Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colette. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colette. Pokaż wszystkie posty

13 września 2011

Colette, "Chéri"

Lecz gdzie się podziały niegdysiejsze śniegi?
No i masz babo placek, a raczej wykwintną francuską tartę. Znowu muszę przemeblować swój literacki światopogląd. Niejaka pani Sidonie-Gabrielle Colette przez całe lata tkwiła sobie w wirtualnej przegródce z napisem „literatura przyjemna w lekturze, frywolna, urocza, ale nic poza tym”. Literatura jak obłok perfum, który daje chwilę rozkosznych doznań, po czym znika bezpowrotnie. Tymczasem powieść „Chéri” przenicowała moje poglądy na twórczość tej pisarki. Pod maseczką pikantnej, a jednocześnie eleganckiej opowiastki dla znudzonych pań, kryje się drugie dno, które zaskoczyło mnie swoją głębią. A w dodatku jak to wszystko jest opowiedziane!

Fabuła powieści, której oś stanowi romans starzejącej się kurtyzany z zabójczo przystojnym młokosem, nie grzeszy oryginalnością, ale Colette nie pozwoliła mi o tym pomyśleć ani przez chwilę. W ogóle nie pozwalała mi myśleć o czymkolwiek innym niż losy jej bohaterów. Książka od pierwszych chwil pochłonęła mnie do tego stopnia, że wynurzanie się  było bolesne. Bardzo bałam się zakończenia, które mogło zepsuć wszystko i zepchnąć powieść w stronę landrynkowego kiczu. Na szczęście statek spokojnie i pewnie dopłynął do brzegu, choć uprzedzam, że ostatnie strony nie są łatwe do przełknięcia. 

Najważniejszy atut powieści to kreacje głównych postaci. Dawno już nie czytałam książki, w której bohaterowie byliby tak przekonywający. Po papierowej i przeraźliwie sztucznej Jance Dernowiczównie z „Kobiet” Zofii Nałkowskiej Léa de Lonval, która „uwielbiała porządek, piękną pościel, dojrzałe wina i wyszukaną kuchnię”[1] wydała mi się wręcz namacalnie prawdziwa, podobnie zresztą jak tytułowy Chéri. Dużym sukcesem jest to, że pisarka uniknęła farsy. Związek czterdziestodziewięcioletniej kokoty z żigolakiem-lekkoduchem tak łatwo można było ośmieszyć, tak łatwo można było pójść w stronę taniej sensacji. Tymczasem Colette przedstawiła ich uczucie jako jedną z niewielu ładnych i wartościowych rzeczy jakie im się przytrafiły w życiu, a uczyniła to pięknie i bez popadania w czułostkowość.

Autorka okazała się też mistrzynią w portretowaniu postaci drugoplanowych. Za pomocą kilku słów potrafi stworzyć pulsującą życiem osobę. Zerknijmy ukradkiem na znajomą Léi:
Stara Lili była skandalicznie modna. Dolną część jej ciała otulała spódnica w modro-białe prążki, na nagim zaś dekolcie o skórze ły­kowatego indyka rozchylał się niebieski spencerek; srebrny lis nie zakrywał doniczkowatej, podobnej do brzucha szyi, która wchłonęła pod­bródek...
„Przerażające", pomyślała Léa. Nie mogła oderwać wzroku od kilku szczególnie ponurych szczegółów, jak na przykład bretoński beret z bia­łego filcu zalotnie zsunięty do tyłu na krótkiej peruce z kasztanowych włosów o różowawym połysku albo sznur pereł częściowo ginący w głę­bokim rowie, który niegdyś nazywano „naszyjni­kiem Wenus”...[2]

Mimo pozorów lekkiej opowiastki książka Colette jest smutna. Starość i przemijanie to tematy, którym autorka poświęca szczególnie dużo miejsca. Choć Léa  oświadcza buńczucznie „zapadam się w starość swobodnie niby w ślad po dawnym upadku…”[3], tak nie jest. To, co dzieje się nieubłaganie z jej ciałem, jest dla niej koszmarem. Nad powieścią unosi się pełne zadumy pytanie rodem z „Ballady o paniach minionego czasu” Villona: Mais où sont les neiges d'antan? Colette nie poprzestaje na nutce melancholii. Obrazy starzejących się kobiet są bezlitośnie naturalistyczne, jak choćby cytowany już portret Lili.

Autorka jest mistrzynią detalu. Jak łatwo sobie wyobrazić czerwcowe truskawki podane z ogonkami na talerzyku z Rubelles, zielonym jak mokra rzekotka[4], poczuć tchnienie różowej akacji  która pachniała tak intensywne, że Léa i Cheri odwrócili się, „jakby chcieli zobaczyć, czy stanęła w progu”[5], lub z „niewinną przyjemnością” poczuć pod palcami jedwab.[6] Zauważyłam, że pisarka jest szczególnie wrażliwa na uroki światła. Jak malarz impresjonista potrafi dostrzegać jego różne odcienie, od gry refleksów w pompejańskiej łazience po nieuchwytny połysk barwnej podszewki. Oto mój ulubiony przykład literackiej zabawy światłem à la Colette:
Nie ruszał się. Obawiał się, że drgnięciem skruszy resztkę rado­ści, optyczną przyjemność, jaką czerpał z różowe­go żaru zasłon, żelaznych i miedzianych wolut łoża połyskującego w barwnym powietrzu pokoju. Zdawało mu się, że wielkie szczęście z poprzed­niego wieczoru schroniło się, skurczone do bardzo małych rozmiarów, w świetlnym refleksie, w tę­czy igrającej na ściance karafki napełnionej wodą. [7]
Istotną rolę w powieści odgrywają perły. Wracają kilkakrotnie jako atrybut kobiety luksusowej, symbolizują też miłość, ale również łzy. Ich księżycowy połysk dodaje blasku opowieści o Léi i Fredzie.

Polskie wydanie powieści "Chéri" jest jak bibelot. Zdjęcia z filmu dość silnie narzucają wizerunek bohaterów, czego nie znoszę. Obawiam się, że Léa będzie dla mnie zawsze miała twarz Michelle Pfeiffer, którą zresztą bardzo cenię. Nie oglądałam jeszcze adaptacji, ale dobór aktorów wydaje mi się wręcz rewelacyjny. Książka zainspirowała także twórców kampanii reklamowej Chanel. A niesforny „Chéri”  to prawdziwe dziecko szczęścia – przekład na język polski jest bardzo udany. Anna Topczewska świetnie wyczuła subtelny urok i podszyte ironią poczucie humoru francuskiej pisarki i potrafiła je oddać słowami.

Zagłębiając się w dzieje literatury światowej na próżno będziemy szukać informacji, że "Chéri" był kamieniem milowym w jej rozwoju. Czytelnicy, którzy od każdej książki oczekują, że wstrząśnie ich jestestwem, na próżno będą u siebie wypatrywać objawów estetycznego szoku. "Chéri" bez trudu podbije serca tych, którzy jeszcze nie zapomnieli, ile przyjemności daje wzruszająca, doskonale opowiedziana historia. Natomiast tych, którzy szerokim łukiem omijają twórczość tej pisarki, bo taka mało ambitna, pragnę powiadomić, że przedmowę do jej powieści "Czyste, nieczyste" napisała Maria Janion.

Trudno racjonalnie wytłumaczyć magię słów Colette, choć z pewnością powstały opasłe opracowania na ten temat. Pięknie ujęła to Julia Kristeva: "Kocham twórczość tej kobiety: to jest natychmiastowa przyjemność bez dlaczego".[8]

Colette i i jej kotka, Kiki przy pracy
________________
[1] Colette, "Chéri", tłum. Anna Topczewska, Wydawnictwo W. A. B., 2010, s. 13.
[2] Tamże, s. 86.
[3] Tamże, s. 175.
[4] Tamże, s. 21.
[5] Tamże, s. 47.
[6] Tamże, s. 193.
[7] Tamże, s. 214.
[8] Cyt. za: Maria Janion, "Przedmowa", [w:] Colette, "Czyste, nieczyste", tłum. Katarzyna Bartkiewicz, Wydawnictwo W. A. B., 2010, s. 16.
 
Moja ocena: 5