7 lutego 2011

Hilary Mantel, "W komnatach Wolf Hall "


 Człowiek człowiekowi wilkiem

Wydaje mi się, że wilki wyginęły, kiedy wycięto większość puszczy. 
To wycie, które słyszysz, to tylko londyńczycy.[1]

Nie pamiętam już, kiedy książka zmęczyła mnie tak okrutnie jak powieść Hilary Mantel. "W komnatach Wolf Hall" to istny wampir energetyczny.  Mimo wszystko heroicznie wytrwałam do końca.

Deszcz nagród, jakie spłynęły na tę pozycję - a są to wyróżnienia bardzo prestiżowe (Booker 2009, National Book Critics Circle Awards, Walter Scott Prize) - i jej triumfalny pochód przez blogi angielskojęzyczne to ważne przesłanie dla wydawców i pisarzy marzących o zaszczytach i popularności: otóż czytelnicy wciąż są spragnieni ciekawych opowieści o ludziach trawionych namiętnościami. Przypuszczam, że jurorzy chcieli też docenić wkład pracy autorki - napisanie tej powieści poprzedziło zapewne wiele miesięcy spędzonych w bibliotekach.

Moje wrażenia z lektury "W komnatach Wolf Hall" można przedstawić w formie sinusoidy. Zdarzały się chwile kryzysu, kiedy byłam bliska rzucenia książki w kąt, i momenty znużenia, połączone z drzemką, do czego przyznaję się pałając rumieńcem wstydu. Były też fragmenty świetne, dla których warto przeżyć tę drogę przez czytelniczą mękę. Zmagania z powieścią Mantel przypominają wędrówkę górską. Mozolnie posuwamy się do przodu, walcząc ze zmęczeniem. Nagle zachłystujemy się pięknem tego, co widzimy, w jednej chwili zapominamy o trudach wspinaczki i podążamy dalej.

Zdziwiło mnie to, że autorka wybrała okres w historii Anglii, który był tak często wykorzystywany w dziełach beletrystycznych i filmowych (przykłady z ostatnich lat to brytyjski serial o Tudorach i powieści Philippy Gregory oraz ich adaptacje), że wywołuje znużenie. Wprawdzie u Mantel światło reflektorów pada głównie na postać mniej znaną, ale mimo wszystko odnosimy wrażenie, że spotykamy się ze starymi znajomymi. Zaskakuje właściwie tylko portret Anny Boleyn, która zwykle przedstawiana jest jako uciśniona niewinność i ofiara sprośnego monarchy. Natomiast w "Komnatach Wolf Hall" niemile rozczarowuje nas swoim chłodem, umiejętnością manipulowania ludźmi, chorobliwą zazdrością i przebiegłością.

Przez karty powieści przewijają się dziesiątki postaci. Wprawdzie na początku książki umieszczono ich spis, który ma czytelnikowi ułatwić orientację, ale mimo to ogarnięcie tego tłumu bywa kłopotliwe. Identyfikacji osób nie ułatwia fakt, że niektóre imiona (na przykład Maria, Henryk, Tomasz) często się powtarzają.

Tomasz Cromwell jest postacią najciekawszą. Wywodzący się z nizin społecznych  człowiek, który doprowadził do perfekcji umiejętność miękkiego lądowania nawet w najgorszych okolicznościach. Dzięki sprytowi robi świetlaną karierę. Droga jego życia prowadzi z rynsztoku w Putney poprzez Hampton Court wprost do prywatnych komnat dworu królewskiego.

Żadna z postaci nie wywołała we mnie większej sympatii. Nawet w bohaterach, których losy budzą współczucie, jest coś odpychającego. Bije od nich lodowaty chłód, są przebiegli i wyrachowani. Jedyna sfera życia, która wymyka się im spod kontroli, to seks. Zastanawiam się, czy na dworze nie było ani jednej szczerej, życzliwej osoby? Domyślam się, że Mantel chciała pokazać otoczenie króla jako stado bezwzględnych egoistów i karierowiczów, ale we mnie wszelkie uogólnienia zawsze budzą wątpliwości.

Przypuszczam, że miłośnik wartkiej, trzymającej w napięciu akcji, z irytacją przerwie lekturę "W komnatach Wolf Hall" po kilkunastu stronach. Bardzo mylący jest dramatyczny i gwałtowny początek. W powieści dominują bowiem "gadające głowy", w tym koronowane. Rozmów jest mnóstwo. Powieść Hilary Mantel jest książką klaustrofobiczną. Większość scen (czytaj: rozmów) rozgrywa się w pomieszczeniach zamkniętych.

Książka przypomina sztukę teatralną lub scenariusz filmu. Otwiera ją spis bohaterów z rozbiciem na sceny. Narracja jest oszczędna, prowadzona w czasie teraźniejszym, niczym didaskalia. Choć nieustanne rozmowy czasami drażnią, to w naszych czasach, gdy często porozumiewamy się z najbliższymi za pomocą karteczek na lodówce, trochę zazdrościmy Anglikom z epoki Tudorów ciągłej, niespiesznej wymiany myśli.

Odebrałam "W komnatach Wolf Hall" jako dzieło przytłaczające, pozbawione polotu i wdzięku. Odchudzanie przydałoby się nie tylko sfrustrowanej Katarzynie Aragońskiej (nawiasem mówiąc wnuczce Izabeli Katolickiej, a córce Joanny Szalonej), ale również samej powieści. Czy potrzeba aż 656 stron, aby uświadomić czytelnikom, że świat polityki i władzy opiera się na fałszu?

Blogowi recenzenci anglojęzyczni często mieli za złe autorce używanie enigmatycznej formy "on". Przez chwilę nie wiadomo, o kogo chodzi, a zwłaszcza na początku nowego akapitu. Zwykle w takich sytuacjach pisarka miała na myśli Cromwella. Sądzę, że jest to zabieg celowy. Tomasz Cromwell to "everyman", każdy. Bo tak naprawdę na historię mają wpływ nie osoby, których imiona tłustym drukiem są wyróżniane w podręcznikach, a zwykli ludzie i ślepy los. "Co tam koronacje, konklawe i celebra. Świat zmienia się wskutek ruchu pionka na szachownicy, muśnięcia pióra przeformułowującego ostatnie zdanie i zmieniającego siłę jego wymowy, kobiecego westchnienia, ulotnej woni kwiatu pomarańczy lub wody różanej, niewieściej dłoni zaciągającej draperie łożnicy, cichego szelestu stykających się ciał."[2]

Ważną rolę w powieści odgrywają wilki. Kojarzą się z niebezpieczeństwem, wrogością, agresją. Obraz "wilka w owczej skórze" pasuje do bohaterów powieści Mantel, którzy często maskują prawdziwe intencje i uczucia, są hipokrytami. Kardynał Wolsey przestrzega: "Zawsze próbuj(...)dowiedzieć się, co ktoś nosi pod wierzchnim odzieniem, gdyż nigdy nie jest to tylko skóra."[3] Wilki symbolizują też rozwiązłość i uleganie instynktom. Lupanar, wilcza nora, to przecież synonim domu publicznego.[4]

Przywoływany kilkakrotnie Wolf Hall - siedziba rodu Seymourów - w oczach współczesnych jest siedliskiem rozpusty. Co ciekawe, cierpkie uwagi na jego temat wygłasza Anna Boleyn, która nie do końca stanowi wzór cnót niewieścich: "Boccaccio mógłby się wiele nauczyć od tych grzeszników z Wolf Hall."[5] "Oni tam, w Wolf Hall, nie mają pojęcia co to powściągliwość.[6]

Dość często pojawiają się też w powieści psy. Rodzina Cromwella zawsze ma czworonożnego pupila o dziedzicznym imieniu Bella. Wolsey porównuje Tomasza do psa bojowego. W owych czasach pies symbolizował wierność, co, biorąc pod uwagę upadek obyczajów na dworze królewskim, odczytać można w sposób ironiczny.

Nie zauważyłam, żeby książka Mantel zrobiła zawrotną karierę w naszym kraju. Przypuszczam, że polską wersję tytułu wymyśliła osoba, która nie przeczytała książki. "W komnatach Wolf Hall" wyraźnie sugeruje miejsce akcji, podczas gdy wzmiankowana rezydencja pojawia się zaledwie kilka razy i nie przenosimy się do niej nigdy. Uważam, że "Wolf Hall" brzmi znacznie lepiej i bardziej metaforycznie.

Podziwiam ogrom pracy tłumaczki. Przekład powstał błyskawicznie. Jedyny mankament to imiona, które tłumaczone są niekonsekwentnie. Część poznajemy w wersji polskiej, część w angielskiej. Z Jane Seymour zrobiono Joannę (jeśli już upierać się przy tłumaczeniu, bliższa prawdy byłaby chyba Janina).

Książka wydana jest starannie i efektownie (twarda oprawa, obwoluta, złocenia). Mam jednak zastrzeżenia do okładki: moim zdaniem wprowadza w błąd. Graficzna stylistyka i sfotografowane rekwizyty sugerują, że będziemy mieć do czynienia z opowieścią sensacyjną. Na pewno gwarantuje to powieści większą poczytność, ale mija się z prawdą. Szkoda też, że nie zatroszczono się o przypisy. Osoba nie znająca języka angielskiego nie zrozumie na przykład gry słów na stronie 270 (Mody/Muddy).

Tradycyjnie polowałam na polonica: autorka wspomina o samotnych handlarzach futer z Polski, którzy chcieli sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie mówi w ich języku. Tomasz Cromwell nie ma najlepszego zdania o naszej mowie ojczystej: "To gorszy język od walijskiego."[7] Mimo to postanawia się go uczyć.

Sándor Márai pisze w "Księdze ziół": "Książka potrafi być również wrogiem; trzeba stoczyć z nią pojedynek do samego końca."[8] Zastanawiam się, czy w przypadku powieści Hilary Mantel nie należało jednak wywiesić białej flagi kilkaset stron przed zakończeniem.

---
[1] Hilary Mantel, "W komnatach Wolf Hall", tłum. Urszula Gardner, Wydawnictwo Sonia Draga, 2010, s. 506.
[2] Tamże, s. 615.
[3] Tamże, s. 115.
[4] J.C. Cooper, "Zwierzęta symboliczne i mityczne", tłum. Anna Kozłowska-Ryś i Leszek Ryś, Dom Wydawniczy Rebis, 1998, s. 294-296.
[5] Hilary Mantel, op. cit., s. 308.
[6] Tamże, s. 449.
[7] Tamże, s. 118.
[8] Sándor Márai, "Księga ziół", tłum. Feliks Netz, Czytelnik, 2006, s. 85.

P.S.
Hilary Mantel pracuje właśnie nad drugą częścią powieści, która będzie zatytułowana The Mirror and the Light.

Moja ocena: 4

5 lutego 2011

Internetowa Plaża Muszli - odcinek dziewiąty

27 stycznia ogłoszono długą listę książek nominowanych do nagrody za najlepszy przekład na język angioelski, 2011 Best Translated Book Awards.
Radością napawa obecność książki Jerzego Pilcha.
Ogromnie ucieszył mnie też "The True Deceiver" Tove Jansson.
Krótką listę finalistów poznamy 24 marca.
Bardzo zdziwiła mnie informacja, że książki tłumaczone z innych języków stanowią trzy procent liczby pozycji wydawanych w Stanach Zjednoczonych, a  w przypadku beletrystyki i poezji liczba ta wynosi 0.7%. Potwierdzają to moje obserwacje poczynione w czasie lektury blogów anglojęzycznych. Raczej do rzadkości należą recenzje książek autorów zagranicznych.
Na książkę polską dotychczas natknęłam się raz. W dodatku autor bloga przeczytał ją w języku hiszpańskim.
Cóż, Amerykanie nie gęsi, swoich pisarzy mają. :)
Zastanawiają mnie przyczyny tego zjawiska. Na pewno przekład łączy się z dodatkowymi kosztami, ale nie stanowią one chyba problemu dla wydawniczych tuzów. Przypuszczam też, że w Stanach Zjednoczonych nie ma kłopotów ze znalezieniem tłumaczy z najbardziej egzotycznych języków.
Może to kwestia preferencji samych czytelników?
Odnoszę wrażenie, że u nas te proporcje wyglądają odwrotnie. Jesteśmy chyba bardziej otwarci na literacki świat.
*
Kolejna propozycja dla moli książkowych, którzy znudzeni są stertami książek na podłodze. Oto oryginalny regał na Wasze zbiory.
W naszym przypadku wskazane byłoby drzewko zdecydowanie solidniejszej postury, może baobab?
*
A skoro mówimy o awangardowych meblach do przechowywania księgozbioru, zerknijcie 
tu
tu 
i jeszcze tu
Szczególnie ekscytująca jest wersja trumienna. :)
*
Zachęcona przykładem Pemberley zajrzałam do statystyk mojego bloga, aby przekonać się, co sprowadza czytelników Lektur Lirael, którzy trafiają tu za sprawą wyszukiwarki.
Oto najciekawsze zapytania -  słowa kluczowe (pisownia oryginalna) wpisywane przez nich w Google:
  • założyc księgarnię
  • w jakim mieście leży latarnia o której jest mowa w lekturze
  • anna gavalda opel
  • arond chłopiec ze skandynawi - lektura
  • eugenia balzac
  • a.a milne imie dla chomika
Mam poważne obawy, czy te osoby znajdą w Lekturach Lirael odpowiedzi na nurtujące je pytania. Z góry przepraszam za ewentualne rozczarowania i frustracje.
Szkoda, że te wyszukiwania sa całkowicie anonimowe, bo ufundowałabym specjalną nagrodę za a.a milne imie dla chomika.
* 
Okazuje się, że nie tylko polskie biblioteki publiczne borykają się z kłopotami finansowymi. W Wielkiej Brytanii zawisło nad nimi widmo likwidacji. Na dziś, 5 lutego, zaplanowano Save our libraries day of action.
Jest to element społecznej kampanii, której cel to ocalenie zagrożonych bibliotek. Podobne zadanie mają spełnić zabawne plakaty. Wywołują uśmiech, ale wiele z nich ma charakter militarny, co podkreśla dramatyzm sytuacji.

Trzymam kciuki, żeby akcja się powiodła.

3 lutego 2011

Jon Katz, "A Dog Year" ("Psi rok")



 Dla swego psa każdy jest Napoleonem. 
To powód nieustającej popularności psów. 
Aldous Huxley

W języku polskim przymiotnik "psi" nie wywołuje szczególnie miłych skojarzeń. Psi los, psi obowiązek, psie pieniądze... Czy można spodziewać się czegoś dobrego po "Psim roku"?

Do przeczytania "A Dog Year" skłoniła mnie niezawodna Sygryda swoją wzmianką o adaptacji filmowej. Byłoby świetnie, gdyby każdy, kto rozważa powiększenie swojej rodziny o czworonoga, zapoznał się z tą pozycją. Uważam, że hodowcy psów rasy border collie powinni zalecać lekturę książki Katza potencjalnym nabywcom szczeniaczków, a następnie ich z niej przeegzaminować.

Zacznijmy od początku. Jon Katz, pisarz i dziennikarz, prowadzi życie sielankowe. Mieszka w malowniczej okolicy Nowego Jorku wraz z żoną, Paulą, i dwoma zdyscyplinowanymi labradorami, Juliusem i Stanleyem, które wywołują ogólną sensację swoim przemiłym charakterem, łagodnością i posłuszeństwem. Życie płynie leniwie i rozkosznie według ustalonych reguł.

Idealną harmonię zakłóca tornado o imieniu Devon. Jest dwuletnim psem rasy border collie, najbardziej neurotycznym psem, z jakim prawdopodobnie mieliście kiedykolwiek do czynienia. Już spektakularna gonitwa na lotnisku w czasie pierwszego spotkania z nowym właścicielem stanowiła zapowiedź tarapatów.

Jon postanowił adoptować Devona, o którym dowiedział się od hodowczyni. Ma do czynienia z psem po przejściach, najprawdopodobniej ofiarą przemocy fizycznej ze strony poprzedniego właściciela. Po latach uporządkowanej idylli w domu Jona następuje era chaosu, bo okiełznanie żywiołowego temperamentu bordera to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, jeśli to jest border z zaawansowanym ADHD i inteligencją z piekła rodem. Książka poświęcona jest perypetiom autora, który za wszelką cenę usiłuje ucywilizować hiperaktywnego neurotyka na czterech łapach. Po pewnym czasie do stadka dołączy pewien wyjątkowy szczeniaczek o imieniu Homer. Oczywiście też border collie.

Jestem pod wrażeniem dobroci, jaką autor okazał Devonowi, zdecydowanie nie podoba mi się natomiast droga, jaką czasami wybierał , by okiełznać temperament  swojego bordera. Są to metody oparte na teorii dominacji Johna Fishera, który nawiasem mówiąc pod koniec życia sam uznał ją za błędną. Zżymałam się w momentach, gdy Katz wrzeszczał na psa, dawał mu klapsy, rzucał w niego łańcuszkami. Na szczęście pod koniec książki w charakterze ciekawej nowości pojawiła się informacja o szkoleniu pozytywnym, tak więc mam nadzieję, że autor teraz wybiera bardziej pracochłonną, ale przynoszącą znacznie lepsze rezultaty metodę.

Historia cywilizowania Devona dowodzi, że cierpliwość, konsekwencja, a przede wszystkim serce potrafią zamienić histeryczny kłębek nerwów w niezawodnego przyjaciela na śmierć i życie. Jon Katz zdecydowanie zalicza się do tych, którzy biorą pełną odpowiedzialność za to, co oswoili. "Psi rok" porusza też bolesny temat ostatecznego rozstania z naszymi czworonożnymi przyjaciółmi. Być może pamiętacie, że dla nas od maja to problematyka bardzo aktualna. 

Na okładce "Psiego roku" znajduje się informacja, że Katz zainspirował powstanie książki "Marley i ja". Johna Grogana. Obydwie pozycje weszły do żelaznego kanonu kynologicznych lektur. Silnie działają na emocje czytelnika, prowokując i do głośnego śmiechu, i do rzęsistych łez. Pod względem literackim książka Katza wydała mi się trochę mniej udana, aczkolwiek ton jego opowieści jest bardziej szczery i naturalny.

"A Dog's Year" nie dotyka tylko sfery uczuć. Prowokuje też do poszukiwania odpowiedzi na kilka pytań. Czy mamy prawo narzucać swoją pasję bliskiej osobie? Żona Katza niejednokrotnie daje do zrozumienia, że kynologia nie stanowi treści jej życia. Uratowanie psa po traumie jest wspaniałym gestem. Co ze zwierzętami, które są już naszymi domownikami? Odnosiłam wrażenie, że to, co zdarzyło się z Juliusem i Stanleyem, mogło mieć związek ze zmianami wywołanymi wytargnięciem w ich życie Devona. Kiedy nadchodzi właściwy moment, by podjąć decyzję o uśpieniu psa? Co jest wtedy ważniejsze, nasze emocje czy dobro i godność czworonożnego przyjaciela?

Jeśli kochacie psy, ta ciepła i wzruszająca historia umocni was w tym uczuciu. Jeśli ich nie znosicie, może kilka godzin w towarzystwie szalonego Devona, Homera, Stanleya, Juliusa i ich przyjaciół sprawi, że spojrzycie na nie łaskawszym okiem. Mam nadzieję, że Wasz psi rok będzie trwał znacznie dłużej niż dwanaście miesięcy.

P.S.
Książkę przeczytałam w oryginalnej wersji językowej.

Moja ocena: 4
 
 
Okładka polskiego wydania

Jon Katz i jego Bedlam Farm