9 września 2012

Internetowa Plaża Muszli - odcinek dwudziesty pierwszy

Frank Weston Benson, Eleanor Holding a Shell, 1902 r.
[Źródło zdjęcia]
Po wakacyjnej przerwie wracamy do tradycji przechadzek po Internetowej Plaży Muszli. Idzie jesień, trzeba rozprostować rozleniwione letnim słońcem kości. Zapraszam więc na kolejny, już dwudziesty pierwszy spacer i jak zwykle proszę o nieoddalanie się od grupy oraz niedrażnienie napotkanych morświnów.

Na początek zachęcam do obejrzenia niesamowitych dzieł sztuki wykonanych z książek przez holenderskich artystów. Tytuł projektu to Napisane portrety. Polecam też Waszej uwadze olśniewające rzeźby z książek Alexandra Korzera-Robinsona.
*
Nie wiedziałam, że inna nazwa popularnej i prozaicznie brzmiącej gipsówki po angielsku to "oddech niemowlęcia". Ślicznie! Ta skromna roślinka posłużyła do stworzenia cudnych liter. Ich autorką jest Keziah Chong. Bliską Wam osobę na pewno ucieszy jej imię wykonane z dowolnego kwiecia. Uprzejmie proszę o niewykorzystywanie w tym celu szarotek, tudzież innych roślin pod ochroną.
*
Słynny bibliobus Bookfy nie jest jedynym środkiem transportu używanym do przewozu książek. Oto ciekawy pojazd sfotografowany na greckiej wyspie Alonnissos. Taka przenośna księgarnia. 

[Źródło zdjęcia]
A tutaj wersja bardziej luksusowa z Hiszpanii:
[Źródło zdjęcia]
 *
Miłośników Ani z Zielonego Wzgórza zapewne zaskoczy nowa okładka wydawnictwa Penguin. Mnie zupełnie się nie podoba. Ania z obrazka nie wygląda na subtelną marzycielkę, ma w sobie coś neurotycznego i odpychającego.
*
Jestem ciekawa, jak Wam się podobają minimalistyczne plakaty reklamujące adaptacje filmowe książek o Harrym Potterze. Ich autorem jest Travis English.
Fanów książek J.K. Rowling o bardziej tradycyjnych gustach zainteresują zapewne te pierścionki.
 *
Poniżej ciekawa inspiracja dla czytelników-majsterkowiczów. Proponuję uważać, żeby między książki, z których powstanie lampka, nie zaplątała się Wasza ulubiona powieść, bo mogą być kłopoty z  wydłubaniem ukochanego woluminu.
[Źródło zdjęcia]
* 
Zdjęcie, które otrzymałam dzięki uprzejmości Ani (Czytanki Anki) wywołało we mnie natychmiastową potrzebę wydrążenia naszego fotela, tudzież innych mebli, w celu upchnięcia w nich książek. 
[Źródło zdjęcia]

 * 
Tutaj znajdziecie kolejną praktyczną metodę ukrywania nowo nabytych tomów tak, by zlewały się z otoczeniem i nie wywoływały gniewnych fuknięć ze strony rodziny, która kategorycznie domaga się odrobiny przestrzeni życiowej wśród piętrzących się stosów literatury.
* 
Również Ani zawdzięczam zdjęcie intrygującej półki na książki.
Osoby dziergające mogą wykonać serię mitenek i rękawiczek w rozmaitych kolorach.
*
Przyznawane przeze mnie co roku literackie Maliny mają konkurencję. Otóż powstała nagroda imienia Bulwer-Lyttona, którą otrzymują książki z najbardziej nieudanym początkiem. Ciekawe, czy ogary Żeromskiego by się załapały. Tutaj więcej szczegółów i informacje o tegorocznej laureatce.
*
Fashion from Literature to strona, której autorzy przedstawiają skomponowane przez siebie zestawy ubrań inspirowane różnymi postaciami literackimi. Poniższy gustowny komplet przeznaczyli dla kapitana Nemo z powieści Verne'a "Dwadzieścia tysięcy mil podwodnej żeglugi". Reakcja kapitana na prosiaczoróżowe spodnie mogłaby być gwałtowna niczym burza na oceanie.
[Źródło zdjęcia]
Oto lista książek, których bohaterowie zostali już ubrani przez Whitney, Dylana i Olivię.
*
Miłośników Sherlocka Holmesa zapewne ucieszy wiadomość, że nie muszą już dedukować, jak wyglądało mieszkanie słynnego detektywa. Oto rekonstrukcja wnętrz 221B Baker Street. 
*
Teraz coś dla kolekcjonerów oryginalnych zakładek. Ten wariant proponuję dla  fanów kryminałów. Natomiast ten dla miłośnikow kotów w stanie czystym i nie tylko.
*
Dziękuję za wspólną przechadzkę i życzę Wam udanego nowego tygodnia.

[Źródło]

8 września 2012

Czarujący epizodzik (Natasha Solomons, "Powieść w altówce")

Czarujący epizodzik
Wiedenka żydowskiego pochodzenia, lat 19, szuka posady poko­jówki. Mówię ciekle po angielsku. Narobię wam pasztetu. Elise Landau, Wiedeń 4, Dorotheegasse 30/5.[1] – wszystko zaczęło się od napisanego łamaną angielszczyzną ogłoszenia, opublikowanego w londyńskim Timesie. To dzięki niemu w 1938 roku Elise trafiła do Wielkiej Brytanii, a konkretnie do rezydencji Tyneford należącej do rodziny Riversów. Rozpieszczona, opływająca w dostatki dziewczyna opuszcza Wiedeń, „miasto muzyki i światła”[2] i rodzinę, by rozpocząć nowe życie w Wielkiej Brytanii. Wyjazd najprawdopodobniej uratował jej życie. Sytuacja w kraju staje się coraz bardziej niespokojna, a prześladowania wobec Żydów nasilają się z każdym dniem. 

Towarzyszymy Elise w pierwszych nieporadnych krokach w nowym kraju. Dziewczyna nie zna dobrze języka, nie ma najmniejszego doświadczenia w pracy fizycznej, którą musi wykonywać jako pokojówka. Zmaga się z tęsknotą za rodzicami i siostrą, a kiedy w pełni dociera do niej prawda o tym, co dzieje się naprawdę w Europie, codziennie zamartwia się o nich. Jest jeszcze powieść ukryta w altówce, ktora odegra w tej historii ważną rolę. Losy Elise śledziłam z silnymi emocjami. Autorce udało się wytworzyć więź między bohaterką a czytelnikiem, a w każdym razie ja czułam się tak, jakbym czytała o perypetiach kogoś bliskiego. 

Inspiracją do postaci Elise była cioteczna babka autorki, Gabi Landau, która zdołała uciec z Europy, przyjmując w latach trzydziestych posadę piastunki u angielskiej rodziny. Okazuje się, że wiele dziewcząt z zamożnych mieszczańskich domów wyemigrowało wtedy w ten sposób dzięki „wizom dla służby”. One przeżyły, ale dla ich rodzin los okazał się mniej łaskawy.

Pisząc o debiutanckiej powieści Natashy Solomons „Lista pana Rosenbluma” trochę na nią narzekałam, ale zainteresowała mnie do tego stopnia, że postanowiłam zaopatrzyć się w drugą książkę tej autorki w oryginale jeszcze wtedy, gdy nie było przekładu polskiego. Tymczasem spotkała mnie miła niespodzianka – na tegorocznych Targach Książki w Warszawie „Powieść w altówce” była w sprzedaży, więc błyskawicznie ją kupiłam. 

Ta książka również nie jest wolna od usterek. Nie zachwyciłam się wątkiem romantycznym, który według mnie został nadmiernie rozbudowany, zacieniając inne ciekawe tematy, jakie niosła ze sobą historia Elise. Między Kitem a główną bohaterką nie wyczuwałam tak zwanej chemii, w historii miłosnej przeszkadzały mi tony patetyczne rodem z wojennych melodramatów. W konstrukcji bohaterów pisarka aż nadto wyraźnie wzorowała się na „Jane Eyre”, która zresztą raz została napomknięta przez Elise. Czytając „Powieść w altówce” często wspominałam też „Okruchy dnia” Ishiguro.

Książka Solomons to gwarantowana duchowa fiesta dla miłośników literatury poświęconej angielskiej prowincji, jej zwyczajów, malowniczego krajobrazu, ze szczególnym uwzględnieniem rezydencji: Zapamiętamy dwór taki, jaki był kiedyś, dumny i pełen blasku, z rozświetlonymi oknami i lampionami migoczącymi na murawie. We wspomnieniach na zawsze już pozostanie wspaniałą angielską wiejską rezydencją, czekającą na gości: chrzęst opon na podjeździe, trzask otwiera­nych przez szoferów drzwiczek, lekki krok dam wkraczających na stopnie w powiewie futer.[3] Mimo obyczajowych atrakcji doskwierała mi papierowość niektórych postaci i schematyczność pomysłów fabularnych.

Z powodu uproszczeń i klisz powieść Natashy Solomons zapewne nie zostanie wpisana złotymi zgłoskami w księgę historii angielskiej literatury. To raczej czytelniczy czarujący epizodzik, co świtem znika i nie rani serc, w dodatku niczego nie narusza i nie zmienia, ale w czasie lektury dostarcza autentycznych wzruszeń i trudno się od niego oderwać. Mojego serca trwale nie zranił, ale chwilami wprowadzał je w stan tkliwego rozdygotania.
_____________
[1] Natasha Solomons, Powieść w altówce, tłum. Aleksandra Górska, Rebis, 2012, s. 13.
[2] Tamże, s. 57.
[3] Tamże, s. 423.

Moja ocena: 4+
Natasha Solomons.

6 września 2012

Droga do serca Ameryki (Dorota Warakomska, „Droga 66”)


Droga do serca Ameryki
Jeśli rozwieszając pranie lub jadąc do pracy zatłoczonym tramwajem o brzasku, poczujecie nagłą potrzebę życiowych zmian i wyruszenia w spontaniczną podróż, pamiętajcie, że szlak łączący północny wschód z południowym zachodem Stanów Zjednoczonych jest wariantem godnym rozważenia. „Droga 66” Doroty Warakomskiej to reportaż z tej właśnie trasy. 

Autorka przejechała ponad dwadzieścia tysięcy kilometrów, a jej podróż trwała prawie pół roku. Przemierzając Route 66 zwracała baczną uwagę na ludzi, natomiast atrakcje turystyczne i krajobrazy odgrywały pośledniejszą rolę. Najbardziej fascynował ją fenomen Drogi 66. Oficjalne otwarcie Drogi-Matki, jak nazwał ją John Steinbeck w „Gronach gniewu”, nastąpiło 11 listopada 1926 roku i od tamtej pory amerykański szlak stanowi źródło natchnienia nie tylko dla fotografów, pisarzy, reżyserów i muzyków, ale również dla zwykłych ludzi, którzy dzięki niemu poznają smak wolności i podróżują również wgłąb siebie. Droga 66 nie jest zwyczajnym szlakiem. Stała się ważnym elementem kultury Stanów Zjednoczonych, a dla wielu osób wręcz podstawą życiowej filozofii. To trasa, która „łączy, cieszy, na której każdy znajdzie to, czego szuka. To Droga do serca Ameryki”[1]. A o stopniu oczarowania autorki świadczy decyzja, o której jest mowa w ostatnim zdaniu książki.

Dla Doroty Warakomskiej najważniejsze są rozmowy. Nawiązuje kontakt z osobami spotkanymi przypadkiem, ludźmi poleconymi przez znajomych oraz użytkownikami serwisu CouchSurfing. Choć podróżujący Drogą 66 pochodzą z bardzo różnych środowisk, wiele ich łączy. Dominują życiowi rozbitkowie, ludzie po przejściach, którzy któregoś dnia zostawili wszystko, zatrzasnęli za sobą drzwi i wyruszyli w podróż, żeby spełnić swoje marzenia. Stanley Marsh stwierdza: „Chcę żyć jak motyl, a nie pociąg jadący po szynach”[2]. Droga-Matka stała się ich sposobem na życie, zastępowała rodzinę, dawała pracę, pozwalała nawiązywać przyjaźnie. 

Reporterka była samotnie podróżującą kobietą z odległego kraju i to na pewno kruszyło lody, prowokowało do zwierzeń na bardzo osobiste tematy. Może rozmówcom pomagała świadomość, że prawdopodobnie już nigdy w życiu nie spotkają dociekliwej Polki. Jeśli do tego dodamy życzliwą ciekawość reporterki, jej otwartość, świetną znajomość języka i amerykańskich realiów, nie dziwi łatwość, z jaką zdobywała zaufanie rozmówców.

U autorów reportaży z podróży zwykle drażni mnie hojne raczenie czytelnika swoją osobą i życiem wewnętrznym.  U Doroty Warakomskiej jest zupełnie inaczej. Możemy się tylko domyślać, że przed wyprawą wydarzyło się coś istotnego: „Gdy w moim życiu nadszedł moment, w którym nie mogłam znaleźć odpowiedzi na ważne pytania, nie wahałam się – ruszyłam w podróż”.[3]  W książce  o tej wyprawie nie znajdziemy wyrażanych wprost emocji, autorka bazuje na faktach. Coś za coś - ton opowieści chwilami robi wrażenie chłodnego i bezbarwnego, zwłaszcza na początku książki. Tym razem trochę mi brakowało bardziej osobistych tonów.

Miałam jeszcze jeden problem z „Drogą 66”. Nie z winy autorki, która dołożyła wszelkich starań, żeby lektura była atrakcyjna. Okazałam się dość odporna na magię Route 66. Nadawanie podróży Drogą rangi mistycznego rytuału do mnie nie przemówiło. Entuzjazm rozmówców mnie nie porwał, a niektóre wypowiedzi wręcz drażniły, jak na przykład opinia Andree Pruett „To już nie jest tylko amerykańska szosa. Jest główną ulicą świata!”[4] Bez przesady.

Bardzo zainteresowały mnie liczne tropy filmowe i literackie (głównie twórczość Kerouaca i Steinbecka). Miłym odkryciem było dla mnie to, że pierwowzorem bohaterów „Aut”, ukochanego filmu siostrzeńca męża, były autentyczne postacie związane z Drogą 66, które w większości nadal można tam spotkać.

Zaciekawił mnie też wątek wolontariuszy-emerytów, którzy bezpłatnie oprowadzają po amerykańskich miastach i angażują się w życie lokalnej społeczności. Warto byłoby ten pomysł wykorzystać w Polsce. Wiele starszych pań zamiast z nudów inwigilować sąsiadów, spędzałoby kilka godzin tygodniowo z pożytkiem dla siebie i innych.

Podobało mi się również to, że koncentrując uwagę czytelnika na Route 66, Dorota Warakomska przekazała sporo ciekawych informacji o historii i współczesności Stanów Zjednoczonych: „Droga 66 jest naturalnym przekrojem przez społeczeństwo amerykańskie, pokazuje zmiany, jakie zaszły w tym kraju. Jest symbolem nieuchronnego upływu czasu i wkraczania nowoczesności. Jest jak lustro, w którym przegląda się Ameryka”.[5]
___________
[1]
Dorota Warakomska, „Droga 66”, WAB, 2012, s. 8.
[2] Tamże, s. 212.
[3]
Tamże, s. 7-8.
[4] Tamże, s. 375
[5] Tamże, s. 12.

Moja ocena: 4+ 
Dorota Warakomska
[Źródło zdjęcia]