Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty

13 kwietnia 2011

Tove Jansson, "Lato"

 
Lato na wyspie
Kiedy byłam małą dziewczynką na irytujące pytanie "Kogo bardziej kochasz, mamusię czy tatusia?" odpowiadałam stanowczo: "Babcię". Im dłużej żyję, tym bardziej uświadamiam sobie, jak wiele jej zawdzięczam. Szkoda, że już nie mogę z nią o tym porozmawiać. Mam nadzieję, że niebo, do którego trafiają nasze babcie jest ciepłe i przytulne. I że jest w nim dużo książek, bo moja lubiła je pasjami. "Lato" Tove Jansson uświadomiło mi, jak bardzo za nią tęsknię.

Książkę wydano w takiej samej szacie graficznej jak cykl o Muminkach, co wydaje mi się błędem. To coś zupełnie innego. Próżno szukać tu trolli. Wątpię, czy "Lato" zachwyci małych czytelników. Mogą uskarżać się na powolną akcję i melancholijny nastrój tej książki. Opowiada o wakacjach spędzanych na wyspie przez pewną rodzinę. Kilkuletnia Sophia przebywa tam z babcią i tatą. Jej mama nie żyje. Pierwowzorem postaci babci jest matka Tove Jansson, Signe Hammarsten-Jansson. Zgadza się nawet data urodzin - rok 1882[1].  Postać dziewczynki wzorowana jest na bratanicy pisarki, Sophii Jansson.

Sophia jest rezolutna i dociekliwa. Zadaje dziesiątki trudnych pytań, na przykład: "Czy w niebie są mrówki?"[2] Babcia nie przypomina uroczej staruszki częstującej konfiturami. Bywa krnąbrna, opryskliwa i kapryśna. Zdarza jej się palić papierosy, mijać z prawdą i przeklinać. Zapomina o leku na chore serce. Tak naprawdę czasami nie wiadomo, kto się kim opiekuje, czy babcia Sophią, czy może odwrotnie. Jest też tato - milczący, zapracowany. Zagłusza ból po śmierci żony pasją ogrodniczą.

Książka Tove Jansson przypomina zbiór powiastek filozoficznych, w których z poczuciem humoru, subtelnie i poetycko mówi się o rzeczach najważniejszych. O starości, śmierci, Bogu, miłości. Autorka opisuje świat bardzo malarsko: "Szary brzask był piękny, z długimi równoległymi chmurami deszczowymi, które sunęły po niebie, morze było ciemnozielone, a na nim białe gęsi."[3] Nie tylko widzimy i słyszymy wyspę, ale czujemy ją: "Zapach to ważna rzecz, przypomina o wszystkim, co człowiek przeżył, jest osłoną pamięci i bezpieczeństwa."[4]

Bardzo raziło mnie słowo "babka", na które zdecydował się tłumacz konsekwentnie nazywając tak starszą panią. Może w języku szwedzkim ma wydźwięk cieplejszy, po polsku budzi natychmiastowe skojarzenie z seniorką rodu Kiepskich. Uważam, że "babcia" brzmiałaby zdecydowanie lepiej i naturalniej, biorąc pod uwagę, że poruszamy się w świecie widzianym oczami kilkuletniej dziewczynki.

"Lato" to książka, która mogłaby nigdy się nie skończyć. Czytałam ją z przyjemnością, uśmiechem, zachwytem. Przypomina "Córkę rzeźbiarza", ale jest bardziej esencjonalna. W żywicy zastygłych słów uwiecznione zostały chwile, nastroje, wydarzenia z życia wyspy i jej mieszkańców. I wesołe, i smutne.

Jeśli w nadchodzące wakacje wyruszycie w rejs po Zatoce Fińskiej, proszę, rozglądajcie się uważnie. Może na którejś wysepce zobaczycie postać staruszki w kapeluszu z małą dziewczynką. Jeśli postanowicie się tam zatrzymać, poszukajcie dużej czeremchy na skraju lasu: "We właściwy dzień i przy odpowiednim wietrze można leżeć pod czeremchą i wtedy spadają na człowieka wszystkie płatki naraz, ale trzeba bardzo uważać na mszyce."[5]
____
[1] Tove Jansson, "Lato", tłum. Zygmunt Łanowski, Nasza Księgarnia, 2007, s. 158.
[2] Tamże, s. 43.
[3] Tamże, s. 54.
[4] Tamże, s. 123.
[5] Tamże, s. 76-77.

Moja ocena: 5+
Tove Jansson

24 marca 2011

Żonkile w śniegu

Melduję, że wróciłam, a podróż zgodnie z przewidywaniami dostarczyła mi wspaniałych wrażeń. Dziękuję Wam za przemiłe życzenia, spełniły się z nawiązką! :)
W Helsinkach zaskoczył nas śnieg. Wiedziałam, że fińska zima trwa znacznie dłużej niż nasza, ale ilości białego puchu zdumiały mnie w obliczu naszej nieśmiałej wiosny.
W centrum tuż obok dworca jest lodowisko i śniegowa górka, z której dzieci zjeżdżają wśród radosnych pisków i okrzyków. W roli sanek występuje tylna część ciała. :)
Z muzeów najbardziej polecam Ateneum. Duże wrażenie zrobiła na mnie wystawa poświęcona naturalizmowi w literaturze, filmie i sztuce fińskiej, z licznymi odwołaniami do Zoli. Oglądane obrazy przywołały na myśl dzieła Gierymskiego i Chełmońskiego. Obok niektórych wisiały ekrany, na których prezentowano fragmenty filmów z lat dwudziestych ubiegłego wieku, bardzo zbliżone tematycznie.
Z przyjemnością obejrzałam też stałą ekspozycję. Największe wrażenie zrobił na mnie obraz Hugo Simberga "Ranny anioł".
Niestety, reprodukcja jest marnym substytutem wrażeń, jakich dostarcza oryginał.
Jestem zachwycona malarstwem skandynawskim! Żałuję, że wiem o nim jeszcze tak niewiele.
Licznych wrażeń estetycznych dostarczają też helsińskie ulice. Oto płot zasłaniający restaurowany budynek. :)

Oczywiście nie obyło się bez wizyty w największej księgarni, Akateeminen Kirjakauppa, gdzie dział literatury angielskojęzycznej jest bardzo dobrze zaopatrzony. Spędziłam tam dużo czasu, radośnie buszując wśród półek. :)
Finowie czytają dużo. Widziałam starsze panie objuczone siatkami pełnymi książek, sporo osób pogrążonych w lekturze spotykałam w autobusach i w metrze.
Oto jedna z publicznych bibliotek. Jest ich sporo, a korzysta się z nich bezpłatnie.
W partnerskiej szkole, w której odbywała się konferencja, zwiedzaliśmy także bibliotekę. Księgozbiór nie jest imponujący, ale zobaczcie, co ze wzruszeniem odkryłam na jednej z półek. Pozycja ósma od lewej. :)
Wszędobylskie Muminki wciąż królują w Helsinkach. 
Spore tłumy miłośników trolli kłębią się w Muminshopie, w którym, jak się domyślacie, byłam bliska histerii. :)
 
Mimo śnieżnej scenerii wiosna w Finlandii jest tuż o krok. :)

18 marca 2011

Muminland revisited :)

Jak wspominałam, jutro rano wyruszam do Finlandii. Jest to kolejne spotkanie  w ramach realizacji projektu Comenius, tym razem konferencja nauczycieli. Bardzo się cieszę z drugiej wyprawy do Helsinek.
Wracam wieczorem w środę, 23 marca. 
Z góry przepraszam za ciszę, która będzie panować na blogu do tego czasu, a również za opóźnienia w lekturze Waszych wpisów. Zapewniam, że zaległości zostaną nadrobione.
Mam też prośbę. Nieoceniona Sygryda Dumna zwróciła mi uwagę, że moja strona generuje okienka z reklamami. Bardzo mnie to zasmuciło, bo sama ich nie znoszę. Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby ktoś podpowiedział mi, co może być tego przyczyną? 
Z góry bardzo dziękuję za pomoc.
Do zobaczenia w przyszłym tygodniu! 

12 marca 2011

Annika Idström, "Listy do Trynidadu"

Miłość jest przezroczysta
W przyszłą sobotę wyruszam do Finlandii, pomyślałam więc, że warto zapoznać się z kolejną książką z Suomi. Wybór padł na "Listy do Trynidadu" Anniki Idström. Moja wiedza na temat ojczyzny Muminków nie pogłębiła się zbytnio, bo akcja powieści toczy się głównie w Izraelu, ale lektura była dość udana.

Kiedy powiem Wam, kto jest bohaterem tej książki, przypuszczalnie wzruszycie ramionami. Czy przeciętny pracownik helsińskiego urzędu skarbowego, Seppo Sirén,  zasługuje na uwiecznienie w powieści? Właśnie skończył czterdzieści lat. Ma żonę i upośledzoną, piętnastoletnią córkę. Wspólnie wyruszają na grupową wycieczkę-pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Nie nastawiajcie się jednak na krajoznawcze ciekawostki. Bohaterowie wędrują też w głąb siebie i swojej przeszłości. To co tam znajdą, doprowadzi do tragicznych wydarzeń.

Wbrew ascetycznej, surowej okładce powieść pulsuje erotyzmem. W życiu bohaterów seks odgrywa ogromną rolę. Jest mroczną siłą, która wywołuje irracjonalne zachowania. Jednocześnie stanowi jedną z niewielu form komunikacji międzyludzkiej. 

Annika Idström bezkompromisowo rozprawia się ze współczesnością. Jej zdaniem nasze relacje podszyte są fałszem, tak naprawdę nie wiadomo, kto jest katem, a kto ofiarą. 

Bohaterowie pogrążeni są w uczuciowej atrofii. Tragiczne wydarzenia, które opisane zostały w powieści, Seppo określa jako "drobne kłopoty", a winę zrzuca na Elisabet: "W większości spowodowała je moja żona, ale nie żywię do niej urazy"[1]. Dla Siréna, dowodem jego delikatności jest fakt, że nie mowi żonie o swoich zdradach. 

W  "Listach do Trynidadu" zagubieni, samotni ludzie rozpaczliwie bronią się przed tkliwością, przed wszelkimi emocjami. Tylko egzystencja wyprana z uczuć jest bezpieczna. Na tym przekonaniu Seppo buduje swoją filozofię. Sądzi, że życie i tak jest pełne dramatu, więc kiedy odrzuci się emocjonalne uniesienia, to stanie się ono znośne i będzie miało jakąś wartość. Tylko świat uczuciowo aseptyczny daje poczucie bezpieczeństwa. Nie prowadzi się w nim szczerych rozmów, jedynie pisze listy i maile, a od czasu do czasu uprawia seks, wykorzystując go również w celach manipulacyjnych.

Gorzkim smutkiem napawa to, że diagnozę rzeczywistości głosi Ursula, upośledzona piętnastolatka. Jej zdaniem miłość "otacza nas cały czas, a nie umiemy jej odnaleźć. Miłość jest przezroczysta i dlatego jej nie widać. Zgubiliśmy mapy, nikt nie potrafi wskazać drogi. Gdzieś znajduje się kompas, ale ma złamaną wskazówkę."[3] "Listy do Trynidadu" to smutna, niepokojąca książka, która pod maską  rozbuchanego erotyzmu kryje cierpkie przemyślenia o współczesności. O tym, że zatraciliśmy umiejętność widzenia sercem, a najważniejsza jest pogoń za mrzonkami.

Nie przypadkiem trasa wycieczki wiedzie przez Ziemię Świętą. Wydaje mi się, że Idström w sposób ironiczny kontrastuje uświęcone, proste wartości z pogmatwaną, współczesną obyczajowością. Szyderczym absurdem jest fakt, że prowadzący perwersyjne gierki są uczestnikami pielgrzymki, a Elisabet  kojąca uczestników religijnymi śpiewami, była kochanką pastora.

Powieść rozpoczyna się w formie realistycznej opowieści, by niepostrzeżenie przeobrazić się w historię pełną realizmu magicznego i sennych wizji. Pod koniec znowu wracamy do rzeczowego stylu. Odebrałam to jako kompozycyjne pęknięcie. Według mnie autorka zdecydowanie pewniej stąpa po gruncie realistycznym. Nawet historie banalne, jak na przykład znajomość Seppo z Soile, potrafi opowiadać w sposób przejmujący.

Mam zastrzeżenia do realizmu psychologicznego. Wiem, że Skandynawia kojarzy się z bezpruderyjnością, ale mimo to sytuacja, w której małżeństwo z dzieckiem wyjeżdża na pielgrzymkę i pewnego dnia żona prosi męża, by przez kilka dni mieszkał w oddzielnym pokoju z córką, bowiem do niej przyjeżdża kochanek (pomocnik kucharza z Maroka), na co wzmiankowany mąż godzi się uprzejmie, wydaje mi się przerysowana i nieprawdopodobna.

Zdecydowanie odpowiada mi natomiast styl Anniki Idström, pozbawiony ozdobników, lecz działający silnie na zmysły czytelnika. Lubię, kiedy pozornie proste, nijakie słowa aż drżą od skrywanych emocji.
_________________
[1] Annika Idström, "Listy do Trynidadu", tłum. Bożena Kojro, Wydawnictwo Punkt, 2002, s. 6.
[2] Tamże, s. 94. 
[3] Tamże, s. 135-136.

Moja ocena: 4

15 stycznia 2011

Tove Jansson, "Mądrości z Doliny Muminków"


Muminkowe silva rerum

Kilka lat temu wizytę duszpasterską złożył nam młody, stremowany ksiądz. W czasie rozmowy, która nastąpiła po części oficjalnej, był jeszcze bardziej skrępowany. Nagle uśmiechnął się radośnie. Zaskoczeni podążyliśmy za jego wzrokiem. Okazało się, że zauważył na regale kolekcję książek o Muminkach. To były jeszcze stare, dobre czasy, gdy nasze książki nie piętrzyły się w stosach, a stały na półkach jak Pan Bóg przykazał,  łaskawie pozwalając przeczytać tytuły na grzbietach. Od tego momentu rozmowa potoczyła się gładko. Wzmiankowany ksiądz, notabene absolwent dwóch kierunków studiów i doktorant, okazał się miłośnikiem i znawcą twórczości Tove Jansson! To była najmilsza wizyta duszpasterska, jaką pamiętam.

Przypomniałam sobie to spotkanie, gdy niedawno przeczytałam smutną wiadomość, że w wieku dziewięćdziesięciu lat odeszła osoba, dzięki której Polacy powędrowali do Doliny Muminków, poznali Filifionkę, Ryjka, Mimblę i całą resztę. Niektórzy zakochali się w nich bez pamięci.

14 listopada zmarła Teresa Chłapowska, jedna z polskich tłumaczek książek o Muminkach. Z nekrologu dowiedziałam się, że w czasie wojny była łączniczką ZWZ, więźniarką Pawiaka, potem rzeźbiarką, działaczką społeczną. Zapamiętamy ją przede wszystkim jako tłumaczkę z języka szwedzkiego. Przełożyła między innymi kilka książek o uroczych trollach, utwory Selmy Lagerlöf  i Astrid Lindgren. W jej przypadku słowo tłumaczka brzmi sucho i bezosobowo. Wprawdzie nie znam języka szwedzkiego, ale jestem przekonana, że w przekład muminkowych przygód włożyła dużo serca.

Rozmyślając o twórczości Jansson i o pracy tłumacza, który dla nas, czytelników, pozostaje tylko nazwiskiem na stronie tytułowej, sięgnęłam po kupione niedawno "Mądrości z Doliny Muminków”. Jest to zbiorek krótkich fragmentów i sentencji z książek o sympatycznych trollach. Towarzyszą im niezapomniane ilustracje autorki[1]. Książeczkę wydano ładnie i starannie, pod względem graficznym utrzymana jest w stylu całej serii Naszej Księgarni.

W "Mądrościach z Doliny Muminków" znajdują się wyimki z ośmiu pozycji wydanych w Polsce. Odbyłam więc nostalgiczną podróż, wracając do książek, które kocham. To, co mnie zaskoczyło, to aspekt kulinarny twórczości Tove Jansson, widoczny już w tytule książki, na który nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi. Ach, te duże, żółte naleśniki i konfitury malinowe Mamy Muminka, placki pieczone nad ogniskiem przez Ryjka, Włóczykija i Muminka, no i oczywiście podawany w wielkiej wazie kruszon Tatusia z rodzynkami, migdałami, sokiem z lotosu, imbirem, kwiatem muszkatowym, cytryną i likierem porzeczkowym. Palce i łapki lizać! A sentencja Mamy Muminka: "Wszystko, co przyjemne, jest dobre dla żołądka."[2] powinna być haftowana na makatkach.

Muminkowe mądrości proponuję dawkować sobie po odrobinie. Poręczny format książeczki pozwala ją upchnąć do małej torebki, nawet takiej, jaką trzyma zawsze w łapce Mama Muminka. Mikroskopijna porcja wypisów z utworów Tove Jansson może okazać się wręcz nieodzowna w kolejce do lekarza, w zatłoczonym autobusie, kiedy czekamy na Bardzo Ważny Telefon. Przypuszczam, że nawet najciemniejsze chmury znikną na chwilę, gdy przeczytamy sobie takie słowa:
"Jutro będzie nowy, długi dzień - powiedziała Mama. – Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl."[3]. 
Jeszcze kilka muminkowych aforyzmów, które mocno wzięłam sobie do serca:
Włóczykij: "Nigdy nie jest się zupełnie wolnym, jeśli się kogoś za bardzo podziwia." [4]
Paszczak: "Niezwykłe przygody to czasem dobra rzecz. Zmoknąć, przeżyć straszne chwile, dawać sobie radę samemu i takie różne rzeczy. Ale na dłuższą metę, co to za przyjemność?"[5]
Włóczykij: "Wszystko staje się trudne, kiedy się chce posiadać różne rzeczy, nosić je ze sobą i mieć je na własność. A ja tylko patrzę na nie, a odchodząc staram się zachować je w pamięci. I w ten sposób unikam noszenia walizek, bo to wcale nie należy do przyjemności."[6]
Przepraszam, że faworyzuję Włóczykija, ale zachwyciłam się nim jako mała dziewczynka i zauroczenie trwa do dziś.
Muminkowe opowieści są nie tylko mądre, ale również pięknie i poetycko przekazane. Zachwycił mnie na przykład fragment, który wyjaśnił mi, za co uwielbiam Muminki i co mnie z nimi łączy: "My najbardziej lubimy to, co zmienne i kapryśne, nieoczekiwane i dziwne: brzeg morza, który jest trochę lądem i trochę wodą, zachód słońca, który jest trochę ciemnością i trochę światłem, i wiosnę, która jest trochę chłodem i trochę ciepłem."[7]

Z przykrością przeczytałam ostatnią stronę. Muminki "zniknęły w wirującym śniegu, ogarnięte melancholią i równocześnie uczuciem ulgi, jak to zwykle bywa przy pożegnaniach". [8] Bez walizek. W moim przypadku to jest  na pewno do zobaczenia wkrótce, a nie żegnajcie.
__________________
[1] Mówiąc o Muminkach mam na myśli subtelne stworki z ilustracji Tove Jansson, a nie ich cukierkowe karykatury z japońskiej kreskówki.
[2] Tove Jansson, "Mądrości z Doliny Muminków", tłum. Teresa Chłapowska, Irena Szuch-Wyszomirska, Nasza Księgarnia, 2008, s. 26.
[3] Tamże, s. 78. 
[4] Tamże, s. 55.
[5] Tamże, s. 15.
[6] Tamże, s. 11.
[7] Tamże, s. 28. 
[8] Tamże, s. 90. 

Moja ocena: 5

29 kwietnia 2010

Tove Jansson, "Córka rzeźbiarza"


TĘSKNOTA ZA ŚLEDZIEM,
CZYLI DZIECIŃSTWO TOVE (SIELSKIE, ANIELSKIE)

Recenzja Sygrydy Dumnej zdopingowała mnie do zdobycia "Córki rzeźbiarza" Tove Jansson, twórczyni cyklu książek o Muminkach. Powiem krótko: naprawdę było warto. Ślubuję poskromić swoją miłość do trolli z przyległościami i opowiadając Wam o tej książce kierować się wyłącznie obiektywizmem. Niniejszym obiecuję zmierzyć ją surowym wzrokiem, a nie zerkać spod kokieteryjnej grzywki Panny Migotki.

"Córka rzeźbiarza" to zbiór opowiadań, które powstały na kanwie wspomnień pisarki z dzieciństwa. Sposób obrazowania rzeczywistości i styl wypowiedzi wskazują na to, że narratorką jest dziewczynka, choć książkę napisała dorosła osoba. Nie jest to jednak utwór dla dzieci. Wydaje mi się, że mógłby je znużyć, a scena zabijania chorej mewy wydała mi się dość drastyczna.

Niezwykła osóbka opowiada historie zamieszczone w tym zbiorze. Z jednej strony postrzega świat w sposób typowy dla dzieci: sen miesza się z jawą, marzenia z rzeczywistością, fantazja z faktami: "I wtedy coś zaczęło wchodzić po schodach, było szare i utykało. Nie miało jednej nogi. To był duch nieżyjącej wrony."[1] Pod względem stylistycznym również odnosimy wrażenie, że mamy do czynienia z opowieścią snutą przez dziecko - wskazują na to komunikatywny, dobitny styl i krótkie zdania. Narratorka nie stroni też od typowej dla maluchów zabawy wyrazami: "Eksplozja to ładne słowo, i wielkie. Później nauczyłam się innych, takich do szeptania tylko w samotności. Abstrakcja. Ornamentyka. Profil. Katastrofalny. Elektryczny. Kolonialny."[2]

Z drugiej strony wielokrotnie zaskakuje nas dojrzałość i pesymizm tej dziewczynki: "Życie jest żałobną wyspa i choćby się jak najlepiej żyło i tak trzeba umrzeć i znowu obrócić się w proch!"[3]. Na świat dorosłych patrzy z dystansem, pobłażliwością i lekką ironią: "tylko raz pokazałam mu moje kamienie. Wpadł wtedy w tak przesadny zachwyt, że poczułam się zażenowana. Przesadzał w złym stylu."[4]. Mimo że bywają irytujący, rodzice są dla Tove autorytetem, a tytuł nie pozostawia nam złudzeń, kto okazał się dla niej najważniejszy na świecie. W "Córce rzeźbiarza" znajdujemy jeden z najsympatyczniejszych obrazów ojca w literaturze. Podkreślam, że nie jest to karmelizowany panegiryk - słabości taty są również subtelnie sygnalizowane.

Tak bardzo zachwyca mnie poczucie humoru Tove Jansson, widoczne także w cyklu o Muminkach! Jest osnute zadumą i kryje się w nim maleńkie ziarenko goryczy. Dowodów w "Córce rzeźbiarza" jest wiele. Weźmy na ten przykład koty - "takie tłuste budynie, które tylko spały, albo były piękne i dzikie, i miały tatusia w nosie." [5]. Warto pamiętać również o tym, że "Trzeba być wiernym również wtedy, kiedy się ma mopsa. To jest strasznie trudne."[6]

"Córka rzeźbiarza" wywołała mój zachwyt. Przyczynił się do tego między innymi piękny, poetycko-malarski styl opowieści. A oto przykład: "Port jest morzem niebieskiego śniegu, samotności i nieznośnego świeżego powietrza."[7] Wszystkie opowiadania ze zbiorku przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Najbardziej oczarowały mnie jednak trzy: "Albert", "Zwierzęta domowe i paniusie" oraz "Śnieg". Przyjemność sprawiało mi też dopatrywanie się prototypów muminkowych bohaterów wśród ludzi otaczających małą Tove. Najbardziej oczywiste skojarzenia to odrobinę przemądrzały, egocentryczny romantyk - Tatuś:



... i ciepła, uczuciowa, praktyczna Mama:

Książka została zaopatrzona w świetne zdjęcia z rodzinnego archiwum, idealnie współgrające z opisywanymi historiami i nadające im znamiona dokumentu. Fotografie potwierdzają obraz szczęśliwej, artystycznie rozwichrzonej, kochającej się rodziny wyłaniający się z opowieści małej Tove. Zupełnie nie przemawia do mnie natomiast polska okładka zaprojektowana przez tajemniczą "Pracownię". Otóż moje wątpliwości budzi już wybór kolorystyki : opowiadania mają chłodnawy, ascetyczny charakter który ma się nijak do pomarańczowo-oliwkowych, lekko wyblakłych barw, z którymi stapiają się napisy. Zaznaczam, że okładka w rzeczywistości jest jeszcze bardziej mdła i rozmyta niż na zdjęciu powyżej.

W jednym z opowiadań mała Tove stwierdza: "Następnego dnia zawsze się za czymś tęskni, nie bardzo wiedząc za czym. W końcu przychodzi na myśl, że może za śledziem"[8]. Następnego dnia po zakończeniu lektury przyszło mi na myśl, że może jednak nie za śledziem, a za sugestywnie odmalowanym światem dzieciństwa fińskiej pisarki w który zanurzyłam się dzięki "Córce rzeźbiarza", a który wspominam z pastelową nostalgią, jaka nad nim się unosiła.
_____
[1] Tove Jansson, "Córka rzeźbiarza", tłum. Teresa Chłapowska, wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 1999, s. 152.
[2] Tamże, s. 21.
[3] Tamże, s.16.
[4] Tamże, s. 88.
[5] Tamże, s. 109.
[6] Tamże, s. 109.
[7] Tamże, s. 15.
[8] Tamże, s. 36.

Moja ocena: 5

Książka przeczytana w ramach Wyzwania "Kraje nordyckie".