Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty

22 kwietnia 2010

Linda Olsson, "Sonata for Miriam"

ELEGIA DLA MIRIAM
Na tę książkę czekałam z wytęsknieniem! Odliczałam dni do momentu otrzymania paczki. Powieść "Niech wieje dobry wiatr" Lindy Olsson zachwyciła mnie do tego stopnia, że po drugim utworze szwedzkiej autorki, jeszcze nieprzetłumaczonym na język polski, spodziewałam się rewelacji. Cóż, jak często bywa, rzeczywistość dość bezwzględnie zweryfikowała marzenia.

Powieść Lindy Olsson bardziej niż z tytułową sonatą kojarzy mi się z elegią. Bezbrzeżny smutek przenika całą książkę. Chmurna melancholia wprawdzie skłaniała do zadumy nad losami głównego bohatera, Adama Ankera, ale chwilami była naprawdę męcząca i wywoływała we mnie nastrój przygnębienia.


"Sonata for Miriam" stanowi miłą niespodziankę dla Polaków. Główny bohater ma polskie korzenie, a Kraków, który pojawia się już w pierwszym zdaniu, stanowi jedno z najważniejszych miejsc akcji. Ucieszyły mnie piękne motta - wiersze Tymoteusza Karpowicza i Tadeusza Różewicza w przekładzie Czesława Miłosza. Zwracają też uwagę polskie realia, na przykład "Olga was frying placki"
[1], a ponadto fragmenty w naszym języku: "Szczęśliwej podróży Adamie. I wracaj szybko z powrotem!"[2].

Książka bez wątpienia stanowi piękną reklamę Krakowa, w którym Olsson była trzykrotnie, zbierając materiały do powieści. Przypadkowo znalazłam w internecie dowód na to, że reklama okazała się skuteczna. To miłe, że szwedzka pisarka tak żywo zainteresowała się Polską i postanowiła ją uwiecznić na kartach swojej książki. Nie zachwyciła mnie natomiast nonszalancja, z jaką podeszła do polskich nazw własnych. Oto kilka przykładów: Maisky (s. 46), Spievak (s. 121), Pavel (s. 110), Michal (s. 126), Radziwill (s.137).


Muzyczność powieści przejawia się w wielu aspektach, na przykład w formie nawiązującej do struktury sonaty. Imię jednej z najważniejszych postaci to Cecilia (święta patronka muzyki). Główny bohater jest kompozytorem, a w książce pojawiają się odwołania do utworów i twórców. Zwraca uwagę poetyckość stylu, niektóre zdania pojawiają się niczym refren (chociażby ostatnie słowa Miriam wypowiedziane do ojca).


W wywiadzie opublikowanym na końcu książki Linda Olsson podkreśla, że stworzenie tej powieści wiązało się z ciężką pracą. Wyznaje, iż sporo wysiłku kosztowało ją zbieranie materiałów, co wymagało zapoznania się z dużą liczbą lektur, a również nadanie powieści formy muzycznej. Śmiem twierdzić, że ten wysiłek jest w książce widoczny. Tak jakby pisarka za wszelką cenę chciała spełnić oczekiwania zamiast wsłuchać się w siebie. Autorka stwierdza, że "Niech wieje dobry wiatr" napisała na podstawie materiału, który był jej bliski. W "Sonacie dla Miriam" poczucia takiej bliskości, bezpośredniości niestety nie ma. Motywacja psychologiczna bohaterów wywołała moje poważne wątpliwości, a wybór przed jakim stawia Adama Cecilia, wydał mi się niezrozumiały. Dylematy i problemy bohaterów odebrałam dość chłodno, nie obudziły we mnie głębszych emocji.
Zbiegi okoliczności, wokół których ogniskuje się fabuła, są dość nieprawdopodobne.

Mieszane uczucia wyzwoliły we mnie natomiast dodatkowe materiały dla czytelników, "A Penguin Reader's Guide", opublikowane na końcu powieści. Wywiad z Lindą Olsson przeczytałam z zainteresowaniem, ale "Pytania do dyskusji" świadczą o lekkim deficycie zaufania do możliwości intelektualnych czytelnika. Dobrym pomysłem jest umieszczenie tego typu wskazówek interpretacyjnych
dla poszukujących pomocy i inspiracji na stronie internetowej wydawnictwa, ale dodawanie ich do książki uważam za zbytek troski.

Powieść została napisana w języku angielskim. Podziwiam Lindę Olsson za to, że niczym nasz Joseph Conrad opanowała mowę Szekspira tak perfekcyjnie, iż swobodnie tworzy w niej literaturę, piękną. Jednak styl "Sonaty dla Miriam" wydawał mi się chwilami odrobinę sztuczny, dramatyczny na siłę. Dotyczyło to głównie dialogów. Na przykład przy pierwszym spotkaniu Adama z Clarą uderzyła mnie pompatyczno-uroczysta tonacja ich rozmowy.


Po wspaniałych wrażeniach związanych z lekturą "Niech wieje dobry wiatr" czekałam na tę powieść z entuzjazmem i obiecywałam sobie po niej bardzo dużo. Jak się okazało, stanowczo za wiele. Paradoksalnie ten sam problem miała chyba sama autorka: jej ambicje wobec tej powieści były prawdopodobnie zbyt wygórowane, o czym świadczy zagmatwana akcja i niezbyt udane eksperymenty formalne.


Książkę Lindy Olsson skończyłam czytać późnym wieczorem 9 kwietnia. Nie wiedziałam, że jej ponura, nostalgiczna atmosfera jest zapowiedzią wydarzeń znacznie tragiczniejszych, z którymi "Sonata dla Miriam" będzie mi się zawsze kojarzyć.


---
[1] Linda Olsson, "Sonata for Miriam", Penguin Books, 2008, s.40.
[2] Tamże,
s. 50.

Moja ocena: 3+

12 marca 2010

Linda Olsson, "Niech wieje dobry wiatr"


Tam, gdzie rosną poziomki

Boję się pisać o tej książce. Boję się, bo jest podobna do utworu pisanego przez jej bohaterkę: „Miała wrażenie, jakby jej opowieść stanowiła delikatną pajęczynę wymagającą najwyższej ostrożności” *. Boję się, że niezdarnie uszkodzę pastelową sieć, próbując nazywać słowami to, co jest po prostu zbyt ładne, by ubierać w wyrazy.

Punktem wyjścia „Niech wieje dobry wiatr” jest spotkanie dwóch kobiet. Veronika postanawia zamieszkać w szwedzkiej wiosce na odludziu, aby dojść do siebie po traumatycznych przeżyciach. Chce także w ciszy i spokoju pracować nad kolejną powieścią. Przypadkowo nawiązuje kontakt z mieszkającą obok Astrid, samotną, ekscentryczną staruszką, nazywaną przez lokalną społeczność „wiedźmą”.

Wydawałoby się, że z tej znajomości nie wyniknie nic ciekawego. Na pierwszy rzut oka między kobietami zieje przepaść. Różny wiek, wykształcenie, zainteresowania. Jednakże są też podobieństwa, które sprawią, że powstanie między nimi silna więź. Astrid i Veronikę cechuje wielka wrażliwość, obydwie doświadczyły goryczy utraty, obydwie kryją w sobie psychiczne blizny. Rozmawiając ze sobą, wspólnie spędzając czas, oczyszczają się z tłumionych przez całe lata lęków i złych wspomnień. To bardzo znacząca, bezinteresowna przyjaźń, która zmieni je na zawsze. „Najkrótsze muśnięcie miłości może nas wzmocnić na całe życie.” **

Linda Olsson jest uważnym kronikarzem ludzkich uczuć, o których mówi z taktem i delikatnością. Nawet temat tak trudny jak przemoc seksualna wobec dziecka zostaje podjęty z ogromnym wyczuciem, za pomocą oszczędnych, przejmujących środków wyrazu. Jednocześnie na przykładzie losów Astrid autorka pokazuje, że konsekwencje determinują losy ofiary w sposób tragiczny.

Pisarka ukazuje bohaterów bez osądzania, nie potępiając ich uczynków. Wytwarza dziwną więź między Astrid i Veroniką a czytelnikiem, opartą na zrozumieniu i empatii. Nie jestem w stanie uznać Astrid za zbrodniarkę, choć rozumując racjonalnie tak właśnie można odebrać jej postać.

Już dawno nie czytałam książki, w której przyroda odgrywałaby tak znaczącą rolę. Odmalowana niezwykle subtelnie, w konwencji poetycko-baśniowej, solidarnie współgra z przeżyciami bohaterów: „Brzozy, zaledwie w kilka dni, od czystego bladego fioletu poprzez nieśmiałą zieleń przeszły w letnią bujność, a delikatne dzwoneczki zasnuły łąki drżącą powłoką fioletu. Zakwitły drzewa czeremchy, przez kilka intensywnych dni napełniały zapachem powietrze, a potem ich płatki opadły jak śnieg.” *** Linda Olsson jest mistrzynią w kreśleniu słowami lirycznych pejzaży. Odnosiłam wrażenie, że w tych opisach jest nie tylko zachwyt, ale też i nuta nostalgii za szwedzkim krajobrazem, gdyż pisarka obecnie mieszka w Nowej Zelandii.

Bardzo szczególną rolę w powieści odgrywają poziomki. Być może autorka nawiązuje do filmu Bergmana. Profesor Borg w „Tam, gdzie rosną poziomki" też dokonał rozrachunku z własnym życiem, też cierpiał z powodu samotności. Poziomki pojawiają się w książce Olsson wielokrotnie, towarzyszą Astrid w najważniejszych momentach jej życia.


Okładka wydania amerykańskiego z motywem poziomkowym .

Duże znaczenie autorka przypisuje także muzyce. Podobnie jak w „Cudzoziemce” Marii Kuncewiczowej motywem przewodnim jest utwór Brahmsa, tym razem część druga trzeciej sonaty d-moll na skrzypce i fortepian. Piękno muzyki zostaje oddane w sposób bardzo sugestywny, a chwytająca za serce melodia współgra idealnie z nastrojem opowieści.

Autorka jest Szwedką, ale swoją debiutancką powieść napisała po angielsku. Strona językowa powieści, przesycony poezją i melancholią styl, jest jej sporym atutem. Tytuł książki sprawił tłumaczom kłopot. Nie znam języka szwedzkiego, ale już wizualnie „ Nu vill jag sjunga dig milda sånger" [wielkie podziękowania dla M., autorki Szwedzkich reminiscencji za podanie poprawnego tłumaczenia] prezentuje się melodyjnie. W wersji angielskiej („Let Me Sing You Gentle Songs”) nie wywołuje już mojego entuzjazmu. W Stanach Zjednoczonych powieść wydano pod nijakim tytułem „Astrid and Veronika”. Polska wersja „Niech wieje dobry wiatr” niemile mnie zaskoczyła. To też fragment wiersza, który wystąpił w powieści, ale wers o piosenkach pojawiał się znacznie częściej i wydaje się, że był dla autorki ważniejszy. Łatwy optymizm polskiego tytułu do mnie nie przemawia.

Poetycki nastrój książki podkreślają liczne fragmenty wierszy, które zawsze najpierw podane są po szwedzku, a dopiero potem w tłumaczeniu. Tajemniczo i poetycko brzmią szwedzkie słowa, wywołują zaciekawienie i zachwyt, nawet jeśli ich nie rozumiemy. Zaskoczyło mnie to, że język szwedzki jest taki muzyczny.

W roku 2008 Linda Olsson wydała kolejną powieść, „Sonata for Miriam”, jej akcja toczy się miedzy innymi w Polsce. Kiedy ochłonę po emocjonalnym elektrowstrząsie, jakim była dla mnie lektura „Niech wieje dobry wiatr”, na pewno po nią sięgnę.

---
* Linda Olsson, "Niech wieje dobry wiatr", tłum. Urszula Szczepańska, G+J Gruner+Jahr Polska, Warszawa 2008, s. 21.
** Tamże, s. 204.
*** Tamże, s. 75.

Moja ocena: 5

P.S.
Filmik, w którym Linda Olsson mówi o swojej powieści (pomimo fińskich napisów po angielsku).


Warta bliższego poznania jest też strona internetowa pisarki, łącznie z blogiem.