Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nałkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nałkowska. Pokaż wszystkie posty

24 maja 2013

W ognistym kręgu (Zofia Nałkowska, Niedobra miłość)


W ognistym kręgu
Tak autorkę „Niedobrej miłości”wspomina Rafał Malczewski:
„Spływała w Zakopane Zofia Nałkowska, mająca zawsze ja­kiegoś podopiecznego artystę, jak Bruno Schulz i jak tam innym by­ło, niebieskooka i o wielkiej sztucznej prostocie, jak i jej proza.”[1]

„Wielka sztuczna prostota” – ten sarkastyczny oksymoron doskonale streszcza moje wrażenia po przeczytaniu powieści, którą sama pisarka nazywa romansem. Dodam, że jest to romans obficie upudrowany psychologią i uszminkowany filozoficznymi dywagacjami oraz namaszczony patosem.

Tło dramatycznych wydarzeń, które z okrucieństwem mitologicznej Parki autorka spiętrzyła przed bohaterami, to senne miasteczko na Kresach. Jeszcze nie ucichły echa pierwszej wojny światowej, a Polska jest w trakcie przeobrażeń politycznych i obyczajowych. Na przykład wśród elit daje się zauważyć masowa moda na zastępowanie dawnych żon nowymi.

Przyjazd młodego małżeństwa, Agnieszki i Pawła Blizborów, najpierw tylko leciutko „zakołysał układem równowagi”[2] w prowincjonalnej społeczności, a potem wywołał łańcuszek dramatycznych wypadków. Głównie miłosnych. Ich kronikarką jest narratorka „Niedobrej miłości”, pani z wyższych sfer, powiernica bohaterek, która składa im popołudniowe wizyty i gorliwie uczestniczy w życiu towarzyskim. Uważnie podpatruje dramatis personæ.

Pomijając egzaltację i niedociągnięcia, powieść Nałkowskiej jest przejmującym studium związku, który w dzisiejszych czasach bez wahania nazwalibyśmy toksycznym: 
Ona to przecież, Agnieszka, żyła od dwóch lat w tym pierścieniu z ognia — kochana, jak nie myślała, że można być kochaną.

Od pierwszej chwili tak się stało, że nie miała wolności, że zaprzedane było wszystko — myśli, chcenia, przyjaźni, wspomnienia. Ta miłość Pawła, wyłączna, zazdrosna, dzika, posępna, tkliwa i niezmierzona — odgrodziła Agnieszkę od reszty świata.”[3]
Ognisty krąg okazał się zabójczy dla uczucia Blizborów. Czytając o rozpadzie ich małżeństwa, cały czas myślałam o tym, że Nałkowska opierała się na własnych bolesnych doświadczeniach, bo w tej dziedzinie los obchodził się z nią bezlitośnie. Piszą o tym autorzy szkiców wspomnieniowych na jej temat, a zwłaszcza Nadzieja Drucka. Tym razem nie miałam wrażenia, że nurkujemy z pisarką w odmętach totalnej abstrakcji, jak na przykład w Wężach i różach czy Kobietach.

Miłość, jej różne oblicza i etapy to główny temat tej powieści. Gdyby autorka skoncentrowała się tylko na tym, wyszłoby to książce na dobre. Ambicje Nałkowskiej sięgały wyżej i w efekcie czytelnik ugina się pod ciężarem eseistycznych dociekań z dziedziny etyki i psychologii, wątków pobocznych i misternych analiz postaci drugoplanowych. Jak już wspominałam, jest też sporo kwestii społecznych. Autorka między innymi krytykuje rząd za to, że nie robi nic, by pomóc ziemiańskim rodzinom na Kresach.

Upchnięcie tego wszystkiego na 259 stronach niewielkiego formatu było pomysłem ryzykownym. Fabuła sprawia wrażenie materiału na kilka opowiadań, który dość chaotycznie został wrzucony do jednego worka. Myślę, że pisarka miała znacznie większe predyspozycje do drobnych form prozatorskich, a w powieści wcale nie czuła się najlepiej.

W książce dominuje teoretyzowanie psychologiczne, które wychodzi Nałkowskiej przednio, ale trochę gorzej z kreacją postaci. Na przykład zdumiał mnie fragment, w którym po uczuciowym kataklizmie, jaki właśnie dotknął głównych bohaterów, panowie Walewicz i Słuczański spokojnie sobie rozmawiają, rozważając kwestie historiozoficzne. 

Tło obyczajowe powieści jest dość bogate, na co szczególnie zwracam uwagę osobom pasjonującym się międzywojniem, a mam wrażenie, że ostatnio jest ich coraz więcej. „Niedobra miłość” dość obszernie dokumentuje życie codzienne i towarzyskie w tamtych czasach. Nie da się ukryć, w powieści naprawdę króluje „wielka sztuczna prostota”, ale zdarzają się też fragmenty naprawdę piękne, jak na przykład lekko oniryczny opis jazdy na łyżwach po zamarzniętych rozlewiskach (s. 50-54). Po raz kolejny Nałkowska mistrzowsko maluje też przyrodę. 

Irytowała mnie natomiast maniera niedbałego wtrącania słów angielskich, na przykład „zrobili sobie przestronny home dla nich dwojga”[4]. Czasem efekt był prawie humorystyczny: „Mania powiedziała, że nie czytała tego interviewu”[5]. Wszystko wskazuje na to, że Nałkowska miała ciągotki do anglicyzmów, bo to kolejna powieść, w której występują.

Czytając „Niedobrą miłość”, przeżyłam niemiłą przygodę. Podczas emocjonującego zawirowania fabuły okazało się, że mój egzemplarz jest uszkodzony i brakuje w nim stron 209-240. To był drugi dzień świąt, więc wizyta w bibliotece nie wchodziła w rachubę. Z nadzieją rzuciłam się w otchłań internetu, ale okazuje się, że nie istnieje wersja cyfrowa powieści Nałkowskiej. Ostatnią deską ratunku okazał się archiwalny audiobook w wykonaniu Stelli Weber. Jej głos idealnie komponuje się z lekko zblazowaną prozą i pozą Nałkowskiej. Na szczęście udało mi się wysłuchać brakującego fragmentu. Przypadkiem trafiłam też na ślad przedstawienia Teatru Telewizji z 1999 roku w reżyserii A. Łapickiego, w ciekawej obsadzie (między innymi D. Landowska, M. Cielecka, J. Frycz, J. Trela). Mam nadzieję, że kiedyś je obejrzę.
__________
[1] Rafał Malczewski, Pępek świata: wspomnienia z Zakopanego, Wydawnictwo LTW, 2010, s. 84.
[2]  Zofia Nałkowska, Niedobra miłość, Książka i Wiedza, 1975, s. 13.
[3] Tamże, s. 128.
[4] Tamże, s. 33. 
[5] Tamże, s. 27.  

Moja ocena: 3+
Zofia Nałkowska. [Źródło]

20 sierpnia 2012

Dom swój i przystań ostatnia (Zofia Nałkowska, "Dom nad łąkami")



Dom swój i przystań ostatnia

Był dom, był las, trochę zwierząt – a poza tym już tylko psychologia. 
Zupełnie jak w skandynawskiej powieści”.[1]

Kiedy czytałam „Dom nad łąkami” Zofii Nałkowskiej, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Czy to możliwe, że wyciszona, spokojna proza wyszła spod tego samego pióra co rozbuchane „Węże i róże” oraz „Kobiety”, które chwilami robiły na mnie wrażenie niezamierzonej parodii? Autorka Granicy znowu mnie zaskoczyła. Zachwycałam się jej zjawiskowo piękną polszczyzną i niewydumaną, przejrzystą formą tej powieści. Zdecydowanie bliżej „Domowi nad łąkami” do „Medalionów”, choć dzieli je ponad dwadzieścia lat - powieść opublikowano w 1925 roku. Taką Nałkowską uwielbiam.

Autobiograficzny „Dom nad łąkami” to kilka historii luźno utkanych w powieść. Książka poświęcona jest przeszłości domu w Górkach Wołomińskich, który stał się dla pisarki nie tylko miejscem zamieszkania, ale również krzepiącym, troszkę baśniowym obrazem, powracającym do niej przez całe życie: „ten dom stał się wzorem dla innych domów i miarą, i prawem, i najdroż­szym na zawsze wspomnieniem”.[2]

W przeczytanych w ubiegłe wakacje Wspomnieniach o Zofii Nałkowskiej znalazłam wiele relacji z Górek, świadczących o tym, że było to miejsce naprawdę wyjątkowe. Nie tylko za sprawą okolicznych krajobrazów i wnętrz, zresztą dość skromnych, ale z powodu mieszkającej tam rodziny i odwiedzających ją wybitnych ludzi. Tutaj znalazłam historię domu w Górkach. Obecnie mieści się w nim muzeum Mam nadzieję, że kiedyś je zwiedzę.

Oprócz malowniczych opisów domu i okolic w książce jest kilka niezapomnianych postaci. Sąsiedzi Nałkowskich - pan Fersen, panna Sylwia, pani Bracka, Dziobakowie, Kwietniowie, Szcześniakowie - intrygują i budzą silne uczucia. Nie tylko pozytywne. Obraz domu i natury jest idylliczny, ale ludzie pozostają tylko ludźmi. „Dom nad łąkami” rzeczywiście kojarzył mi się z literaturą skandynawską: ten powściągliwy ton, ukryte pod chłodną skorupką, buzujące namiętności, przyroda, która zachwyca, a jednocześnie niepokoi.

Myślę, że nawet czytelnicy, którzy botaniczne opisy odbierają jako irytujący balast, polubią na przykład wołomińskie kaczeńce, które „najpiękniejsze były właśnie wtedy, gdy w wodzie odbijały się chmury granatowe, a one razem z jasną, młodziutką trawą wodną wyglądały tak, jakby wciąż jeszcze świeciło słońce. I im chmurniejsze było niebo i woda, tym bardziej one były pogodne”.[3] Bardzo podobał mi się też fragment o fioletowym dywanie wrzosu i o jaśminie, który natarczywie wdzierał się do domu przez okno. Nie pozwalają też o sobie zapomnieć kłótliwe i żarłoczne jemiołuszki. I kozy, które zniszczyły Dziobaków! Ptaki i zwierzęta stanowiły ważną część świata nad łąkami. A nad nim „miękkie, powiewne obłoki”.[4]

Na początku opowieści o Górkach Nałkowska przyrzeka: „jeżeli stanie się, że umrę gdzie indziej, to jednak o tym właśnie pomyślę w ostatniej godzinie, pomyślę tymi samymi słowami, które powiedziałam już raz: dom swój i przystań ostatnia”.[5] Te słowa wracają jak refren na przedostatniej stronie książki. 17 grudnia 1954 roku pisarka umierała w warszawskim szpitalu. Nie wiem, czy dom nad łąkami był jej ostatnim wspomnieniem, ale wierzę, że dotrzymała obietnicy.
_____________
[1] Zofia Nałkowska, Dom nad łąkami, Czytelnik, 1986, s. 14.
[2] Tamże, s. 7.
[3] Tamże, s. 15.
[4] Tamże, s. 62.  
[5] Tamże, s. 7.
 
Moja ocena: 5
Zofia Nałkowska.

2 października 2011

"Wspomnienia o Zofii Nałkowskiej"


Różystki portret zwielokrotniony 

Znam taką duszę, co cmentarniejąc nie do poznania,
Sztuczną różę w śmierć niosła… Była niegdyś różystką…
Skąd ten świat cały? — I róże sztuczne?… I czyjeś łkania?
I ja — w świecie, — i ptaki — i pogrzeby — i wszystko?

Bolesław Leśmian, Słowa do pieśni bez słów

"Wspomnienia o Zofii Nałkowskiej" to zbiór osiemnastu szkiców poświęconych pisarce. Teksty napisali różni autorzy, których łączy jedno: w pewnym momencie Bóg lub los, a są tam reprezentowane różne światopoglądy, zetknął ich z Nałkowską. Lektura tej książki jest jak wizyta w gabinecie luster. Autorka "Medalionów" przegląda się w oczach kolejnych osób i za każdym razem obraz jest inny.

Mój najważniejszy zarzut wobec tej pozycji dotyczy nierównego poziomu szkiców. Odnoszę wrażenie, że niektóre osoby znalazły się w zacnym gronie autorów, bo z powodów politycznych wypadało je zaprosić. Na pewno kryterium doboru nie był styl. Dobitnie o tym świadczą niepokojące fragmenty reminiscencji Wacława Barcikowskiego: „Najłatwiej chyba można by przedstawić jej sylwetkę psychiczną, rzutując na nią rykoszetem charakterystykę niektórych jej postaci literackich, pisarz bowiem nie może się ustrzec projekcji na swoich bohaterów własnych, skrzętnie nieraz ukrywanych, procesów endogennych”[1]. Autora tych rewelacji też miałam ochotę rzutować rykoszetem.

Bardzo wzruszyły mnie natomiast wspomnienia Poli Gojawiczyńskiej, pisane w ostatnich tygodniach jej życia w szpitalu. Ostatnie zdanie urywa się w połowie. W skład zbioru wchodzą też szkice, których walory literackie widoczne są natychmiast. Do mnie przemówiły szczególnie teksty Jana Kotta i Marii Kuncewiczowej. Zastanawiam się tylko, jak Zofia Nałkowska zareagowałaby na porównanie jej dystyngowanej osoby do sępa widzianego w londyńskim zoo.

W tego typu książkach nie lada atrakcję stanowią ploteczki i anegdoty. We "Wspomnieniach o Zofii Nałkowskiej" znalazłam ich sporo, aczkolwiek stopień hojności autorów w dzieleniu się nimi jest różny. Bez wątpienia niektóre tematy dziś trafiłyby na łamy Pudelka. Czy Nałkowska miała predylekcję do młodszych panów? Dlaczego rozpadły się jej małżeństwa? Co tak naprawdę łączyło ją z gosposią? Plus liczne opowiastki o życiu uczuciowym pani Zofii, o którym krążyły legendy, podsycane zresztą przez samą pisarkę. Maria Kuncewiczowa wspomina, że kiedyś Nałkowska mrużąc drapieżnie oczy, nonszalancko skwitowała osobę Karola Irzykowskiego: "On także przeszedł przez moje pazury" [2]. Ile w tym było autokreacji na wampa, a ile prawdy? Dziś trudno orzec.

Zofia Nałkowska w Zakopanem, 1938 r.
Ze szczególnym zainteresowaniem czytałam fragmenty poświęcone literaturze. Wszyscy podkreślają sumienność Nałkowskiej, jej odpowiedzialność za słowo, dążenie do perfekcji, ciągłe niezadowolenie z efektów pracy. Jerzy Zawieyski wspomina, że autorka "Granicy" "pisała zawsze z trudem, niemal jak Flaubert, zawsze odrzucając słowa wymęczone, nic już lub niewiele dla pisarza znaczące"[3].  Podobno francuski pisarz zapytany, czy "Pani Bovary" jest już gotowa, miał odpowiedzieć: "Nie, ale mam już kadencję wszystkich zdań"[4]. Według Nałkowskiej niezgrabnie napisane zdanie uwierało jak źle skrojona suknia. Autorka "Kobiet" nie była w stanie napisać czegokolwiek bez brulionu i licznych korekt. Żywiła kult słowa, a o sobie skromnie mówiła, że nie ma talentu, jedynie "wiedzę pisarską". Nad utworami pracowała rano, leżąc w łóżku. Używała wyłącznie ołówka. Pisała na paskach papieru, które potem wszędzie rozkładała i zszywała lub spinała igiełkami, "dziobiąc to tu, to tam, jak kura"[5]. Cały pokój usiany był pióropuszami pasków i fakt, że Nałkowska potrafiła zapanować nad ich lawiną, wywoływał ogólny podziw.

Pisarka bardzo dużo czytała i gorliwie namawiała do togo adeptów literackiego rzemiosła. Ci, którzy mieli przyjemność odwiedzić Nałkowską w domu, widzieli na biurku i stole między innymi  "Rozmyślania" Marka Aureliusza, "Wyznania" św. Augustyna, "Myśli" Pascala, dzieła Dąbrowskiej, Flauberta, Tołstoja, Stendhala, Dickensa, Brontë, Colette. Ponoć mawiała, że nie powinno się czytać książek dobrych. Powinno się czytać tylko najlepsze, bo i tych nie zdąży się poznać w ciągu życia.

Nałkowska była też prekursorką blogów czytelniczych. Wraz z Jerzym Zawieyskim czytali kolejno ten sam egzemplarz książki, zakreślając fragmenty, robiąc dopiski, zadając pytania, prowadząc ze sobą dialog w formie notatek na marginesie. W swoim szkicu Zawieyski przytacza kilka notatek poczynionych przez Nałkowską w "Historiach Jakubowych" Tomasza Manna [6]. 

"Wspomnienia o Zofii Nałkowskiej" to prawdziwy rarytas dla miłośników pisarki i jej twórczości. Zbiór wyposażony jest w liczne zdjęcia, niektóre z nich widziałam po raz pierwszy. Niestety, doskwiera brak indeksu nazwisk,  dziwi też brak informacji o redaktorze zbioru. W każdym razie w wypożyczonym przeze mnie egzemplarzu nie ma nawet jego nazwiska.

Z książki wyłania się portret osoby o wielu twarzach, pełnej sprzeczności. Występuje w nich Nałkowska jako działaczka społeczna, intelektualistka, kobieta, kochanka, żona, córka, siostra, przyjaciółka. Postać wielka i jednocześnie nieco śmieszna. Zawsze dama, bez względu na okoliczności. Czy liczne wspomnienia rzucają światło na prawdziwą Zofię? Kiedyś napisała: "Między człowiekiem i człowiekiem - jest ciemność"[7].

Mimo to po przeczytaniu szkiców wydaje się bliższa. Na pożegnanie mruży do nas nieprawdopodobnie niebieskie oczy i wypowiada słowa, które usłyszał od niej Jan Kott w czerwcu 1954 roku: "Niech pan nie wierzy, że można zrezygnować. Niech pan nie wierzy, że można zrezygnować z miłości"[8]. 

__________________________
[1] "Wspomnienia o Zofii Nałkowskiej", Czytelnik 1965, s. 5. 
[2] Tamże, s. 170.
[3] Tamże, s. 335.
[4] Tamże, s. 260.
[5] Tamże, s. 335.
[6] Tamże, s. 316.
[7] Tamże, s. 286.
[8] Tamże, s. 166.
      
Moja ocena: 4+
Zofia Nałkowska w 1945 r.

11 września 2011

Zofia Nałkowska, "Kobiety"

Pocałunek o smaku róż więdnących
Gdybym miała skondensować wrażenia z lektury „Kobiet”, debiutanckiej książki Zofii Nałkowskiej, w jednym zdaniu, brzmiałoby ono tak: pretensjonalna powieść o dusznej atmosferze, która pomimo bijącego od niej chłodu oraz irytacji, jaką we mnie ciągle wywoływała, zasługuje na uwagę. Poniżej zapis moich zmagań z młodopolskim wampirem energetycznym.

Główna bohaterka książki to Janka Dernowiczówna. Wokół jej perypetii uczuciowych osnuta jest fabuła. Choć autorka opowiada o dojrzewaniu emocjonalnym młodej osoby, to stworzyła dość okrojony Bildungsroman, ponieważ obejmuje on właściwie tylko jedną sferę życia: poza miłosnymi konkwistami i rozterkami doprawdy niewiele spraw zajmuje pannę Janinę. Atmosfera powieści również przesycona jest erotyzmem. Obfituje w zmysłowe opisy, które nie grzeszą naturalnością: „uczułam na wargach przesłodką czarę jego ust o smaku róż więdnących… I piłam szkarłatne wino jego pocałunków mocne jak śmierć…”[1] 

Postać Janki zachłannie przesłania cały powieściowy świat. Wyraźnie widać, że Nałkowska darzy Dernowiczównę wielką sympatią. Cóż, mamy prawo przypuszczać, że autorka dała swojej bohaterce wiele własnych cech. Uważam, że przesadziła w swej hojności. Skutek jest taki, że szwankuje prawda psychologiczna. W przeciwieństwie do pisarki Janka jest bowiem córką murarza, która zdobyła wykształcenie i samodzielnie się utrzymuje. Pracuje jako urzędniczka w biurze, co budzi w niej niechęć: „większą część dnia spędzam nad wyjaławiającym umysł sumowaniem nieskończonych kolumn cyfr”[2]. Najpierw mieszka kątem u przyjaciółki, Marty, której w ramach rekompensaty uwodzi męża, potem otrzymuje kolejną lukratywną ofertę lokalową. 

Życie prywatne Janki upływa na okresowym popadaniu w melancholię i nastroje dekadenckie, zakochiwaniu się i odkochiwaniu się. Dziewczyna całkowicie odcina się od swoich korzeni, nie ma ani słowa o jakichkolwiek kontaktach z rodziną. Czy na początku dwudziestego wieku samotna kobieta, która musiała liczyć wyłącznie na siebie, nie korzystała z finansowej pomocy rodziców ani wielbicieli, mogła sobie pozwolić na  obracanie się w wielkim świecie, bywanie w restauracjach, seanse narkotyczne? Czy miała czas na dogłębne autoanalizy, rozważanie każdego drgnienia duszy? Odnosiłam wrażenie, że Janka obserwuje świat zza grubej szyby. Problemy doczesne nie mają dla niej znaczenia. Nie wiem, ile zarabiały przedwojenne urzędniczki z działu księgowości, ale obawiam się, że na co dzień nurtowały je sprawy o wiele bardziej przyziemne niż tristesse de vivre

Janka, określana przez Nałkowską mianem kobiety zupełnej, jest osobą bardzo zarozumiałą. Pewnością siebie mogłaby obdzielić całą pensję układnych panienek. Mężczyźni za nią wprost szaleją: „Janusz z głośnym krzykiem pada twarzą na dno łodzi. Przyciska czoło do mych nóg, pantofle moje okrywa pocałunkami zanosi się spazmatycznym łkaniem.”[3] Narcyzm panny Dernowiczówny nie zna granic. Dziewczę przypomina samochwałę z wiersza Brzechwy: „cudnie tańczę”[4], „umiem myśleć mądrze, jestem subtelna, wykwintna”[5], „przekonania moje i w ogóle cała filozofia życiowa jest własną moją zasługą”[6]. Wszystkie jej gesty i pozy sprawiają wrażenie wystudiowanych. Wydaje się, że nieustannie zerka w lustro kontrolując, czy aby prezentuje się wystarczająco powabnie. W moim odczuciu jest osobą zimną, zmanierowaną i straszliwie pretensjonalną. Sama zresztą zauważa: „sztuczne jest we mnie wszystko, od ukłonu do uczesania.”[7] 

Na pierwszy rzut oka panna Dernowiczówna sprawia wrażenie silnej, samodzielnej, wyemancypowanej. Czy taka właśnie jest? Po odejściu Witolda Janka z rozdzierającym płaczem rzuca się na ziemię, nasłuchuje echa jego kroków i szepcze błagalnie: ”Wróć… wróć… weź mię…”[8] Pod maską zadufanej w sobie, lodowatej i nieprzystępnej intelektualistki kryje się bowiem rozdygotane dziewczątko, które tylko czyha, by wdzięcznie kogoś opleść na wzór bluszczu. Książka Nałkowskiej mówi bowiem o pozorach, które boleśnie mylą, o dotkliwej potrzebie bliskości. Niestety, „jesteśmy w myślach dalecy od siebie, jak gwiazdy.”[9]

Książka na pewno ucieszy miłośników wątków feministycznych w literaturze. Nałkowska dużo miejsca poświęca tej tematyce, ale moim zdaniem widzi ją w barwach czarno-białych. Jej zdaniem  kobieta to subtelna sylfida o bogatym życiu wewnętrznym, mężczyzna zaś przypomina lubieżnego fauna, którym kierują żądze. Trudno się zgodzić z Grażyną Borkowską, która we wstępie do powieści stwierdza, że opisy Nałkowskiej nie faworyzują żadnej z płci[10]. Tymczasem w portretach panów dominują rysy prymitywne i zwierzęce. Mężczyzna poznany przez Janinę w restauracji to „młody, rosły samiec”, który „białymi zębami ze smakiem gryzł homara”. Jego twarz jest "obca, świeża, bydlacka". A kiedy dorzucimy do tego „gorący oddech z rozwartej, błyskającej przepyszną emalią zwierzęcych kłów gęby” oraz „świecące, zielone z żądzy ślepia”[11] i konterfekt Czołhańskiego: „zaniedbany, obrośnięty, brudnawy, pretensjonalny, ma czarne paznokcie i wilgotne ręce"[12], natychmiast pryskają wątpliwości, po czyjej stronie opowiada się Nałkowska w tak zwanej odwiecznej wojnie płci.
Edward Burne-Jones, Merlin
Pod względem stylu „Kobiety” są zdecydowanie bardziej ascetyczne niż „Węże i róże”. Zdarzają się młodopolskie wtręty typu: "we mnie wstąpiło jakieś obłąkanie ekstazy"[13], czy "oto wstaje dusza moja, która zdeptała moje kwiaty i idzie po śnieżnym bezmiarze, dumna smutnym swym zwycięstwem, śpiewająca tryumfalnie podniosły hymn śmierci."[14], ale nie rażą aż tak jaskrawo. Można się obruszać na słowotok i pretensjonalność stylu Nałkowskiej ale doprawdy trudno przejść obojętnie obok takich fragmentów jak poetycki opis rytmu walca (s. 27-28)

Powieść jest realistyczna, ale obrazy z marzeń Janki są symboliczne i baśniowe. Kojarzyły mi się z obrazami  prerafaelitów:
Rycerze jacyś, w zbroję zakuci, jadą na białych ko­niach przez cudny, odwieczny las. Niebotyczne dęby o czarnej korze i granatowych liściach, muskularne, poskręcane, krają korzeniami ziemię. Spośród mala­chitu mchów wyrastają seledynowe koronki paproci. Między drzewami tańczą wesołe rusałki i śmiech dzwo­niący sypią wkoło siebie, jak perły. A w dali, po za­klętym, czarnym jeziorze płynie cicho łabędź zamyślo­ny - w jasny, prześwietlony dziwną, zimną jasnością zmierzch... [15]
Przeczytane niedawno "Węże i róże” Zofii Nałkowskiej rozczarowały mnie, ale sprowokowały całą gamę emocji. „Kobiety” natomiast, choć wielokrotnie zachwycały pięknem języka, często wywoływały też znużenie i zniecierpliwienie, zwykle za sprawą egzaltowanej Janki. Mimo to zdecydowanie przewiduję kolejne spotkania z twórczością autorki "Medalionów". Wampir energetyczny ukąsił dość mocno.
_________________
[1] Zofia Nałkowska, „Kobiety”, Prószyński i S-ka, 2010, s. 167.
[2] Tamże, s. 68.
[3] Tamże, s. 36.
[4] Tamże, s. 27.
[5] Tamże, s. 68.
[6] Tamże, s. 54.
[7] Tamże, s. 42.
[8] Tamże, s. 184.
[9] Tamże, s. 46. 
[10] Tamże, s. 10.
[11] Tamże, s. 174.
[12] Tamże, s. 180.
[13] Tamże, s. 183.
[14] Tamże, s. 66.
[15] Tamże, s. 77.
 
Moja ocena: 4-
Zofia Nałkowska

22 lipca 2011

Zofia Nałkowska, "Węże i róże"

 Więcej węży niż róż
Fragmenty "Dzienników" Zofii Nałkowskiej wybrane przez Zacofanego w lekturze do Płaszcza zabójcy oraz recenzja "Kobiet" Montgomerry rozbudziły moją ciekawość. Postanowiłam sięgnąć do źródła i przeczytać książkę tej pisarki. Znałam tylko "Granicę" i "Medaliony".

W bibliotece okazało się, że powieści Nałkowskiej cieszą się umiarkowanym powodzeniem u czytelników. Dominowała oczywiście "Granica" w różnych edycjach, ale postanowiłam skusić się na dzieło mniej znane. Najbardziej przemówił do mnie tytuł "Węże i róże". 

Spodziewałam się głębokiej powieści psychologicznej z życia wyższych sfer. Ksiązka okazała się skomplikowaną, chwilami mętną opowieścią o pięciokącie, przez chwilę wręcz sześciokącie małżeńskim, z której wynika dość posępny morał: ludzie są pozbawionymi uczuć, okrutnymi hipokrytami.

Główna bohaterka to Marusia, młoda kobieta o wielkiej, chorobliwej wręcz wrażliwości. Jej mężem jest bezduszny gbur. Mają niepełnosprawną umysłowo córeczkę, Mumę. Tę parę Nałkowska oplata kleistą siecią intryg, obejmującą jeszcze znajome osoby: Ernestynę, Modestę i młodziutką Raissę oraz Jarosława. Skomplikowane relacje między nimi stanowią główny temat powieści.

Zdecydowanie więcej uwagi poświęca Nałkowska kobietom. Mężczyźni zostali przedstawieni jako bezwolne, ulegające instynktom zabawki w rękach modliszek. W "Wężach i różach" dominuje portret Marusi. To jedna z bardziej neurastenicznych, irytujących postaci literackich, z jakimi miałam dotychczas do czynienia. Jednocześnie mam świadomość, że silne emocje, jakie wzbudza w czytelniku, to sukces Nałkowskiej.

Smutkiem napawała mnie postać małej, upośledzonej Mumy, "łakomej, tłustej i bladej"[1]. Z opisu wynika, że dziecko cierpiało na zespół Downa lub autyzm. Sposób, w jaki dziewczynka jest opisywana, również stosowane wobec niej określenie "obłąkana", w dzisiejszych czasach byłby nie do przyjęcia. Trudno pogodzić się z tym, że przez tyle wieków takie dzieci były traktowane strasznie, w najlepszym wypadku spychane na margines. Muma budzi we własnej matce wstręt i straszny wstyd, a przede wszystkim dojmujące, irracjonalne poczucie winy: "Marusia czuła się winna jak zbrodni, że ją urodziła."[2] Kobieta unika parków i miejsc publicznych, posiadanie takiej córki uważa za hańbę. Przypuszczalnie jest wyrazicielką poglądów i uczuć wielu ludzi, być może również samej Nałkowskiej, która nie kryje negatywnych emocji wobec Mumy.

Czego jeszcze dowiadujemy się o autorce? Mnie na przykład zachwyciła jej wrażliwość na kolory, umiejętność nazywania niezliczonych odcieni:
I wybuchła pod niebo naga, purpurowo-złota przedśmiertna tajemnica liści; zakłębiły się chmury kolorów od czerwieni, cynobru, pyropu, turmalinów poprzez stare złoto, ochrę żółtą, żółtą indyjską, chryzotyl, jantar, topaz, rdzę — aż do brunatnego hiacyntu, jaspisu egipskiego i starego brązu. Świat literalnie oszalał z bogactwa i piękności. Tu i tam połyskiwały długie szklane włosy babiego lata, dziwaczne, przelotne uśmiechy powietrza. Złote flotylle liści płynęły z wiatrem, złote flotylle powietrzne, tańczące w słońcu, zanim spadną w błoto ziemi.[3] 
Jestem pod wrażeniem erudycyjnej wręcz wiedzy Nałkowskiej na temat historii sztuki. Właściwie powieść powinna być wyposażona w reprodukcje dzieł, do których często nawiązuje autorka. Pisarka jest też mistrzynią niezwykle plastycznych, wręcz malarskich opisów. Tylko dla nich warto sięgnąć po "Węże i róże", choć uprzedzam, że nie każdemu może odpowiadać ekstremalna słowna hojność autorki:
Na zboczach północnych czołgały się wokół twarde, przyziemne krzaki wrzosu — niby japońskie miniatury drzewin kwitnących, gałązki oblepione kwiateczkami różowymi i lila, podobnymi do jesiennego bzu. W dolinach i zagłębieniach leżał szeroko rozlany mech, jak gęsta ciecz, mieniąca się barwami moroksytów, złota i sienny palonej. Rosły tu brzózki młode, radosne i nieśmiałe, oszołomione własnym wiotkim wzrostem i urodą. A między nimi — przytulone pochmurnie do białych pni, proste, cyprysowe jałowce — mało komu wiadome i drogie nasze żałobne drzewo. Od strony południa spiekłe piaski wydm oplatała błękitna trawa i okrywało szare futerko suchych, trzeszczących pod krokami porostów; wśród zeschłego igliwia pachniała macierzanka i długo w jesień kwitnące, aromatyczne gwoździki leśne o płatkach pogniecionych, jak kawałki zmokniętej białej koronki.[4]
...I mój ulubiony opis kuchenny:
Wchodząc, ujrzała przede wszystkim, jak na starym flamandzkim obrazie Snydersa, całą górę martwej natury, pod którą — że dzień był targowy — literalnie uginał się wielki stół kuchenny. Biskupie fiolety głów kapuścianych stanowiły tło bogate, na którym świetniały cebule rude jak miedź, pąsowe pomidory i złote pomarańcze. Nie odarte jeszcze z szafirowych liści, czarno-purpurowe buraki dźwigały na sobie kremowe kwiaty kalafiorów i całą wiązkę blichowanej w ciemnościach endywii o liściach koronkowych, jak najsubtelniejsza robota snycerska z kości słoniowej. Obok — żółta brukiew, blade selery naumburskie, czerwone, ścisłe i gładkie, jak lane kule, głowy kapusty holenderskiej, ogórki zielone i kolczaste, pory o jasnych włosach. Wśród rozsypanych kartofli i marchwi czerwonej jak gałęzie korali leżał piękny, szeroki melon koloru kremowej śmietanki, cały jakby owinięty w siatkę ze złotego drutu.[5]
Książka Nałkowskiej zainteresuje też czytelników pasjonujących się tematyką żydowską. Poznajemy środowisko opływających w luksusy rekinów finansjery. Tu też zdecydowanie dominują portrety kobiece. Autorka podkreśla zmysłową egzotyczność swoich bohaterek. W nocie wydawniczej jest informacja o tym, że dopatrywano się w "Wężach i różach" treści antysemickich, ale pisarka stanowczo zdementowała te pomówienia.

Powieść jak na tamte czasy z pewnością odbierana była jako awangardowa. Niejednolita forma, fabuła przeplatana dziennikiem Ernestyny, wiersz, fragmenty prozy poetyckiej, motta do wszystkich rozdziałów - to wszystko sprawia, że czytelnik przyzwyczajony do tradycyjnych powieści może poczuć się zagubiony. Rodzi się pytanie, na ile te udziwnienia wynikały z potrzeby, a na ile stanowiły próbę oszołomienia czytelnika?  Podobnie jak scena seansu spirytystycznego, która miała zapewne podekscytować i wywołać sensację. 

Mnie forma "Węży i róż" wydała się chropawa i udziwniona na na siłę. Brak naturalności doskwiera też w dialogach. Bohaterowie rzadko wymieniają myśli, zwykle wygłaszają pogadanki lub referaty. Brzmi to naprawdę dziwnie. Manieryczna jest też interpunkcja: Nałkowska zamiast wielokropków obficie stosuje myślniki, a raczej wielomyślniki, bo występują seriami jak w wiadomościach pisanych alfabetem Morse'a.

Pod względem językowym powieść Nałkowskiej była dla mnie nieustannym źródłem niezdrowej fascynacji. Styl o znamionach młodopolszczyzny chwilami wydaje się dziś wręcz komiczny. Często kipiące od epitetów zdania przypominają szczelnie zapakowane pudełka i niejednokrotnie trzeba się natrudzić, żeby spod tych warstw błyszczących papierów i bibułek wydobyć sens. Szczególnie irytujące było dla mnie wplatanie żargonu paranaukowego: "światło poziome i szklane, niechętne fenomenowi zaszłej tutaj pseudomorfozy"[6],  czy też "forma nigdy nie jest kongruentna z treścią"[7].

Oczywiście nie odmówię sobie przyjemności przytoczenia co celniejszych, szczególnie napuszonych i pretensjonalnych fragmentów, choć obawiam się, że raczej pogrzebią nadzieję na to, iż ktokolwiek po tę powieść sięgnie z nieprzymuszonej woli:
Raissa przymknęła powieki — niby w zasłuchaniu czy upojeniu — i oczy jej stały się teraz długie i czarne, jak dwie gondole, poza frędzlami zasłon tające w głębi posępne światło modrozielone lamp tajemniczych.[8]
Przerażenia, jak czarne perły różańca, przesuwały się z cichym chrobotaniem na taśmie pamięci.[9]
Nagłe błyśnięcie źrenic, jak modra klinga, wypadło z ciemnozłotej penumbry rzęs.[10]
A więc porzucić korab żywota?[11]
Obawiam się, że wielu czytelników rozwścieczonych tym koturnowym liryzmem, również poczuje chęć porzucenia korabu żywota, wzorem jednej z postaci, która to czyni na ostatniej stronie. Trudno uwierzyć, że ta sama autorka napisała ascetyczne "Medaliony", w których nie ma chyba ani jednego zbędnego słowa.

Powieść Nałkowskiej pełna jest metafor i niedopowiedzeń. Intrygujące wydało mi się to, że na pięćdziesiąt lat przed Sylvią Plath autorka wykorzystała symbol szklanego klosza:
Marusia była doskonale samotna, jakby izolowana hermetycznym kloszem szklanym. „Dlaczego ludzie chloroformują mimozę?" — pomyślała bez przyczyny. — „Może także pod hermetycznym kloszem szklanym?"... — usiłowała pochwycić nitkę asocjacji. „Gdyby oni wiedzieli" — trwożyła się, z trudem domykając powiek. — „Gdyby wiedzieli"...
Między nią i otaczającymi ludźmi leżała przepaść, chociaż nikt tego nie dostrzegał. Marusia zanurzona była w swym państwie ciemności i przerażenia.[12]
Wielkie pole do interpretacyjnych popisów daje tytuł książki, który budzi między innymi skojarzenia freudowskie, mitologiczne i religijne. Autorka sama rozwiązuje zagadkę. Chodzi o malowidła na powale pałacu w Forli z herbami dwóch włoskich rodów: są tam węże Sforzów i róże Riarów. "Węże i róże to godło pojednania, symbol przymierza, sojusz dwóch walczących od dawna władz człowieczego ducha: władzy myślenia i władzy czucia."[13] stwierdza autorka, ale wydaje się, że wybrane przez nią symbole niosą ze sobą o wiele więcej treści.

Nałkowską zawsze postrzegałam jako miłośniczkę wytwornych strojów i biżuterii. "Węże i róże" potwierdzają te przypuszczenia. Odniesień do tkanin, ubiorów, precjozów, a zwłaszcza kamieni szlachetnych jest mnóstwo. O tkaninach czytałam z rozkoszą. Jak miło pomarzyć sobie o "hafcie z bladych korali, zatajonym tiulem nieznacznej barwy, subtelnym jak westchnienie. O tiulu tym można było powiedzieć, że do pewnego stopnia tylko istnieje."[14], tudzież o "stroju domowym z miękkiego jedwabiu o barwie dojrzałych brzoskwiń — porysowanym w subtelne kwiaty i ptaki pracowitym haftem japońskim"[15].

Na pewno nie polecam "Węży i róż" wszystkim. To dość specyficzna przygoda czytelnicza, wymagająca wyrozumiałej cierpliwości, która owocuje. W tłumie językowych dziwadełek zdarzają się fragmenty urocze: "Powietrze osnuwała dyskretna woń melancholii, zapach idący od starodawnych, zwietrzałych flakonów, niejasny powiew wątpliwości, czy jest ważniejsze w rzeczach ziemi to, że są piękne, czy to, że przemijają"[16].

Odnoszę wrażenie, że moja sympatia do Nałkowskiej szybko nie zwietrzeje. W każdym razie już zaopatrzyłam się w dwie kolejne powieści.
______________
[1] Zofia Nałkowska, Węże i róże, Czytelnik, 1977, s. 40.
[2] Tamże, s. 64.
[3] Tamże, s. 62.
[4] Tamże, s. 45.
[5] Tamże, s. 64.
[6] Tamże, s. 5.
[7] Tamże, s. 162.
[8] Tamże, s. 17. 
[9] Tamże, s. 46.
[10] Tamże, s. 83. 
[11] Tamże, s. 191.
[12] Tamże, s. 129.
[13] Tamże, s. 213.
[14] Tamże, s. 20. 
[15] Tamże, s. 9.
[16] Tamże, s. 128.

Moja ocena: 4-

Zofia Nałkowska