Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

12 kwietnia 2013

Przyjaciel kwiatu i księżyca (Juan Ramón Jiménez, Srebrzynek i ja)


Przyjaciel kwiatu i księżyca
Mylą się ci, którzy uważają, że literacka Nagroda Nobla jak magiczna różdżka otwiera drzwi do wiecznej sławy i nieustającej popularności. Pamięć czytelników bywa zawodna, a ich łaska na pstrym koniu jeździ. A czasem nawet na ośle.

Hiszpański pisarz Juan Ramón Jiménez to noblista z 1956 roku, o którym mało kto dziś pamięta. Cieszę się, że w końcu przeczytałam jego książkę „Srebrzynek i ja”. Jest to zbiór krótkich opowiadań o wędrownym poecie, jego osiołku i ich wędrówkach po Andaluzji. 

Polski przekład (świetny!) zawiera sto szesnaście tekstów, natomiast w oryginalnej wersji z 1917 roku jest ich sto trzydzieści osiem. Tłumacz nazywa je „poematami” i słusznie, bo są tak nasycone liryzmem i emocjami, że właściwie z prozą niewiele mają wspólnego. Baśniowy nastrój potęguje księżyc, który pojawia się często i pięknie harmonizuje z kolorem sierści Srebrzynka. Od pierwszych słów książki wiadomo, że mamy do czynienia z naprawdę wyjątkowym osiołkiem: 
Srebrzynek jest nieduży, kosmaty i miękki; tak pul­chniutki na zewnątrz, że zdaje się cały z waty, jak gdyby nie miał kości. Tylko błyszczące dżety jego oczu mają twardość chrabąszczy z czarnego kryształu.
Kiedy puszczam go wolno, odchodzi na łąkę i ciepłym swoim pyskiem — muskając je zaledwie — pieści kwiatki niebieskie, różowe i żółte. Przyzywam go łagodnie: Srebrzynku? — i zbliża się do mnie wesołym truchcikiem. [1] 
Czy można go nie polubić?

Właściciela osiołka ludzie nazywają „wariatem”. To tylko pozory. W przeciwieństwie do wyśmiewających się on potrafi dostrzec piękno w otaczającym nas świecie, a w rzeczach normalnych i codziennych zobaczyć magię. Sam nazywa się poetą i ma chyba sporo cech samego autora. Jest bardzo wrażliwy na uroki krajobrazu, zachwyca się kwitnącym migdałowcem, szkarłatem zachodu słońca, różami, upajającym zapachem irysów, ścieżkami białymi od rosy, kwietną błyskawicą żółtych mimoz. Przede wszystkim jednak czerpie radość z obserwowania osiołka i z wygłaszania do niego tyrad.
Okładka wydania hiszpańskiego. [Źródło]
Srebrzynek i poeta nie przeżywają ekscytujących przygód. Czytamy o dość prozaicznych wydarzeniach typu odkrycie pijawki w pyszczku osiołka, spotkanie z trzema staruszkami czy pomoc dziewczynce, której wózek utknął w błocie. Jednak dzięki bajecznie pięknemu językowi Jiméneza jest w tym wszystkim mnóstwo poezji. Niektóre epizody są komiczne, ale w opowieści nie brak też chwil wzruszających, zwłaszcza gdy mowa o przemijaniu lub śmierci. Podtytuł książki zdradza jej zakończenie. To jest Elegia andaluzyjska, dedykowana przyjacielowi, którego już nie ma:
Miły Srebrzynku kłusaczku, osiołku mój, który tylekroć nosiłeś moją duszę — tylko duszę! — po owych wklęsłych dróżkach pośród dzikich figowców, malw i powojów! Dla ciebie ta książka, która mówi o tobie, teraz, gdy już potrafisz ją zrozumieć.[2]
We fragmentach poświęconych śmierci osiołka, tęsknocie poety i nadziei, że taka przyjaźń nie może się tak po prostu skończyć, odnajdzie się każdy, kto kiedyś przeżywał śmierć bliskiego sercu zwierzątka.

W opowiastkach o Srebrzynku autor wyraża zachwyt nad przyrodą. Boleje nad okrucieństwem człowieka i jego pogardą wobec innych stworzeń. Nobilituje osła, który od wieków symbolizuje głupotę, upór i inne ludzkie przywary, podczas gdy tak naprawdę ma mnóstwo zalet, przede wszystkim w przeciwieństwie do ludzi nie jest bezmyślnie okrutny:
Czytam w pewnym słowniku: ASNOGRAFIA, s.f.: Mówi się tak, ironicznie, w znaczeniu: »opis osła«.
Biedny osioł! Taki dobry, taki szlachetny, taki dowcipny jak ty! Ironicznie... Dlaczego? Nawet nie zasługujesz na poważny opis, ty, którego opis na pewno stałby się baśnią wiosenną? To na człowieka, jeśli jest dobry, powinno się mówić »osioł«! To na osła, jeśli jest zły, powinno się mówić »człowiek«! Ironicznie... O tobie, tak myślącym, przyjacielu starca i dziecka, strumyka i motyla, słońca i psa. kwiatu i księżyca, cierpliwym i rozważnym, melancholijnym i życzliwym, Marku Aureliuszu łąk...
Relacje narratora i Srebrzynka opierają się na empatii i lojalności. Z oczywistych przyczyn ich rozmowa jest zawsze jednostronna: osiołek cierpliwie słucha monologów elokwentnego poety.

Zielony osioł, mal. Marc Chagall, 1911 r.
Uprzedzam, że czytelnikom bardziej zasadniczym opowieści Juana Ramóna Jiméneza mogą wydać się odrobinę naiwne i dziecinne.  Zalecam delektowanie się opowiastkami w niespiesznym tempie i w niewielkich porcjach. Pozornie infantylne tony mogą okazać się mylące: według mnie to nie jest tak naprawdę książka dla dzieci, choć okładki wydań hiszpańskich wyraźnie sugerują, że Srebrzynka czytują nawet przedszkolaki Być może wersję uatrakcyjnioną, bo obawiam się, że szczątkowa akcja i poetyckie opisy mogą nie przypaść do gustu maluchom.

Niniejszym wprowadzamy uroczego Srebrzynka do panteonu literatury asnograficznej, gdzie znajdzie się w zacnym towarzystwie Lucjusza, wierzchowca Sancho Pansy, osiołka, któremu w żłoby dano, Kłapouchego, Porfiriona i wielu innych niezapomnianych kłusaczków.
___________
[1] Juan Ramón Jiménez, Srebrzynek i ja, tłum. Janusz Strasburger, Instytut Wydawniczy Pax, 1979, s. 7.
[2] Tamże, s. 149.

Tutaj trzy rozdziały i krótka biografia autora.
Strona o J. R. Jimenezie w Centro Virtual Cervantes.
Moja ocena: 5
Juan Ramón Jiménez

15 września 2012

W deszczu i mgle (Julian Rios, "Korowód cieni")


W deszczu i mgle
Długa rozmowa z Conchi i Luz, nauczycielkami z gimnazjum w Vigo, z którym moja szkoła realizowała projekt Comenius, uzmysłowiła mi, jak trudne i ponure były czasy generała Franco w Hiszpanii. Pisarz Julian Rios, pochodzi właśnie z Vigo. Jego Galicja to „świat cudów dzieciństwa i młodych lat - pełen mrocznych nieraz cieni przeszłości[1]. To jedyny region Hiszpanii, jaki miałam okazję zobaczyć, podobno najmniej „hiszpański” ze wszystkich. Z tym większym zainteresowaniem sięgnęłam po „Korowód cieni”.

Chyba po raz pierwszy zetknęłam się z książką, która została wydana ponad czterdzieści lat po napisaniu. Dlaczego maszynopis spoczywał na dnie kufra aż tak długo? Przede wszystkim z powodu cenzury, która nie dopuściłaby do druku powieści bezkompromisowo odzwierciedlającej czas kaleki. Potem pisarza pochłonęły inne utwory i tematy. „Korowód cieni” trafił do księgarni dopiero w 2007 roku. W formie prawie nienaruszonej - autor poprawił tylko rozdział pod tytułem Palonazo. 

Na powieść Riosa składa się dziewięć opowiadań. Rozdziały mogą być czytane jako odrębne historie, ale razem tworzą „jedną wielogłosową opowieść”[2], co zresztą sugeruje również podtytuł: La novela de Tamoga. Polifoniczność nie jest niespodzianką. Autor słynie z pastiszów literackich i postmodernistycznych eksperymentów, ale tym razem zdecydował się na formę dość tradycyjną. Krytycy zarzucali mu wręcz ciężką rękę, z czym zgodzić się nie mogę. 

Zauroczyła mnie wrażliwość językowa hiszpańskiego pisarza, który słynie ze stylistycznych fajerwerków: jego powieść „Larwa” została uznana za „osiągnięcie narracyjne i językowe, które odkrywa nowe terytoria dla języka hiszpańskiego”[3]. Jednak zgrabnie ułożone wyrazy to nie wszystko. W „Korowodzie cieni” często istotniejsze jest to, co nie zostało powiedziane i zdarzyło się poza narracyjnym kadrem. Bo tak naprawdę „historia tylko wtedy warta jest opowiedzenia, kiedy słowa nie wyczerpują jej sensu”.[4]

„Korowód cieni” to smutna, chwilami mroczna książka. Kończący ją cytat z Księgi Hioba świetnie oddaje wymowę i nastrój powieści. Spoiwem dziewięciu rozdziałów jest miejsce akcji – Tamoga, „zawieszone we mgle i deszczu miasteczko”[5] w hiszpańskiej Galicji, a również kilka postaci, które pojawiają się w różnych rozdziałach. Miłość i śmierć to doświadczenia, które najbardziej przyciągają uwagę hiszpańskiego autora. Bohaterowie - mieszkańcy Tamogi i przyjezdni - targani są namiętnościami, a potem w losy małomiasteczkowej społeczności brutalnie wkracza historia, depcząc marzenia i wyzwalając w ludziach to, co najgorsze. Powieść jest chwilami brutalna. Kilka scen wciąż tkwi pod moimi powiekami jak szkło bolesne.

Zapamiętałam Galicję jako miejsce zalane łagodnym błękitem. Tymczasem zaskoczyły mnie szaro-mgliste obrazy u Riosa. Mój kilkudniowy pobyt w Vigo, rodzinnym mieście autora, był wspaniały z jednym wyjątkiem. W nocy nie dawały mi spać wrzaski mew. Szkoda, że nie znałam wtedy „Korowodu cieni”. Może usłyszałabym w ich krzykach strzępy opowieści z Tamogi.
Moje wspomnienie z Vigo.
_____
[1] Julian Rios, Korowód cieni, tłum. Marta Szafrańska-Brandt, Muza, 2010, s. 5.
[2] Tamże, s. 5.
[3] Wywiad z Julianem Riosem tutaj
[4] Julian Rios, op. cit., s. 15.
[5] Tamże, s. 138.
    
Moja ocena: 4+

Julian Rios

21 stycznia 2011

Manuel Fernández Álvarez, "Izabela Katolicka"

Gambit królowej
Kilka lat temu po przeczytaniu "Joanny Szalonej" Johana Brouwera stwierdziłam, że jeśli kiedykolwiek napiszę książkę, jej bohaterką będzie właśnie Juana la Loca. Niestety, ubiegł mnie Andrzej Bart. Jego powieść "Don Juan raz jeszcze" osnuta jest wokół losów chorej z miłości królowej. Matką Joanny Szalonej była Izabela Katolicka, zwana też Kastylijską lub Hiszpańską, której biografię nareszcie udało mi się zdobyć.

Historycy różnią się w jej ocenie, ale zgodni są co do tego, że była osobą nietuzinkową, wyrastającą ponad epokę. Manuel Fernández Álvarez przedstawia ją jako kobietę pełną kontrastów. Podkreśla jej zasługi: przeobraziła Hiszpanię w polityczną potęgę, jej działania miały zasięg światowy, była opiekunką sztuki i literatury, a również muzą i sponsorką wypraw Kolumba. Współcześni zapamiętali ją jako władczynię niezwykle pobożną. W testamencie życzyła sobie, by odprawiono za jej duszę dwadzieścia tysięcy mszy![1]


Jednak osobowość Isabel la Católica, kobiety o urodzie wiotkiego, złotowłosego anioła, miała również mroczne zaułki. Słowa "lęk", "groza", "strach", "surowość" powtarzają się jak posępny refren w opiniach współczesnych. Dumne wyjaśnienie królowej: "Nie jest okrutny, kto ścina głowy kanaliom…"[2] nie tłumaczy bestialskiej brutalności, której dobitnym przejawem było wypędzenie z Hiszpanii około stu tysięcy Żydów, a potem inkwizycja. Przerażeniem napawa chociażby historia niejakiej Pampany, która za zjedzenie kury w czasie postu została oskarżona o potajemne praktykowanie judaizmu i skazana na spalenie żywcem.[3] Warto przypomnieć też o tym, że szlachetne starania o uznanie wolności Indian Izabela wdzięcznie łączyła z posiadaniem licznych niewolników na dworze.


W czasach, gdy kobiety były bezwolnymi istotami, pełniącymi jedynie funkcje ozdobne i prokreacyjne, odwaga oraz samodzielność tej władczyni wydają się szokujące. To ona w wieku osiemnastu lat podjęła decyzję, że poślubi Ferdynanda Aragońskiego, rzucając tym samym wyzwanie przyrodniemu bratu Henrykowi IV i jego faworytowi, markizowi Villeny, którzy pracowicie przygotowali dla niej zupełnie inny scenariusz matrymonialny. To nie był kaprys nastolatki. To była głęboko przemyślana decyzja polityczna. Brak dyspensy papieża nie nastręczył wielkich problemów - sfałszowano bullę. Wieloletni związek Izabeli i Ferdynanda okazał się burzliwy, ale opierał się na na miłości, co wówczas w wyższych sferach nie było regułą.


Mimo usilnych starań Manuela Fernándeza Álvareza nie zaprzyjaźniłam się z żądną władzy i zaszczytów, roztropną Izabelą. Zdecydowanie bliższa mojemu sercu jest jej córka, Joanna, ze swoją neurotyczną nadwrażliwością. Sądzę, że konflikty między nimi wynikały głównie z różnicy charakterów. Były jak woda i ogień.


Życie Izabeli przypomina perfekcyjnie rozegraną partię szachów. Nawiasem mówiąc wśród miłośników tej gry krąży anegdota o wpływie, jaki wywarła na nią Isabel la Católica (podobno władczyni stwierdziła, że królowa nie może być słabeuszem, a jej słowa potraktowano jak rozkaz. Odtąd hetman nabrał mocy wieży i gońca równocześnie). Wszystkie ruchy królowej były dokładnie przemyślane i zaplanowane z wyprzedzeniem. Jedyna sytuacja, na którą nie miała wpływu, to śmierć dzieci. Może gdyby los oszczędził jej takich cierpień, nie zapłonęłyby stosy inkwizycji? To okrutny paradoks, że ktoś, kto snuł dalekosiężne plany i bezbłędnie przewidywał ruchy politycznych przeciwników, został głęboko zraniony ślepymi ciosami losu.


Autor biografii wyraźnie sympatyzuje z Izabelą. Wyznaje, że swoją książkę pisał "z ogromną radością, a chwilami nawet z namiętnością"[4]. To widać! Omawiając kwestie przedstawiające królową w nie najlepszym świetle, jak na przykład inkwizycja, historyk stosuje następujący manewr: Izabela po prostu schodzi ze sceny. Wszystkie wydarzenia dzieją się niejako obok niej, bez jej udziału. Reflektor oświetla ją ponownie pod koniec rozdziału, gdzie z gracją zrzuca odpowiedzialność za ponure fakty na swojego męża, który rzekomo był ich pomysłodawcą.


Tendencja do wybielania królowej nie jest jedyną wadą tej biografii. Niemile zdziwił mnie brak zakończenia. Aż prosiłoby się o kilka zdań podsumowujących burzliwe lata panowania królowej Izabeli. Uważam też, że w kontekście kompozycji całości nadmiernie rozbudowana była część poświęcona wyprawom Kolumba. Na przykład dokładne zestawienie dni i przebytych odległości, które znajdujemy w książce, miałoby uzasadnienie, gdyby biografia liczyła tysiąc stron. Autor nie uniknął też powtórzeń. Komentarz o tym, że mając do wyboru sympatię poddanych lub wzbudzanie w nich lęku, Izabela wybrała to drugie, pojawia się trzykrotnie.


Mimo mankamentów książkę czyta się świetnie. Styl autora posiada walory literackie, jest bardzo emocjonalny. Manuel Fernández Álvarez niejednokrotnie uderza w tony liryczne: "Przejmująca woń tajemnicy niesionej wiatrem morskim przenikała ziemie przylegające do Morza Ciemności."[5] Wydaje się, że główna zasada, która przyświeca autorowi, brzmi "po pierwsze nie nudzić!". Historyk dokłada wszelkich starań, by jego opowieść była atrakcyjna dla czytelników. To właśnie im dedykuje tę książkę. Niestety, polski wydawca nas nie rozpieszcza. Na okładce nie ma noty przybliżającej postać królowej czy autora książki.


Tłumacz biografii nie wspina się na szczyty sztuki translatorskiej. Ogromnie dokuczliwy był błąd, który powtarza się w książce dziesiątki razy, a mianowicie słowem "królowie" określa się parę - Izabelę i Ferdynanda. Para królewska to nie to samo co królowie. Nieszczęśni "królowie” wielokrotnie wprowadzali mnie w konsternację, bo w pierwszej chwili nie wiedziałam, o kogo chodzi. Nie podejrzewam autora przekładu o seksizm, z pewnością ma racjonalne wytłumaczenie swojej decyzji, co nie zmienia faktu, że zastosowana forma drażni.


Słowa krytyki należą się nie tylko tłumaczowi. Najwyraźniej oczarowani opowieścią korektorzy zlekceważyli literówkę w dedykacji: "Znaczałoby to, że mój trud nie był daremny"[6] Cóż, "Daremne żale - próżny trud, Bezsilne złorzeczenia!" Oszpecona "Izabela Katolicka" powędrowała w świat.


Na szczęście książka wyposażona jest w liczne przypisy, pięćdziesiąt jeden ilustracji, indeks osób. Posiada też obszerną bibliografię z adnotacjami autora, kalendarium życia królowej i najważniejszych wydarzeń na świecie. W czasie lektury doskwierał mi natomiast brak drzewa genealogicznego.


Dzięki wiedzy i pasji Manuela Fernándeza Álvareza odbyłam fascynującą podróż w czasie i poznałam wymykającą się łatwym ocenom kobietę, boleśnie rozdartą między sacrum a profanum. Czasem szlachetną, czasem niepokojącą. Jak my wszyscy.


P.S.
Gdy szukałam na półce kolejnej książki do przeczytania, natknęłam się na "Crown of Aloes", powieść Norah Lofts, która jest oparta na biografii Izabeli Katolickiej. Będzie więc okazja przyjrzeć się królowej z perspektywy beletrystycznej. Zupełnie zapomniałam o tej pozycji. Mąż skomentował moje zdumienie: "Oj, wymykają ci się książki spod kontroli." :)
 
__________
[1] Manuel Fernández Álvarez, "Izabela Katolicka", tłum. Jacek Antkowiak, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2007, s. 399.
[2] Tamże, s. 389.
[3] Tamże, s. 267.
[4] Tamże, s. 5.
[5] Tamże, s. 17.
[6] Tamże, s. 5.  

Moja ocena: 4+

Izabela Katolicka

18 grudnia 2010

Peter Kerr, "Pomarańcze w śniegu"


Siempre paciencia 

Czy można od pierwszego wejrzenia zakochać się w jakimś miejscu? Owszem. W każdym razie to właśnie przytrafiło się Szkotowi w średnim wieku, Peterowi Kerrowi, i jego żonie, Ellie, w czasie wakacji na Majorce. Zaznaczam, że nie chodzi o blichtr hałaśliwego kurortu, a sielską, rustykalną scenerię okolic Andratx. Z przyjemnością odkryłam to oblicze hiszpańskiej wyspy, bo dotychczas kojarzyła mi się przede wszystkim ze sztampowymi broszurami biur podróży i kłopotami zdrowotnymi Fryderyka Chopina. Otóż okazuje się, że na Majorce też czasami pada śnieg.

"Pomarańcze w śniegu" to lektura bardzo sympatyczna w odbiorze, a przyczynia się do tego między innymi poczucie humoru autora. Głośno chichotałam czytając na przykład o przygodzie Petera z psem o oryginalnym imieniu... Perro. Uśmiech towarzyszył mi właściwie przez cały czas. Uprzedzam, że żarciki bywają rubaszne i czasami ocierają się o granice dobrego smaku, ale moim zdaniem ich nie przekraczają. Podoba mi się także brak minoderii, dygresji pseudofilozoficznych, które w tego typu książkach występują. To jest zabawna opowieść o trudnych początkach życia w nowym miejscu i Kerr nie próbuje na siłę uczynić z niej czegoś więcej. Zdecydowanie odradzam "Pomarańcze w śniegu" miłośnikom wyrafinowanych esejów podróżniczych, jak również osobom poszukującym praktycznych porad i wskazówek na szklaku turystycznym. To zdecydowanie inna bajka. Nie polecam tej pozycji także osobom na diecie - lojalnie uprzedzam, że opisy hiszpańskich potraw i win są bezlitośnie sugestywne.

Kerr unika skomplikowanych figur stylistycznych, ale stara się w sposób obrazowy pokazać otaczający go świat, przechodząc całkiem gładko od humoreski do poezji: "powitało nas południowe słońce, złota kula zawieszona na tle błękitnej zasłony, zalewająca blaskiem bezmiar Morza Śródziemnego, na którym skrzyły się cekiny odbitego światła. Śnieg odświeżył krajobraz. Zielone zalesione wzgórza, które otaczały beżową, okrągłą bryłę zamku Bellver, odbijały przejrzyste światło słoneczne i oferowały subtelne zapachy sosny i mirtu. Wonie te mieszały się ze słonawym zapachem morza w orzeźwiającym koktajlu balsamicznego zimowego powietrza”.[1] Pomimo nadmiernego przywiązania autora do przymiotników ”Pomarańcze w śniegu” czyta się z przyjemnością. W jednym z wywiadów autor wyznaje, że pisze średnio jedną stronę dziennie i ten brak pośpiechu oraz dbałość o szczegóły widać w jego prozie. Zdziwiła mnie informacja o tym, że Kerr przez osiem lat bezskutecznie usiłował zainteresować wydawców ”Pomarańczami w śniegu”, co powinno natchnąć optymizmem początkujących pisarzy. Niepokojem napawa mnie fakt, że cykl o Majorce liczy pięć tomów. Czy pisząc wciąż o tym samym, można uniknąć sztampy?  Śmiem wątpić. Cóż, najwyraźniej Kerr postanowił wykorzystać możliwie dużo ze swojego pobytu na malowniczej wyspie, jak gdyby wyciskał sok z dorodnej pomarańczy.

W przypadku książek o przeprowadzce do nowego kraju ciekawie jest, jeśli  ojczyzna autora i państwo, w którym się osiedlił, znacznie różnią się od siebie. Taki kontrast wywołuje lawinę zabawnych sytuacji i  spektakularnych nieporozumień. "Pomarańcze w śniegu" są tego przykładem. Gdyby poproszono nas o podanie podobieństw między Szkocją a Majorką, okazałoby się to prawdziwym wyzwaniem. Jedyna zbieżność, o której wspomina w swojej książce Kerr, to zmysł do interesów występujący u mieszkańców tych dwóch tak różnych zakątków świata.

Sądzę, że przekład tej książki nie był wbrew pozorom łatwy. Polski tłumacz wykonał swoją pracę dobrze. Jedynie często pojawiający się "lancz" robił na mnie dość okropne wrażenie. Szkoda jednak, że nie wiadomo, komu gratulować. Wydawnictwo nie uznało za stosowne podać nazwiska tłumacza! Piszę to po kilkukrotnym zbadaniu centymetr po centymetrze strony tytułowej oraz stopki redakcyjnej. Na stronie wydawnictwa Carta Blanca znajdujemy informację, że autorką przekładu jest Ewa Kleszcz. To przykre, że redaktorzy, nawiasem mówiąc skrupulatnie wymienieni z imienia i nazwiska, nie pokusili się o umieszczenie tego "detalu" w książce. Co więcej, na stronie internetowej ze zdumieniem znajdujemy podtytuł „Pierwsza zima na Majorce”, którego próżno będziemy szukać w książce. Pojawia się tylko na okładce. Zapomnijmy również o tytule oryginalnym, roku wydania pierwodruku, czy informacji o prawach autorskich. Wydawca nie uznał za stosowne tych informacji podać! Carta Blanca należy do grupy wydawniczej PWN, więc tym bardziej zdumiewa taka beztroska. Miałam nadzieję, że tylko mnie trafił się wadliwy egzemplarz. Dziś, będąc w księgarni, zajrzałam do innych i niestety, znalazłam to samo, a raczej nie znalazłam tego samego.

Wbrew pozorom majorkańskie impresje Petera Kerra bardzo dobrze komponują się z nadchodzącymi Świętami. Autor opisuje bowiem swoje pierwsze Boże Narodzenie na wyspie. Nie są to wspomnienia idylliczne – strugi ulewnego deszczu, awaria linii telefonicznej i elektryczności, brak bieżącej wody. Chociaż Majorka w rzeczywistości nie jest tak cukierkowa jak w turystycznych folderach, warto z Peterem Kerrem i jego rodziną przenieść się tam na kilka godzin. Nie tylko ze względu na oszałamiające widoki. Przede wszystkim z powodu serdecznych, przyjaznych ludzi, wyznających bardzo prostą ale skuteczną filozofię życiową: Siempre paciencia (zawsze cierpliwość). Takiej właśnie niezmąconej pogody ducha, niezależnej od warunków atmosferycznych, życzę Wam na nadchodzące Święta.
 ____________________
[1] Peter Kerr, "Pomarańcze w śniegu. Pierwsza zima na Majorce", tłum. ?, Carta Blanca, 2010, s. 46-7.

 Moja ocena: 4
Okolice Andratx

23 listopada 2010

Francesc Miralles, "Miłość przez małe m"


Wszystko, co dobre, zaczyna się od kota
Przełamując fale kryzysu czytelniczego, postanowiłam sięgnąć po pozycję lekką w odbiorze i bezpretensjonalną. Udałam się do księgarni w myśl zasady „każdy pretekst jest dobry”. Wybór padł na książkę Francesca Mirallesa „Miłość przez małe m”.

Bohaterem powieści jest samotny mężczyzna o imieniu Samuel. Ma trzydzieści siedem lat i jest pracownikiem naukowym wydziału germanistyki uniwersytetu w Barcelonie. Jego życie toczy się utartym torem. Wydaje się, że jest z niego zadowolony, a w każdym razie pogodzony z losem. Poznajemy go w sylwestrowy wieczór, na moment przed północą. Już wkrótce nastąpi lawina zmian, które wydarzą się za sprawą uroczego kotka. Wraz z pojawieniem się zwierzątka w życie Samuela wkroczą intrygujące postacie – sąsiad Tytus, tajemniczy pisarz Valdemar, nieśmiała pani weterynarz Meritxell, Gabriela, która w dzieciństwie obdarzyła go szczególnym pocałunkiem. I nic nie będzie już tak jak przedtem. Wszak „Wszystko co dobre zaczyna się od kota”[1].

Cóż oznacza tytułowa miłość przez małe m? „Człowiek robi dobry uczynek, jakąś małą rzecz, i wyzwala cały łańcuch zdarzeń, które zwracają mu tę odrobinę miłości, jaką podarował, wielokrotnie pomnożoną. W końcu, choćby chciał wrócić do punktu wyjścia, nie może. Bo miłość przez małe „m” odcięła mu drogę do tego, czym był wcześniej.”[2] Dobro zostaje sowicie nagrodzone. Bohater podlega pozytywnym zmianom. Życie jest piękne, jak na arbuzie Fridy Kahlo.

W książce Mirallesa drażniło mnie budowanie w czytelniku przekonania, że autor zna odpowiedzi na wszystkie dręczące ludzkość od wieków pytania. Powieść usiana jest gładkimi sentencjami, które moim zdaniem szczególną odkrywczością nie grzeszą: „Żeby znaleźć, musisz zaufać losowi”[3], „Czyż nie jest prawdą, że jeśli podzielimy się z kimś troską, ciąży nam ona o połowę mniej?”[4], „naszą wartość mierzy się głównie tym, ile dobrego robimy dla innych.”[5], „niech sobie mówią, co chcą, ale życie nigdy nie jest proste” [6]. Zdziwiło mnie to, że autor jest panem w średnim wieku – naiwność i infantylizm w oglądzie świata wskazywałyby na efeba z wieży z kości słoniowej.

Powieść rozczaruje miłośników głębszych przemyśleń, ale portret rezolutnego Mishimy na pewno ucieszy osoby uwielbiające koty. Fragmenty o czworonożnym szelmowatym intruzie, który szturmem zdobył serce poważnego naukowca, to chyba najbardziej udana cześć powieści Mirallesa i odnoszę wrażenie, że pisarz nie do końca wykorzystał drzemiący w kocim bohaterze potencjał.

W „Miłości przez małe m” jest wiele odwołań do literatury, filmu, muzyki. Niektóre bardzo mnie zaciekawiły. Niestety, te wzmianki i anegdoty chwilami są lepsze niż sama opowieść o Samuelu. Autor wydał mi się trochę niekonsekwentny w podejściu do czytelnika – początkowo mentorskim tonem tłumaczy od podstaw, co to są „Cierpienia młodego Wertera”. Potem uprawia erudycyjny surfing, odwołując się do licznych tekstów kultury.

Historia metamorfozy Samuela opowiedziana została w konwencji realizmu magicznego, co akurat mnie bardzo odpowiada, ale dziwię się, że wydawca nie zasygnalizował tej konwencji na okładce. Wnioskując na podstawie noty, spodziewać się możemy opowieści realistycznej. Tajemniczą atmosferę buduje również miejsce – akcja powieści toczy się w Barcelonie, która stała się już dyżurnym tłem do opowieści o zagadkowych manuskryptach i pisarzach. Niestety, baśniowość i poetyckość nie rekompensują braków warsztatowych pisarza, a wręcz je uwypuklają. Z rosnącym znużeniem obserwujemy snujące się postacie, nieuchronnie zbliżające się do hollywoodzkiego happy endu.

Bezsprzecznie podoba mi się natomiast fakt, że część dochodu ze sprzedaży powieści przeznaczona została na rzecz Kociego Azylu w Konstancinie. Co nie zmienia faktu, że jest to literatura przez małe l.

___________________________________
[1] Francesc Miralles, "Miłość przez małe m", tłum. E. Komarnicka, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2010, s.295.
[2] Tamże, s. 213.
[3] Tamże, s. 92.
[4] Tamże, s. 104.
[5] Tamże, s. 184.
[6] Tamże, s.193.

Moja ocena: 3+
Francesc Miralles