Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iran. Pokaż wszystkie posty

2 listopada 2012

Mleko i herbata (Shappi Khorsandi, „A Beginner’s Guide to Acting English”)


Mleko i herbata
Pan Rosenblum, bohater powieści Natashy Solomons, skrzętnie spisywał listę warunków, jakie trzeba spełnić, żeby zostać uznanym za Anglika. Wyzłośliwiał się na ten temat również George Mikes w zabawnej książce „Jak być Brytyjczykiem: Vademecum dla początkujących i zaawansowanych”. Czteroletnia Shaparak Khorsandi jeszcze nie potrafi pisać ani czytać, ale ma dokładnie ten sam problem: chce stać się taka sama jak londyńskie koleżanki. Próbom poradzenia sobie z różnicami nie do przezwyciężenia poświęcona jest jej napisana po latach powieść autobiograficzna, „A Beginner’s Guide to Acting English”. Pogodna, krzepiąca i pełna humoru, choć zaczyna się niemiło. Od cuchnącej zupy pomidorowej w przedszkolu.

Przeprowadzka do obcego kraju to zwykle trzęsienie ziemi dla dziecka, a jeśli pochodzi się z miejsca tak egzotycznego jak Iran, wstrząsy są jeszcze silniejsze. Shappi zupełnie nie zna angielskiego, jest przyzwyczajona do całkiem innego jedzenia, tęskni za licznymi ciociami i wujkami. Z czasem wszystko staje się łatwiejsze, choć dziewczynka zauważa coraz więcej różnic między Iroonis a Englisees. Na przykład to, że Anglicy pachną mlekiem, a Irańczycy herbatą. 

Khorsandi kapitalnie uchwyciła różnice kulturowe i pokazała je z perspektywy dziecka. Dziecka bystrego i dowcipnego, co łagodzi przykre doznania. Życie w Londynie nie jest bowiem pasmem przyjemności. Rodzina Shappi spotyka się z przejawami rasizmu, a irański rząd wydaje wyrok śmierci na ojca dziewczynki, postępowego pisarza. „A Beginner’s Guide to Acting English” opowiada przede wszystkim o sile i wsparciu, jakie może dawać rodzina nawet w trudnych sytuacjach. Nie każdemu jest dane tego doświadczyć, ale Shaparak i jej brat mieli szczęście. 

Zdecydowana większość książki poświęcona jest dzieciństwu autorki. Żałuję, że dość zdawkowo potraktowała późniejszy okres i męki dorastania bohaterki.  Drugi ważny temat to dojrzewanie na pograniczu dwóch kultur, ze świadomością, że tak naprawdę nie należy się do żadnej z nich. Przyjaciółka Shappi, pochodząca z Afryki Rana, ma rację, kiedy mówi, że obydwie są outsiderkami, zawsze „gdzieś pomiędzy”[1].

Warto przeczytać książkę Khorsandi również dla wnikliwego obrazu Wielkiej Brytanii w latach osiemdziesiątych. Zdecydowanie większe wrażenie zrobiły na mnie jednak fragmenty poświęcone Iranowi, który do tej pory znałam tylko dzięki „Zupie z granatów” Marshy Mehran i „Czytając Lolitę w Teheranie” Azar Nafizi. Zdecydowanie chcę więcej.

„A Beginner’s Guide to Acting English”, powieść ciepłą i słodką jak herbata z samowaru, który zawsze stał w kącie salonu państwa Khorsandi, przeczytałam z dużą przyjemnością i ze wzruszeniem. Proste prawdy przypomina w ujmujący sposób. Szkoda, że nie wydano jej w Polsce, ale język jest bardzo prosty, więc nawet osoby, które mają opory przed czytaniem angielskiej beletrystyki  w oryginale, poradzą sobie z tą książką bez problemu.
_________________
[1] Shappi Khorsandi, „A Beginner’s Guide to Acting English”, Ebury Press, 2010, s. 252.

Moja ocena: 5
Shappi Khorsandi.

24 lutego 2010

Marsha Mehran, "Zupa z granatów"


Chrupiąc słoniowe uszy w Ballinacroagh

Zaniepokojonych ekologów pragnę czym prędzej uspokoić, iż wzmiankowany w tytule przysmak to deser całkowicie bezmięsny. Nieufnych odsyłam do przepisu [1].

"Zupa z granatów" pochodzącej z Iranu Marshy Mehran jest przekonującym dowodem na to, że między czytelnikiem a książką wytwarza się nieuchwytna i irracjonalna więź/magia/chemia (niepotrzebne skreślić w zależności od światopoglądu). Otóż obiektywnie rozpatrując informacje, jakie uzyskałam na temat tej powieści przed jej lekturą, byłam pewna, że to jest książka dla mnie. Co więcej, ja też dostrzegam w niej zalety zauważone przez recenzentów. Jednak w moim przypadku iskrzenie nie wystąpiło. Niczym w aranżowanym małżeństwie z licznym udziałem sympatycznych swatek, teoretycznie wszystko jest w porządku, ale tak naprawdę brakuje tego, co najważniejsze.

Warstwa powieści, która spodobała mi się najbardziej, to świat orientalnych zapachów i smaków. Autorka potrafiła odmalować go w sposób bezbłędny, dosłownie paraliżując zmysły czytelnika cudownymi doznaniami. Ukoronowaniem są przepisy. Dobrze, że wymagają niełatwych do zdobycia, egzotycznych składników, gdyż wydawca musiałby fundować każdemu czytelnikowi turnus wczasów odchudzających. Podoba mi się artyzm, z jakim pisarka wkomponowała w literackie tworzywo symboliczny motyw owocu granatu. Bardzo odpowiada mi też wysmakowana strona graficzna książki.

Teraz kilka słów o tym, co przeszkadzało mi w czasie lektury. Przede wszystkim duch "Czekolady" Joanne Harris, którą znam tylko w uroczej wersji filmowej. Co ciekawe, to powinowactwo wyczuli też inni recenzenci. Nie zarzucam Marshy Mehran plagiatu, jedynie dzielę się natrętnymi skojarzeniami. Tajemnicze przybyszki, stopniowo wkupujące się w łaski lokalnej, hermetycznej społeczności za pośrednictwem dokonań kulinarnych. Brzmi to aż nadto znajomo, mimo orientalnego entourage'u. Może z tym właśnie związany jest kolejny problem, a mianowicie przewidywalność. Nie trzeba być jasnowidzem, aby już na początku mieć przeczucia, ku jakiemu kresowi zmierza ta opowieść.

Postacie są zróżnicowane, ale uważam, że przypominają raczej zbiory cech charakteru, nie pełnokrwistych ludzi. Usprawiedliwieniem może tu być formuła baśniowego moralitetu, do której Marsha Mehran nawiązuje. W tego rodzaju tekstach autorzy aż tak bardzo nie zagłębiają się w meandry ludzkiej duszy. Mimo wszystko wydaje mi się, że w tej książce brakuje światłocienia. Postacie negatywne są bardzo podłe. Postacie pozytywne są bardzo szlachetne. Wprawdzie jeden z bohaterów ulega cudownej przemianie, ale mamy wątpliwości, na ile była to zasługa "tequilowego tasiemca" marki José Cuervo [2], a na ile owoc autorefleksji popartej literaturą motywacyjną.

Drażniła mnie jeszcze jedna kwestia. W ujęciu autorki rodowici Irlandczycy są grubiańskimi, tępawymi bigotami, owładniętymi żądzą seksu. Nawet postacie pozytywne przedstawione są z nutką pobłażliwości. Trzy siostry z Iranu natomiast cechuje subtelność, wyrafinowany gust, szlachetność. Kartofle kontra woda różana.

Bardzo lubię prozę poetycką, ale w wersji Marshy Mehran przybiera ona niekiedy formę koturnową: "mimo iż mąż zajmował stałe miejsce w ciemnej niszy jej jestestwa, od miesięcy nie wymawiała jego imienia" [3]. Moim zdaniem ta emfaza i egzaltacja jest niepotrzebna.

Pomimo zastrzeżeń najprawdopodobniej wkrótce przyjmę zaproszenie pisarki na "Wodę różaną i chleb na sodzie", aby poznać dalsze losy Mardżan, Bahar i Lejli.

---
[1] Marsha Mehran, „Zupa z granatów”, tłum. Jolanta Kozak, wyd. W.A.B., 2006, s. 110.
[2] Ibidem, s. 266.
[3] Ibidem, s. 223.

Moja ocena: 4+


P.S.
Z oficjalnej strony autorki powieści wynika, że "Zupa z granatów" jest w dużej mierze oparta na jej własnych i rodzinnych doświadczeniach.
Odrobina patriotyzmu lokalnego: spośród okładek wydań zagranicznych zdecydowanie najbardziej podoba mi się polska.

Marsha Mehran. Autor zdjęcia: Michael McLaughlin