Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4-. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4-. Pokaż wszystkie posty

6 listopada 2013

Mad about Bridget (Helen Fielding, "Bridget Jones: Mad About The Boy")

Mad about Bridget
Stron: 390. Dni spędzonych na czytaniu: 2. Zużytych chusteczek: 1. Zjedzonych batoników: 2 (niedobrze!).  Ziewnięć: 0 (dobrze!).

Och, ta Bridget! Roztrzepana, niepoprawna, wciąż w tarapatach. Mam do niej sentyment, choć zdaję sobie sprawę, że powieści Helen Fielding to nie jest literatura przez szczególnie duże „L”.

Wiadomość o tym, że po czternastu latach autorka postanowiła uraczyć nas kontynuacją losów bohaterki, bardzo mnie ucieszyła. Przez dwa pierwsze dni listopada z doskoku czytałam „Mad About the Boy”. Przełamując smutny nastrój tych dni, przyjemnie było na chwilę zanurkować w świecie zwariowanej, nieprzewidywalnej Bridget, która idąc na randkę, myli błyszczyk z tuszem do rzęs. Uprzedzam jednak, że we właśnie wydanej części trzeciej oprócz typowych błazenad pojawiają się zupełnie nieśmieszne refleksje. O rodzicielstwie, przemijaniu, bezlitosnym czasie, śmierci i dochodzeniu do siebie po stracie bliskiej osoby. 

W „Mad About the Boy” akcja toczy się bardzo współcześnie. Zapiski obejmują rok 2012 i 2013. Rozpoczynając lekturę dziennika, urozmaiconego mailami, SMS-ami i wiadomościami z Twittera, musimy przyzwyczaić się do szokujących zmian w życiu bohaterki: Bridget ma pięćdziesiąt jeden lat oraz dwójkę dzieci: siedmioletniego Billy’ego i pięcioletnią Mabel. Nie ma natomiast męża. Wyobrażam sobie ponury jęk pań, które oczami wyobraźni widziały już Colina Firtha w filmowej adaptacji kolejnego tomu. Nic z tego! Przed pięcioma laty Mark Darcy w dramatycznych okolicznościach zginął w Sudanie. 
[Źródło]
Bridget, dla której śmierć męża była traumą, nagle postanawia ułożyć sobie na nowo życie erotyczne, do czego namawiają ją usilnie przyjaciele. Oczywiście bierze się do tego bardzo metodycznie. Na przykład gromadzi obszerny zestaw poradników na temat randek. Do tradycyjnych perypetii miłosnych dochodzą jeszcze zawodowe: wprawdzie nasza bohaterka nie pracuje, ale pisze scenariusze. Jej unowocześnioną adaptacją „Heddy Gabler” Ibsena zainteresowała się wytwórnia filmowa, która żąda zmiany tła wydarzeń  na Hawaje lub Sztokholm.

Obowiązki scenarzystki ciężko połączyć z życiem rodzinnym. Osobę, której kiedyś nikt o zdrowych zmysłach nie powierzyłby na pięć minut chomika, trudno sobie wyobrazić w charakterze odpowiedzialnej opiekunki potomstwa, ale wcale nie jest najgorzej. Macierzyństwo à la Bridget zostało zobrazowane bardzo realistycznie. Przykładowo pani Darcy musi panować nad sytuacją w czasie zbiorowej biegunki progenitury, z godnością dać odpór wszawicy i zachować twarz, kiedy Mabel upewnia się, czy mama urodziła się w czasach wiktoriańskich, czy też może w dobie renesansu. A tak przy okazji: urocza sepleniąca córeczka Bridget to jeden z najmocniejszych punktów tej powieści. Na przykład bardzo podobała mi się scena z sową.

Przed lekturą „Mad about The Boy” trochę obawiałam się połączenia wątków tragicznych z komizmem, bo różnie z tym bywa. Trzeba dużo taktu i zręczności, żeby scalić odległe nastrojowo brzegi tak, by czytelnik nie miał wrażenia, że spaceruje na linie rozpiętej nad przepaścią. Fielding udało się to, ale nie do końca. Sceny wzruszające ocierają się o kicz, a dowcip autorki niekiedy bywa ciężkawy.

Czasem poczucie humoru Fielding niebezpiecznie zbliża się do granicy dobrego smaku. Według mnie została przekroczona przynajmniej dwa razy (wzmianka o Józefie i Maryi oraz o afrykańskich kobietach). Powieść przypadnie do gustu miłośnikom gagów i burleski. Poza tym spora część żartów dotyczy wymiotów, puszczania bąków i wszy, a w dodatku są uporczywie powtarzane. Na szczęście zdarzają się też fragmenty bardziej udane. Świetny jest na przykład opis początków kariery Bridget na Twitterze.  

Można dyskutować o wątłych walorach powieści Helen Fielding i o tanich chwytach literackich, ale socjologiczne obserwacje autorki zasługują na uwagę. Szczególnie ciekawe były dla mnie obrazki z londyńskiej szkoły: relacje dzieci i rodziców z nauczycielami, ich wzajemne komunikowanie się i inne drobiazgi.

Autorka porusza też problem wirtualnej rzeczywistości, która coraz bardziej zastępuje nam tę prawdziwą. Mówi również o amerykanizacji kultury i języka, o naszym uzależnieniu od nowoczesnej technologii – siedmioletni Billy wymienia ją jako piąty żywioł. Natomiast Bridget jest z nią na bakier: myli iPada z iPodem, a piloty do telewizora budzą w niej nabożny lęk. Jednak pomimo początkowych oporów staje się entuzjastyczną użytkowniczką Twittera oraz serwisów randkowych.
[Źródło]
I jeszcze świetne, trochę zgryźliwe obrazki ze współczesnej Wielkiej Brytanii. W klasie Billy'ego nie ma chyba ani jednej osoby o typowo angielskim imieniu i nazwisku - Londyn zalała fala imigrantów. Sądziłam, że sprzątaczka Grazina to akcent polski, ale chyba inspirowana jest prawdziwą postacią o tym imieniu, którą autorka wymienia w podziękowaniach z nazwiskiem świadczącym o innej narodowości.

Jak „Mad About the Boy” wypada na tle poprzednich książek o Bridget? Przede wszystkim w tomie trzecim jest zdecydowanie więcej seksu. Pojawiają się nawet humorystyczne nawiązania do „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Polski tłumacz będzie musiał się nieźle napocić, żeby nie było wulgarnie albo pseudonaukowo. Szczerze mówiąc wolałam Bridget zakompleksioną niż obsesyjnie rozerotyzowaną.

Poza tym znalazłam sporo powtórek z wcześniejszych tomów, jak na przykład wzmianka o zjedzeniu przez owczarki alzackie i niektóre schematy fabularne. Spotykamy prawie wszystkich bohaterów z poprzednich tomów. Zdumiało mnie to, że niesforny seksoholik, Daniel (w filmie Hugh Grant) jest ojcem chrzestnym Mabel i Billy'ego. Jak bumerang wracają również słynne majtki Bridget. Tym razem są to stringi, którymi nieświadomie epatuje pana Wallakera, wspinając się na drzewo.

Trudno wyczuć, czy te powtórki to zabieg celowy - oko puszczone do wiernych czytelników, czy może raczej odcinanie kuponów od popularności dwóch pierwszych części cyklu. Zupełne nowości to uzależnienie Bridget od Twittera, jej romans z młodszym o dwadzieścia lat Roxsterem McDuffem, botoks, tudzież wiele innych przygód.

Po skutecznej diecie monitorowanej przez klinikę leczenia otyłości, Bridget osiągnęla wymarzoną wagę i nosi rozmiar 10. Uważam, że kuracja odchudzająca przydałaby się również książce. Ideałem byłoby kilkadziesiąt stron mniej. Zauważyłam też, że w powieści pojawia się wiele nazw firmowych i przypuszczam, że to raczej nie przypadek.

Czytając „Mad about The Boy” często zastanawiałam się, nad fenomenem książek Fielding. Roztargniona Bridget, która strzela gafę za gafą i czasem zachowuje się okropnie, sprawia, że czujemy się od niej lepsi, mądrzejsi, bardziej rozsądni. Poza tym mimo irytujących wad jest w niej coś ujmującego. Przede wszystkim szczerość i infantylizm, który po prostu rozbraja.  

Z artykułów w prasie brytyjskiej wynika, że na temat ewentualnej adaptacji filmowej krążą dwie wykluczające się teorie. Jedni twierdzą, że to całkiem prawdopodobne i robią przegląd aktorów, którzy pasują do roli Roxstera, podczas gdy inni wątpią w powodzenie tego projektu, choć pisarka podobno jest nastawiona entuzjastycznie. Zdruzgotane fanki Colina Firtha pocieszę przypuszczeniem, że na pewno nie obejdzie się bez romantycznych retrospekcji.

__________________
Helen Fielding, Bridget Jones: Mad About The Boy, Alfred A. Knopf, 2013.

Moja ocena: 4-
Helen Fielding. [Źródło]

16 października 2013

Kudłacze na włoskich dróżkach (Anna Wyrzykowska, Michał Wyrzykowski, "Kudłacze w podróży")

Kudłacze na włoskich dróżkach
Wprawdzie pogoda za oknem bynajmniej nie sprzyja rozmowom o wakacjach, ale książka, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, naprawdę pachnie latem. Dowiedziałam się o niej dzięki notce na blogu Moja Toskania. Opinia Aleksandry i sympatyczna okładka zachęcały do wyruszenia w drogę z rodziną państwa Wyrzykowskich, więc natychmiast kupiłam „Kudłaczy w podróży”. Włochy plus psy - takiej kombinacji po prostu nie mogłam zignorować.

Książka jest relacją z wakacyjnej wyprawy camperem, którą autorzy odbyli w 2012 roku. Była to również podróż sentymentalna – siedemnaście lat wcześniej pani Anna i pan Wojciech poznali się na wycieczce do Italii. Wrażenia ze zwiedzania przeplatane są bardzo praktycznymi radami dla turystów. Autorzy pamiętali o adresach stron internetowych, a nawet współrzędnych GPS, tudzież lokalizacji darmowych toalet. Myślę, że książka szczególnie przyda się właścicielom camperów, między innymi z powodu ciekawych informacji na temat Fattore Amico - stowarzyszenia rolników włoskich, którzy promując lokalne wyroby, zezwalają podróżnikom na jeden bezpłatny nocleg na terenie swojej posiadłości.

Trochę żałowałam, że opisana w książce wycieczka często przebiegała utartym  szlakiem - Werona, Wenecja, Rzym, etc. Najciekawsze były dla mnie fragmenty dotyczące mniej popularnych miejscowości i włoskiej prowincji. Czasem przeszkadzało mi to, że niektóre informacje miały charakter encyklopedyczny, podobały mi się natomiast bardziej osobiste fragmenty.

Rzecz jasna dodatkową atrakcją było dla mnie to, że ekipa podróżników składała się również z psów, a konkretnie trzech szkockich owczarków collie. Jeśli ktoś z Was ma jeszcze wątpliwości, czy warto podróżować z czworonożną częścią rodziny, przykład Kudłaczy przekona Was, że bez wątpienia tak. Choćby dlatego, że „psy mają cudowną zdolność wywoływania nawet niecodziennych spotkań, przyciągania sympatycznych nieznajomych”.[1] Trzyosobowa rodzina z rudo-białą, puchatą miniwatahą, wędrująca obok najsłynniejszych zabytków Italii, wywoływała prawdziwą sensację wśród turystów i tubylców:
„wyciągają aparat i robią nam zdjęcia albo, co odważniejsi, sami pozują do zdjęć wśród nas i latających gołębi. Później matki z córkami, młode małżeństwa, miłe starsze panie na rowerach opowiadają nam o swoich psach, które niestety zostawili w domu, a nawet pokazują nam ich zdjęcia w telefonach. Radość, śmiech, rozmowa (nawet bez znajomości języka), nowe znajomo­ści... wszystko dzięki psom. Co my byśmy bez nich zrobili?”[2]
Wakacyjne wspomnienia z Włoch przelali na papier mama i syn, piętnastoletni Mikołaj. Rozdziały ich autorstwa przeplatają się, a niektóre opracowali wspólnie. Muszę przyznać, że bardziej podobały mi się bezpretensjonalne, ciepłe teksty napisane przez panią Annę. Z całym szacunkiem dla ambicji pisarskich gimnazjalisty Mikołaja, który notabene wydał już jedną powieść, jego impresje eseistyczno-filozoficzno-literackie nie przemówiły do mnie. Odnoszę wrażenie, że problem jest prosty do rozwiązania i leży w fascynacji prozą Coelho, nawiasem mówiąc cytowanego w książce (s. 263). Fascynacji tak dużej, że młodemu pisarzowi chwilami trudno było przemówić własnym głosem, a szkoda, bo rozdziały, w których nie był piętnastoletnim mędrcem-filozofem, a ciekawym świata chłopcem z poczuciem humoru, bystrym i wrażliwym obserwatorem, czytało mi się bardzo dobrze.

Niestety, przyziemna strona techniczna „Kudłaczy w podróży” też pozostawia sporo do życzenia, choć wizualnie książka robi miłe wrażenie, między innymi dzięki wielu zdjęciom. Wydawnictwo jest chyba rodzinnym przedsięwzięciem państwa Wyrzykowskich i zapewne uznano profesjonalną korektę i redakcję za całkowicie zbędne fanaberie. To był błąd. W czasie lektury irytowały mnie literówki, tudzież zawirowania interpunkcyjne, a zwłaszcza nadaktywna spacja. Pojawiły się też błędy w słowach włoskich (na przykład „finalimente”). 

Mimo potknięć całkiem przyjemnie wspominam „Kudłaczy w podróży” i mam nadzieję, że tegoroczna wakacyjna wyprawa do Prowansji, ktorą śledziłam na blogu, również zostanie opisana w wersji książkowej. Państwo Wyrzykowscy sprawiają wrażenie  pozytywnie nastawionych do świata, pogodnych osób, z którymi czytelnik chętnie by się zaprzyjaźnił i wyruszył w podróż nie tylko wirtualnie. Przede wszystkim z żelazną konsekwencją realizują marzenia: „Nasza rodzina działa według zasady: jeśli coś już robić, to robić to całym sobą”[3]. Mnie zarazili swoim entuzjazmem tak bardzo, że natychmiast po przeczytaniu „Kudłaczy w podróży” zaczęłam planować podróż do Włoch.
_____
[1] Anna Wyrzykowska, Mikołaj Wyrzykowski, Kudłacze w podróży: Włochy na trzy collie,  Rudy Smok, 2013, s. 64. 
[2] Tamże, s. 68.
[3] Tamże, s. 22.

Moja ocena: 4-
Kudłacze  zwiedzają Włochy. [Zdjęcie z książki]

11 maja 2013

Rodzina, ach, rodzina... (Mark Haddon, "Drobny kłopot")

Rodzina, ach, rodzina...
Zacznijmy od tego, że kłopot wcale nie jest drobny. Wręcz przeciwnie! To jest kilka kłopotów jednocześnie. Z siłą tsunami spadają na sześćdziesięcioletniego angielskiego emeryta, George’a Halla, który prowadzi dostatnie i do bólu ustabilizowane życie. Pewnego dnia odkrywa na skórze egzemę, którą natychmiast uznaje za objaw śmiertelnej choroby. Ale to jeszcze nic. Okazuje się, że żona tai przed nim wstrząsające sekrety, córka postanawia stanąć na ślubnym kobiercu z tępawym prostakiem, a poza tym nie ma co już dłużej udawać: jego syn jest gejem. To dla George'a prawdziwy cios. 

Fatum szarga nie tylko naszego bohatera, ale również jego bliskich. „Drobny kłopot” to wnikliwe studium dobrze sytuowanej angielskiej rodziny, dla której gra pozorów, „keeping appearances”, tłumienie uczuć to sprawy nadrzędnej wagi. Gdyby relacje między Hallami były zdrowe, gdyby otwarcie mówili o swoich bolączkach, przypuszczalnie nie doszłoby do autodestrukcyjnej burleski.

Podoba mi się to, że Mark Haddon w swoich książkach uczy tolerancji. Bohaterem „Dziwnego przypadku psa nocną porą”, wydanego w 2003 roku, jest autystyczny chłopiec, natomiast jeden z najważniejszych tematów w „Drobnym kłopocie” to reakcja rodziców na homoseksualizm syna. Wbrew dydaktycznym intencjom, notabene z grubsza ciosanym, tym razem pisarz wylał dziecko z kąpielą: obawiam się, że łatwe podboje miłosne Jamiego bardziej utrwalają stereotypy, niż je burzą. 

Mimo ciekawych obserwacji i wyrazistych bohaterów w miarę lektury mój entuzjazm stopniowo gasł. Nieustanne frustracje George’a nużyły mnie i wpędzały w depresyjne nastroje. Pełna zjadliwych obserwacji obyczajowych powieść w pewnym momencie przeistacza się w gorzką, absurdalną tragifarsę. Jej apogeum to wydarzenia na weselu Katie. Wydawało mi się, że sytuacja wymknęła się spod kontroli nie tylko bohaterom, ale też autorowi.

Nawet śmieszne sceny w „Drobnym kłopocie” niosą ze sobą podmuch chłodu, goryczy i czarnego humoru. Zaskoczyły mnie umieszczone na okładce określenia „przezabawna książka” i „Genialna… Niezwykle zabawna”. Oto fragment tego wyjątkowo komicznego dzieła: „Z oślepiającą jasnością uprzytomnił sobie, że wszyscy figlujemy na let­niej łące otoczonej mrocznym i nieprzeniknionym lasem, czekając na ten posępny dzień, w którym zostaniemy zawleczeni w ciemność za drzewami i kolejno zaszlachtowani.”[1]

Trochę żałuję, że zaczęłam znajomość z twórczością Marka Haddona od mniej udanej powieści. Wszystko wskazuje na to, że wspomniany „Dziwny przypadek psa nocną porą”, o którym niedawno napisała Grendella, a wczoraj Anek7, chyba zasługuje na więcej uwagi.
________
[1] Mark Haddon, Drobny kłopot, tłum. Marta Klimek-Lewandowska, Świat Książki, 2008, s.68.

Moja ocena: 4-
Mark Haddon. [Źródło zdjęcia]

3 maja 2013

Dworki, słomki i grenadier w spódnicy (Józef Ignacy Kraszewski, "Milion posagu")

Dworki, słomki i grenadier w spódnicy

„Milion posagu” trochę ochłodził moje zapały, wybujałe po „Zaklętej księżniczce”. Akcja tej powieści obyczajowej Kraszewskiego z 1847 roku toczy się na Podolu, a na tle dotychczas przeczytanych przeze mnie książek JIKa ta wyróżnia się kąśliwym do bólu zacięciem satyrycznym.

Z wyjątkiem jednej nieszablonowej bohaterki tym razem przeważają postacie, które można by zamknąć w klatce kilku cech charakteru i nie byłyby to przymiotniki bardzo wyszukane. Trzeba jednak pamiętać, że portrety mieszkańców Górowa i okolic w zdecydowanej większości miały być prześmiewczymi karykaturami i pod tym względem trudno cokolwiek zarzucić Kraszewskiemu. Po raz kolejny objawił spore poczucie humoru i zmysł wnikliwego obserwatora. 

Szkoda, że pisarz nie zdecydował się na luźne obrazki obyczajowe z życia prowincji, bo zjadliwe konterfekty chyba sprawdziłyby się lepiej w formie prozatorskich miniatur. Tym razem szwankuje powieściowe spoiwo. Akcja trochę się nie klei i ani dodana na osłodę scena balu, ani nawet pojedynek nie przyspiesza tętna czytelnika. Emocje pojawiają się wówczas, gdy na scenę wkracza „grenadier w spódnicy”, czyli ciotka głównej bohaterki:
„Panna Scholastyka mogła mieć lat około czterdziestu, wysoka, męskiej postawy, rumiana, z wyrazem siły na twarzy; na pierwsze spojrzenie charakter nieugięty, otwarty, wcale nie kobiecy. Przyrodzenie, które nigdy nie kłamie, dało jej też wąs prawie męski, głos donośny, pierś suchą, rękę do pałasza raczej niż do igły” [1]. 
Energiczna i opiekuńcza, ciągle w ruchu, a to serwuje zakochanym poziomki, a to sama się komuś oświadcza. Żelazna dama o złotym sercu, której groźny wygląd odstrasza potencjalnych absztyfikantów. Zachowała się w mojej pamięci z fotograficzną dokładnością, choć „Milion posagu” przeczytałam na początku marca. Żałuję, że Kraszewski wyznaczył jej rolę drugoplanową. Jest znacznie ciekawszą postacią niż podwójny budyń z soczkiem, czyli para głównych bohaterów. Wątek miłosny powieści taktownie przemilczę, bo Maria i Seweryn za sprawą JIKa przeżyli już tyle, że oszczędzę im swoich sarkastycznych uwag.

Nadspodziewanie aktualne okazały się natomiast problemy społeczne, którym autor poświęca sporo uwagi w „Milionie posagu”. Kraszewski demaskuje materializm, fałsz i obłudę. Trudno nie przyznać mu racji, gdy pokazuje, że bieda bywa powodem ostracyzmu i pogardy. Tak niewiele trzeba, żeby cel niewyszukanych drwin nagle stał się uwielbianym i powszechnie szanowanym idolem. Wystarczy tylko szczęśliwy zbieg okoliczności, na przykład milionowy spadek po zmarłej we Włoszech krewnej. Wtedy dawni prześmiewcy na wyprzódki gną się w ukłonach i hołdach. Okazuje się, że ludzie zrzucają maski nie tylko w sytuacjach kryzysowych. Robią to również pod wpływem dobrych wiadomości.

Mimo niewątpliwej prawdziwości spostrzeżeń JIKa chwilami drażniła mnie jego przesadna dbałość o to, żeby czytelnik na pewno zrozumiał moralne nauki. Temu zapewne ma służyć natarczywe, wielokrotne wygłaszanie ich tonem nieznoszącym sprzeciwu. Kiedy autor opisuje złośliwości, jakie spotykają ubogich bohaterów ze strony bezdusznych sąsiadów, jest w nim tyle złości, że zastanawiam się, czy przypadkiem w tle nie majaczą  jakieś bolesne upokorzenia, których zaznał sam Kraszewski. Wyraźnie widać, że opisywane w „Milionie posagu” zjawiska bardzo go drażnią i martwią.

Kraszewski wraca do swoich ulubionych tematów. Po raz kolejny krytykuje nasz pociąg do tego, co zagraniczne, wyznając zasadę, że tylko wychowanie w kraju daje pożądane efekty: 
Zza granicy wracają nam pospolicie niedowarzone półgłówki, których pierwszą cechą — pogarda wszystkiego, co nasze. Mamy i tak nieszczęsną skłonność małpowania zagranicy, chwytania się nowinek, jak je nazywał ksiądz Skarga, cóż dopiero gdy tę skłonność wrodzoną podeprze się choć powierzchownie wyższą umiejętnością, polorem, chwyconymi wiadomostki encyklopedycznymi? Naówczas wracają nam ośmnastoletni znudzeni sobą i światem młodzieńcy, w towarzystwach dumni, szyderczy, nielitościwi i nieznośni. Starcy bez wąsów, co w kraju wytrwać nie mogą, co w towarzystwach naszych nic dla siebie nie widzą i stają się bezużytecznymi klocami w praktycznym życiu.[2] 
W bezpardonowej nagonce na bezmyślnie małpowaną cudzoziemszczyznę oberwało się nawet poczciwej herbacie:
Któż nas uwolni od niewoli herbacianej? kto nas upoważni do odmówienia bez niegrzeczności tej szklanki wody ciepłej. przygotowanej w kredensie przez brudnego sługę i gwałtem narzuconej sub poena indignationis. Seweryn krztusił się, a pił, wylać nie było gdzie. Szczęściem gość jedzie, wszyscy do okien; on mógł podlać nią stojące pelargonium.[3]
Mam nadzieję, że pelargonium na tym nie ucierpiało.

Mile zaskoczyły mnie barwne opisy. Nie pamiętam, żeby w którejś książce JIKa było tyle ciekawych detali krajobrazu, architektury i obyczajów. „Milion posagu” jest więc powieścią balzakowską nie tylko w swoim przesłaniu – pieniądz bezwzględnie rządzi światem i obnaża ludzką małość – ale również w formie. Pozwólcie, że zacytuję jeden z moich ulubionych opisów, zdradzający zainteresowania ornitologiczne Kraszewskiego, które - mam nadzieję - nie posiadały wyłącznie podtekstu kulinarnego:
Po dziedzińcu przechadzały się bez ceremonii, poważnie, swobodnie, znając się na swoim miejscu, pośród piołunu, bylicy, łopuchu i ostów, napuszone swą ważnością, indyki z licznym potomstwem, gęsi z córeczkami w żółtobrudnych sukienkach, gadatliwe kumoszki kury i świergoczące nieustan­nie, trzpiotowate polatywały po płotach wróble. Złowróżbne śmieciuchy czubkami swymi zapowiadały długą słotę. Nieco dalej nad brzegiem cuchnącej, obrosłej i zielonymi skrzeki pokrytej kałuży, nazywającej się sadzawką, spacerował pozor­nie obojętny, ale nie bez złych myśli, bocian w czerwonych butach, z bliskiego na olsze gniazda. Sroczka wrzeszczała na bzach za oficyną. [4]
Za cudne gęsi z córeczkami w żółtobrudnych sukienkach JIKowi po prostu należą się uściski, co chyba skwapliwie potwierdzi każdy, kto miał okazję kiedyś na żywo zobaczyć gąsiątka.

Skrupulatne, chwytające za serce opisy podolskich dworków i wiosek nie są tylko czczą literacką igraszką. Autorowi przyświeca znacznie ważniejszy cel. Chce uratować od zagłady zapomnienia świat, który nieuchronnie odchodzi w przeszłość:
Nie wiem, czy potrzebnie opisuję dworek tego rodzaju, tak one jeszcze niedawno pospolitymi były u nas, tak są jeszcze pamiętne wszystkim ze swymi akcesoriami zwykłymi, żywymi i nieżywymi. Ale któż wie, czy je wkrótce zobaczym już, czy o nich posłyszym, cywilizacja idzie ku nam tak szybko! a co gorzej poczyna zawsze wprzód działać na domy i suknie niż na ludzi. Trzeba więc opisywać i dworki, i słomki, i co tylko nieco przeszłością pachnie, bo wkrótce tego wszystkiego nie stanie. Są to zabytki starożytności.[5]

Podole, dwór Drohojowskich w Kirnasówce, mal. Napoleon Orda, 1871-1873 r.
Podobnie jak inne dzieła tego autora „Milion posagu” szczególnie polecam uwadze czytelników wrażliwych na piękno polszczyzny. Zawsze podczas lektury książek Kraszewskiego myślę sobie, że język, którego my używamy na co dzień, to blady i ubogi krewny mowy, którą posługiwał się JIK. Tradycyjnie wynotowałam garść słów-dinozaurów i mam nadzieję, że Was też zachwycą, a przynajmniej wywołają uśmiech:
włosiwo
nejtyczanka
smakownie
bundiuczyć się
podżyły już kawaler
bawiciel
zakąt
życzka
wasani
bajrakowaty
dojutrek
kałamaszka
siermiężka
podżyły już człowiek
maszercia
lubeczka
niedoimka
szerepetka
taratatka
Bardzo się ucieszę, jeśli ktoś zechce na zawsze przygarnąć któryś z zapomnianych wyrazów. Już dziś przy świątecznym obiedzie możecie się przekonać, że niedbałe użycie jednego z tych słów zapewne wywoła sporą konsternację. A panom rekomenduję zwłaszcza maszercię i lubeczkę w charakterze czułych epitetów do zastosowania natychmiast, zwłaszcza jeśli z powodu deszczu wasani dziś nabundiuczona.

Jeszcze tylko ważne ostrzeżenie. Ku mojemu osłupieniu nota Wydawnictwa Literackiego, którą przeczytałam w Biblionetce, streszcza absolutnie wszystko, całą fabułę powieści z zakończeniem włącznie. Na szczęście na moim egzemplarzu „Miliona posagu” opublikowanym przez Alfę pani redaktor wykazała się trochę większą dyskrecją.
_______________
[1] Józef Ignacy Kraszewski, Milion posagu, Wydawnictwo Alfa, 1994, s. 36.
[2] Tamże, s. 17. 
[3] Tamże, s. 84.
[4] Tamże, s. 8-9.
[5] Tamże, s. 9.

Moja ocena: 4-
Józef Ignacy Kraszewski, litografia H. Aschenbrennera [Źródło]

27 kwietnia 2013

Przez szambo do gwiazd (Terry Pratchett, „Spryciarz z Londynu”)


Przez szambo do gwiazd
Kiedy w zapowiedziach wydawniczych przeczytałam o „Spryciarzu z Londynu”, miałam przeczucie, że w końcu trafię na książkę Pratchetta, która zawojuje mnie całkowicie. Nota wydawcy naszpikowana była słowami-kluczami, które radośnie pobrzękiwały i wprowadziły mnie w nastrój euforii, dlatego natychmiast po premierze kupiłam tę powieść. Obietnice złożone przez wydawnictwo zostały w dużej części spełnione, ale moje oczekiwania nie do końca.

Przede wszystkim wbrew temu, co buńczucznie twierdzi na skrzydełku obwoluty Amanda Craig z The Times, ja nie pokochałam głównego bohatera powieści, Dodgera. Niestety nie jest w moim typie. Doceniam jego spryt i determinację, dzięki którym jak nasz Nikodem Dyzma zrobił błyskotliwą karierę. Z nicponia i złodziejaszka, spędzającego większość czasu w londyńskich kanałach na poszukiwaniu kosztowności wśród szlamu, ścieków i ekskrementów, przeistacza się na naszych oczach w szanowanego obywatela, którego przyjmuje na prywatnej audiencji sama królowa.

Podoba mi się to, że Dodger zręcznie pokonał przeciwności losu, których nie szczędził mu autor. Na przykład obserwujemy go kilkakrotnie w czasie walki wręcz i każda z nich kończy się tym, że nasz bohater profilaktycznie kopie leżącego przeciwnika. Naliczyłam trzy takie sceny. Wiem, że to były bardzo trudne czasy, ale według mnie Dodger nie zawsze wychodzi z twarzą, wbrew opinii wydawcy na okładce.

Obfitująca w sensacyjne przygody fabuła nie jest jedyną atrakcją. Najnowsza książka Pratchetta to również hołd złożony Dickensowi. Powieść ukazała się w ubiegłym roku i ładnie wpisała się w jubileuszowe obchody. „Spryciarz z Londynu” to pastisz dzieł autora „Klubu Pickwicka”. Ich miłośnicy znajdą sporo nawiązań i ukłonów w stronę Dickensa, który zresztą jest jednym z najważniejszych bohaterów powieści. Pan Karol wyróżnia się spostrzegawczością i przenikliwością: „znał życie i trudno było zasłonić przed nim swoje myśli flanelą miękkich słów”[1], a poza tym miał „bystry, ostry umysł, ostry jak brzytwa, jak wężowe kły”[2]. Jego walorów intelektualnych bynajmniej nie kwestionuję, ale w świetle różnych biograficznych ciekawostek zastanawiam się, czy prywatnie Dickens rzeczywiście był aż tak sympatyczną osobą, jak wynikałoby z książki Pratchetta?

W nitki fabuły „Spryciarza z Londynu” wplątani są inni znani ludzie na przykład Henry Mayhew (jemu autor zadedykował powieść), królowa Wiktoria, książę Albert, który spoglądał na Dodgera „jak człowiek, który właśnie znalazł dorsza w swojej piżamie”[3], Benjamin Disraeli, Angela Bourdett-Coutts, George Cayley, Charles Babbage, Robert Peel, a nawet Karol Marks w wieku młodzieńczym.

Czytelników, którzy cenią twórczość Pratchetta, nie zdziwi spory ładunek humoru, choć jak na mój gust mogłoby go być jeszcze więcej. W powieści dominują sensacje i tajemnice, nawet prawdziwe imiona głównych bohaterów poznajemy dopiero pod koniec lektury. Ciekawość czytelnika rozgrzewają do czerwoności zabawne tytuły rozdziałów w formie dowcipnych streszczeń, na modłę literatury dziewiętnastowiecznej, na przykład „Latarnik jest zaskoczony, staruszka znika, a Dodger o niczym nie wie, niczego nie słyszał i – naturalnie – w ogóle go nie było”.

Jak zapowiada tytuł, istotną rolę w powieści odgrywa Londyn. Chciałabym zobaczyć minę tych czytelników, którzy wiktoriańską Anglię kojarzą głównie z bibelotami i potpourri. Miasto odmalowane przez Pratchetta buzuje od głodu i nędzy, a w dodatku jest naprawdę niebezpieczne. W posłowiu autor podkreśla, że atmosfera "Gangów Nowego Jorku" to sielanka w porównaniu z tym, co w dziewiętnastym wieku działo się nad Tamizą. A nad tym wszystkim unosił się straszliwy fetor, z którym próbowano walczyć za pomocą lawendy. 

Pratchett wyjaśnia, że jednym z jego najważniejszych celów było obudzenie w czytelniku zainteresowania dziewiętnastym wiekiem. W moim przypadku misja została uwieńczona sukcesem, ale szczególnie trudna nie była, bo epoka wiktoriańska interesuje mnie od niepamiętnych czasów. „Spryciarz z Londynu” zdecydowanie zachęca do lektury książek Dickensa! Cieszę się, że kilka jego powieści w charakterystycznych płóciennych wdziankach koloru granatowego jeszcze przede mną. 

Nie zazdroszczę tłumaczowi – każdy jego ruch był na pewno uważnie obserwowany przez fanów Pratchetta, rozpieszczonych przez translatorski talent Piotra W. Cholewy. Wszystko wskazuje na to, że Maciej Szymański może spać spokojnie. Tradycyjnie nie podobała mi się tylko niekonsekwencja w tłumaczeniu imion i przydomków. W przypisie na stronie 12 tłumacz przekonywająco wyjaśnił, dlaczego zdecydował się nie przełożyć na polski „Dodgera”. Poważne potraktowanie czytelników zrobiło na mnie dobre wrażenie.

„Spryciarz z Londynu” został wydany bardzo starannie, na pierwszy rzut oka wręcz ekskluzywnie. Podobają mi się ilustracje Paula Kidby’ego, świetnie współgrające z dowcipnym tekstem. Uprzedzam jednak, że złote litery na grzbiecie książki ścierają się zdumiewająco łatwo, wystarczy potrzeć palcem. Cóż, może trafił mi się pechowy egzemplarz. Mam nadzieję, że wartość literacka dzieła okaże się trwalsza. Zdziwiło mnie również to, że w tytule zakończenia jest mowa o jakimś słowniczku, którego próżno szukać w polskim wydaniu. Zastanawia mnie też uwaga Pratchetta w posłowiu, że licząca 412 stron książka jest „bardzo krótka” [4].

Mimo wyraźnych wysiłków autora, żeby uatrakcyjnić „Spryciarza z Londynu”, powieść chwilami chwieje się w posadach. Prawdopodobieństwo kilku sytuacji oceniam jako wątpliwe, a udział paru autentycznych postaci w opisywanych wydarzeniach sprawia wrażenie dodatku na siłę. Portrety psychologiczne bohaterów wydały mi się dość płaskie. Jako żart literacki z wiktoriańskim tłem „Spryciarz z Londynu” spisał się na medal, choć szczerze mówiąc subtelniejsze "Nie licząc psa" Connie Willis podobało mi się bardziej. Jako powieść przygodowa budzi moje wątpliwości, co na pewno i tak nie zrazi miłośników Świata Dysku, choć tym razem jedynym ukłonem w stronę fanów literatury fantasy jest często wspominana bogini Cloacina, „dama szczurów”. Książka już trafiła na listy bestsellerów, a jej zakończenie wyraźnie zapowiada, że możemy spodziewać się ciągu dalszego.
___________
[1] Terry Pratchett, Spryciarz z Londynu, tłum. Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis, 2013, s. 15.
[2] Tamże, s. 48.
[3] Tamże, s. 397.
[4] Tamże, s. 411.
Moja ocena: 4
Terry Pratchett [Źródło]

17 marca 2013

Szelmutka w kłębowisku żmij (Piotr Terence, "Pensjonat Idylla")

Szelmutka w kłębowisku żmij
Od dłuższego czasu miałam chrapkę na kryminał z czasów PRL-u. Błyskotliwe recenzje tak zwanych „milicyjniaków” u Izy, Zacofanego w lekturze i Bazyla straszliwie zaostrzyły mój apetyt. Wybór padł na powieść „Pensjonat Idylla” Piotra Terence'a.

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że pisarz o tym imieniu i nazwisku w ogóle nie istnieje. Brzmiący z cudzoziemska Piotr Terence to pseudonim, pod którym ukrywają się Teresa Markowska i Piotr Sopoćko. Para nader tajemnicza, nie udało mi się znaleźć na ich temat zupełnie nic. Wydana w 1984 roku książka o błyskotliwym śledztwie, prowadzonym na własną rękę przez panią Hortensję Wojtasik, emerytowaną nauczycielkę fizyki, miłośniczkę pasjansów i powieści Prousta, to ich jedyne dzieło. Szkoda, bo debiut okazał się raczej obiecujący, a już zwłaszcza główna bohaterka. Przypadkiem odkryłam, że „Pensjonat Idylla” został przetłumaczony na język niemiecki.
Okładka wydania niemieckiego.
Licząc na doznania porównywalne do tych, jakich zwykle dostarcza mi porucznik Borewicz, zatopiłam się w lekturze. Lekko zaniepokoiły mnie kokilki z zapiekanym móżdżkiem, które pojawiły się na stronie 14, a już całkiem zdębiałam na widok słowa „policja”. Okazało się, że akcja powieści toczy się w 1935 roku, co definitywnie pogrzebało szansę na upragniony kontakt z rasowym „milicyjniakiem”. Moją podejrzliwość powinna była wzbudzić już okładka. Przełknęłam gorzką pigułkę i czytałam dalej.

Główną atrakcję tego kryminału stanowi niewątpliwie wzmiankowana pani Hortensja. Trafnie opisuje ją jeden z bohaterów, malarz Aleksander Kucejko: „kobieta z głową, prawdziwa bystrość w oku, szelmutka, żywe srebro”[1]. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy pani Wojtasik po raz kolejny przyjeżdża na wakacyjny wypoczynek do pensjonatu w podlubelskich Malińcach. 

Słowo pensjonat nie do końca oddaje istotę rzeczy – tak naprawdę to miejsce przypomina raczej dom spokojnej starości, tylko że o spokoju tu nie ma mowy. Mieszkańcy to ludzie ekscentryczni, poturbowani przez życie, wciąż targani namiętnościami. Mimo różnic w pochodzeniu, stanie majątkowym czy wykonywanych kiedyś zawodach, co podkreśla zręczna indywidualizacja języka, łączy ich jedno: czują się samotni i opuszczeni. 
Plan pensjonatu (ilustracja z książki).
W pensjonacie dochodzi do dramatycznych wydarzeń. W telegraficznym skrócie można je podsumować tak: trzy pogrzeby i jedno wesele (podwójne). Jak się domyślacie, niepozorna pani Wojtasik dzięki żyłce detektywistycznej tudzież innym talentom rozwikła wszystkie ponure tajemnice. Okazuje się bowiem, że nazwa tego miejsca brzmi ironicznie w kontekście charakterów jego mieszkańców. Już na początku pan Pierożyński odziera Hortensję ze złudzeń: „Myśli pani, że tu stado baranków mieszka, a to żmije, po prostu kłębowisko żmij”[2]. Nasza dzielna bohaterka musi nie tylko rozwiązać kryminalne zagadki, ale również uniknąć jadowitych ukąszeń. Mimo karykaturalnych postaci to smutna i mroczna książka, a jej melancholijny nastrój wsiąkał we mnie jak mgła unosząca się nad malinieckim lasem.

W czasie lektury wielokrotnie dziwiła mnie rażąca nieudolność i brak dociekliwości policjantów. Może mieli wypaść ostentacyjnie blado w porównaniu z funkcjonariuszami MO? W każdym razie nie przypominam sobie kryminału, w którym strażnicy prawa byliby tak niesympatyczni, gburowaci, a przede wszystkim tak mało zainteresowani swoją pracą. Wciąż wtrącają pogardliwe uwagi o osobach w podeszłym wieku, świadków traktują protekcjonalnie, rażą brakiem kompetencji i to oni wywołują w czytelniku żądzę mordu. Na mdłym tle lubelskiej policji pani Hortensja ze swoimi zdolnościami dedukcyjnymi i determinacją w poszukiwaniu prawdy jaśnieje pełnym blaskiem

Z góry uprzedzam, że „Pensjonat Idylla” raczej rozczaruje miłośników realiów międzywojennych – świat przedstawiony wydaje się dość pozaczasowy. Czytelnik, który podobnie jak ja nie wie, że trzyma w rękach kryminał retro, będzie potrzebował trochę czasu, żeby uzmysłowić sobie, że akcja toczy się w latach trzydziestych. Żałuję, że tło obyczajowe wyszło dość nijako, bo było tu spore pole do popisu. Przyznam się, że nawet podejrzewałam autorów o anachronizm. Zastanawiałam się, czy w latach trzydziestych przez Lublin jeździły liczne autobusy międzymiastowe, z wieloma kursami w ciągu dnia, ale tutaj znalazłam potwierdzenie, że jak najbardziej. A wyglądały tak:
[Źródło]
Sporą radość sprawiły mi lubelskie smaczki. Podczas swojego brawurowego śledztwa pani Wojtasik kilka razy przyjeżdża do mojego miasta. Wprawdzie żydowski sklepik, w którym Hortensja zaopatrywała się w wyśmienite nugaty i rachatłukum został zmieciony z mapy miasta przez historię, ale restauracja Europejska bardzo przypomina wciąż istniejącą Europę. Będę musiała sprawdzić, czy wciąż można tam zamówić wyborne gruszki księdza Bourdeloue w sosie migdałowo-waniliowym.

Wprawdzie konstrukcja intrygi kryminalnej cały czas rozpaczliwie trzeszczy, a  czytelników, którzy dostają wysypki na myśl o literówkach, uprzedzam, że w tej książce będą mieli z nimi do czynienia, jednak znalazłam w „Pensjonacie Idylla” sporo uroku. To przede wszystkim zasługa atmosfery, przypominającej trochę nastrój książek Agathy Christie. Sympatyczna była też podróż w czasie. Może w końcu nadeszła pora, by przeprosić się z lubelskimi kryminałami retro Marcina Wrońskiego, choć moje pierwsze spotkanie z komisarzem Maciejewskim („Morderstwo pod cenzurą”) pozostawiło czytelnicze blizny.
_________
[1] Piotr Terence, Pensjonat Idylla,  Czytelnik, 1984, s. 64
[2] Tamże, s. 16.

Moja ocena: 4-

20 stycznia 2013

Wakacje z Penderwickami (Jeanne Birdsall, „Rodzina Penderwicków”)

Wakacje z Penderwickami
Jak wpadłam na trop Penderwicków, nie pamiętam i nie wiem, komu dziękować za recenzyjną inspirację. Motywacja musiała być silna, bo niezwłocznie pobrałam dwie książki Jeanne Birdsall na Fincie. Tegoroczne święta spędziłam z niesforną rodzinką z Gardam Street w Cameron w stanie Massachusetts i mimo zastrzeżeń, o których za chwilę, wspominam je miło. Podtytuł powieści, „Wakacyjna opowieść o czterech siostrach, dwóch królikach i pewnym interesującym chłopcu”, trafnie ją streszcza. 

Pozwólcie, że zacznę od krótkiej prezentacji rodziny Penderwicków:
Tato – profesor botaniki, namiętnie używa łaciny na co dzień niczym pan Borejko – „powiadał, że to doskonała gimnastyka dla mózgu” [1].
Rosalinda – lat 12, opiekuńcza, typowa starsza siostra, ale to tylko pozory, bo jej się też zdarza wpaść w tarapaty.
Skye – lat 11, miłośniczka algebry i zadań matematycznych.
Jane – lat 10, przyszła autorka bestsellerów, pisze książki o bohaterskiej Sabinie Starr.
Batty – lat 4, znak szczególny: czarno-pomarańczowe motyle skrzydełka, które nosi nieustannie.
Jest jeszcze dość nieznośne Psisko, które potrafi znienacka skonsumować mapę.
Na próżno szukacie w tym zestawieniu mamy. Zmarła po urodzeniu Batty. Dziewczynki wychowuje ojciec, totalnie zdominowany przez pierwiastek żeński. Sytuacja często wymyka mu się spod kontroli.
 
„Rodzina Penderwicków” opowiada o wakacyjnym wyjeździe, który – jak nietrudno zgadnąć – obfitował w rozmaite przygody. Jeanne Birdsall uwieczniła je z dużą swadą i poczuciem humoru. Oprócz fragmentów śmiesznych są wzruszające. To wspomnienia o mamie i tęsknota za nią, którą każdy przeżywa na swój sposób. Autorce udało się silnie zindywidualizować małe bohaterki i obdarzyła je wyrazistymi osobowościami. To czasem szwankuje w takich rodzinnych powieściach. Dziewczynki mają bardzo różne charaktery, co silnie dynamizuje akcję: u Penderwicków nigdy nie jest nudno!

Najbardziej udana wydaje mi się postać małej Batty, która jest wcieleniem wdzięku i uroku. Natomiast spore wątpliwości budziła we mnie Rosalinda. Na pewno strata mamy i konieczność opieki nad siostrami przyspieszyła jej dojrzewanie, ale jak na dwunastolatkę zachowuje się trochę zbyt dorośle. Na stronie autorki znalazłam informację, że fragmenty poświęcone Rosalindzie sprawiły Jeanne Birdsall największą trudność i to niestety widać. 

Czytając „Rodzinę Penderwicków” wielokrotnie zadawałam sobie pytanie: skąd ja to znam? Pisarka wykorzystuje sporo znanych wątków z literatury dla dzieci. Znajdziemy tu ślady „Małych kobietek”, „Tajemniczego ogrodu”, cyklu o Narnii, „Inspektorze, na pomoc!”. Echa tych książek pobrzmiewają tak silnie, że często zagłuszają głos autorki. A szkoda, bo potrafi opowiadać zajmująco. Jeanne Birdsall nazywa to elegancko „pożyczaniem”, ale mnie drażnił koktajl wtórnych motywów.

Jeśli ktoś skrupulatnie szuka w powieściach dla dzieci walorów wychowawczych, z pewnością uzna „Rodzinę Penderwicków” za książkę o wątpliwej wartości. Bohaterowie często podsłuchują, dziewczynki oszukują tatę, zdarzają się drobne szantażyki emocjonalne, a już szczytem wszystkiego jest ucieczka z domu, która - jak ręką odjął - rozwiązuje problemy zaprzyjaźnionego z siostrami Jeffreya. Jestem zdecydowaną przeciwniczką przedstawiania w powieściach dla małych czytelników anielskich wzorców zamiast normalnych dzieci, ale w tym przypadku autorka się chyba ciut zagalopowała. 

Z lekka pomarudziwszy na tę niezbyt oryginalną, ale ciepłą, zgrabnie opowiedzianą i pogodną historię, donoszę, że po tygodniu sięgnęłam po tom drugi przygód sióstr Penderwick, choć zwykle czytam serie z długimi przerwami.
______
[1] Jeanne Birdsall, „Rodzina Penderwicków”, tłum. Hanna Baltyn, Nasza Księgarnia, 2009, s. 26.

Moja ocena: 4- 
Jeanne Birdsall.

22 października 2012

Czworonożne wyrzuty sumienia (Włodzimierz A. Gibasiewicz, "Psy znanych i lubianych")



 Czworonożne wyrzuty sumienia
Praca nad książką  Włodzimierza A. Gibasiewicza „Psy znanych i lubianych” zapewne przebiegała w następujących etapach:
Faza 1: ułożenie zestawu nieskomplikowanych pytań, które zostaną zadane sławnym właścicielom psów.
Faza 2: wykorzystanie znajomego celebryty, żeby dotrzeć do innych popularnych osób.
Faza 3: przeprowadzenie wywiadów. Niekiedy z wykorzystaniem żon/mężów VIPów.
Faza 4: napisanie i opublikowanie książki.

Recepta wydaje się zaskakująco prosta. Najsłabszym ogniwem okazał się numer jeden. Wszystkim interlokutorom autor zadaje prawie identyczne pytania, co sprawia, że lektura bywa nużąca. Tym bardziej, że w kwestii takiej, jak na przykład sprzątanie psich kupek i obcinanie ogonów czy kopiowanie uszu, rozmówcy byli zwykle zgodni. 

Koncept Gibasiewicza nie grzeszy oryginalnością. Na przykład kilka lat temu czytałam bliźniaczo podobną książkę, „O psach, kotach i aniołach” Jana Strzałki. Mimo to „Psy znanych i lubianych” pochłonęłam  z przyjemnością i jestem przekonana, że gdyby ktoś przeprowadził wywiady o czworonogach ze współczesnymi celebrytami, również odniósłby sukces wydawniczy.

„Psy znanych i lubianych” to dziewiętnaście wywiadów, które łączy wspólny temat: czworonożni ulubieńcy. Gibasiewicz dotarł między innymi do Jerzego Dudy-Gracza, Leonarda Pietraszaka, Krystyny Sienkiewicz, Andrzeja Szczypiorskiego, Eryka Lipińskiego, Marii Czubaszek, Szymona Kobylińskiego, Andrzeja Drawicza i innych znanych osób. Każdą rozmowę poprzedza biogram napisany ciepło i ze swadą, oraz zdjęcie bohatera, oczywiście najczęściej w psim towarzystwie. Fotografie są malutkie i niezbyt dobrej jakości.

Rozmówcy autora, notabene lekarza weterynarii, szczodrze dzielą się z nim blaskami i nędzami codziennego życia z psami. Wśród barwnie opisywanych  czworonogów wyróżniają się niezależne i pewne siebie jamniki: oprócz pupilków rozmówców w wywiadach przewijają się: Dupek Melchiora Wańkowicza, Puzon Jerzego Waldorffa, Baltazar królowej Danii Małgorzaty II, suczka Danuty Rinn. Tytuł rozmowy z Krystyną Szostek-Radkową: „To nie pies, to jamnik” wyjaśnia wiele. Trzynaście lat z naszą Misią uwrażliwiło mnie na tajniki jamniczej duszy, więc przewagę przedstawicieli tej rasy oraz liczne ekstrawaganckie zachowania przyjmowałam z olimpijskim spokojem.

W wywiadach dominują anegdoty i zabawne historie, ale przeplatają się z nimi dramatyczne wspomnienia z czasów wojny. Na przykład As Janusza Krasińskiego podzielił losy tysięcy polskich psów:
As przetrwał z nami pierwsze lata woj­ny. Podczas bombardowania Warszawy chował się z nami w schronach, zawsze przy nodze, nawet gdy palił się nad nami dom, wytrwał przerażony nie mniej niż ja. Sąsiedzi dziwili się, jak to jest możliwe, że udało mu się przeżyć ten najgorszy okres wojny. [1]
Stanisław Głąbiński wspomina kundelka Mikę, którego żołnierze rosyjscy zatłukli kolbami karabinów i swoją pracę w hundkomandzie w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen, natomiast ujadanie i skomlenie psów uratowało Stanisława Szwarc-Bronikowskiego przed oddziałem SS.

Oprócz dykteryjek zdarzają się w książce głębsze refleksje na temat czworonogów i roli, jaką odgrywają w naszym życiu. Leonard Pietraszak opisuje kynologicznych maniaków jako rodzaj nieszkodliwej sekty:
psiarze, ci prawdziwi psiarze, są trochę innymi ludźmi, zdrowszymi duchowo, potrafiącymi peł­niej żyć, łatwiej nawiązać kontakt z innym czło­wiekiem, innym zwierzęciem, łatwiej im mówić o swoich uczuciach, znają smak i uczciwe pra­wa przyjaźni.[2]
Przejmujące są fragmenty o śmierci ulubieńców. Trawestując wiersz Szymborskiej chciałoby się powiedzieć: „Tego nie robi się człowiekowi”.  Wzruszyło mnie to, jak śmierć psa przeżywał Leonard Buczkowski:
kiedy kręcił w 1966 roku film „Marysia i Napoleon”, nikt nie miał serca, by mu powiedzieć, że jego pies wyskoczył z domu i zginął pod kołami samochodu. Wreszcie kogoś wysłano. Cała ekipa patrzyła na niego – Buczkowski powiedział: „no, to kręcimy dalej”. Kręcono właśnie scenę balu, raptem aktorzy przestali grać, patrzą, a on siedzi pod kamerą, nie patrzy, co się wokół dzieje i płacze…[3]
Pod koniec marca rozstaliśmy się na zawsze z naszą jamniczką, więc wyjątkowo dobrze rozumiałam Romana Kłosowskiego, który na scenie zapomniał słów monologu po otrzymaniu wiadomości o śmierci swojego ukochanego boksera, i Konrada Swinarskiego, który zrezygnował z intratnego kontraktu zagranicznego powodu depresji po stracie psa.

Jak zwykle bywa w przypadku takich zbiorów wywiadów, poziom poszczególnych tekstów jest urozmaicony. Płytka do bólu wydała mi się rozmowa z Bogumiłą Wander. Najbardziej podobał mi się wywiad z Jerzym Dudą-Graczem. Oprócz zwierzeń o pupilce-jamniczce pokusił się o ogólniejsze, niestety dość gorzkie, refleksje o naszym stosunku do zwierząt. Twierdzi wręcz, że „psy to chodzące, czworonożne wyrzuty naszego sumienia, wspaniałego, polskiego sumienia…”[4]
_______
[1] Włodzimierz A. Gibasiewicz, Psy znanych i lubianych, Kantor Wydawniczy SAWW, 1992, s. 20.
[2] Tamże, s. 171.
[3] Tamże, s. 180-181.
[4] Tamże, s. 202.

Moja ocena: 4-