Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty

7 października 2012

Dyslektyczna magia (Blake Charlton, "Czaropis")


Dyslektyczna magia
Może zaskoczy Was wyznanie, że lubię literaturę fantasy, bo przecież na moim blogu nie pojawiła się jeszcze ani jedna recenzja książki tego gatunku. Powiem więcej: od kilku lat nie przeczytałam żadnej powieści fantasy. Stało się to za sprawą Trudi Canavan, a konkretnie jej powieści „Gildia Magów”. Nie dość, że mi się zupełnie nie podobała, to jeszcze po prostu zwątpiłam w sens czytania takich książek i postanowiłam zrobić sobie przerwę. Kwarantanna trwała ponad dwa lata.

W lecie zaczęła mi doskwierać melancholijna tęsknota za elfami i krasnoludami. W poszukiwaniu lekturowych inspiracji sięgnęłam po „Nową Fantastykę”, nr 08 (359) 2012. Szczególnie zaintrygowała mnie recenzja drugiego tomu „Czaropisa” Blake’a Charltona. Jej autor, Jakub Winiarski, uprzedzał, że część pierwsza pozostawia sporo do życzenia pod względem edytorskim, ale kontynuację ocenił tak wysoko i przedstawił tak ciekawie, że postanowiłam zaryzykować. Kupiłam pierwszy tom. Moje poczucie bezpieczeństwa wzrosło, gdy przeczytałam, że Blake Charlton studiuje medycynę. Bez obaw wsiadłam więc do powieściowego rollercoastera, który przez 607 stron rozhuśtywał moje nastroje, prowadził na skróty od zachwytu do zniechęcenia, od zapartego tchu aż po kompulsywne ziewanie. Wrażenia były urozmaicone, a chwilami od ich nadmiaru dostawałam zadyszki.

Podziwiam autora za to, że potrafił stworzyć rzeczywistość, której realność nawet przez chwilę nie budzi wątpliwości czytelnika. Jestem na to wyczulona w powieściach fantasy. Świat przedstawiony w „Czaropisie” to pełna, wielowymiarowa panorama. Podobał mi się również skomplikowany system magii opartej na słowach. Nauka czarów w powieści Charltona przypomina naukę języka obcego. „Piśmienni”, urodzeni z umysłem wrażliwym na magię, uczą się formować runy w mięśniach, później przemieszczać je w ciałach, łączyć w zdania, rzucać je na zewnątrz. Dotyk niektórych adeptów, kakografów, zniekształca wszystkie teksty wprowadzając błędy w pisowni i tworząc z czarów tak zwane dysczary, które nie przynoszą chluby tłumaczowi „Czaropisa”. Na taką właśnie magiczną dysleksję cierpi główny bohater powieści, Nikodemus. To prowadzi do licznych zawirowań akcji, które gęstnieją, gdy okazuje się, że nie jest zwykłym chłopcem – ma do spełnienia ważną misję.

Między innymi w wątku związanym z rzeczonymi dysczarami leży siła i oryginalność powieści Charltona. Nie zdziwiła mnie wyczytana gdzieś informacja o tym, że autor powieści jest dyslektykiem: świat uczuć dziecka, które cierpi z powodu trudności w pisaniu magicznych zaklęć, a nieudane próby wywołują kpiny otoczenia i rozmaite kłopoty, został odmalowany niezwykle sugestywnie.  Moim zdaniem dla borykającego się z dysleksją nastolatka przeczytanie opowieści o Nikodemusie Wealu, który potrafił uczynić ze słabości swoją siłę, może być ważnym doświadczeniem. Mam na co dzień w pracy kontakt z dziećmi dyslektycznymi i wiem, jakie są wrażliwe i ile wysiłku trzeba włożyć w to, żeby uwierzyły w siebie.

W książce Charltona przypadły mi do gustu nawiązania lingwistyczne, ocierające się o filozofię, trochę w stylu Ursuli Le Guin, i założenie, że „życie jest magicznym językiem”[1]. Poczułam się mile połechtana tym, że autor powieści fantasy traktuje mnie jak partnera do rozmowy, również na trudne tematy, a nie przeżuwacza odgrzewanych pomysłów fabularnych. Niestety, zrozumienia przemyśleń pisarza nie ułatwia przekład, który chwilami brzmi odstręczająco i pseudonaukowo. Przykładowy fragment: „Dysponują poznaniem trzeciorzędowym, a ich język wykonawczy opiera się wszystkim metodom dekonstrukcji poza tymi najbardziej bezpośrednimi. Ktokolwiek je napisał, dysponuje wyjątkowym pozio­mem zrozumienia inteligencji tekstowej”.[2] Zżymając się nad takimi bełkotliwymi potworkami miałam jednocześnie świadomość, że przetłumaczenie „Czaropisa” naszpikowanego ekwilibrystykami językowymi i ontologicznymi refleksjami było na pewno zadaniem trudnym. Z nostalgią wspominałam przekład „Czarnoksiężnika z Archipelagu” Ursuli Le Guin Stanisława Barańczaka, który przepłynął przeze mnie nie jak tekst, a jak struga światła.

Spośród licznych stworów magicznych wymyślonych przez Charltona z przyczyn oczywistych szczególnie zaciekawiły mnie zjadające prozę mole książkowe. Czasem odnoszę wrażenie, że jakiś czaropis rzucił na mnie taką klątwę. Bardzo polubiłam też rezolutną  papugę Shannona. A skoro mowa o polubieniu, mam nadzieję, że w kolejnych tomach trylogii bohaterowie będą wywoływać trochę silniejsze emocje.

Powieść Charltona jest znacznie głębsza, niż zapowiada okładka z fantazją szalonego ortodonty w gustownej pelerynie. Zaskoczyły mnie entuzjastyczne podziękowania pisarza dla autorów projektu, ale okazało się, że konterfekt nieprzyjaznego pana z dziwnym uzębieniem to wybór polskiego wydawcy.  Który notabene nie uznał za stosowne opatrzyć książki notą na okładce. Jest tylko fragment powieści i krótki biogram autora. Zafrapowało mnie zdanie z wzmiankowanej recenzji: tom został „puszczony” w redakcji. Czytelnik został wpuszczony w maliny.
_______
[1] Blake Charlton, Czaropis, tłum. Marek Pawelec, Prószyński i S-ka, 2010, s. 501.
[2] Tamże, s. 296.

Moja ocena: 4

Blake Charlton.