Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

16 maja 2013

Przepraszam za dziadka (Markus Flohr, "Gdzie sobota jest niedzielą")


Przepraszam za dziadka
Sex, drugs and rock'n'roll – to są jedne z najważniejszych tematów książki „Gdzie sobota jest niedzielą”. Jej autor, Markus Flohr, niemiecki student z Hamburga, postanowił spędzić rok w Izraelu. Zwykle źle się dzieje, gdy twórca o skłonnościach narcystycznych porywa się na pisanie reportażu. Niestety tym razem tak właśnie się stało.

Zachodzę w głowę, po co w ogóle powstała ta książka. Nonszalanckie przechwałki Flohra o tym, że wywoływał burzę hormonów, tudzież pożądliwych myśli u tubylców płci obojga (Noa: „Dalej, chłopcze, dorwę cię, zerwę ci z ciała ciuchy i pożrę cię na kolację”[1]), suspens: czy w czasie  koncertu jurny Lior obudzi w naszym bohaterze namiętność? – to wszystko być może zrobiłoby wrażenie na kumplach Markusa, których zmysły i krytycyzm lekko stępiła kilkugodzinna biesiada. Wydawca beztrosko nie zadbał  o podobne znieczulenie czytelnika i niedostatki „Gdzie sobota jest niedzielą” od samego początku uderzają w całej jaskrawości. 

Zacznijmy od tego, że tekst Flohra to był raczej materiał na artykuł w czasopiśmie, a nie na publikację liczącą 279 stron. Często odnosiłam wrażenie, że autor zmusza się do reporterskiej relacji z miejsca, które uważa za trochę mniej ciekawe niż własne miłostki.

Czuję się zawiedziona, bo to naprawdę mogła być ciekawa i wartościowa książka. Wszystko wskazywało na to, że tak będzie: młody Niemiec, notabene syn pastora, z mieszanymi uczuciami wyrusza na studia do Jerozolimy. Czeka go tam przede wszystkim szok kulturowy, ale i próba zmierzenia się z historią: wojenne wspomnienia są wciąż żywe, a Holocaust to nadal głęboka blizna. Znajomy Markusa, Friedrich, porównuje ją do tatuażu, którego nie można się pozbyć. Duże emocje budzi rozdział, w którym Flohr relacjonuje swoją wizytę w muzeum Jad Waszem:
Nigdy nie było dla mnie bardziej jasne, kim byli naziści, kto dokonał zbrodni Holocaustu, kto chciał wy­bić Żydów całego świata, niż tego dnia, kiedy stałem tu w Jad Waszem wśród żołnierzy z gumami do żucia i wstydziłem się mówić w moim własnym języku, i naj­chętniej odpowiadałbym Friedrichowi po angielsku. [2]
Rok w Izraelu był dla Markusa również bolesną lekcją. Szkoda, że autor bardziej nie rozwinął tego tematu. Domyślam się, że zblazowane poczucie humoru było w jego przypadku próbą odnalezienia się w trudnej sytuacji. Wprawdzie Flohr kilka razy podkreśla, że jego dziadek nie był nazistą, co zresztą błędnie sugeruje polski wydawca na okładce, ale wyjazd do Jerozolimy okazał się też formą pokuty za to, co w czasie wojny robili inni.

Ogólnie bilans jest smutny: według mnie ciekawe spostrzeżenia na temat współczesnego Izraela w „Gdzie sobota jest niedzielą” można by zmieścić na zaledwie kilku kartkach. Nie wiem, jak inni czytelnicy, ale ja  kupiłam tę książkę, licząc na ciekawy reportaż z podróży, co obiecuje również nazwa serii: „Z Różą Wiatrów”, a nie dla miłosnych perypetii autora, które – z całym szacunkiem – kompletnie mnie nie obchodzą. Zainteresowanych tematyką żydowską uprzedzam, że „Gdzie sobota jest niedzielą” to po prostu strata czasu i pieniędzy.
________
[1] Markus Flohr, Gdzie sobota jest niedzielą, tłum. Joanna Filipek, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012, s. 69.
[2] Tamże, s. 175.

Moja ocena: 2
Markus Flohr. [Źródło zdjęcia]

12 lutego 2013

Figiel sześdziesięciotrzyletniej pensjonarki (Tomasz Mann, "Lotta w Weimarze")

Figiel sześdziesięciotrzyletniej pensjonarki 
Statystyki przygnębiają: „Cierpienia młodego Wertera” to jedna z najbardziej znienawidzonych książek. W rankingu dzieł najgorszych BiblioNETki bryluje od dawna, a w tej chwili zajmuje mało zaszczytne drugie miejsce. Zawsze mnie to dziwiło, bo powieść Goethego połknęłam bezboleśnie, a wręcz z przyjemnością. 

Biedny Werter! Nie dość, że miłość do Lotty złamała mu serce, to jeszcze historia obeszła się brutalnie z jego dziennikiem: niegdyś wywołujący spazmy i samobójstwa czytelników bestseller, teraz uchodzi za wzgardzony literacki zakalec. Miałam nadzieję, że „Lotta w Weimarze” Tomasza Manna pozwoli mi zrozumieć, dlaczego tak się stało. Wprawdzie wrażenia z „Czarodziejskiej góry” nie wpisały się złotymi zgłoskami w moje czytelnicze dzieje, ale postanowiłam walecznie zaryzykować. Powieść o Hansie Castorpie budzi we mnie mieszane uczucia. Nie ukrywam, jej lekturę wspominam jako męczarnię, ale wielokrotnie miałam okazję przekonać się o tym, jak silnie wraziła się w moją pamięć. Niektóre sceny i obrazy wchłonęłam chyba na zasadzie osmozy, bo chociaż mnie irytowały, kiedy przedzierałam się przez gąszcz słów, potem myślałam o nich wielokrotnie.

Tytułowa Lotta naprawdę nazywała się Charlotte (w polskim przekładzie działająca na mnie jak gaz rozweselający Szarlota) Kestner. Goethe uwiecznił ją w „Cierpieniach młodego Wertera” jako ukochaną głównego bohatera. Pisarz przeżył z nią płomienny romans, który opisał w powieści. W książce Manna sześćdziesięciotrzyletnia Lotta, owdowiała radczyni dworu, przyjeżdża do Weimaru z córką i służącą. Oficjalna wersja brzmi: chce odwiedzić siostrę, panią Ridel, ale tak naprawdę najważniejszy cel podróży to spotkanie z Goethem. Nie widzieli się od czterdziestu czterech lat. Jej przybycie wywołuje sensację w mieście. Hotel okupują fanatyczni miłośnicy „Cierpień młodego Wertera”. Gros powieści stanowią ich dialogi ze zniecierpliwioną dowodami czci i uwielbienia panią Kestner. Dodam, że Lotta do dziś cieszy się sympatią rodaków - jest nawet patronką szkoły w Hanowerze. Ciekawe, czy w Polsce są jakieś placówki oświatowe imienia Maryli Wereszczakówny.

Charlotte Kestner.

Najbardziej drażniło mnie to, że bohaterowie właściwie nie rozmawiają, tylko wygłaszają do siebie nienaturalnie długie tyrady. Niechlubny rekord pobił profesor Riemer, którego nieprzerwany monolog ciągnie się przez siedem stron (s. 77-84). Nawet najbardziej życzliwa adresatka takiej perory prawdopodobnie zapadłaby w drzemkę. Kostyczne oracje ze zdaniami piętrzącymi się jak drapacze chmur są serwowane również wtedy, kiedy bohaterowie odczuwają silne emocje.

Podobnie jak w „Czarodziejskiej górze” styl Manna jest dość zawiły i czytelnikowi przypada rola robaczka pracowicie wgryzającego się w miąższ wyrazów, wędrującego mozolnie po wielopiętrowych  konstrukcjach. Tłumacz bynajmniej nie ułatwia zadania, a wręcz podkręca atmosferę, od czasu do czasu dźgając słówkami typu „nyża” czy „opodeldok” i aż nadto kunsztowną składnią. Zapewniam jednak, że czas i cierpliwość poświęcone tej książce zaowocują. Warto więc poskromić chęć ciśnięcia jej w kąt choćby dla znakomicie odmalowanej postaci Lotty. Urzeka i jako sentymentalna sylfida we wspomnieniach sprzed lat, „elficzna istota”[1] w białej sukience z bladoróżowymi kokardami, i jako zacna wdowa, matka jedenaściorga dzieci, która ku zgorszeniu córki taką właśnie suknię założy na spotkanie z Goethem, bo w głębi duszy nadal jest podlotkiem, którego kiedyś pokochał: „Nie było chyba na świecie drugiej takiej sześćdziesięciotrzyletniej pensjonarki”[2]

Senną atmosferę powieści ożywiają nieliczne akcenty humorystyczne, przede wszystkim dzięki egzaltowanemu kelnerowi z hotelu „Pod Słoniem”, Magerowi. Mann wyraźnie podziela pogląd Goethego, że ironia „jest tym ziarenkiem soli, dzięki któremu to, co na stole w ogóle dopiero staje się jadalne”[3]. Interesującym pomysłem okazało się też uczynienie Goethego narratorem w jednym z rozdziałów. Dzięki temu możemy spojrzeć na wydarzenia jego oczami. 

Charlotte Kestner w wieku dojrzałym.

Zaletą książki Manna jest możliwość odczytywania jej na wiele sposobów.  Ważny jest wątek romansowy – podtytuł przekładu angielskiego brzmi The Beloved Returns nad którym unosi się zapach nasączonych słonecznym światłem malin: To bardzo miły zapach i cudna jest malina wezbrana sokiem pod aksamitną suchością, żarem życia, ciepła jak wargi kobiece”[4]. Ale to nie wszystko. „Lotta w Weimarze” to też powieść o niemieckiej mentalności, o przemijaniu, o bolesnym zderzeniu życia z literaturą i o tym, jak trudno jest pisarzom pogodzić te dwie sfery życia. Niestety, bliscy wybitnych twórców zwykle bywają ofiarami ich wielkości. Poza tym książka Manna uraduje miłośników epoki romantyzmu, vide niżej podpisana. Zaspokoi ciekawość nie tylko wielbicieli Goethego, ale i czytelników zainteresowanych ówczesnym życiem literackim. Po raz kolejny miałam okazję przekonać się o tym, jak ważnymi postaciami byli w XIX wieku literaci - ich pojawienie się w miejscach publicznych elektryzowało tłumy. Lotta jako pierwowzór bohaterki kultowej powieści również wywoływała zbiorową histerię, nawet po wielu latach. Wbrew pozorom ta atencja miłośników książek nie uszczęśliwiała jej. Z goryczą wyznaje, że razem z mężem czuli się dotknięci, wręcz przerażeni upublicznieniem ich życia w „Cierpieniach młodego Wertera”. W rozmowie z córką pani Kastner wyznaje, że to, co inni uważają za jej gwiazdę, zawsze było jej krzyżem.

Czym natomiast było spotkanie Lotty i Goethego w Weimarze? Czy próbą pojednania po latach lub wyzwaniem rzuconym czasowi? A może tylko „żałośnie głupim figlem pensjonarki”[5]? Gorzko rozczarują się ci, którzy oczekują od Manna jednoznacznej odpowiedzi na te pytania.

Na deser miłe memu sercu polonica. W Weimarze na balu u księcia tańczono między innymi poloneza - „nie ustalono jeszcze, czy ma być różnobarwną paradą ad libitum, czy też ma uzmysławiać jakąś określoną myśl”[6]. Ponadto w grupie natrętnych fanów nawiedzających Lottę w hotelu jest przyjaciółka Goethego, panna Adela Schopenhauer, zwana pieszczotliwie Schopenhauerką, bardzo wykształcona młoda osoba o najlepszych koneksjach, córka pani Joanny Schopenhauer, bogatej wdowy z Gdańska”[7]. Niedawno o Gdańskich wspomnieniach młodości tejże pani Joanny ciekawie pisał Marlow. Adela, została sportretowana przez Manna jako dziewczę bystre, trochę snobistyczne i nie grzeszące urodą: ma zeza, zbyt długi nos i smętnie odstające uszy.

Plakat adaptacji filmowej.

______
[1] Tomasz Mann, Lotta w Weimarze, tłum. Feliks Konopka, Czytelnik, 1983, s. 233.
[2] Tamże, s. 191.
[3] Tamże, s. 80.
[4] Tamże, s. 267. 
[5] Tamże, s. 370.
[6] Tamże, s. 306. 
[7] Tamże, s. 111.
 
Moja ocena: 4+
Tomasz Mann

29 marca 2011

Dieter Wellershoff, "Syrena"


Telefoniczne fatalne zauroczenie, 
czyli czemu cię nie ma na odległość ręki? 

Czasami brak ciekawych nowości w bibliotece okazuje się brzemienny w skutki. Zmusza czytelnika do uważnego buszowania po półkach i pozwala odkryć książki, które w innych okolicznościach przypuszczalnie pozostałyby niezauważone. Tak stało się w moim przypadku z "Syreną", powieścią Dietera Wellershoffa. Jej śpiew był cichutki, między innymi za sprawą mdłej okładki, ale na szczęście go usłyszałam.

Z noty wydawcy wynika, że autor tej książki jest wybitnym niemieckim eseistą, literaturoznawcą i prozaikiem, laureatem licznych nagród literackich. Szkoda, że polscy czytelnicy musieli tak długo czekać na przekład jego utworu. Jeśli w miarę czytania "Syreny" apetyt będzie Wam rósł, muszę ostudzić naiwne zapały - to jedyna książka tego autora przetłumaczona na nasz język.

Zasiadając do lektury "Syreny" raczej nie planujcie dalszych działań, bo może Wam pokrzyżować zamiary. Podobnie jak niecne syreny mąciły w szlakach statków, wiodąc na pokuszenie Bogu ducha winnych podróżników. Nie mogłam się oderwać od lektury. Weszłam w świat myśli i uczuć bohatera, zanurzyłam się w nim po uszy, aż czasami brakowało powietrza.

Na pierwszy rzut oka życie Elsheimera, bohatera "Syreny" wydaje się niezbyt ekscytującym materiałem powieściowym. Szacowny obywatel, profesor pedagogiki zatrudniony na uniwersytecie. Wiceprezes towarzystwa naukowego. Autorytet w swojej dziedzinie, autor wielu książek. Żona - ideał pod każdym względem. Mądra, wyrozumiała. Wiele wspólnych zainteresowań. Udane dzieci, prawie już dorosłe. Z przyjemnością chcielibyśmy mieć kogoś takiego za sąsiada, ale żeby od razu pisać o nim książkę?

Wydaje się, że egzystencja Elsheimera jest solidną budowlą o niewzruszonych fundamentach. Okazuje się jednak, że wystarczy szmer słów i oddech w telefonie, aby ta konstrukcja runęła. Jak po huraganie.

Pewnego dnia do Elsheimera dzwoni obca kobieta z Hamburga, która oznajmia, że poczuła do niego sympatię i zaufanie oglądając program telewizyjny, w którym występował. Czuje się samotna, porzucił ją człowiek, którego kochała, nie wie, jak dalej żyć. Nieznajoma nie ma wcale pięknego głosu. "Słuchanie jej było dość męczące. Mówiła cicho, zacinając się, z długimi przerwami, które rozrywały sens wypowiadanych zdań, zupełnie jakby chwilami blokował jakiś wewnętrzny opór, który przerywał dopływ słów, pozwalając jej wydobyć z gardła tylko cichy odgłos przypominający tłumione szlochanie."[1]

Tak zaczyna się znajomość, która początkowo opiera się na niezobowiązujących rozmowach, potem stopniowo przeradza się w perwersyjną namiętność i uzależnienie. "Bliskość jej głosu, jego łagodna intonacja z lekką domieszką bólu i abstrakcyjnego, niezaspokojonego pragnienia oszołomiły go."[2] Akcja powieści toczy się w epoce "przedkomórkowej", więc ukrywanie romansu przed rodziną wymaga kłamstw i wypraw do budek telefonicznych w mieście. W Elsheimerze rośnie determinacja, by wziąć w ramiona mroczny obiekt pożądania. Kontakt telefoniczny to za mało. Nieistotny jest wiek, wygląd, zawód tej kobiety. Pragnie jej tak mocno, że traci zdolność racjonalnego myślenia. Czy dojdzie do spotkania?

Powieść tonie w znakach zapytania. Kim jest tajemnicza kobieta? Zaburzoną emocjonalnie, skrzywdzoną istotą o wielkiej wrażliwości? Wyuzdaną, okrutną manipulantką? Czy jej pierwszy telefon to autentyczne wołanie o pomoc? A może  zaproszenie do destrukcyjnej gry? Czy to ona wyzwoliła w Elsheimerze demony, czy tylko  uchyliła drzwi, za którymi kłębiły się od lat, a on udawał, że ich tam nie ma?

Dziwny romans na odległość wypełnił pustkę, jaka panowała w pozornie uporządkowanym życiu Elsheimera. Już na początku opowieści czytamy, że czuł się "fizycznie rozmyty i rozleniwiony"[3]. Wypowiadane przez kobietę słowa nadają wszystkiemu magicznego sensu: "Jej głos sprawił, że wszystko, co mówiła, wydawało się tylko marzeniem, unoszącą się w powietrzu, ulotną, przemijającą myślą, dla której nie było miejsca w rzeczywistości i która tylko dlatego możliwa była do wypowiedzenia."[4]

Autor bardzo konsekwentnie nawiązuje do mitu o syrenach, nie tylko w tytule ale także w mottach do książki. Losy dwójki bohaterów przypominają legendę o destrukcyjnej miłości śmiertelnika do zwodniczej morskiej panny. W powieści pojawiają się też nieprzypadkowo syreny statków we mgle, które odpowiadają sobie "wydłużonymi, głębokimi i przygłuszonymi sygnałami".[5]

Mimo dużego ładunku erotyzmu styl powieści jest chłodny i elegancki. Polski przekład pięknie oddaje uroki prozy Wellershoffa. Ryszard Turczyn zalicza się do tłumaczy, których cenię najbardziej. 

"Syrenę" ładnie streszcza fragment "Nieznośnej lekkości bytu" Milana Kundery: "tak wyglądają chwile, w których rodzi się miłość: kobieta nie może się oprzeć głosowi, który wywołuje na zewnątrz jej zalęknioną duszę, mężczyzna nie może się oprzeć kobiecie, której dusza jest wrażliwa na jego głos."[6]  

Kiedy znowu zadzwoni telefon, proszę, bądźcie czujni. To może być właśnie ten głos.

Ferdinand Leeke, The Mermaid and the Satyr
_____________
[1] Dieter Wellershoff, "Syrena", tłum. Ryszard Turczyn, Dom Wydawniczy Bellona, 2006, s. 9. 
[2] Tamże, s. 17.
[3] Tamże, s. 7.
[4] Tamże, s. 79.
[5] Tamże, s. 72.
[6] Milan Kundera, "Nieznośna lekkość bytu", tłum Agnieszka Holland, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1992, s. 120.


Moja ocena: 5

Dieter Wellershoff