Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6. Pokaż wszystkie posty

1 listopada 2013

„Przedmiot to zawsze jakaś opowieść” (Edmund de Waal, „Zając o bursztynowych oczach”)

„Przedmiot to zawsze jakaś opowieść”
Dawno nie zdarzyło mi się rozciągać w czasie lektury tak, żeby trwała jak najdłużej. Dawno też nie zaczynałam notki z obawą, że wszystko na próżno, bo i tak nie będę w stanie oddać uroku książki, którą przeczytałam. Czuję się, jak słoń w składzie porcelany. W dodatku słoń lekko otumaniony z zachwytu.

„Zając o bursztynowych oczach” to książka Edmunda de Waala, brytyjskiego ceramika, krytyka i historyka sztuki. Autor poświęcił kilka lat na spisanie dziejów swoich przodków. Podróżował, prowadził rozmowy, godzinami ślęczał nad dokumentami, zdjęciami, gazetami, listami i mapami. Historię żydowskiej rodziny Ephrussi przedstawia w sposób oryginalny: skupia się na losach kolekcji siedemnastowiecznych japońskich figurek, które towarzyszą jego bliskim od pięciu pokoleń. Koncentruje się na detalu po to, by tak naprawdę opowiedzieć o czymś znacznie ważniejszym. Julian Barnes stwierdził, że u de Waala „zaskakujące połączenie mikroprzedmiotu z makrohistorią daje wspaniały efekt”[1]. To prawda! Sam autor tak wyjaśnia swoje zamiary:
„Nie interesuje mnie to, co po­wierzchowne. Chciałbym poznać relacje, jakie zaszły między tym pochodzącym z Japonii drewnianym przedmiotem, który obracam w palcach - twardym i wyrafinowanym - a miejscami, w które rzucił go los. Chciałbym wyciągnąć rękę, dotknąć klamki, nacisnąć ją i trafić do miejsc, gdzie te przedmioty kiedyś żyły, znaleźć się w tamtej przestrzeni, zmierzyć ją wzrokiem, przyjrzeć się obrazom, które wisiały na ścianach, przekonać się, w jaki sposób padało na nie światło. Dowiedzieć się, czyje ręce dotykały tych maleńkich rzeźb i jakie były myśli ludzi, do których należa­ły - jeśli w ogóle je mieli. Chcę wiedzieć, czego były świadkami.”[2] 
Tytułowy zając pochodzi z kolekcji 264 japońskich figurek netsuke, należących do państwa Ephrussi od roku 1870. Miniaturowe rzeźby przedstawiają zwierzęta i ludzi, a służą przede wszystkim do tego, by je podziwiać, dotykać i obracać między palcami. E tam, jakieś muzealne nudziarstwa? Wcale nie, historię kolekcji japońskich figurek czyta się chwilami jak powieść sensacyjną! W wywiadzie de Waal powiedział, że rzeczy też potrzebują biografii, a rzadko zdarzają się książki, w których przedmioty są traktowane poważnie. W „Zającu o bursztynowych oczach” autor odnosi się do maciupkich rzeźbek z prawdziwą atencją.
Netsuke rodziny Ephrussi [Źródło]
Razem z de Waalem wędrujemy w czasie i przestrzeni. Przed oczami migają nam Paryż, Wiedeń, Odessa, Tokio, Berdyczów, Kövecses, Tunbridge Wells, Londyn. Niektóre miejsca pojawiają się w roli epizodycznej, do kilku wracamy. Wyprawa w przeszłość zaczyna się w Paryżu w roku 1871, a kończy w Anglii 138 lat później. Podróż obfituje we wzruszenia, bo odkrycia dotyczą przecież bliskiej rodziny autora. Dokumentalny charakter opowieści podkreślają świetnie dobrane zdjęcia.

Książka de Waala od samego początku bardzo mnie zaskoczyła. Spodziewałam się pastelowej, nostalgicznej, niespiesznej sagi rodzinnej, a tymczasem okazało się, że „Zając o bursztynowych oczach” wywołuje bardzo silne emocje. Poznajemy nie tylko dzieje rodziny Ephrussi, ale i kawał historii Europy. Oprócz faktów znanych znalazłam też takie, które mnie zaskoczyły, na przykład to, że Republika Austriacka w roku 1948 amnestionowała 90% członków partii nazistowskiej, a do roku 1957 również funkcjonariuszy SS i Gestapo. Autor poświęca też sporo uwagi antysemityzmowi i korzeniom faszyzmu w Europie. To nie wszystko. Przypuszczam, że rodzinna kronika de Waala zainteresuje też osoby pasjonujące się Japonią, kolekcjonerów rzeczy wszelakich, znawców sztuki, ale również tych, którzy po prostu cenią doskonałe opowieści. Uprzedzam, że lektura „Zająca o bursztynowych oczach” już po kilku stronach wchłania, bezlitośnie odrywając od rzeczywistości. Czytelnik niepostrzeżenie nasiąka słowami de Waala jak bibuła atramentem

Autor śledzi nie tylko ślady historyczne, ale i literackie, co sprawiło mi szczególną radość. Okazuje się, że jego rodzina obecna jest między innymi w książkach braci Goncourtów, Jakoba Wassermanna, Josepha Rotha, Izaaka Babla, Szolema Alejchema, natomiast Charles Ephrussi to jeden z dwóch prototypów postaci Swanna z powieściowego cyklu Prousta. Został też uwieczniony na obrazie Renoira „Śniadanie wioślarzy” (mężczyzna w czarnym ubraniu i cylindrze).

Podpisuję się pod zachwytami tych, którzy podkreślają piękno, precyzję, elegancję i powściągliwość stylu de Waala. Opowieść o rodzinie Ephrussi i netsuke ma ciekawą formę, którą właściwie trudno nazwać: to coś pomiędzy reportażem historycznym, esejem, biografią a powieścią. Wielokrotnie deklarowałam niechęć do określeń typu „pisarz w stylu...”, ale gdybym koniecznie miała wskazać literackie powinowactwo, na pewno wymieniłabym W. G. Sebalda. Ciekawa jestem, jaki wkład w narodziny „Zająca o bursztynowych oczach” mieli A. S. Byatt i Vikram Seth, których autor wymienia w podziękowaniach.
Pałac rodziny Ephrussi w Wiedniu. [Źródło]
Tradycyjnie poszukiwałam akcentów polskich. Muszę przyznać, że jeden z nich sprawił mi przykrość.
„Char­les, świetny tancerz, nazywany był zarówno przez swych braci, jak i przez przyjaźniącego się z Proustem dandysa Roberta de Montesquiou Le Polonais - Polakiem. Biograf Prousta Painter podchwycił to i opisał Charlesa jako człowieka nieokrzesanego i grubiańskiego.”[3]
Jak widać dla Anglika synonimy wyrazu polski to nieokrzesany i grubiański. Pierwszy tom książki Paintera wydano w 1959 roku. Miejmy nadzieję, że od tamtego czasu sporo się zmieniło.

Świetnie, że wydawnictwo Czarne zainteresowało się tą obsypaną rozmaitymi nagrodami (tutaj lista) książką. Mam nadzieję, że polscy czytelnicy też ją docenią. Dla mnie impulsem była recenzja Cornflower. „Zająca o bursztynowych oczach” wydano u nas w bardzo dobrym przekładzie, starannie, a wręcz luksusowo. Nie do końca przekonuje mnie tylko mroczna czerń okładki, bo opowieść de Waala wcale nie jest ponurą elegią. Mam również wersję angielską w tonacji brązowej, która moim zdaniem pasuje lepiej. Dobrym pomyslem było natomiast dodanie drzewa genealogicznego rodziny Ephrussi, które znajdziecie na początku książki, ale radziłabym przestudiować je dopiero po przeczytaniu „Zająca o bursztynowych oczach”. Żałuję, że zapomniano o indeksie nazwisk.

„Przedmiot to zawsze jakaś opowieść”[4], mówi Edmund de Waal. Wystarczy tylko trochę wrażliwości, skupienia i cierpliwości, żeby ją usłyszeć. W mojej rodzinie nie ma tradycji przekazywania z pokolenia na pokolenie bibelotów, chociaż na szczęście mamy sporo pamiątek po babci, głownie książek i zdjęć. Materialnej łączności z dalszymi pokoleniami brak. Teraz trochę żałuję, ponieważ po przeczytaniu „Zająca o bursztynowych oczach” ja też chciałabym mieć na wyciągnięcie ręki przedmioty przechowujące w sobie wspomnienie ciepłego dotyku prapradziadków i innych bliskich osób, których już nie ma.
_______________
[1] Edmund de Waal, Zając o bursztynowych oczach. Historia wielkiej rodziny zamknięta w malym przedmiocie, tłum. Elżbieta Jasińska, Wydawnictwo Czarne, 2013, s. 389.
[2]Tamże,  s. 29. 
[3] Tamże, s. 378.
[4] Tamże, s. 381.
 
Moja ocena: 6
Edmund de Waal. [Źródło] 

14 marca 2013

Wszystko przez jednorożca (Julio Cortazar, „Opowieści o kronopiach i famach i inne historie”)


Wszystko przez jednorożca

…a konkretnie przez tego jednorożca. Na mojej czytelniczej drodze wyczarował go Zbyszek alias Zjadacz Liter. Wybrany przez niego fragment zachwycił mnie tak bardzo, że postanowiłam natychmiast zdobyć zbiór opowiadań, z którego pochodził. To była słuszna decyzja, a wydanie z zabawnymi ilustracjami Jana Młodożeńca okazało się prawdziwym rarytasem.

Moje poprzednie doświadczenia z prozą Cortazara były kiepskie. Kiedyś haniebnie poległam przy „Grze w klasy”. Teraz widzę, że zrejterowałam stanowczo za wcześnie. Nie wiem, jak to się stało, że nie dostrzegłam poetyckiego stylu, zaskakujących skojarzeń, abstrakcyjnego poczucia humoru. Tym razem przeżyłam zauroczenie.

Nie zdziwi Was więc wyznanie, że logiczne rozważania na temat „Opowieści o kronopiach i famach” mnie przerastają, choć od lektury upłynął już miesiąc. Czułabym się tak, jakbym przyszpilała słowami motyle. W świecie stworzonym przez argentyńskiego pisarza trzeba po prostu zanurkować i pozwolić się unieść jego wyobraźni. Nad tym, żebyśmy nie utonęli, bacznie czuwa wyśmienita tłumaczka. Zofia Chądzyńska przełożyła ten zbiór opowieści z ujmującym wdziękiem i lekkością. W książce „Nie wszystko o moim życiu” tak wspomina swoje translatorskie doznania:
Przyznaję - tłumaczenie Cortazara dawało mi coś w rodzaju alkoholowego upojenia. Robiłam to jak w transie. Gdy czasem dostawałam do przetłumaczenia kogoś innego (starałam się tego unikać), rzadko mnie to bawiło i robiłam to o wiele gorzej. U niego wyczuwałam każdy, najmniejszy niuans, słowa same pchały mi się nie tyle pod pióro, co pod klawisze.[1]
Podziwiam autora „Opowieści o kronopiach i famach” za umiejętność dostrzegania absurdów i poezji w codzienności. Pod mdłą skorupką kryją się tajemnice, o jakich nawet nam się nie śniło, a rzeczywistość bynajmniej nie jest tą jedyną. Na przykład jeśli następnym razem usłyszycie chrobotanie w kanalizacji, będziecie już teraz wiedzieć, że właśnie tamtędy przemknął niedźwiedź rurowy. Uważnie przyjrzyjcie się też zwykłej ulicy. Cortazar pisze, że to „zdyszana dżungla, gdzie każda chwila może runąć na mnie magnolią, gdzie twarze będą stawały się, gdy na nie spojrzę”[2]. Autor pochyla się nad drobiazgami: mrówką, kroplą. W opowiadaniach zachęca do zatrzymania się na chwilę i dostrzegania liryzmu w drobiazgach.

„Opowieści o kronopiach i famach” są jednak przede wszystkim rozbrajająco śmieszne. Nie jest to na pewno humor, który zachwyci każdego - wymaga szczypty melancholii i odrobiny czystego jak łza nonsensu, jak na obrazach surrealistów. Oto próbka - fragment „Zakazu wprowadzania rowerów”:
W bankach i domach towarowych tego świata guzik kogokolwiek obchodzi, że człowiek tranżoli się z główką kapusty pod pachą albo z tukanem, albo wypuszczając z gęby, niby sznureczek, piosenki, które mi śpiewała mamusia, albo prowadząc za rękę szympansa w pasiastym trykocie. Ale niech ktokolwiek zjawi się z rowerem, natychmiast zaczyna się istne piekło i wehikuł zostaje gwałtownie wyrzucony na ulicę, na właściciela zaś spada istny grad gwałtownych napomnień. [3]
Teksty w zbiorze można podzielić na kilka grup, choć są też historie wymykające się wszelkim klasyfikacjom. Bardzo podobały mi się błyskotliwe impresje na temat znanych obrazów w formie przekornego poradnika, jak należy odczytywać dzieła sztuki. Żałuję, że jest ich tylko kilka. Znajdziemy tu również zabawne instrukcje na temat tak pożytecznych czynności, jak chociażby wchodzenie po schodach czy płacz. I oczywiście opowieści o tytułowych kronopiach i famach.
 
Aby ułatwić Wam decyzję, czy w głębi duszy jesteście kronopiami, czy raczej przypominacie famy, przygotowałam mały test. Oto pytania:
1. Czy zdarza Ci się zwilżać grzaneczkę łzami w najlepszym gatunku?
2. Czy balsamujesz wspomnienia i owijasz je w czarne prześcieradło?
3. Czy czasem śledzisz nitki babiego lata?
4. Czy Twój dom jest uporządkowany i cichy?
5. Czy popadasz w ekstazę, gdy śpiewasz?
6. Czy chciałbyś mieć zegar w kształcie karczocha? 
 
Drogi czytelniku, jeśli udzieliłeś odpowiedzi tak na pytania nieparzyste, jesteś kronopiem. Jeżeli na parzyste - wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z typową famą. Natomiast odpowiedź na pytanie, co to znaczy i czym różnią się famy od kronopiów, znajdziecie w zbiorze opowiadań Cortazara. Mnie olśniły. Runęły na mnie magnolią.
 __________
[1] Zofia Chądzyńska, Nie wszystko o moim życiu, Akapit Press, 2003, s. 136.
[2] Julio Cortazar, Opowieści o kronopiach i famach i inne historie, tłum. Zofia Chądzyńska, Czytelnik, 1973, s. 9
[3] Tamże, s. 65-66.
 
Moja ocena: 6

Julio Cortazar

4 lipca 2011

Joanna Olczak-Ronikier, "Korczak: Próba biografii"

Ciepło i światło
W miejsce mojej recenzji "Korczaka" tak naprawdę powinna zapanować wielka cisza.

Pisanie tego tekstu trwa od tygodnia, choć pierwsze wyrazy pojawiły się na monitorze kilka godzin temu. Po przeczytaniu książki Joanny Olczak-Ronikier trudno mi było wydobyć z siebie jakiekolwiek słowa. Wszystkie więzły mi w gardle. Po kilku dniach wyrazy zaczęły się pojawiać, pełne patosu i dramatyzmu. Janusz Korczak był osobą bardzo bezpośrednią, obdarzoną cudownym poczuciem humoru. Na pewno zirytowałyby go elegijne tony. 

Może kilka przykładowych obrazów z życia autora "Jak kochać dziecko"?

Pradziadek - szklarz z Hrubieszowa (szkło daje ciepło i światło).

Okupacja. Korczak ostentacyjnie chodzi w polskim mundurze. Uporczywie odmawia noszenia opaski z gwiazdą Dawida.

Głód, wojna. Korczak przesyła mamie i babci autorki ogromny bukiet fioletowego bzu z karteczką: "Trzeba pamiętać o różach, kiedy płoną lasy."

Getto. Podopieczni Starego Doktora słuchają bajek, czytają książki, przygotowują przedstawienie. 

Czy naprawdę trzeba przypominać o tym, kim był Korczak? Ten artykuł świadczy o tym, że biografia Joanny Olczak-Ronikier jest nam bardzo potrzebna.

Ogromną, porywająca siłą tej książki jest jej osobisty ton. Autorka jako mała dziewczynka zetknęła się z Korczakiem. Jej matka zapamiętała, że Stary Doktor z wyrazem tkliwości zaglądał w ciemnoniebieskie oczy małej Joanny. Z takim samym wyrazem tkliwości po wielu latach Joanna spogląda na Korczaka w swojej biografii. 

Olczak-Ronikier bardzo przeżywa opowiadane przez siebie wydarzenia, a relacjonuje je w sposób subtelny, wyciszony, spokojny. Jej wiedza o Korczaku jest imponująca. W przeciwieństwie do biografów-poprzedników autorka nic nie przemilcza, nie zasypuje plam warstewką cukru. Otrzymujemy tak pełny obraz człowieka, jak tylko to jest możliwe za pomocą tuszu i papieru. Miejsc, w których są znaki zapytania, pisarka nie wypełnia własnymi odpowiedziami. Wskazuje rozdroża, czytelnik sam podejmuje decyzje. 

Zachwycają portrety postaci drugoplanowych i epizodycznych. Niezapomniane wrażenie zrobiła na mnie pani Stefa Wilczyńska. Szczególne bohaterki tej opowieści to historia relacji polsko żydowskich i historia Polski. To o wiele więcej niż biografia. Warto było na nią czekać.

Henryk Grynberg uważa, że "te przemówienia i pogadanki o jego bohaterskiej śmierci, bo nie chciał opuścić dzieci w drodze do komór gazowych i żyć jak gdyby nigdy nic - to największa zniewaga dla jego szlachetnej duszy."[1]  Tu nie było podejmowania decyzji, one były oczywiste.

Ostatni rozdział książki nosi tytuł "Droga". "W żadnych dokumentach nie został ślad po sierpniowym transporcie dzieci z Krochmalnej,"[2] Dziwne jest też zamieszanie związane z datami. Badacze nie są pewni, czy dzieci poszły ze Starym Doktorem na Umschagplatz 5 czy 6 sierpnia. 

Mimo całej grozy i tragedii jest w tym zniknięciu coś na kształt zakończenia baśni. Czy wagon z Doktorem i dziećmi dojechał do Treblinki? Czy w jego zniknięciu maczał palce Król Maciuś Pierwszy lub Kajtuś Czarodziej? Spróbujmy to sobie wyobrazić. Korczak wielokrotnie powtarzał, że "marzenie jest programem życia".[3]
Witold Wojtkiewicz, "Korowód dziecięcy", 1905
___________________
[1] Joanna Olczak-Ronikier, "Korczak: Próba biografii", Wydawnictwo W.A.B., 2011,  s. 431.
[2] Tamże, s. 433.
[3] Tamże, s. 59.

Moja ocena: 6 

30 marca 2010

"Książki i ludzie: rozmowy Barbary N. Łopieńskiej"

Dyszała woda spod zielonych pleśni, czyli wyznania czytelników

Dzięki szczodrości Paren spełniło się moje wielkie marzenie. Na zbiór wywiadów Barbary N. Łopieńskiej bezskutecznie polowałam przez kilka lat. Paczuszka, która błyskawicznie przebyła kilkaset kilometrów, sprawiła mi ogromną radość. Tym większą, że książka okazała się jeszcze lepsza, niż przypuszczałam!

"Książki i ludzie" to zapis rozmów przeprowadzonych z wybitnymi intelektualistami na temat ich księgozbiorów. Autorka rozmawia z nimi z szacunkiem, a jednocześnie bez onieśmielenia i z poczuciem humoru. Niestety, zdecydowana większość rozmówców Łopieńskiej już nie żyje. W roku 2004 zmarła również autorka książki. Kilka dni przed śmiercią zgodziła się przeprowadzić dla Gazety Wyborczej cykl wywiadów o tym, co zmieniło się w życiu polskich kobiet po roku 1989. Szkoda, że projekt nie został zrealizowany.

Domowe biblioteki, które odwiedzamy w "Książkach i ludziach", są wizualnie bardzo zróżnicowane. Począwszy od gigantycznych stert piętrzących się złowieszczo nawet w łazience (pierwsza reakcja Łopieńskiej na widok mieszkania Marii Janion: "O Matko Boska!"[1]), aż po pedantycznie usystematyzowaną kolekcję Janusza Tazbira.

Podziwiając ogrom niektórych kolekcji pamiętajmy o tym, że większość interlokutorów ma za sobą doświadczenie utraty rodzinnego księgozbioru w czasie drugiej wojny światowej. Wzruszające są fragmenty o książkowym exodusie, o dramatycznych próbach ocalenia gromadzonych przez wiele lat tomów z pożogi. Oglądane przez nas biblioteki odradzały się niczym Feniks z popiołów, na przekór historii.

Z wywiadów wynika, że czytanie pomaga odnaleźć się w trudnych chwilach, pozwala ocalić zagrożone człowieczeństwo, o czym opowiada na przykład Jacek Kuroń, odwołując się do swoich więziennych doświadczeń. Literatura pozwala też przetrwać osobiste trzęsienia ziemi i podnieść się po największej tragedii. Dowodem na to są bardzo osobiste wyznania Zofii Chądzyńskiej. Miłość do książek cementuje związki, co obrazują trzy urocze pary zaprezentowane przez Łopieńską.

Jestem bardzo wdzięczna Barbarze Łopieńskiej za możliwość bliskiego spotkania z ludźmi, których ogromnie podziwiam. Szkoda, że typ intelektualisty, jaki reprezentują, jest obecnie gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Ludzie mądrzy, prawi, wszechstronni (na przykład Gustaw Holoubek wypowiada się o literaturze ze swadą profesora polonistyki), światli, o licznych pasjach i zainteresowaniach, znający wiele języków obcych. Przykładowo Zygmunt Kubiak czytał po angielsku, francusku, włosku, grecku, nowogrecku, łacinie, a ze słownikiem po niemiecku.

Drażliwym tematem okazało się pożyczanie książek. Wielu rozmówców Łopieńskiej wzdragało się na myśl o udostępnieniu swojego księgozbioru komukolwiek w obawie przed utratą ukochanych pozycji. Ciekawym wyjątkiem okazał się profesor mikrobiologii W. J. Kunicki-Goldfinger, który podkreślał brak przywiązania do księgozbioru: „Mam zupełnie obojętny stosunek do książek. Traktuję je tak samo jak skarpetki”[2].

Niektórzy hojnie obdarzają swoimi zbiorami biblioteki, inni z kolei otwarcie mówią, że nie planują tego czynić. Rozmówcy Łopieńskiej poruszają też kwestię książek nielubianych. Niekiedy wywołują one iście zbrodnicze instynkty. Profesor Jerzy Jedlicki skazuje je na zsyłkę do piwnicy, natomiast Andrzej Osęka pali w piecu "wyuzdaną grafomanię"[3].

W wywiadach znajdujemy też szczyptę sensacji. Jacek Kuroń przyznaje się do tego, że napisał 5-6 kryminałów pod nazwiskiem znanego twórcy tego gatunku. Uczynił to dla pieniędzy, ale w pewnym momencie zauważył, iż zaczęło go to bawić. Przyznał się też otwarcie do kopiowania maniery pisarskiej Hemingway'a. Niestety, zobowiązał się przysięgą, że nawet po śmierci tego twórcy nie zdradzi jego nazwiska. Oczywiście zachodzę w głowę, kto to mógł być. Kolejna ciekawostka: Czesław Apiecionek stwierdził, iż w książce opublikowanej w roku 1939 przez Gebethnera znajduje się informacja, iż wydawnictwo szykuje na gwiazdkę niespodziankę: drugi tom „Szatana z siódmej klasy” pod tytułem ”Drugie wakacje Szatana”. Sprawa jest tajemnicza, bo książka musiała być wówczas już gotowa. Ślad po niej zaginął i do tej pory losy manuskryptu są nieznane. Życzę Czesławowi Apiecionkowi, aby udało mu się rozwikłać tę zagadkę, co jest jego marzeniem.

Kolejne ciekawe zagadnienie to tempo wzrostu książkowych kolekcji. Wydaje się, iż przodują tu państwo Turowiczowie: "Nasz przyrost naturalny to co najmniej jedna książka dziennie"[4]. Paweł Hertz znajduje się na przeciwległym biegunie: "Nie kupuję w ogóle żadnych książek, bo już je mam"[5]. Jego zdaniem podstawę stanowi klasyka i nie czuje potrzeby posiadania czegokolwiek więcej. Skoro mowa o klasyce. Trzy nazwiska powtarzające się najczęściej i wywołujące krańcowo różne reakcje to Mann, Proust i Dostojewski. W dziedzinie literatury polskiej – Mickiewicz i Sienkiewicz.

Miło jest obserwować u wybitnych ludzi niepokojące objawy, które miłośnicy książek tak dobrze znają z autopsji. „Starodruki najlepiej pachną” oświadcza z zachwytem Jerzy Tazbir [6]. Jerzy Turowicz wyznaje: "Wchodzę do księgarni po jakąś książkę i nawet jeśli jej nie znajduję, wychodzę z trzema innymi”[7]. Maria Janion w pociągu do Gdańska przeżywa katusze , powstrzymując się od odczytania współpasażerom fragmentu "Grażyny", który poraził ją swoją urodą: "Dyszała woda spod zielonych pleśni"[8]. Chyba większość miłośników literatury ma na swoim koncie takie epizody.

Dzisiaj książka jest już w drodze powrotnej do Paren. Nie ukrywam, czuję się prawie tak, jakbym pożegnała na dworcu przyjaciela. Szczęśliwcom, którym kiedyś uda się zdobyć ten zbiór wywiadów, życzę owocnego myszkowania po bibliotekach rozmówców Barbary N. Łopieńskiej.

---
[1]"Książki i ludzie: rozmowy Barbary N. Łopieńskiej", wyd. Twój Styl, 1998, s.7.
[2] Tamże, s.89.
[3] Tamże, s. 79.
[4] Tamże, s. 236.
[5] Tamże, s. 17.
[6] Tamże, s.27.
[7] Tamże, s.236.
[8] Tamże, s.8.

Moja ocena: 6

P.S.
Ciekawe literackie tropy znalezione w wywiadach, którymi planuję ochoczo podążyć:
Italo Calvino, Niewidzialne miasta
George D. Painter, Marcel Proust
Maria Rzepińska, Historia koloru
Joanna Pollakówna, Myśląc o obrazach
Johannes Urzidil, Miedzioryt ze słoniem
Stanisław Lam, Książka wytworna
Magdalena Jonca, Sierota w literaturze polskiej dla dzieci w XIX wieku

Barbara N. Łopieńska