londyn. Chciałabym zobaczyć minę tych czytelników, którzy wiktoriańską Anglię kojarzą głównie z bibelotami i potpourri. Miasto odmalowane przez Pratchetta buzuje od głodu i nędzy, a w dodatku jest naprawdę niebezpieczne. W posłowiu autor podkreśla, że atmosfera "Gangów Nowego Jorku" to sielanka w porównaniu z tym, co w dziewiętnastym wieku działo się nad Tamizą. A nad tym wszystkim unosił się straszliwy fetor, z którym próbowano walczyć za pomocą lawendy. 

Pratchett wyjaśnia, że jednym z jego najważniejszych celów było obudzenie w czytelniku zainteresowania dziewiętnastym wiekiem. W moim przypadku misja została uwieńczona sukcesem, ale szczególnie trudna nie była, bo epoka wiktoriańska interesuje mnie od niepamiętnych czasów. „Spryciarz z Londynu” zdecydowanie zachęca do lektury książek Dickensa! Cieszę się, że kilka jego powieści w charakterystycznych płóciennych wdziankach koloru granatowego jeszcze przede mną. 

Nie zazdroszczę tłumaczowi – każdy jego ruch był na pewno uważnie obserwowany przez fanów Pratchetta, rozpieszczonych przez translatorski talent Piotra W. Cholewy. Wszystko wskazuje na to, że Maciej Szymański może spać spokojnie. Tradycyjnie nie podobała mi się tylko niekonsekwencja w tłumaczeniu imion i przydomków. W przypisie na stronie 12 tłumacz przekonywająco wyjaśnił, dlaczego zdecydował się nie przełożyć na polski „Dodgera”. Poważne potraktowanie czytelników zrobiło na mnie dobre wrażenie.

„Spryciarz z Londynu” został wydany bardzo starannie, na pierwszy rzut oka wręcz ekskluzywnie. Podobają mi się ilustracje Paula Kidby’ego, świetnie współgrające z dowcipnym tekstem. Uprzedzam jednak, że złote litery na grzbiecie książki ścierają się zdumiewająco łatwo, wystarczy potrzeć palcem. Cóż, może trafił mi się pechowy egzemplarz. Mam nadzieję, że wartość literacka dzieła okaże się trwalsza. Zdziwiło mnie również to, że w tytule zakończenia jest mowa o jakimś słowniczku, którego próżno szukać w polskim wydaniu. Zastanawia mnie też uwaga Pratchetta w posłowiu, że licząca 412 stron książka jest „bardzo krótka” [4].

Mimo wyraźnych wysiłków autora, żeby uatrakcyjnić „Spryciarza z Londynu”, powieść chwilami chwieje się w posadach. Prawdopodobieństwo kilku sytuacji oceniam jako wątpliwe, a udział paru autentycznych postaci w opisywanych wydarzeniach sprawia wrażenie dodatku na siłę. Portrety psychologiczne bohaterów wydały mi się dość płaskie. Jako żart literacki z wiktoriańskim tłem „Spryciarz z Londynu” spisał się na medal, choć szczerze mówiąc subtelniejsze "Nie licząc psa" Connie Willis podobało mi się bardziej. Jako powieść przygodowa budzi moje wątpliwości, co na pewno i tak nie zrazi miłośników Świata Dysku, choć tym razem jedynym ukłonem w stronę fanów literatury fantasy jest często wspominana bogini Cloacina, „dama szczurów”. Książka już trafiła na listy bestsellerów, a jej zakończenie wyraźnie zapowiada, że możemy spodziewać się ciągu dalszego.
___________
[1] Terry Pratchett, Spryciarz z Londynu, tłum. Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis, 2013, s. 15.
[2] Tamże, s. 48.
[3] Tamże, s. 397.
[4] Tamże, s. 411.
Moja ocena: 4
Terry Pratchett [Źródło]

23 marca 2013

Gwiazda na dnie studni (Joseph Conrad, "Szaleństwo Almayera")

Gwiazda na dnie studni
Gdyby dwa lata temu ktoś mi powiedział, że będę pochłaniać powieści Josepha Conrada, pokwikując z zachwytu, przypuszczalnie potraktowałabym to jak żart. Jednak dyskusja klubowa u Ani całkowicie zmieniła moje nastawienie do jego twórczości, a wspomnienia syna pisarza, Johna, utwierdziły mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z osobą wyjątkową. Natomiast Jądro ciemności wywołało u mnie falę czytelniczej melancholii: przez kilka tygodni każdą kolejną książkę porównywałam do powieści Conrada. Wszystkie wydawały mi się przygnębiająco miałkie.

Zastanawiam się, na czym polega nasz problem z tym autorem, bo - jak się domyślam - nie byłam odosobniona. Rzadko chełpimy się tym, że "Kosmopolak", jak trafnie nazywał go Andrzej Bobkowski, wszedł do kanonu literatury światowej. Jego nazwisko pojawia się na większości List Książek, Które Każdy Powinien Przeczytać. Sceptycznie podchodzę do tych zestawień, ale nie ukrywam, dzisiaj było mi milo, kiedy natknęłam się na Conrada tutaj.

Podobnie jak Bruno Schulz autor Korsarza jest chyba bardziej doceniany na świecie niż w kraju, w którym się urodził. Zdumiało mnie na przykład to, że Szaleństwo Almayera wydano u nas dopiero 28 lat po publikacji w Wielkiej Brytanii. Obawiam się, że sporo osób w ogóle nie kojarzy go z polskością. Pamiętam, że kilka lat temu w czasie szkolnego konkursu na temat państw anglojęzycznych żaden z uczniów nie wiedział, kim był Joseph Conrad.

Szanujemy Conrada, doceniamy jego dorobek, ale chyba go nie lubimy. Trudno dociec, jakie są przyczyny niechęci i obaw czytelników. Może chodzi o nasze traumatyczne wspomnienia z lekcji języka polskiego z liceum? Na przykład moje, związane z Lordem Jimem, są okropne. Trzeba trochę dojrzeć, przynajmniej otrzeć się o ważne życiowe wybory, żeby lepiej zrozumieć bohaterów książek Conrada, a tego trudno oczekiwać od nastolatków. Niewykluczone też, że w dzisiejszych czasach trochę uwiera nas niepodważalny porządek moralny w jego książkach, oparty na honorze i wierności, który Zdzisław Najder porównuje do kodeksu rycerskiego.

Kolejna powieść Josepha Conrada, którą przeczytałam, też mnie nie zawiodła. Wydane w 1895 roku Szaleństwo Almayera to jego literacki debiut. Jak na pierwszy utwór przystało, nie jest dziełem absolutnie doskonałym. W porównaniu z Jądrem ciemności debiutancka powieść wydaje się bardziej rozedrgana, liryczna i nasycona emocjami. Słowa płyną wartkim strumieniem, a autor chwilami się nimi upaja. Być może z winy tłumaczki w kilku fragmentach styl wydał mi się trochę egzaltowany. Mimo to polecam właśnie tę powieść czytelnikom, którzy chcieliby poznać twórczość Conrada, a podobnie jak ja przed lekturą Jądra ciemności trochę się boją. Pozwolę sobie użyć terminu autorstwa Izy: to będzie dobra książka pierwszego kontaktu. Bo w tym Szaleństwie... jest metoda.
Scena z adaptacji filmowej Szaleństwa Almayera.
Szaleństwo Almayera zaskoczyło mnie wartką akcją, prawie jak w powieści przygodowej. Na tle egzotycznych krajobrazów Borneo na naszych oczach rozgrywa się dramat, którego głównymi bohaterami są holenderski kupiec, Kasper Almayer, jego żona, Malajka Zahira i córka, Nina.  Książka Conrada jednocześnie inspiruje do rozważań o wyobcowaniu i do samodzielnego poszukiwania odpowiedzi na pozornie banalne pytania: czym jest tytułowe szaleństwo, do jakiego stopnia można się zatracić, spełniając swoje marzenia. Może to przypadek, ale nazwisko głównego bohatera kojarzy mi się z angielskim słowem almighty, które w kontekście tej postaci brzmi gorzko i ironicznie. Miłośników tematyki lżejszego kalibru na pewno roztkliwi melodramat - historia miłości Niny i Daina, których imiona chyba nie przypadkiem są prawie anagramami.

Krystalicznie przejrzysta proza Conrada daje poczucie obcowania z czymś wzruszająco nieskazitelnym. Literaccy sybaryci docenią uroki ekspresjonistycznych opisów przyrody, której nastrój współgra z uczuciami bohaterów. Kiedy Nina obserwuje burzę, mamy wrażenie, że natura jest idealnie zestrojona z jej samopoczuciem. Zauważyłam, że często wydarzenia relacjonowane w powieści mają miejsce wieczorem i w nocy. Być może to zapowiedź "zmierzchu ideologii", tematu, który Conrad rozwinie w innych książkach. Częstym motywem jest też mgła:
Wielki snop żółtych promieni strzelił nagle zza czarnej zasłony drzew okalających brzegi Pantai. Gwiazdy zagasły; drobne czarne chmurki u zenitu rozgorzały na chwilę purpurą. Gęsta mgła tknięta łagodnym powiewem - westchnieniem budzącej się natury - wirowała i darła się na fantastyczne strzępy, spod których wyjrzała pomarszczona toń rzeki, skrząc się w jasnym świetle dnia.  [1]
Wprawdzie tonący w mgłach obraz Caspara Davida Friedricha na okładce mojego egzemplarza nie ma nic wspólnego z egzotyką Borneo, ale jego nastrój nadspodziewanie dobrze pasuje do Szaleństwa Almayera.

Bertrand Russell powiedział o Conradzie: "Jego intensywna i pełna pasji szlachetność świeci w mojej pamięci jak gwiazda z dna studni; chciałbym, aby inni wraz ze mną zobaczyli to światło"[2]. Mam nadzieję, że jego książki, po które sięgniecie, będą skąpane w blasku.
Obraz Rene Magritte'a, Szaleństwo Almayera, 1951 rok.
________
[1] Joseph Conrad, Szaleństwo Almayera, tłum. Aniela Zagórska, Świat Książki, 1998, s. 64.
[2] Cyt. za: Gustaw Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, t. I, Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 257.

Moja ocena: 5

Joseph Conrad.

5 grudnia 2012

Wstrząsające dzieło odpychającego geniusza (Pamela Hansford Johnson, „Ten okropny Skipton”)

 Wstrząsające dzieło odpychającego geniusza
Tytułowy bohater powieści Pameli Hansford Johnson „Ten okropny Skipton” to Anglik w średnim wieku, który od wielu lat mieszka w Belgii. Ma wielkie marzenie i nie zawaha się go spełnić. Chce zostać sławnym literatem. Na drodze do realizacji szczytnych zamierzeń stoją dwie przeszkody. Pierwsza jest dość prozaiczna. Odkąd Daniel Skipton napisał impertynencki list do kuzynki Anny, skończył się regularny dopływ gotówki. Teraz musi zarabiać na utrzymanie handlując dziełami sztuki, organizując widownię na erotyczne show, rajfurząc i prosząc o wsparcie bogate damy. 

Drugi problem jest poważniejszej natury. Nasz bohater to literackie beztalencie i grafoman, czego zupełnie nie przyjmuje do wiadomości. Uważa się za wybitnego twórcę: „przepełniała go radość, czuł własny geniusz, płonący równo, spokojnie, niczym światło świecy w bezwietrzną noc”[1]. Z zapałem pracuje nad powieścią. Jego zdaniem to najlepsza książka w języku angielskim. Niewątpliwie zapewni mu dobrobyt i sławę.

Dotychczas sądziłam, że przeczytany niedawno „Gruby Anglik” Kingsleya Amisa  stanowi szczytowe osiągnięcie w dziedzinie literackiego portretu osoby antypatycznej do tego stopnia, że w czytelniku budzi żądzę mordu. Otóż nie. Daniel Skipton jest postacią jeszcze bardziej irytującą i wredną. To złośliwy, agresywny bufon. Otoczenie wywołuje w nim wstręt i wrogość. Nawet ci, z których dobroci i uprzejmości korzysta, a jest to spora grupa ludzi. Często pogardliwie porównuje ich do świń lub krów.

We wstępie autorka wyznaje: „Zawsze chciałam napisać studium paranoi artysty”[2]. Udało się! Pisarka wyjaśnia też, że inspiracją dla postaci Daniela Skiptona był angielski ekscentryk Frederick Rolfe. Przypuszczam, że wielu bohaterów powieści miało rzeczywiste prototypy. Oprócz odpychającego Daniela poznajemy towarzystwo, w którym bywa, a są to głównie angielscy literaci w podróży, ich rodziny i przyjaciele.

Towarzyszymy Danielowi w mękach twórczych podczas pisania książki zachodząc w głowę, jak to możliwe, że gruboskórny gbur może mieć cokolwiek wspólnego z literaturą. Prozatorskie próbki, nad którymi się biedzi, to koszmarki, natomiast autorka książki o nim, Pamela Hansford Johnson stanowczo zasługuje na uwagę. Wielokrotnie żałowałam, że zmarnowała tyle czasu i wysiłku na wyjątkowo nieciekawego bohatera. Nie jestem też miłośniczką powieści z tezą, a ta do takich właśnie należy. We wstępie pisarka określiła cel i konsekwentnie do niego dąży, przez co historia jest chwilami przewidywalna, a morał trochę za bardzo wprost.

Autorka stworzyła sugestywne studium artysty, który artystą być nie powinien. Nie zdradzę, dokąd Skiptona doprowadzą frustracje i niezaspokojone ambicje. Hansford Johnson opowiada o tym wykorzystując elementy groteski, czarnej komedii, satyry, a nawet wątek kryminalny, ale szczególnie wesoło nie jest. Mimo scen humorystycznych dominuje gorycz.

Akcja powieści toczy się w Belgii, w kraju, który pisarze nieczęsto czynią tłem książkowych wydarzeń. Literacka wycieczka do Brugii była ciekawa: „to miasto, opuszczone przez morze, żyje wciąż we władzy przeszłości. Przeszłość nie jest tu martwa, lecz żywa, jej oddech jest słodki, na ciele jej kiełkują fiołki.”[3] Szkoda, że nie zauważał ich Daniel Skipton, pochłonięty swoją literacką obsesją i pretensjonalną powieścią.
______
[1] Pamela Hansford Johnson, „Ten okropny Skipton”, tłum. Ariadna Demkowska- Bohdziewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1970, s. 38.
[2] Tamże, s. 5.
[3] Tamże, s. 51.

Moja ocena: 4
 
Pamela Hansford Johnson. [Źródło zdjęcia]