29 maja 2013

Julek karmiony wierszami (Agnieszka Frączek, "Rany Julek!")

Julek karmiony wierszami
Obchody roku Juliana Tuwima, przebiegają u nas skromnie, by nie powiedzieć rachitycznie. Niedawno pisała o tym Ania. Na szczęście dwa łódzkie wydawnictwa wpadły na świetny pomysł, by postać poety przybliżyć najmłodszym czytelnikom. W kwietniu pojawiła się książka Agnieszki Frączek "Rany Julek! O tym, jak Julian Tuwim został poetą", opublikowana przez Literaturę, natomiast Akapit-Press właśnie wydał "Mojego brata czarodzieja" Anny Czerwińskiej-Rydel. Obydwie biografie kupiłam z myślą o moich bratankach i postanowiłam je chyłkiem przeczytać, zanim trafią do prawowitych właścicieli.

Na pierwszy ogień poszła książka Agnieszki Frączek, która zresztą ma pożar na okładce. Już na wstępie obwieszczam, że wywołała we mnie płomienny zachwyt, a we wszechobecnych w blogosferze peanach na temat twórczości tej pisarki nie ma ani krzty przesady.

Brawurowo opowiedziana gawęda zaczyna się w momencie narodzin Julka, który wita świat donośnym "ła, ła, ła!". Rozstajemy się z nim w chwili, gdy jest już poetą i za na namową Mariana Falskiego postanawia pisać również wiersze dla dzieci. Jednak uwaga autorki koncentruje się przede wszystkim na dzieciństwie Tuwima. 

Agnieszka Frączek z dużym wyczuciem skupiła się na tematach, które mogą zainteresować rówieśników Julka: dlaczego uciekł z domu, czym się pasjonował, jakie miał zwierzątka, co kolekcjonował, jak się uczył i jak spędzał wakacje. To wszystko na tle Łodzi, której obraz jest bardzo konkretny: padają nazwy ulic i parku, a również uwaga o tym, że było to miasto wielu kultur, języków i narodowości, "a różnice jakoś nikomu nie przeszkadzały"[1]. 

Oprócz dominujących wątków biograficznych, podanych w atrakcyjnej, błyskotliwej i lekkiej formie, czytelnika czekają jeszcze inne niespodzianki. Po pierwsze rewelacyjne rymowane przypisy, oznaczone charakterystyczną rączką. Czasem uczą, wyjaśniając trudniejsze zwroty:

...ale najczęściej po prostu wywołują uśmiech żartem subtelnym:
 ... lub bardziej dosadnym:
No i te śmieszne, urokliwe obrazki! Ilustratorka, Joanna Rusinek, doskonale dostroiła się do poczucia humoru autorki oraz klimatu opisywanej epoki.
Kolejna atrakcja to umiejętnie wplecione w tekst opowieści o Julku wiersze Agnieszki Frączek. Również takie, które nawiązują do znanych utworów Tuwima. W pierwszej chwili podeszłam do tego pomysłu sceptycznie. Wydawało mi się, że trzeba być kamikadze, żeby stawać w poetyckie szranki z Julianem Tuwimem. Jednak wkrótce zmieniłam zdanie.

Rozpoczynając lekturę "Rany Julek!", czytelnik zostaje zaproszony do zabawy: należy odgadnąć tytuły wierszy Tuwima dla dzieci, które zainspirowały autorkę. Zapewniam, że tropienie pastiszy dostarczy radości nie tylko małym czytelnikom, ale i ich rodzicom. W razie kłopotów rozwiązanie zagadki znajdziecie na stronie 78. W ramach rozgrzewki:
Pewien ptak
ćwierknął do mnie raz, o tak:
- Ćwirli, tirli, tiju-fit, 
gdy ja śpiewam, to ty cyt!
- Niby czemu? - pytam go, 
a on na to: - Pijo, lo!
- Też mi powód! - mówię mu, 
a on do mnie: - Pli, plę, plu!
- To już granda! To już szczyt! 
złoszczę się, a on mi: - Trit! 
Krzyczę więc: - No niezły cyrk! 
A on zaraz: - Ćwirli, ćwirk!

Język mi się w nerwach plącze, 
coś zaczynam, lecz nie kończę 
i choć nie chcę, ćwierkam: - Ćwir!
A on na to krótko: - Świr.[2]
Kontrowersyjny "Murzynek Bambo", o którym bardzo ciekawie tu i tu pisał Marlow, został pominięty.

I jeszcze tylko króciutki fragment innego utworu, już nie zagadkowy, który dedykuję wszystkim paniom i panom domu:
Porządek? Wiadomo, rzecz miła. 
Lecz jeśli garść kłaczków się skryła 
gdzieś w którymś z domowych stu kątków, 
to wtedy ten dom jest W PORZĄDKU. [3]
Konkretna wiedza o życiu i twórczości Juliana Tuwima nie jest jedyną korzyścią z lektury tej książki. Znacznie ważniejsze jest to, że Agnieszka Frączek zachęca dzieci do swobodnej zabawy słowami i na własnym przykładzie pokazuje, ile można z tego czerpać radości. Autorka inspiruje i namawia do sięgnięcia po poezję Tuwima, więc warto od razu zaopatrzyć się w jego wiersze dla dzieci. 

Ogromnie podoba mi się to, że pisarka podchodzi do swoich odbiorców bardzo poważnie i zaprasza ich do intelektualnej zabawy, dostosowanej do ich wieku. Zero protekcjonalnego ciumkania czy mizdrzenia się. Nie wiem, czy wszystkie dzieci zrozumieją ideę poetyckiego pastiszu i dostrzegą analogie i niuanse, ale nawet jeśli nie, to na pewno docenią urok zabawnych wierszy autorki i jej poczucie humoru. Bardziej dociekliwi czytelnicy będą mogli dokonać porównań wersji Tuwima i Frączek, a może nawet spróbować własnych sił w sztuce rymotwórczej.

Pojawił się tylko jeden problem, który ma na imię Irenka. Rola siostry Tuwima w tej historii wygląda mniej więcej tak jak na ilustracji:
Wiem, że moje pretensje są całkowicie bezzasadne i irracjonalne, bo już tytuł wyraźnie zapowiada, o kim jest ta opowieść, a wiek czytelników narzuca książce ograniczenia objętościowe, ale liczyłam na to, że Irenka będzie bardziej obecna. Szkoda też, że zabrakło nawet jednozdaniowej wzmianki lub przypisu o tym, kim później stała się siostra Julka. Dzieci, które przeczytają książkę Agnieszki Frączek, będą już po lekturze opowieści o Kubusiu Puchatku i byłoby miło skojarzyć przekład z zapatrzoną w brata dziewczynką.

Zaskoczyło mnie również małe przeoczenie: jedyne źródło, jakie podaje Agnieszka Frączek, to wspomnienia i wiersze Tuwima, tymczasem fragment o rozpaczy Irenki po wyjeździe Julka świadczy o tym, że autorka korzystała również z niesłusznie zapomnianych "Łódzkich pór roku" Ireny Tuwim. Warto byłoby uzupełnić przypis bibliograficzny na stronie 5 o tę książkę. A skoro już zaczęłam marudzić, zdumiał mnie też język peruwiański na stronie 64.

Wkrótce przeczytam "Mojego brata czarodzieja" Anny Czerwińskiej-Rydel. Wnioskując z liczby stron i dotychczasowego dorobku autorki, zapowiada się opowieść bardziej epicka i przeznaczona dla starszych dzieci. Mam dobre przeczucia, choć nie da się ukryć: książka "Rany Julek!" wywindowała literacką poprzeczkę na nieboskłon tak wysoko...
... że choćby przyszło tysiąc poetek
Z dowcipem ostrym jak sto żyletek,
Stylem uroczym jak słodki pączek,
Nie dorównają Agnieszce Frączek.*

* Wiem, grafomanka ze mnie nie lada.
Proszę, wybaczcie, że wierszem gadam. :)

______________
[1] Agnieszka Frączek, "Rany Julek! O tym, jak Julian Tuwim został poetą", Wydawnictwo Literatura, 2013, s. 17.
[2] Tamże, s. 30.
[3] Tamże, s. 26.

Moja ocena: 5

Agnieszka Frączek. [Źródło zdjęcia]

P.S.
Z góry przepraszam za kilkudniowe milczenie, ale wyjeżdżamy do leśno-polnej roztoczańskiej głuszy. Wracamy w niedzielę. Życzę Wam pięknego długiego weekendu.

27 maja 2013

Czego się Jaś nauczył (Jan Żabiński, „Co to było za dziecko...”)

Czego się Jaś się nauczył
Co to było za dziecko? Przede wszystkim bystre. Obdarzone fantazją. Dowcipne. Obowiązkowe. Dociekliwe. Czasami trochę niegrzeczne. Ale skoro chodziło się z Antosiem Słonimskim do klasy… 

Taki właśnie był mały Jaś. Po wielu latach napisał książkę o sobie z tamtych lat. Składa się na nią siedem zabawnych szkiców, które autor nazywa nowelkami. Żabiński zdobył moją sympatię między innymi tym, że dość krytycznie podchodzi do swoich umiejętności literackich. W jednej z humoresek wyznaje, że operowanie słowami w sposób piękny i ozdobny przekracza jego możliwości. Natomiast za najmocniejsze strony swojej prozy uważa zwięzłość i konkretność. Trudno mu nie przyznać racji. Najbardziej „literackie” opowiadanie w zbiorze („Sny”) moim zdaniem jest najsłabsze, a najprzyjemniej czyta się historie oparte na faktach i pełne obyczajowych smaczków, na przykład „Jak zostałem przyrodnikiem i pisarzem” i „Nigdy nie zarzekaj się, że nigdy”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla młodych czytelników, o czym świadczy chociażby skrupulatne wyjaśnienie, co to jest sklep monopolowy.

Autor podkreśla, że chciał skoncentrować się na faktach i uniknąć ocen swojego postępowania czy osoby, bo w takich wypowiedziach na własny temat zwykle kryje się fałsz i kokieteria, a wartościowanie powinno należeć do czytelnika. Dzięki poczuciu humoru Żabińskiego to wyjątkowo pogodna i sympatyczna lektura. Autor snuje opowieści z dzieciństwa, które upłynęło w ciekawych czasach: na przełomie XIX i XX wieku. Poza tym dzieli się wspomnieniami z młodości i pracy w warszawskim ogrodzie zoologicznym.
Jan Żabiński. Zdjęcia z książki.
Rodzinie państwa Żabińskich powodziło się nieźle. Ojciec był rejentem, a mama, wspomagana przez bonę, pannę Stanisławę,  opiekowała się Jasiem i jego siostrami: Maniusią, Hanią i Ziutką. Dzieci prawie cały czas spędzały razem. Ich ulubioną zabawką była drukarenka z gumowymi czcionkami. Mimo zamożności rodziny dość dziwnie traktowano prezenty dla dzieci. Ojciec wręczał potomstwu zabawki i od razu je zabierał, żeby się nie zniszczyły. Umieszczał je w swoim zamykanym na klucz biurku. Schemat powtarzał się każdego roku, a uwięzionych upominków stopniowo przybywało. Przy jakiejś wyjątkowo uroczystej okazji można je było dostać do zabawy na najwyżej dwie – trzy godziny.

Zaskoczyło mnie to, że przyszły sławny zoolog nie miał w domu żadnego zwierzątka. Zadecydowała o tym wrodzona awersja taty oraz „panująca wówczas wśród naszej inteligencji panika wobec szerzonych wieści o grozie wszelkiego rodzaju bakterii, których rozpowszechnianiu miały szczególnie dopomagać psy i koty, a nawet papugi czy kanarki. Dość, że już nie tylko u nas w domu nie było żadnego z tak pospolitych czworonożnych faworytów ani jakie­goś ptaszka w klatce, ale co więcej, Rodzice wśród znajomych, z którymi się utrzymywało stosunki, nie posiadali nikogo, kto by chował ja­kieś żywe stworzenie.”[1].

Tłumione pasje biologiczno-chemiczne eksplodowały w sensie dosłownym, kiedy Jaś poszedł do szkoły. Natychmiast zapisał się do powstałego z inicjatywy kolegi z klasy, Antoniego Słonimskiego, samokształceniowego kółka przyrodniczego. Antoś imponował pozostałym chłopcom między innymi tym, że jego starszy brat miał w swojej kolekcji... ząb mamuta!
Jaś z siostrami. Ilustracja Mai Berezowskiej.
Historia wzmiankowanego kółka samokształceniowego była krótka, aczkolwiek burzliwa. Na pierwszym i niestety ostatnim posiedzeniu, które odbywało się w mieszkaniu Janka Żabińskiego, młodym naukowcom sytuacja wymknęła się spod kontroli. Po spektakularnym sukcesie pierwszego doświadczenia ochoczo rozpoczęli drugie i tym razem „dzianie się zaczęło postępo­wać w piorunującym tempie. Topiąca się siarka początkowo tylko pryskała, ale już za chwilę z parowniczki buchały kłęby białego dymu, spo­wijając obłokiem cały pokój. Ten i ów spośród nas zaczął kaszleć, niemniej jednak trwaliśmy na posterunku w przekonaniu, że każdy ekspery­mentator musi być przygotowany na drobne nie­przyjemności.”[2] Na szczęście w odpowiednim momencie wkroczył do akcji ojciec Jasia.

Ozdobione eterycznymi ilustracjami Mai Berezowskiej obrazki z przeszłości Jana Żabińskiego wydano w 1960 roku. Był już wtedy nie tylko uznanym naukowcem z imponującym dorobkiem, ale i autorem kilkudziesięciu popularnych książek o zwierzętach i kilkuset audycji radiowych. Wieloletnie obycie w kontaktach z czytelnikami i słuchaczami odzwierciedla swobodny, gawędziarski styl książki. Pięć lat później razem z żoną Żabiński otrzymał tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za bohaterską pomoc Żydom w czasie wojny. Temu rozdziałowi ich życia poświęcona jest książka Diane Ackerman „The Zookeeper's Wife”, wydana u nas pod tytułem „Azyl: opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo”. Kilka lat temu film oparty na tych wydarzeniach ponoć miał nakręcić Maciej Dejczer, ale już tego raczej nie zrobi, bo właśnie ubiegła go Nowozelandka, Niki Caro. Podobno opowieść o Żabńskich zostanie zaprezentowana na przyszłorocznym festiwalu filmowym w Cannes. Po raz kolejny okazuje się, że świat wie o naszej historii więcej niż my sami.
___________________
[1] Jan Żabiński, „Co to było za dziecko...”, Nasza Księgarnia, 1960, s. 85.
[2] Tamże, s. 92-93.

Moja ocena: 4
Jan Żabiński. [Źródło zdjęcia]

24 maja 2013

W ognistym kręgu (Zofia Nałkowska, Niedobra miłość)


W ognistym kręgu
Tak autorkę „Niedobrej miłości”wspomina Rafał Malczewski:
„Spływała w Zakopane Zofia Nałkowska, mająca zawsze ja­kiegoś podopiecznego artystę, jak Bruno Schulz i jak tam innym by­ło, niebieskooka i o wielkiej sztucznej prostocie, jak i jej proza.”[1]

„Wielka sztuczna prostota” – ten sarkastyczny oksymoron doskonale streszcza moje wrażenia po przeczytaniu powieści, którą sama pisarka nazywa romansem. Dodam, że jest to romans obficie upudrowany psychologią i uszminkowany filozoficznymi dywagacjami oraz namaszczony patosem.

Tło dramatycznych wydarzeń, które z okrucieństwem mitologicznej Parki autorka spiętrzyła przed bohaterami, to senne miasteczko na Kresach. Jeszcze nie ucichły echa pierwszej wojny światowej, a Polska jest w trakcie przeobrażeń politycznych i obyczajowych. Na przykład wśród elit daje się zauważyć masowa moda na zastępowanie dawnych żon nowymi.

Przyjazd młodego małżeństwa, Agnieszki i Pawła Blizborów, najpierw tylko leciutko „zakołysał układem równowagi”[2] w prowincjonalnej społeczności, a potem wywołał łańcuszek dramatycznych wypadków. Głównie miłosnych. Ich kronikarką jest narratorka „Niedobrej miłości”, pani z wyższych sfer, powiernica bohaterek, która składa im popołudniowe wizyty i gorliwie uczestniczy w życiu towarzyskim. Uważnie podpatruje dramatis personæ.

Pomijając egzaltację i niedociągnięcia, powieść Nałkowskiej jest przejmującym studium związku, który w dzisiejszych czasach bez wahania nazwalibyśmy toksycznym: 
Ona to przecież, Agnieszka, żyła od dwóch lat w tym pierścieniu z ognia — kochana, jak nie myślała, że można być kochaną.

Od pierwszej chwili tak się stało, że nie miała wolności, że zaprzedane było wszystko — myśli, chcenia, przyjaźni, wspomnienia. Ta miłość Pawła, wyłączna, zazdrosna, dzika, posępna, tkliwa i niezmierzona — odgrodziła Agnieszkę od reszty świata.”[3]
Ognisty krąg okazał się zabójczy dla uczucia Blizborów. Czytając o rozpadzie ich małżeństwa, cały czas myślałam o tym, że Nałkowska opierała się na własnych bolesnych doświadczeniach, bo w tej dziedzinie los obchodził się z nią bezlitośnie. Piszą o tym autorzy szkiców wspomnieniowych na jej temat, a zwłaszcza Nadzieja Drucka. Tym razem nie miałam wrażenia, że nurkujemy z pisarką w odmętach totalnej abstrakcji, jak na przykład w Wężach i różach czy Kobietach.

Miłość, jej różne oblicza i etapy to główny temat tej powieści. Gdyby autorka skoncentrowała się tylko na tym, wyszłoby to książce na dobre. Ambicje Nałkowskiej sięgały wyżej i w efekcie czytelnik ugina się pod ciężarem eseistycznych dociekań z dziedziny etyki i psychologii, wątków pobocznych i misternych analiz postaci drugoplanowych. Jak już wspominałam, jest też sporo kwestii społecznych. Autorka między innymi krytykuje rząd za to, że nie robi nic, by pomóc ziemiańskim rodzinom na Kresach.

Upchnięcie tego wszystkiego na 259 stronach niewielkiego formatu było pomysłem ryzykownym. Fabuła sprawia wrażenie materiału na kilka opowiadań, który dość chaotycznie został wrzucony do jednego worka. Myślę, że pisarka miała znacznie większe predyspozycje do drobnych form prozatorskich, a w powieści wcale nie czuła się najlepiej.

W książce dominuje teoretyzowanie psychologiczne, które wychodzi Nałkowskiej przednio, ale trochę gorzej z kreacją postaci. Na przykład zdumiał mnie fragment, w którym po uczuciowym kataklizmie, jaki właśnie dotknął głównych bohaterów, panowie Walewicz i Słuczański spokojnie sobie rozmawiają, rozważając kwestie historiozoficzne. 

Tło obyczajowe powieści jest dość bogate, na co szczególnie zwracam uwagę osobom pasjonującym się międzywojniem, a mam wrażenie, że ostatnio jest ich coraz więcej. „Niedobra miłość” dość obszernie dokumentuje życie codzienne i towarzyskie w tamtych czasach. Nie da się ukryć, w powieści naprawdę króluje „wielka sztuczna prostota”, ale zdarzają się też fragmenty naprawdę piękne, jak na przykład lekko oniryczny opis jazdy na łyżwach po zamarzniętych rozlewiskach (s. 50-54). Po raz kolejny Nałkowska mistrzowsko maluje też przyrodę. 

Irytowała mnie natomiast maniera niedbałego wtrącania słów angielskich, na przykład „zrobili sobie przestronny home dla nich dwojga”[4]. Czasem efekt był prawie humorystyczny: „Mania powiedziała, że nie czytała tego interviewu”[5]. Wszystko wskazuje na to, że Nałkowska miała ciągotki do anglicyzmów, bo to kolejna powieść, w której występują.

Czytając „Niedobrą miłość”, przeżyłam niemiłą przygodę. Podczas emocjonującego zawirowania fabuły okazało się, że mój egzemplarz jest uszkodzony i brakuje w nim stron 209-240. To był drugi dzień świąt, więc wizyta w bibliotece nie wchodziła w rachubę. Z nadzieją rzuciłam się w otchłań internetu, ale okazuje się, że nie istnieje wersja cyfrowa powieści Nałkowskiej. Ostatnią deską ratunku okazał się archiwalny audiobook w wykonaniu Stelli Weber. Jej głos idealnie komponuje się z lekko zblazowaną prozą i pozą Nałkowskiej. Na szczęście udało mi się wysłuchać brakującego fragmentu. Przypadkiem trafiłam też na ślad przedstawienia Teatru Telewizji z 1999 roku w reżyserii A. Łapickiego, w ciekawej obsadzie (między innymi D. Landowska, M. Cielecka, J. Frycz, J. Trela). Mam nadzieję, że kiedyś je obejrzę.
__________
[1] Rafał Malczewski, Pępek świata: wspomnienia z Zakopanego, Wydawnictwo LTW, 2010, s. 84.
[2]  Zofia Nałkowska, Niedobra miłość, Książka i Wiedza, 1975, s. 13.
[3] Tamże, s. 128.
[4] Tamże, s. 33. 
[5] Tamże, s. 27.  

Moja ocena: 3+
Zofia Nałkowska. [Źródło]

21 maja 2013

Czerwona księżniczka wychodzi z szafy (Monika Jaruzelska, „Towarzyszka Panienka”)

„Czerwona księżniczka” wychodzi z szafy
Tę książkę koniecznie powinny przeczytać osoby, które mając dzieci, postanowiły poświęcić się karierze politycznej pod sztandarami dowolnie wybranej partii. Zanim rzucimy się w wir spotkań z wyborcami, warto poszukać odpowiedzi na dwa pytania: jak całkowity brak wolnego czasu i ciągłe wyjazdy wpłyną na życie rodzinne i czy córka lub syn będzie w stanie udźwignąć nienawiść naszych przeciwników. Niestety rodzice Moniki Jaruzelskiej najwyraźniej tych pytań sobie nie zadali. Paczka z bananami od Fidela Castro i przydzielane po znajomości role na szkolnych akademiach nie zastąpiły tego, co najważniejsze.

Srodze zawiodą się czytelnicy, którzy liczą na polityczne sensacje w „Towarzyszczce Panience”. Nic z tych rzeczy. Już na wstępie dowiadujemy się, że książka powstała w zupełnie innym celu. Autorka właśnie zaczyna kolejny rozdział w życiu, poza tym zbliżają się jej pięćdziesiąte urodziny. Wydanie wspomnieniowej książki nazywa swoim „wyjściem z szafy”. Nie chodzi tylko o zerwanie ze światem mody i nowe wyzwania zawodowe, ale również o przekazanie swojego punktu widzenia i polemikę z dziesiątkami plotek.
Zdjęcie z książki.
Ze wstępu dowiadujemy się, że książka jest zbiorem krótkich tekstów, które Monika Jaruzelska trafnie porównuje do puzzli. Elementy układanki są rozmaite: wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości (moim zdaniem najciekawsze i najbardziej udane fragmenty), sylwetki znanych ludzi na wzór popularnych „alfabetów” (podobały mi się najmniej), przebieg kariery zawodowej, opowieści o synku oraz impresje z licznych podróży z ojcem i spotkań ze znanymi osobistościami (między innymi z Janem Pawłem II, Michaiłem Gorbaczowem, Fidelem Castro, Muammarem Kaddafim, Kim Ir Senem). Różnorodne są też nastroje i literacki poziom tekstów. Wspominki uzupełniono fotografiami z rodzinnego albumu.

Czy książka z uśmiechniętym bobasem na okładce, w domyśle lekka i pełna dykteryjek, może przygnębiać? Okazuje się, że tak. W „Towarzyszce Panience” jest wiele anegdot, ale przygniótł mnie ciężar wrogości, z którą autorka musiała sobie radzić przez wiele lat, bo „dzieci znanych rodziców dziedziczą również nienawiść”[1]. Nikogo nie interesowało to, że nastolatka nie ma nic wspólnego z politycznymi decyzjami ojca. Mimo upływu lat nadal właściwie nic się nie zmieniło: autorka wspomina, że na forach internetowych widuje ociekające jadem uwagi na swój temat, naszpikowane epitetami typu. „czerwone nasienie”.

Generał Jaruzelski kojarzy mi się bardzo źle, choć mam świadomość, że kompetentna ocena jego postaci należy do historyków. Jednak w obrazie rodziny, jaki wyłania się z „Towarzyszki Panienki”, to on wydaje się lepszym rodzicem niż matka. Pani Jaruzelska budziła we mnie nieprzyjazne uczucia. Apodyktyczna „królowa”, ostentacyjnie elegancka, skoncentrowana na sobie, wiecznie niezadowolona z jej zdaniem za mało efektownej córki, o której często mówiła „to zdechłe”. W opinii Moniki Wojciech Jaruzelski to z kolei całkowite przeciwieństwo żony, introwertyk, klasyczny pracoholik, spędzający mnóstwo czasu poza domem, często pogrążony w swoich myślach, melancholijny i wiecznie przygnębiony. Autorka sugeruje wręcz, że to pesymizm i poczucie zagrożenia determinowały jego najważniejsze decyzje. Również tę o wprowadzeniu stanu wojennego.

Pozornie dzieciństwo „czerwonej księżniczki” opływało w luksusy. Tak naprawdę mała Monika właściwie była pozostawiona sama sobie. W domu czuła się okropnie, stąd ucieczki i szukanie wsparcia u przyjaciół. Kilkakrotnie wspomina, że w tamtych czasach lubiła spędzać czas z ochroniarzami ojca, którzy byli dla niej czymś w rodzaju rodziny zastępczej. Zwracała się do nich per „wujku”, a z niektórymi wciąż utrzymuje kontakt. 

Wydaje mi się, że lepiej niż tysiąc słów sytuację w rodzinie państwa Jaruzelskich oddaje to zdjęcie: 
Zdjęcie z książki.
Zaskoczyło mnie to, że matka ostentacyjnie słuchała Wolnej Europy, a ojciec podrzucał studiującej polonistykę Monice książki z drugiego obiegu wydawane przez paryską „Kulturę”. 

„Towarzyszka Panienka” to właściwie gotowy materiał na powieść psychologiczną. Są nawet  akcenty sensacyjne, jak na przykład zorganizowany przez babcię chrzest trzyletniej Moniki w czasie wakacji w Kościelisku, w zupełnej tajemnicy przed rodzicami. Z sentymentu dla tego wydarzenia w tym samym miejscu został ochrzczony jej synek, Gucio. 

Podoba mi się szczery, rzeczowy ton wspomnień. Autorka otwarcie pisze o tym, że nie sprawdziła się w roli wnuczki, kiedy babcia umierała na raka, o czasem rozpaczliwych próbach poradzenia sobie z przerastającymi ją sytuacjami. Nie kreuje się na ofiarę. Dementuje plotki na swój temat. Z ironią dystansuje się wobec nimbu „czerwonej księżniczki”. Mówi o życiu pod lupą, o nieustannym doszukiwaniu się drugiego dna – nawet imię jej jamnika, Boluś, uznano za polityczną prowokację. Jaruzelska tłumaczy też, dlaczego nie zdecydowała się na zmianę nazwiska, co zdaniem niektórych rozwiązałoby część problemów. Zaskoczyła mnie też wyznaniem, że niesłusznie otaczała ją sława politycznej buntowniczki, ponieważ konflikty z rodzicami miały zupełnie inne podłoże. Myślę, że niejedna osoba na jej miejscu wyraźnie podkreślałaby różnice światopoglądowe, kompletnie odcinając się od rodziny. 

Oczywiście bardzo zaciekawiły mnie wątki literackie. Autorka opowiada o bibliotece rodziców, o oglądaniu ilustracji w „Dziadach” Mickiewicza, o torturach przy lekturze „Trylogii”, o fascynacji Żeromskim i „Konopielką” Redlińskiego, którą nazywa najważniejszą książką swojego życia, a także o poezji Tuwima. Z przyjemnością czytałam też o jej miłości do czworonogów, a zwłaszcza psów i mam żal do pań redaktorek o to, że najwyraźniej ograniczały jej wynurzenia na ten temat: „o zwierzętach mogłabym pisać w nieskończoność, ale wydawca zabronił”[2].

Monika Jaruzelska bez ogródek mówi o swoim światopoglądzie, życiowych wyborach i charakterze. Pod kilkoma względami różnimy się znacznie, ale szanuję ją za to, że nigdy nie wybierała najłatwiejszych ścieżek. Wyjście z szafy też wymagało odwagi.
_______
[1] Monika Jaruzelska, Towarzyszka Panienka, Wydawnictwo czerwone i Czarne, 2013,  s. 75.
[2] Tamże,  s. 163.

Moja ocena: 4
Monika Jaruzelska. [Źródło zdjęcia]

19 maja 2013

Gatsby po botoksie („Wielki Gatsby”, reż. Baz Luhrmann)

Gatsby po botoksie
Chociaż początkowo myśl o tej adaptacji nie wywoływała we mnie dreszczy emocji, stopniowo napięcie rosło i jak wiecie, czekałam na nią z coraz większym zniecierpliwieniem. W dzień premiery pognałam do kina. Film podobał mi się, ale pod paroma względami mnie rozczarował. Bardzo możliwe, że gdybym go obejrzała, nie mając na świeżo przeczytanej po raz kolejny powieści Fitzgeralda, mój odbiór „Wielkiego Gatsby’ego” à la Baz Luhrmann byłby bardziej bezkrytyczny. Jeśli więc chcecie poddać się słodkiemu otumanieniu, kategorycznie odradzam kontakt z książką.

Zacznę od tego, co wstrzyknięto w powieściową tkankę, żeby ją uatrakcyjnić i uaktualnić. Przede wszystkim dodano wątek pobytu Nicka Carrawaya w klinice psychiatrycznej. Od tego zaczyna się opowieść. Nick rozmawia z archetypicznym, pulchnym terapeutą, który w trakcie sesji między innymi podlewa kwiaty. Pomysł wydaje mi się wtórny, naciągany i trochę dziwny, bo kilka razy podkreślana jest kiepska sytuacja finansowa Nicka, więc zastanawiam się, skąd fundusze na leczenie odwykowe w ekskluzywnym sanatorium.

Zaskoczyło mnie również to, że prawie zrezygnowano z wątku córeczki Daisy i Toma – matka zdawkowo wspomina o niej, później dziecko pojawia się dosłownie na ułamek sekundy, w dodatku starsze niż powieściowa dwulatka. W książce również Pammy nie odgrywa szczególnie istotnej roli, ale jednak jej obecność bierzemy pod uwagę, starając się zrozumieć osobowość i motywy postępowania Daisy. Dziwię się również, że kompletnie pominięto przyjazd ojca Jaya na pogrzeb.

W tej ekranizacji zdecydowanie wyeksponowano wątki melodramatyczne, poza tym filmowa opowieść czasem niebezpiecznie zbliża się do granicy kiczu, a nawet ją przekracza, jak na przykład w scenie, gdy na podkolorowanym, nocnym niebie pojawia się twarz Daisy. Może nie posunęłabym się aż tak daleko, jak Tadeusz Sobolewski, któremu estetyka filmu Luhrmanna kojarzyła się z reklamą mebli i produkcjami Bollywood, ale mogło być lepiej. A na pewno mniej patetycznie.
[Źródło]
Autorzy adaptacji poszli w stronę wystudiowanego piękna, wyraźnie celebrując sceny ich zdaniem szczególnie zjawiskowe, na przykład rozsypujące się perły czy Gatsby w basenie, co momentami wydawało mi się trochę sztuczne i nie do końca zgodne z szorstkim tonem powieści Fitzgeralda. W jednej ze scen Nick na migi pokazuje Jayowi, że opada mu kosmyk na czoło, po czym on natychmiast poprawia fryzurę i to jest dość charakterystyczne ujęcie dla tego filmu, przeestetyzowanego w sposób ostentacyjny. Każdy loczek na swoim miejscu. Nawet śmierć jest piękna, sztuczna i pompatyczna.

Choć ten typ artyzmu nie wszystkim musi odpowiadać, a już zwłaszcza tym, którzy znają książkę Fitzgeralda, niewątpliwie film Luhrmanna jest niezwykłą ucztą, a wręcz fiestą dla oczu. Teatralnie przerysowane sceny przyjęć u Gatsby’ego zapierają dech barokowym rozmachem, a dzięki technice 3D są niezwykle realistyczne. Chwilami miałam ochotę wstać, pląsać i falować razem z tłumem. To również wielka zasługa muzyki, która nie pozostawi obojętnym chyba żadnego widza.

Zachwyciła mnie ścieżka dźwiękowa „Wielkiego Gatsby’ego”. Pomysł był dość ryzykowny, bo wiele utworów brzmi bardzo współcześnie, ale efekt końcowy okazał się świetny. Craig Armstrong nie zawiódł po raz kolejny, co na pewno ucieszy miłośników „Moulin Rouge!”. Cieszę się, że kilka dni przed obejrzeniem filmu przeczytałam ciekawą recenzję tej muzyki autorstwa nvs. Rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwania. To samo dotyczy kostiumów. Z wytęsknieniem oczekiwałam na słynną lawendową suknię Daisy i różowy garnitur Jaya. Okazało się, że to tylko jedne z mnóstwa atrakcji przygotowanych przez Catherine Martin.
Carey Mulligan (Daisy). [Źródło]
Bardzo mocną stroną filmu są aktorzy. Moje największe wątpliwości budził Leonardo DiCaprio, który wydawał mi się trochę zbyt infantylny i budyniowaty do roli Gatsby'ego, ale na szczęście obawy okazały się płonne. Poradził sobie całkiem nieźle, podobnie zresztą jak Carey Mulligan (Daisy) i Joel Edgerton (Tom). Jednak największe wrażenie zrobił na mnie rewelacyjny, pełen ciepła Tobey Maguire w roli Nicka Carrawaya, notabene wyraźnie wystylizowany na Francisa Scotta Fitzgeralda. 

Podobno DiCaprio miał opory przed przyjęciem roli w filmie Luhrmanna. Twierdzi, że obawiał się ciężaru odpowiedzialności, bo każdy mieszkaniec Stanów Zjednoczonych nosi w sobie własny obraz Gatsby'ego. To kolejny dowód na to, jak ważna, wręcz mistyczna, dla Amerykanów jest powieść Fitzgeralda. Zastanawiam się, czy efektowna, a czasami efekciarska adaptacja filmowa tej książki zachwyci  polskich widzów.


 Moja ocena: 4

16 maja 2013

Przepraszam za dziadka (Markus Flohr, "Gdzie sobota jest niedzielą")


Przepraszam za dziadka
Sex, drugs and rock'n'roll – to są jedne z najważniejszych tematów książki „Gdzie sobota jest niedzielą”. Jej autor, Markus Flohr, niemiecki student z Hamburga, postanowił spędzić rok w Izraelu. Zwykle źle się dzieje, gdy twórca o skłonnościach narcystycznych porywa się na pisanie reportażu. Niestety tym razem tak właśnie się stało.

Zachodzę w głowę, po co w ogóle powstała ta książka. Nonszalanckie przechwałki Flohra o tym, że wywoływał burzę hormonów, tudzież pożądliwych myśli u tubylców płci obojga (Noa: „Dalej, chłopcze, dorwę cię, zerwę ci z ciała ciuchy i pożrę cię na kolację”[1]), suspens: czy w czasie  koncertu jurny Lior obudzi w naszym bohaterze namiętność? – to wszystko być może zrobiłoby wrażenie na kumplach Markusa, których zmysły i krytycyzm lekko stępiła kilkugodzinna biesiada. Wydawca beztrosko nie zadbał  o podobne znieczulenie czytelnika i niedostatki „Gdzie sobota jest niedzielą” od samego początku uderzają w całej jaskrawości. 

Zacznijmy od tego, że tekst Flohra to był raczej materiał na artykuł w czasopiśmie, a nie na publikację liczącą 279 stron. Często odnosiłam wrażenie, że autor zmusza się do reporterskiej relacji z miejsca, które uważa za trochę mniej ciekawe niż własne miłostki.

Czuję się zawiedziona, bo to naprawdę mogła być ciekawa i wartościowa książka. Wszystko wskazywało na to, że tak będzie: młody Niemiec, notabene syn pastora, z mieszanymi uczuciami wyrusza na studia do Jerozolimy. Czeka go tam przede wszystkim szok kulturowy, ale i próba zmierzenia się z historią: wojenne wspomnienia są wciąż żywe, a Holocaust to nadal głęboka blizna. Znajomy Markusa, Friedrich, porównuje ją do tatuażu, którego nie można się pozbyć. Duże emocje budzi rozdział, w którym Flohr relacjonuje swoją wizytę w muzeum Jad Waszem:
Nigdy nie było dla mnie bardziej jasne, kim byli naziści, kto dokonał zbrodni Holocaustu, kto chciał wy­bić Żydów całego świata, niż tego dnia, kiedy stałem tu w Jad Waszem wśród żołnierzy z gumami do żucia i wstydziłem się mówić w moim własnym języku, i naj­chętniej odpowiadałbym Friedrichowi po angielsku. [2]
Rok w Izraelu był dla Markusa również bolesną lekcją. Szkoda, że autor bardziej nie rozwinął tego tematu. Domyślam się, że zblazowane poczucie humoru było w jego przypadku próbą odnalezienia się w trudnej sytuacji. Wprawdzie Flohr kilka razy podkreśla, że jego dziadek nie był nazistą, co zresztą błędnie sugeruje polski wydawca na okładce, ale wyjazd do Jerozolimy okazał się też formą pokuty za to, co w czasie wojny robili inni.

Ogólnie bilans jest smutny: według mnie ciekawe spostrzeżenia na temat współczesnego Izraela w „Gdzie sobota jest niedzielą” można by zmieścić na zaledwie kilku kartkach. Nie wiem, jak inni czytelnicy, ale ja  kupiłam tę książkę, licząc na ciekawy reportaż z podróży, co obiecuje również nazwa serii: „Z Różą Wiatrów”, a nie dla miłosnych perypetii autora, które – z całym szacunkiem – kompletnie mnie nie obchodzą. Zainteresowanych tematyką żydowską uprzedzam, że „Gdzie sobota jest niedzielą” to po prostu strata czasu i pieniędzy.
________
[1] Markus Flohr, Gdzie sobota jest niedzielą, tłum. Joanna Filipek, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012, s. 69.
[2] Tamże, s. 175.

Moja ocena: 2
Markus Flohr. [Źródło zdjęcia]

13 maja 2013

Gwatemalska złodziejka książek (Rodrigo Rey Rosa, "Severina")

Gwatemalska złodziejka książek
Kilka razy zdarzyło mi się przeczytać książkę, która pod koszmarną okładką kryła nieprzebrane skarby literackie. Tym razem było inaczej. Wibrujące kolory „Severiny” zachwyciły mnie, natomiast sama powieść już zdecydowanie mniej. Poczułam się tak, jakby wydawnictwo Wielka Litera poczęstowało mnie cukierkiem w pięknym, jaskrawym papierku, który okazał się pusty. 

Rozczarowującą „Severinę” można zawsze wykorzystać w charakterze energetyzującego elementu wyposażenia wnętrza – jako inspirację polecam Wam świetną, zabawną notkę na ten temat u Peek-a-boo  - ale z czytaniem tej powieści nie ma co się spieszyć. Piszę to z przykrością, bo uwielbiam książki o książkach i dlatego gwatemalski pisarz, Rodrigo Rey Rosa, miał u mnie duży kredyt zaufania.

„Severina” to opowieść o aspirującym do miana literata współwłaścicielu księgarni Entretenida, który zakochuje się w swojej klientce. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wzmiankowana pani jest złodziejką: podczas każdej wizyty potajemnie przywłaszcza sobie jakiś tom. Jej bezczelność, ale również olśniewająca uroda robią piorunujące wrażenie na księgarzu. 

Dziewczyna jest bardzo tajemnicza. Jak nietrudno zgadnąć, stopniowo rozpala ciekawość naszego poczciwego bohatera, który jak detektyw usiłuje rozwikłać jej sekrety. Rodrigo Rey Rosa wciąga w tę grę również czytelnika, który do ostatniej strony głowi się nad tym, czy mamy do czynienia ze sprytną oszustką, czy bibliofilką, której miłość do książek wymknęła się spod kontroli.

Severina alias Ana Severina Bruguera – tak ma na imię zagadkowa złodziejka – pojawia się i znika, a do bohatera docierają sprzeczne informacje na jej temat. Do tej pory jest znośnie. W momencie, kiedy zaczynają się piętrzyć tajemnice, pojawiają się liczne sensacje, a nawet trup, straciłam serce do tej opowieści. Zapewniam, że jestem świadoma gorzkiej ironii autora oraz jego zabawy konwencjami i oczekiwaniami czytelnika. Mimo to nie zaiskrzyło. Przeszkadzało mi też duże podobieństwo nieprzewidywalnej Severiny do niegrzecznej dziewczynki Llosy. To niejedyny aż nadto wyraźny trop literacki.

„Severina” to sprawnie napisana, zmysłowa, a chwilami liryczna błahostka literacka, która pozostawia wrażenie niedosytu. Wróżę jej jednak spore powodzenie, nie tylko za sprawą sentymentu polskich czytelników do literatury latynoamerykańskiej. Z niewiadomych przyczyn wydaje się u nas niewiele książek o książkach, więc na bezrybiu i rak ryba, a zwłaszcza rak w efektownym ubranku.  Szkoda tylko, że nie wiemy, kto je uszył – wydawnictwo nie uznało za stosowne podać nazwiska autora projektu okładki.

Fragmenty poświęcone książkom to według mnie największe zalety „Severiny”. Wątpię, czy jakiś mól książkowy będzie w stanie oprzeć się urodzie takich słów: 
Książki to żywe stworzenia, rozedrgane i pomrukujące, jak mawiał jeden z moich wspólników, poza tym poeta, facet inteligentny (choć mniej, niż mu się wydawało) i dość sympatyczny. Coś w tym jest, bo trzy ksią­żeczki ustawione na półce obok, rozedrgane i po­mrukujące, przez wiele dni zachowywały wspo­mnienie o niej - a ona nie wracała.[1]
Dziwię się, że nie zostały przetłumaczone tytuły książek, które kradła Severina. Na pewno nie były przypadkowe.

Wyraźnie widać, że sam Rosa jest wielkim miłośnikiem literatury i zdeklarowanym bibliofilem, który z uwagą wsłuchuje się w pomruki i drgania zgromadzonych woluminów. Niewątpliwie autor podpisuje się pod wyznaniem swojego bohatera, które polecam Waszej uwadze: „przynależność do plemienia żyjącego wyłącznie książkami i dla książek napełniała mnie radością i zarazem pychą”[2].
________
[1] Rodrigo Rey Rosa, Severina, tłum. Barbara Jaroszuk, Wielka Litera, s. 17.
[2] Tamże, s. 127.  

Moja ocena: 3+
Rodrigo Rey Rosa. [Źródło zdjęcia]

11 maja 2013

Rodzina, ach, rodzina... (Mark Haddon, "Drobny kłopot")

Rodzina, ach, rodzina...
Zacznijmy od tego, że kłopot wcale nie jest drobny. Wręcz przeciwnie! To jest kilka kłopotów jednocześnie. Z siłą tsunami spadają na sześćdziesięcioletniego angielskiego emeryta, George’a Halla, który prowadzi dostatnie i do bólu ustabilizowane życie. Pewnego dnia odkrywa na skórze egzemę, którą natychmiast uznaje za objaw śmiertelnej choroby. Ale to jeszcze nic. Okazuje się, że żona tai przed nim wstrząsające sekrety, córka postanawia stanąć na ślubnym kobiercu z tępawym prostakiem, a poza tym nie ma co już dłużej udawać: jego syn jest gejem. To dla George'a prawdziwy cios. 

Fatum szarga nie tylko naszego bohatera, ale również jego bliskich. „Drobny kłopot” to wnikliwe studium dobrze sytuowanej angielskiej rodziny, dla której gra pozorów, „keeping appearances”, tłumienie uczuć to sprawy nadrzędnej wagi. Gdyby relacje między Hallami były zdrowe, gdyby otwarcie mówili o swoich bolączkach, przypuszczalnie nie doszłoby do autodestrukcyjnej burleski.

Podoba mi się to, że Mark Haddon w swoich książkach uczy tolerancji. Bohaterem „Dziwnego przypadku psa nocną porą”, wydanego w 2003 roku, jest autystyczny chłopiec, natomiast jeden z najważniejszych tematów w „Drobnym kłopocie” to reakcja rodziców na homoseksualizm syna. Wbrew dydaktycznym intencjom, notabene z grubsza ciosanym, tym razem pisarz wylał dziecko z kąpielą: obawiam się, że łatwe podboje miłosne Jamiego bardziej utrwalają stereotypy, niż je burzą. 

Mimo ciekawych obserwacji i wyrazistych bohaterów w miarę lektury mój entuzjazm stopniowo gasł. Nieustanne frustracje George’a nużyły mnie i wpędzały w depresyjne nastroje. Pełna zjadliwych obserwacji obyczajowych powieść w pewnym momencie przeistacza się w gorzką, absurdalną tragifarsę. Jej apogeum to wydarzenia na weselu Katie. Wydawało mi się, że sytuacja wymknęła się spod kontroli nie tylko bohaterom, ale też autorowi.

Nawet śmieszne sceny w „Drobnym kłopocie” niosą ze sobą podmuch chłodu, goryczy i czarnego humoru. Zaskoczyły mnie umieszczone na okładce określenia „przezabawna książka” i „Genialna… Niezwykle zabawna”. Oto fragment tego wyjątkowo komicznego dzieła: „Z oślepiającą jasnością uprzytomnił sobie, że wszyscy figlujemy na let­niej łące otoczonej mrocznym i nieprzeniknionym lasem, czekając na ten posępny dzień, w którym zostaniemy zawleczeni w ciemność za drzewami i kolejno zaszlachtowani.”[1]

Trochę żałuję, że zaczęłam znajomość z twórczością Marka Haddona od mniej udanej powieści. Wszystko wskazuje na to, że wspomniany „Dziwny przypadek psa nocną porą”, o którym niedawno napisała Grendella, a wczoraj Anek7, chyba zasługuje na więcej uwagi.
________
[1] Mark Haddon, Drobny kłopot, tłum. Marta Klimek-Lewandowska, Świat Książki, 2008, s.68.

Moja ocena: 4-
Mark Haddon. [Źródło zdjęcia]

3 maja 2013

Dworki, słomki i grenadier w spódnicy (Józef Ignacy Kraszewski, "Milion posagu")

Dworki, słomki i grenadier w spódnicy

„Milion posagu” trochę ochłodził moje zapały, wybujałe po „Zaklętej księżniczce”. Akcja tej powieści obyczajowej Kraszewskiego z 1847 roku toczy się na Podolu, a na tle dotychczas przeczytanych przeze mnie książek JIKa ta wyróżnia się kąśliwym do bólu zacięciem satyrycznym.

Z wyjątkiem jednej nieszablonowej bohaterki tym razem przeważają postacie, które można by zamknąć w klatce kilku cech charakteru i nie byłyby to przymiotniki bardzo wyszukane. Trzeba jednak pamiętać, że portrety mieszkańców Górowa i okolic w zdecydowanej większości miały być prześmiewczymi karykaturami i pod tym względem trudno cokolwiek zarzucić Kraszewskiemu. Po raz kolejny objawił spore poczucie humoru i zmysł wnikliwego obserwatora. 

Szkoda, że pisarz nie zdecydował się na luźne obrazki obyczajowe z życia prowincji, bo zjadliwe konterfekty chyba sprawdziłyby się lepiej w formie prozatorskich miniatur. Tym razem szwankuje powieściowe spoiwo. Akcja trochę się nie klei i ani dodana na osłodę scena balu, ani nawet pojedynek nie przyspiesza tętna czytelnika. Emocje pojawiają się wówczas, gdy na scenę wkracza „grenadier w spódnicy”, czyli ciotka głównej bohaterki:
Panna Scholastyka mogła mieć lat około czterdziestu, wysoka, męskiej postawy, rumiana, z wyrazem siły na twarzy; na pierwsze spojrzenie charakter nieugięty, otwarty, wcale nie kobiecy. Przyrodzenie, które nigdy nie kłamie, dało jej też wąs prawie męski, głos donośny, pierś suchą, rękę do pałasza raczej niż do igły” [1]. 
Energiczna i opiekuńcza, ciągle w ruchu, a to serwuje zakochanym poziomki, a to sama się komuś oświadcza. Żelazna dama o złotym sercu, której groźny wygląd odstrasza potencjalnych absztyfikantów. Zachowała się w mojej pamięci z fotograficzną dokładnością, choć „Milion posagu” przeczytałam na początku marca. Żałuję, że Kraszewski wyznaczył jej rolę drugoplanową. Jest znacznie ciekawszą postacią niż podwójny budyń z soczkiem, czyli para głównych bohaterów. Wątek miłosny powieści taktownie przemilczę, bo Maria i Seweryn za sprawą JIKa przeżyli już tyle, że oszczędzę im swoich sarkastycznych uwag.

Nadspodziewanie aktualne okazały się natomiast problemy społeczne, którym autor poświęca sporo uwagi w „Milionie posagu”. Kraszewski demaskuje materializm, fałsz i obłudę. Trudno nie przyznać mu racji, gdy pokazuje, że bieda bywa powodem ostracyzmu i pogardy. Tak niewiele trzeba, żeby cel niewyszukanych drwin nagle stał się uwielbianym i powszechnie szanowanym idolem. Wystarczy tylko szczęśliwy zbieg okoliczności, na przykład milionowy spadek po zmarłej we Włoszech krewnej. Wtedy dawni prześmiewcy na wyprzódki gną się w ukłonach i hołdach. Okazuje się, że ludzie zrzucają maski nie tylko w sytuacjach kryzysowych. Robią to również pod wpływem dobrych wiadomości.

Mimo niewątpliwej prawdziwości spostrzeżeń JIKa chwilami drażniła mnie jego przesadna dbałość o to, żeby czytelnik na pewno zrozumiał moralne nauki. Temu zapewne ma służyć natarczywe, wielokrotne wygłaszanie ich tonem nieznoszącym sprzeciwu. Kiedy autor opisuje złośliwości, jakie spotykają ubogich bohaterów ze strony bezdusznych sąsiadów, jest w nim tyle złości, że zastanawiam się, czy przypadkiem w tle nie majaczą  jakieś bolesne upokorzenia, których zaznał sam Kraszewski. Wyraźnie widać, że opisywane w „Milionie posagu” zjawiska bardzo go drażnią i martwią.

Kraszewski wraca do swoich ulubionych tematów. Po raz kolejny krytykuje nasz pociąg do tego, co zagraniczne, wyznając zasadę, że tylko wychowanie w kraju daje pożądane efekty: 
Zza granicy wracają nam pospolicie niedowarzone półgłówki, których pierwszą cechą — pogarda wszystkiego, co nasze. Mamy i tak nieszczęsną skłonność małpowania zagranicy, chwytania się nowinek, jak je nazywał ksiądz Skarga, cóż dopiero gdy tę skłonność wrodzoną podeprze się choć powierzchownie wyższą umiejętnością, polorem, chwyconymi wiadomostki encyklopedycznymi? Naówczas wracają nam ośmnastoletni znudzeni sobą i światem młodzieńcy, w towarzystwach dumni, szyderczy, nielitościwi i nieznośni. Starcy bez wąsów, co w kraju wytrwać nie mogą, co w towarzystwach naszych nic dla siebie nie widzą i stają się bezużytecznymi klocami w praktycznym życiu.[2] 
W bezpardonowej nagonce na bezmyślnie małpowaną cudzoziemszczyznę oberwało się nawet poczciwej herbacie:
Któż nas uwolni od niewoli herbacianej? kto nas upoważni do odmówienia bez niegrzeczności tej szklanki wody ciepłej. przygotowanej w kredensie przez brudnego sługę i gwałtem narzuconej sub poena indignationis. Seweryn krztusił się, a pił, wylać nie było gdzie. Szczęściem gość jedzie, wszyscy do okien; on mógł podlać nią stojące pelargonium.[3]
Mam nadzieję, że pelargonium na tym nie ucierpiało.

Mile zaskoczyły mnie barwne opisy. Nie pamiętam, żeby w którejś książce JIKa było tyle ciekawych detali krajobrazu, architektury i obyczajów. „Milion posagu” jest więc powieścią balzakowską nie tylko w swoim przesłaniu – pieniądz bezwzględnie rządzi światem i obnaża ludzką małość – ale również w formie. Pozwólcie, że zacytuję jeden z moich ulubionych opisów, zdradzający zainteresowania ornitologiczne Kraszewskiego, które - mam nadzieję - nie posiadały wyłącznie podtekstu kulinarnego:
Po dziedzińcu przechadzały się bez ceremonii, poważnie, swobodnie, znając się na swoim miejscu, pośród piołunu, bylicy, łopuchu i ostów, napuszone swą ważnością, indyki z licznym potomstwem, gęsi z córeczkami w żółtobrudnych sukienkach, gadatliwe kumoszki kury i świergoczące nieustan­nie, trzpiotowate polatywały po płotach wróble. Złowróżbne śmieciuchy czubkami swymi zapowiadały długą słotę. Nieco dalej nad brzegiem cuchnącej, obrosłej i zielonymi skrzeki pokrytej kałuży, nazywającej się sadzawką, spacerował pozor­nie obojętny, ale nie bez złych myśli, bocian w czerwonych butach, z bliskiego na olsze gniazda. Sroczka wrzeszczała na bzach za oficyną. [4]
Za cudne gęsi z córeczkami w żółtobrudnych sukienkach JIKowi po prostu należą się uściski, co chyba skwapliwie potwierdzi każdy, kto miał okazję kiedyś na żywo zobaczyć gąsiątka.

Skrupulatne, chwytające za serce opisy podolskich dworków i wiosek nie są tylko czczą literacką igraszką. Autorowi przyświeca znacznie ważniejszy cel. Chce uratować od zagłady zapomnienia świat, który nieuchronnie odchodzi w przeszłość:
Nie wiem, czy potrzebnie opisuję dworek tego rodzaju, tak one jeszcze niedawno pospolitymi były u nas, tak są jeszcze pamiętne wszystkim ze swymi akcesoriami zwykłymi, żywymi i nieżywymi. Ale któż wie, czy je wkrótce zobaczym już, czy o nich posłyszym, cywilizacja idzie ku nam tak szybko! a co gorzej poczyna zawsze wprzód działać na domy i suknie niż na ludzi. Trzeba więc opisywać i dworki, i słomki, i co tylko nieco przeszłością pachnie, bo wkrótce tego wszystkiego nie stanie. Są to zabytki starożytności.[5]

Podole, dwór Drohojowskich w Kirnasówce, mal. Napoleon Orda, 1871-1873 r.
Podobnie jak inne dzieła tego autora „Milion posagu” szczególnie polecam uwadze czytelników wrażliwych na piękno polszczyzny. Zawsze podczas lektury książek Kraszewskiego myślę sobie, że język, którego my używamy na co dzień, to blady i ubogi krewny mowy, którą posługiwał się JIK. Tradycyjnie wynotowałam garść słów-dinozaurów i mam nadzieję, że Was też zachwycą, a przynajmniej wywołają uśmiech:
włosiwo
nejtyczanka
smakownie
bundiuczyć się
podżyły już kawaler
bawiciel
zakąt
życzka
wasani
bajrakowaty
dojutrek
kałamaszka
siermiężka
podżyły już człowiek
maszercia
lubeczka
niedoimka
szerepetka
taratatka
Bardzo się ucieszę, jeśli ktoś zechce na zawsze przygarnąć któryś z zapomnianych wyrazów. Już dziś przy świątecznym obiedzie możecie się przekonać, że niedbałe użycie jednego z tych słów zapewne wywoła sporą konsternację. A panom rekomenduję zwłaszcza maszercię i lubeczkę w charakterze czułych epitetów do zastosowania natychmiast, zwłaszcza jeśli z powodu deszczu wasani dziś nabundiuczona.

Jeszcze tylko ważne ostrzeżenie. Ku mojemu osłupieniu nota Wydawnictwa Literackiego, którą przeczytałam w Biblionetce, streszcza absolutnie wszystko, całą fabułę powieści z zakończeniem włącznie. Na szczęście na moim egzemplarzu „Miliona posagu” opublikowanym przez Alfę pani redaktor wykazała się trochę większą dyskrecją.
_______________
[1] Józef Ignacy Kraszewski, Milion posagu, Wydawnictwo Alfa, 1994, s. 36.
[2] Tamże, s. 17. 
[3] Tamże, s. 84.
[4] Tamże, s. 8-9.
[5] Tamże, s. 9.

Moja ocena: 4-
Józef Ignacy Kraszewski, litografia H. Aschenbrennera [Źródło]

1 maja 2013

Lwi pazur Wilka (PM Nowak, "Ani żadnej rzeczy...")


Lwi pazur Wilka
Klnę się na Gżdacza, Brombę i Zwierzątko Mojej Mamy, że gdyby nie recenzja Macieja Wojtyszki, nie przeczytałabym książki PM Nowaka. To była entuzjastyczna zachęta. Zresztą zobaczcie sami:
„Ani żadnej rzeczy...” czyta się z ogromną przyjemnością, a co najważniejsze - można tę książkę polecić zarówno miłośnikom kryminałów, jak i tym, którzy po prostu cenią dobrą prozę. O filmowcach nie mówię, bo sam jestem filmowcem i wcale nie mam pewności, że chcę, aby inni koledzy o tej książce zbyt szybko się dowiedzieli”.[1]

Pomyślałam, że autor jednej z najukochańszych lektur mojego dzieciństwa po prostu nie może się mylić. Najpierw miałam mieszane uczucia, bo polskie kryminały wydane w ostatnich latach u mnie nie wywołały przyspieszonego bicia serca. Wiem, że Krajewski, Miłoszewski, Konatkowski i Wroński cieszą się sympatią i podziwem. Czytałam książki wszystkich wzmiankowanych panów i nie neguję ich wartości – po prostu najbardziej cenię w powieściach detektywistycznych to, czego akurat w nich nie znalazłam.

Widziałam „Ani żadnej rzeczy...” wśród nowości, ale nie odnotowałam colpo di fulmine. Dopiero wzmiankowana recenzja w Nowych Książkach sprawiła, że postanowiłam przeczytać powieść PM Nowaka. Apetyt rósł w miarę lektury. Okazało się, że zgodność gustów w kwestii Fikandra i Malwinki ma proste przełożenie również na ocenę powieści detektywistycznych.

Uprzedzam, że to dość specyficzny kryminał. Zaryzykuję twierdzenie, że dotkliwie rozczaruje czytelników, którzy w literaturze sensacyjnej szukają rytualnych mordów, mrożących krew w żyłach pościgów lub szerokiego wachlarza perwersji. Ja cenię przede wszystkim logiczną fabułę, poczucie humoru, sprawnie napisane dialogi i wielowymiarowych bohaterów. To wszystko znalazłam w „Ani żadnej rzeczy...”. Zapewniam, że epizodyczne, aczkolwiek barwne kocio-psie wątki występujące w powieści PM Nowaka nie wpłynęły na mój odbiór tej książki. No, może troszeczkę...

Jedna z najważniejszych zalet powieści Nowaka to nieustanne napięcie między dwoma głównymi bohaterami, którzy próbują rozwikłać zagadkę kryminalną. Pomiędzy chorobliwie nieśmiałym ekscentrykiem, prokuratorem Kacprem Wilkiem, a komisarzem Jackiem Zakrzeńskim z Komendy Stołecznej Policji, błyskotliwym i pewnym siebie macho, iskry sypią się od samego początku. Zakrzeński nie cierpi pałającego pensjonarskim rumieńcem z byle powodu prokuratora i jest wściekły, że los postawił na jego drodze tak żałosnego współpracownika. Jak na pewno domyślają się nie tylko ci, którzy oglądali serial o pozornie fajtłapowatym poruczniku Colombo, Kacper Wilk, który na pierwszy rzut oka „sprawia wrażenie, że boi się własnego cienia i nie umie podejmować decyzji”[2] w najmniej spodziewanym momencie pokaże lwi pazur! O dziwo, „gliniarz i prokurator, mały i duży, flejtuch i strojniś”[3] stworzą uzupełniający się wzajemnie duet.

Na tle tych dwóch postaci dziennikarz, Wojciech Walny, redaktor działu kryminalnego, który notabene dziewięć razy w całości a dziewięć razy na wyrywki przeczytał „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, wypada dość blado. Jest natomiast sporo udanych bohaterów epizodycznych, na przykład neurotyczny instruktor z ośrodka szkolenia kierowców. Atrakcji czeka nas jeszcze więcej. Mieszkańców Warszawy na pewno ucieszy intensywna obecność ich miasta na kartach powieści. Pod względem nasączenia realiami książka nie powinna ich zawieść. Podobały mi się też autoironiczne wzmianki o kryminałach, a poza tym nazwisko prokuratora przewrotnie nawiązuje do kapitana Żbika, o którym jest zresztą mowa w powieści. I jeszcze niespodzianka: czytelnik „Ani żadnej rzeczy...” nie tylko będzie musiał rozwikłać zagadkę kryminalną, ale również znaleźć odpowiedź na pytanie, jaką rolę w życiu Jacka Zakrzeńskiego odgrywa tajemnicza Laura. I tu wskazana jest cierpliwość, wszystko wyjaśni się dopiero pod koniec książki.

Wzorem Skandynawów PM Nowak dzieli się z czytelnikami obserwacjami socjologicznymi, ale robi to mniej natrętnie. Obiektem jego krytyki jest przede wszystkim policja i prokuratura. Autor piętnuje nepotyzm, biurokratyczny bałagan, niedofinansowanie, brak kompetencji niektórych funkcjonariuszy. Podobało mi się to, co żądnych sensacji czytelników może znużyć i rozczarować: dochodzenie do prawdy na temat zbrodni zostało przedstawione jako mozolny proces, często błądzenie po omacku. Mrówcza praca policji w „Ani żadnej rzeczy...” niewiele ma wspólnego z geniuszem i efektowną dezynwolturą detektywów znanych nam z seriali i niektórych książek. Autor chłodnym okiem satyryka omiata też tak zwane brukowce i stosowane przez nie sposoby manipulacji czytelnikami. Karykaturalna „Super Prawda” budzi jednoznaczne skojarzenia.

Z noty wydawcy dowiedziałam się, że PM Nowak spędził wiele lat za granicą i dlatego imponuje mi jego wyczucie językowe, widoczne przede wszystkim w naturalnych dialogach, choć zdarzają się wpadki. Na przykład słowo „pojmać” wydaje mi się trochę zbyt wytworne jak na potoczną polszczyznę. Irytowało mnie też powtarzające się „na myjni” zamiast  „w myjni”. A już przeczytane na stronie 326 „Choć, zrobimy to jeszcze raz” wywołało we mnie krwiożercze instynkty. Dodam, że nad powieścią autorstwa językoznawcy pracowały dwie panie korektorki.

Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o PM Nowaku. Według lapidarnej wzmianki w nocie wydawcy to „językoznawca, repatriant, tłumacz”. Nie wiadomo nawet, jakie imiona kryją się pod tajemniczymi inicjałami „PM” (bez kropek). PM Nowak od początku kojarzy mi się z P. D. James (z kropkami). Okazało się, że słusznie: autor wyznał, że w ten sposób chciał oddać hołd pisarce, którą zresztą w wywiadzie dla portalu Zbrodnia w Bibliotece wymienia jako jedną z ulubionych twórców powieści detektywistycznych. W przeciwieństwie do pani redaktor z Czwórki  nie jestem zachwycona pomysłem z inicjałami, bo wydaje mi się trochę manieryczny. Cieszę się natomiast, że prawdopodobnie powstaną kolejne części przygód duetu Wilk i Zakrzeński. W tej chwili Nowak pracuje nad drugim tomem cyklu. Seria planowana jest na  pięć części. Ciekawe, czy zgodnie z proroczą przepowiednią Macieja Wojtyszki rzeczywiście zainteresują się nią filmowcy.
_________
[1] Maciej Wojtyszko, Bardzo przyzwoity kryminał, Nowe Książki, nr 1/2013,  s. 53.
[2] PM Nowak, Ani żadnej rzeczy..., Wydawnictwo czarna Owca, 2012, s. 78.
[3] Tamże, s. 282.
Moja ocena: 4+
PM Nowak [Źródło zdjęcia]