Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. Pokaż wszystkie posty

19 października 2013

Cięgi dla ciągów (dalszych) (Krystyna Siesicka, "Pejzaż sentymentalny", "Zatrzymaj echo")


Cięgi dla ciągów (dalszych)
Wyobraźcie sobie, że po wielu latach spotykacie przyjaciół z podstawówki. Najpierw wzruszenie odbiera Wam głos i jesteście zachwyceni tym, że w końcu udało się Wam zobaczyć. Jednak podczas rozmowy powoli dociera do Was smutna prawda: tak lubiane kiedyś osoby teraz wydają się pretensjonalne, nieszczere i powierzchowne. Szybko kończą się wspólne tematy i rozstajecie się z uczuciem gorzkiego zawodu. Ostatnio przeżyłam właśnie takie spotkanie. Na szczęście tylko literackie. 

Pod koniec szkoły podstawowej uwielbiałam książki Krystyny Siesickiej. „Zapałka na zakręcie” to już w ogóle był szał zachwytu. Wtedy przeczytałam tę powieść kilka razy, zawsze z wielkim wzruszeniem. Dopiero niedawno odkryłam, że powstały dwa kolejne tomy. Pierwszy z nich to „Pejzaż sentymentalny”, wydany trzydzieści trzy lata po części pierwszej. Dowiedziałam się też, że ostatnio pisarka publikowała co roku nową książkę, a czasem nawet dwie. To powinno było mnie lekko zaniepokoić, ale radość z rychłego spotkania z Madą i Marcinem była silniejsza.

Tych, którzy podobnie jak ja mieli bzika na punkcie „Zapałki na zakręcie”, ostrzegam: nie warto sięgać po „Pejzaż sentymentalny”, bo będzie bolało. Przede wszystkim jest to książka o niczym. Razem z bohaterami jałowo drepczemy w kółko, najczęściej w pamiętnej Osadzie. Szare komórki czytelnika ulegają stopniowej hibernacji w rytm dźwięku saksofonu, na którym grywał Kacper. Nie pomogło ani motto z „Portretu damy” Jamesa, ani refleksja o książkach Iris Murdoch, ani powiew egzotyki w osobie pana Achmeda, ani nawet aromat wykwintnej herbaty. Powieść jest mdła, jej styl manieryczny, a postacie sprawiają wrażenie bladych kalkomanii.

Od momentu, w którym rozstaliśmy się z bohaterami części pierwszej, upłynęło wiele lat. Mada i Marcin są już dorosłymi ludźmi, mają kilkunastoletnie dzieci. Choć zakończenie „Zapałki na zakręcie” sugeruje happy end, ich drogi rozeszły się  dramatycznie. Mada, tłumaczka literatury francuskiej, wyszła za Dawida, himalaistę, który zginał w Tybecie. Marcin jest dobrze sytuowanym chirurgiem plastycznym. Ożenił się z demoniczną Mariolą, która w  pierwszym tomie skutecznie sprowadzała go na złą drogę. Ich małżeństwo zakończyło się fiaskiem. 

Mada i Marcin rozstali się dawno temu, teraz obydwoje są samotnymi rodzicami. Nawet bez umiejętności dedukcyjnych Sherlocka Holmesa odgadniemy, że córka Marcina, Tina, i syn Mady, Kacper, spotkają się przypadkiem, który pod koniec powieści znienacka okaże się chytrze zaplanowaną intrygą. A resztę doprawdy nietrudno odgadnąć.

„Pejzaż sentymentalny” kończy się tuż przed pierwszym spotkaniem Mady i Marcina po latach. Licząc na promyk nadziei, desperacko przeczytałam też tom trzeci, „Zatrzymaj echo”, napisany dziesięć lat później. Tym razem wkracza do akcji sama autorka. Książka niewiele różni się od części drugiej poza tym, że jest jeszcze słabsza i bardziej nijaka.

Tak więc boleśnie przekonałam się o tym, że czasem lepiej nie wiedzieć, co stało się dalej. A nawiązując do osobliwych okładek powieści Siesickiej, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. To, co bylo kiedyś wartkim potokiem, może okazać się mętnym bajorkiem.
_________
Krystyna Siesicka, Pejzaż sentymentalny, Akapit-Press, [2010].
Moja ocena: 2

Krystyna Siesicka, Zatrzymaj echo,  Akapit-Press, [2009].
Moja ocena: 1
Krystyna Siesicka. [Źródło]

2 października 2013

Za dużo Małgorzaty (Małgorzata Potocka, Krystyna Pytlakowska, "Obywatel i Małgorzata")

Za dużo Małgorzaty
Pisząc dziś o tej książce zakłócam chronologię, bo przeczytałam ją w ostatni weekend, a moje zaległości sięgają hen, daleko, kilka miesięcy wstecz, ale postanowiłam opowiedzieć Wam o niej natychmiast. Przede wszystkim dlatego, że wywołała we mnie dużo negatywnych emocji i nie chcę ich w sobie miętosić.  

Lubię utwory Republiki i Obywatela GC, choć słucham ich już rzadko i bez emocjonalnych dygotów. Jednak prawo pierwszych połączeń jest silne i dotyczy również muzyki, więc kiedy w zapowiedziach wydawniczych zobaczyłam „Obywatela i Małgorzatę”, od razu wiedziałam, że bez tego zakupu się nie obejdzie.

Liczyłam przede wszystkim na to, że dowiem się czegoś więcej o Ciechowskim. To był błąd. Książka Potockiej okazała się formą psychologicznej autoterapii, próbą pogodzenia się z losem i publicznego obwieszczenia, że zdrada została wybaczona, podczas gdy wiele fragmentów świadczy o tym, że wcale tak nie jest. Moim zdaniem stanowczo za wcześnie na drenowanie blizn, a właśnie tego jesteśmy świadkami. 
[Źródło]
Książka „Obywatel i Małgorzata” składa się z dwu części. Pierwsza to obszerny wywiad z Potocką, przeprowadzony przez Krystynę Pytlakowską. Rozmowa bez taryfy ulgowej, z trudnymi pytaniami. Drugą część stanowi dziennik pani Małgorzaty, a właściwie surowe notatki z kalendarzy, urwane zdania, strzępki myśli, chaotyczne rozważania. Znaczna część tych wpisów mówi dokładnie o tym samym, co zostało już powiedziane w wywiadzie. Oto przykładowy fragment memuaru:
19 MARCA
Mamy zostać, ale nagle Józek chce wrócić do Łodzi. Wracamy. Jakieś napięcie. Co się z nim dzieje? Głupio myślę, przecież ze mną się też dzieje. Nie da się tak normalnie, jakby nigdy nic.
Imieniny Józka.
”[1]
Niewątpliwie te zapiski to dla autorki cenna pamiątka. Mogły mieć też moc terapeutyczną i chwała im za to, ale w moim odczuciu nie zasługiwały na wydanie książkowe. Zaznaczam, że nie wymagam od Potockiej talentu pamiętnikarskiego na miarę Nałkowskiej, ale dla osoby, która wielokrotnie podkreśla, że jedno z jej zawodowych wcieleń to scenarzystka, parująca niewygasłymi emocjami, ciągnąca się przez 110 stron sieczka, to najzwyczajniej w świecie antyreklama. 

Powstrzymam się od drobiazgowej analizy psychologicznej autorki, obszernej oceny jej osoby i postępowania, choć ekshibicjonizm niektórych fragmentów wręcz do tego zachęca. Skupię się tylko na tym, co najbardziej mnie uderzyło. Wprawdzie Potocka dyskretnie podkreśla, że Ciechowski w porównaniu z nią był mało obyty i to dzięki niej na przykład po raz pierwszy jadł ostrygi, jednak moim zdaniem sama nie zawsze zachowuje się z klasą. 

Niesmaczne wydały mi się na przykład niektóre uwagi na temat drugiej żony Obywatela GC, a zwłaszcza porównywanie się do niej pod względem osobowości i intelektu. O wynikach tych zestawień nie muszę chyba mówić. Do tego wzmianki o tym, że w kolejnym związku Ciechowski był nieszczęśliwy. I jeszcze dziwny relatywizm w ocenie zdrady. Kiedy Potocka mówi o swoim odejściu od męża, jest to rozważane w kategoriach wielkiego dramatu i cierpień. Kiedy ona stała się tą porzuconą, postępowanie Grzegorza i Anny bez wahania nazywa nikczemnością. Najwyraźniej mimo deklaracji: „Najważniejsze, że nie mam negatywnych uczuć”[2] autorka tłumi w sobie nadal sporo żalu i złości.

Nie najlepsze wrażenie robiło na mnie również to, że Potocka uważa siebie za osobę tak samo lubianą i popularną jak Ciechowski:
byliśmy rozpoznawalni, ludzie na nas patrzyli - wydawaliśmy się im niezwykle barw­ni, energiczni, dynamiczni, awangardowi. Nada­waliśmy ton, na nas się ubierano, na nas się cze­sano. Teraz jak przeglądam zdjęcia i trafiam na swoją pierwszą fotografię z Grzegorzem, którą zro­bił nam Józek Robakowski przed naszym domem w Łodzi przy mojej wielkiej ciężarówce, widzę, że oboje wyglądamy rewelacyjnie. Niewiarygodnie wystylizowani, byliśmy wtedy guru stylu i zacho­wania dla naszych rówieśników.”[3]
Rzeczone zdjęcie. [Źródło]
Z książki wynika, że kontakty Potockiej były imponujące, znane nazwiska przelatują przed naszymi oczami z prędkością światła, a Ciechowski nazywał ją swoim „oknem na świat”. To wszystko na pewno bardzo pomogło w karierze, ale bez przesady. 

Rozterki uczuciowe plus - nazywając rzecz po imieniu - pranie brudów, zajmują sporo miejsca. Na ciekawe informacje o Ciechowskim już go nie wystarczyło, a szkoda, bo inne sfery jego życia też na pewno zasługiwały na uwagę. Owszem, autorka pisze o jego muzycznych pasjach, o relacjach z rodziną, o tym, że był wspaniałym ojcem, o jego zamiłowaniach kulinarnych, o psach, ale akcent pada na erotykę.

Najczęściej były partner Potockiej występuje w charakterze szarpanego rozterkami amanta w miłosnym dramacie. Liczyłam na przykład na więcej wzmianek o literaturze – w wywiadach Obywatel GC często dawał do zrozumienia, że książki odgrywają ważną rolę w jego życiu, czasem wymieniał tytuły. Przyznam, że to dzięki niemu w liceum przeczytałam „1984” Orwella i „Rzeźnię numer 5” Vonneguta. W książce Potockiej temat pojawia się rzadko.

Mimo wielu irytujących fragmentów wspomnienia Potockiej mają na pewno jedną zaletę. To ciekawy materiał do przemyśleń na temat anatomii miłości i związków, w którym ścierają się silne osobowości, o wzajemnym "pożeraniu się" partnerów. Potocka twierdzi, że dla miłości zrezygnowała z kariery i wyszła na tym kiepsko. To również dramatyczna opowieść o zdradzie, rozstaniu i siedmioletniej depresji. Niestety, z oczywistych przyczyn poznajemy racje tylko jednej strony.

Na koniec ciekawostka o fankach, które teraz często ograniczają się do śledzenia tabloidów. W tamtych czasach było inaczej. Okazuje się, że grupa dziewczyn zafascynowanych Ciechowskim aktywnie uczestniczyła w życiu jego rodziny: wielbicielki prały, prasowały, robiły zakupy, sprzątały, pomagały przy przeprowadzkach. Dodam, że jedną z nich była późniejsza żona idola. Potocka tak komentuje ich relacje z fankami: „Dla nich to było największe szczęście, że mogą do­stąpić wejścia w naszą prywatność. Te dwie dziew­czyny były łącznikiem pomiędzy Grzegorzem, mną i resztą świata..”[4]

______
[1] Małgorzata Potocka, Krystyna Pytlakowska, Obywatel i Małgorzata, Wydawnictwo Czerwone i Czarne,  2013, s. 165.
[2] Tamże, s. 149.
[3] Tamże, s. 43.
[4] Tamże, s. 64 .
 
Moja ocena: 2
Małgorzata Potocka. [Źródło]

16 maja 2013

Przepraszam za dziadka (Markus Flohr, "Gdzie sobota jest niedzielą")


Przepraszam za dziadka
Sex, drugs and rock'n'roll – to są jedne z najważniejszych tematów książki „Gdzie sobota jest niedzielą”. Jej autor, Markus Flohr, niemiecki student z Hamburga, postanowił spędzić rok w Izraelu. Zwykle źle się dzieje, gdy twórca o skłonnościach narcystycznych porywa się na pisanie reportażu. Niestety tym razem tak właśnie się stało.

Zachodzę w głowę, po co w ogóle powstała ta książka. Nonszalanckie przechwałki Flohra o tym, że wywoływał burzę hormonów, tudzież pożądliwych myśli u tubylców płci obojga (Noa: „Dalej, chłopcze, dorwę cię, zerwę ci z ciała ciuchy i pożrę cię na kolację”[1]), suspens: czy w czasie  koncertu jurny Lior obudzi w naszym bohaterze namiętność? – to wszystko być może zrobiłoby wrażenie na kumplach Markusa, których zmysły i krytycyzm lekko stępiła kilkugodzinna biesiada. Wydawca beztrosko nie zadbał  o podobne znieczulenie czytelnika i niedostatki „Gdzie sobota jest niedzielą” od samego początku uderzają w całej jaskrawości. 

Zacznijmy od tego, że tekst Flohra to był raczej materiał na artykuł w czasopiśmie, a nie na publikację liczącą 279 stron. Często odnosiłam wrażenie, że autor zmusza się do reporterskiej relacji z miejsca, które uważa za trochę mniej ciekawe niż własne miłostki.

Czuję się zawiedziona, bo to naprawdę mogła być ciekawa i wartościowa książka. Wszystko wskazywało na to, że tak będzie: młody Niemiec, notabene syn pastora, z mieszanymi uczuciami wyrusza na studia do Jerozolimy. Czeka go tam przede wszystkim szok kulturowy, ale i próba zmierzenia się z historią: wojenne wspomnienia są wciąż żywe, a Holocaust to nadal głęboka blizna. Znajomy Markusa, Friedrich, porównuje ją do tatuażu, którego nie można się pozbyć. Duże emocje budzi rozdział, w którym Flohr relacjonuje swoją wizytę w muzeum Jad Waszem:
Nigdy nie było dla mnie bardziej jasne, kim byli naziści, kto dokonał zbrodni Holocaustu, kto chciał wy­bić Żydów całego świata, niż tego dnia, kiedy stałem tu w Jad Waszem wśród żołnierzy z gumami do żucia i wstydziłem się mówić w moim własnym języku, i naj­chętniej odpowiadałbym Friedrichowi po angielsku. [2]
Rok w Izraelu był dla Markusa również bolesną lekcją. Szkoda, że autor bardziej nie rozwinął tego tematu. Domyślam się, że zblazowane poczucie humoru było w jego przypadku próbą odnalezienia się w trudnej sytuacji. Wprawdzie Flohr kilka razy podkreśla, że jego dziadek nie był nazistą, co zresztą błędnie sugeruje polski wydawca na okładce, ale wyjazd do Jerozolimy okazał się też formą pokuty za to, co w czasie wojny robili inni.

Ogólnie bilans jest smutny: według mnie ciekawe spostrzeżenia na temat współczesnego Izraela w „Gdzie sobota jest niedzielą” można by zmieścić na zaledwie kilku kartkach. Nie wiem, jak inni czytelnicy, ale ja  kupiłam tę książkę, licząc na ciekawy reportaż z podróży, co obiecuje również nazwa serii: „Z Różą Wiatrów”, a nie dla miłosnych perypetii autora, które – z całym szacunkiem – kompletnie mnie nie obchodzą. Zainteresowanych tematyką żydowską uprzedzam, że „Gdzie sobota jest niedzielą” to po prostu strata czasu i pieniędzy.
________
[1] Markus Flohr, Gdzie sobota jest niedzielą, tłum. Joanna Filipek, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012, s. 69.
[2] Tamże, s. 175.

Moja ocena: 2
Markus Flohr. [Źródło zdjęcia]

26 sierpnia 2012

No i cóż, że ze Szwecji? (Sofie Sarenbrant, "36 tydzień")


No i cóż, że ze Szwecji?

Na myśl o tym, ile pożytecznych i całkiem zbędnych rzeczy mogłam zrobić zamiast lektury "36 tygodnia", ogarnia mnie melancholia. To se ne vrati. W ramach rekompensaty napiszę o tej książce krótko, bo limit czasu, na jaki zasługuje, już zdecydowanie przekroczył stan alarmowy.

Nie potrafię udzielić rozsądnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie przestałam czytać tej powieści w momencie, gdy jedna z bohaterek przewraca się przypadkiem dokładnie w miejscu, w którym leży skrawek materiału z ubrania zaginionej osoby, od kilku dni poszukiwanej przez mieszkańców Brantevik, rodzinę i policję. Ba! Czytelnicza autodestrukcja pchnęła mnie do tego, by siłą bezwładu przewracać kolejne strony. Nawet po tym, jak okazało się, że jedna z postaci spontanicznie zanotowała numer rejestracyjny samochodu, który zawizgotał oponami pod jej oknem, co - jak się domyślacie - odegrało znaczącą rolę w rozwiązaniu zagadki. Mój czytelniczy instynkt samozachowawczy przymknął oko na cudowne zbiegi okoliczności, irytującą plątaninę wątków, nieprzekonywających bohaterów, podejrzanie wyraźne echa "Pokoju" Emmy Donoghue. Pretensje mogę mieć wyłącznie do siebie. I mam.

"36 tydzień", zdaniem wydawcy "Przerażający szwedzki thriller!"[1], to pierwszy tom cyklu. Zakończenie jest otwarte, więc czytelnicy, którym w przeciwieństwie do mnie spodoba się powieść Sofie Sarenbrant, będą musieli poczekać do października - wtedy ukaże się w Polsce część druga. Ja chyba pozostanę wierna Mankellowi i Nesserowi.

Zaznaczam, że cenię skandynawskie kryminały (wkrótce recenzja znacznie bardziej udanego). Marzyłoby mi się jednak, by polscy wydawcy wykazywali trochę więcej krytycyzmu. Mam wrażenie, że skandynawskie pochodzenie autora to czasem wystarczający warunek, by książka się u nas ukazała, zaopatrzona we frapujący blurb. Tymczasem po przeczytaniu  "36 tygodnia" chciałoby się  wykrzyknąć: no i cóż, że ze Szwecji?

___________________
[1] Z noty wydawcy na okładce, Sofie Sarenbrant, "36 tydzień", tłum. Teresa Jaśkowska, Wydawnictwo Czarna Owca, 2012.

Moja ocena: 2
Sofie Sarenbrant
[Źródło zdjęcia]

21 maja 2011

Chuck Norris, "Autobiografia"

 Omlet małojajeczny
Według Hillaire Belloca  autobiografie, podobnie jak omlety, dzielą się tylko na dwie kategorie: wspaniałe i nie do zniesienia. Niestety, książka Chucka Norrisa zalicza się do tej drugiej grupy. Omlet jest niedosmażony. Poza tym zabrakło w nim kilku istotnych składników i przypraw.

O tajemniczych okolicznościach, w jakich ta unikatowa publikacja trafiła w moje ręce, drobiazgowo pisałam tu i tu. Jeszcze raz dziękuję Wam za wsparcie psychiczne w dramatycznych chwilach. Pechowa przesyłka powędrowała do Olsztyna i mam nadzieję, że wstrząsany dreszczami wzruszenia pan Tomasz  już przegląda nowe nabytki.

Figiel losu okazał się jeszcze bardziej przewrotny niż sądziłam: czytając książkę o bohaterze setek dowcipów, nie uśmiechnęłam się ani razu. Mam tu na myśli uśmiech radosny, refleksyjny, szyderczy, głupawy, rozmarzony, etc. Absolutnie żaden nie zagościł na mojej twarzy. To była chyba najbardziej mdła, wyprana z uczuć i pozbawiona wyrazu autobiografia, jaką kiedykolwiek czytałam. Wymagało to pewnego wysiłku ze strony aktora i jego asystenta, bo koleje losu Chucka to gotowy scenariusz filmu akcji.

Historia życia Norrisa to kolejny wariant amerykańskiej opowieści "from rags to riches". Chuck wywodzi się z bardzo biednej rodziny. Jako dziecko mieszkał w przyczepie campingowej, zbierał puste butelki i złom. Nie miał zabawek - w roli żołnierzyków i kowbojów występowały spinacze do prania. Miał brutalnego ojca alkoholika, który młodszego syna nazwał Wieland na cześć ulubionej marki piwa, i wspaniałą matkę.

Zainteresowanie sztukami walki Norris zawdzięcza głównie koledze, który mu dokuczał w szkole. Znajomy dorosły wypowiedział słowa, które nie mają nic wspólnego z pedagogiką, lecz skierowały życie Chucka na nowe tory: "Synku, najwyższy czas, żebyś bił się z tym chłopcem"[1]. Tak rozpoczęła się błyskotliwa kariera Norrisa.

Nie da się ukryć, że Strażnik Teksasu ma dość rozbujałe ego. Stwierdza o sobie bez ogródek:
"Myślę, że Jezus w podobny sposób okazywał kontrolowaną siłę." [2]
"Moje spojrzenie sprawiło, że że osoba rzucająca mi wyzwanie wycofywała się."[3]
W "Autobiografii" Chuck dyskretnie sygnalizuje, że jego przyjaciele to elita (między innymi Bruce Lee, George W. Bush, Steve McQueen, etc).

Zaletą książki jest na pewno naturalność i bezpośredniość Norrisa. Niestety, czasami popada w ton mentorski:
"Istnieją trzy elementy niezbędne do odniesienia sukcesu: rozumowy, psychologiczny i fizyczny". [4]
"Nie możesz bez końca uciekać od swojego strachu. Musisz stawić mu czoło."[5]
Rzeczą niepojętą jest dla mnie to, że ten melancholijny, ambitny pan w kapeluszu stał się przedmiotem setek żartów o wymiarze międzynarodowym. Żałuję, że w żaden sposób nie komentuje tego w swojej "Autobiografii".

Kiedy Chuck Norris w zmysłowym półobrocie znikał w kopercie zaadresowanej do olsztyńskiego pana Tomasza, poczułam ulgę. Lektura jego "Autobiografii" nie była może teksańską masakrą piłą mechaniczną, ale polecam ją tylko zagorzałym miłośnikom gwiazdora.
_____________
[1] Chuck Norris, Autobiografia, Na przekór wszystkiemu, współpraca Ken Abraham, tłum. Krzysztof Tanewski, Agata Kulczyńska, Polski Instytut Wydawniczy Erica, 2006, s. 25.
[2] Tamże, s. 132.
[3] Tamże, s. 131.
[4] Tamże, s. 77.
[5] Tamże, s. 25.

Moja ocena: 2

6 marca 2011

Jerzy Kosiński, "Malowany ptak"

  Oddzielili cie, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami drzew płynące morze.
Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.
K. K. Baczyński, Elegia o ... [chłopcu polskim]

"Malowany ptak" Jerzego Kosińskiego to druga książka, którą przeczytałam w ramach Klubu Czytelniczego Ani. Jeszcze raz zachęcam Was do udziału w comiesięcznych rozmowach o literaturze.

Nie będę zanudzać dublowaniem swoich wypowiedzi,  tym bardziej, że akurat o tej książce chciałabym zapomnieć jak najszybciej, więc zainteresowanych dyskusją o powieści i moją opinią na jej temat odsyłam do klubowego wątku w Czytankach Anki

Przed lekturą wiedziałam, że w książce są straszne, okrutne sceny, byłam na to przygotowana, ale w moim przypadku poziom brutalności znacznie przekroczył stan krytyczny. 

Nawet zakładając, że Kosiński miał wzniosłe intencje pisząc "Malowanego ptaka", co nie jest dla mnie takie oczywiste, uważam, że zastosowane przez niego drastyczne metody są nie do przyjęcia.

Ciekawa jestem, jak oceniacie sytuację, gdy pisarz epatuje wywołującą mdłości makabrą i perwersją, tworząc utwór o szlachetnym, humanistycznym przesłaniu, na przykład książkę antywojenną lub wymierzoną w prześladowania etniczne? Zaznaczam, że chodzi mi o beletrystykę, a nie o literaturę faktu.

Gdybym miała wskazać dzieło malarskie, które najbardziej kojarzy mi się z "Malowanym ptakiem" i jak w soczewce skupia szaleństwo i grozę tej książki, na pewno wybrałabym obraz Beksińskiego z 1976 roku.

Skoro mowa o tematach plastycznych, zauważyłam, że powieść Kosińskiego ma spore szczęście do sugestywnych i udanych okładek.

Rzadko odradzam jakąś książkę, nawet jeśli moim zdaniem jest nieudana. W przypadku "Malowanego ptaka" robię wyjątek.

Moja ocena: 2

 
Jerzy Kosiński